Jak to jest z tym antysemityzmem?

TEATR PIÓREM TEMIDY

Przejmujący dramat Romana Brandstaettera „Dzień gniewu” tarnowskiego Teatru Nie Teraz, w reżyserii Tomasza Antoniego Żaka, nabiera szczególnej aktualności w związku ze skandalicznym serialem niemieckim „Nasze matki, nasi ojcowie”

Ta niemiecka fałszywka pokazująca polską Armię Krajową jako prymitywnych antysemitów, a co za tym idzie, przerzucająca zbrodniczą winę Niemców na Polaków, bezkarnie weszła do obiegu medialnego. W tej chwili już w różnych krajach świata. A poprzez media przenika do świadomości społecznej na świecie.

I oto mamy klasyczny przykład manipulacji medialnej, w wyniku której fałsz triumfuje nad prawdą. Żadne debaty telewizyjne – prowadzone zresztą z takim doborem uczestników i w tak „wiernopoddańczej” tonacji, jak oglądamy – nie stanowią dostatecznej przeciwwagi dla owego fałszu.

Hołd złożony Polakom

W tym kontekście premiera „Dnia gniewu” staje się wydarzeniem nie tylko artystycznym, ale również społecznym, historycznym i politycznym. Roman Brandstaetter, pisarz, znawca Biblii, autor dzieła „Jezus z Nazarethu”, ukazuje bowiem relacje polsko-żydowsko-niemieckie podczas drugiej wojny światowej. Akcję swojego dramatu umieścił w klasztorze, w którym podczas okupacji niemieckiej chroni się Żyd uciekający z łapanki. Konsekwencje udzielenia pomocy będą dotkliwe dla wszystkich.

Jednocześnie jest to dramat wewnętrznych zmagań bohaterów i piękne studium nawrócenia. Napisany w 1962 roku „Dzień gniewu” to także hołd złożony pamięci Polaków, którzy podczas wojny w różnych miejscach dawali schronienie Żydom, ocalając im życie, za co sami ginęli męczeńską śmiercią z rąk Niemców.

Spektakl miał oficjalną premierę 30 czerwca w nietypowym miejscu, mianowicie w byłej synagodze w Dąbrowie Tarnowskiej, gdzie podczas okupacji Niemcy mordowali Żydów zamieszkałych w getcie. Ocalało 150 Żydów dzięki Polakom którzy ich ukrywali. I za tę pomoc Niemcy zamordowali 62 Polaków.

Reżyser przedstawienia Tomasz A. Żak mówi że wydany dokładnie 50 lat temu dramat „Dzień gniewu” to najszlachetniejszej próby literackiej materiał do opowiedzenia o jednym z najważniejszych i znów coraz bardziej gorących „trójkątów bermudzkich” współczesnej Europy, czyli o relacjach polsko-niemiecko-żydowskich. Ten spektakl – podkreśla reżyser – jest sprzeciwem wobec terroru politycznej poprawności która rujnuje prawdę historyczną. Myślę że pomysł wystawienia „Dnia gniewu” pojawił się co najmniej kilka miesięcy temu. Tomasz A. Żak nawet nie przypuszczał że życie przyniesie nagłą, nieoczekiwaną, dodatkową aktualność tego dramatu, a tym samym potrzebę jego wystawienia.

Dziwi że tak ważne pod każdym względem przedsięwzięcie, jakim jest „Dzień gniewu” tarnowskiego Teatru Nie Teraz, zamiast spotkać się z wolą współpracy ze strony Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie /co dla tej miejskiej sceny byłoby korzystne także pod względem jej nagłośnienia, zareklamowania itp./, spotkało się z odmową. A już zupełnym kuriozum jest odmowa współpracy władz Tarnowa, które ani przysłowiową złotówką, ani nawet zainteresowaniem organizacyjnym nie wspomogły projektu inscenizacyjnego sztuki Romana Brandstaettera, urodzonego właśnie tu, w tym mieście. Widocznie tekst, z którego emanuje siła wiary w Kościół Chrystusowy i gdzie przedstawieni są Polacy którzy narażając własne życie ratują Żyda, nie leży w zainteresowaniach ani teatru w Tarnowie, ani władz w tymże mieście.

Politpoprawność”

A może niepokój teatru i władz wywołuje próba artystycznej odpowiedzi na niełatwe pytania w stylu: jak to właściwie jest z tym polskim antysemityzmem? I jak to jest z niemiecką odpowiedzialnością za mordowanie Żydów i Polaków? Tekst Brandstaettera, a za nim spektakl, nie omijają tych i innych pytań oraz odpowiedzi na nie.

Krótko mówiąc wniosek pojawia się taki że dla polskiego mainstreamu artystycznego oraz politycznego zarówno Roman Brandstaetter, Żyd ochrzczony, nawrócony na katolicyzm, jak i jego twórczość, będąca pięknym, głęboko uduchowionym świadectwem jego wiary, często odwołująca się do Biblii – jest nie do zaakceptowania. Po prostu nie mieści się w ramach „politpoprawności”.

30 lat temu założony i prowadzony w Tarnowie przez dziennikarza, publicystę i reżysera Tomasza A. Żaka alternatywny Teatr Nie Teraz podejmuje żywo obchodzące Polaków tematy, przemilczane, niemieszczące się w tzw. polityce poprawnościowej. Od początku teatr ten wpisał się w nurt polskiego teatru politycznego. Prócz roli stricte artystycznej wypełnia także ważną misję społeczną, edukacyjną, historyczną i moralną.

To wyjątkowy teatr. Wszystkie spektakle które ma obecnie w repertuarze to przedstawienia nie tylko świetne artystycznie, ale przede wszystkim podejmujące istotne dla naszej ojczyzny problemy, na przykład temat ludobójstwa dokonanego na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich podczas drugiej wojny światowej na Kresach Rzeczypospolitej /„Ballada Wołyńska”/ czy temat o tzw. Armii Wyklętej, czyli o żołnierzach którzy walczyli z bronią w ręku przeciw sowietyzacji Polski /„Wyklęci”/.

Wielka szkoda że dla tych spektakli jakoś nie znajduje się miejsca na przykład w warszawskich teatrach w ramach tzw. gościnnych występów, o co już kilkakrotnie apelowałam. Może tym razem któryś warszawski teatr zamiast zapraszać na swoją scenę jakiś skandalizujący spektakl, będący bełkotem myślowym i artystycznym, podejmie wreszcie odważną decyzję i warszawianie, a także goście odwiedzający Warszawę, zobaczą teatr, który niesie prawdziwe wartości.

W wyreżyserowanym przez Tomasza A. Żaka przedstawieniu „Dzień gniewu” występują: Agnieszka Rodzik, Janusz Grzesz, Andrzej Król, Maciej Małysa i Karol Piotr Zapała oraz zespół teatralny działający przy Dąbrowskim Domu Kultury. Muzyka i wykonanie pieśni – Adam Strug. Partnerem przedsięwzięcia jest Teatr im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie i Muzeum w Tarnowie. A honorowymi patronami premiery są m.in.: o. Jan Góra OP, Marek Sowa, marszałek województwa małopolskiego, Stanisław Początek, burmistrz Dąbrowy Tarnowskiej, i ks. dziekan Stanisław Cyran, proboszcz parafii rzymsko-katolickiej w Dąbrowie Tarnowskiej.

Myślę że gdyby nie materialna pomoc osób prywatnych spektakl nie ujrzałby światła dziennego. Tak więc z jednej strony mamy nagrody i medale które minister Bogdan Zdrojewski ochoczo przypina takim pseudoartystom jak Maja Kleczewska /reżyser teatralny, specjalistka od dewiacyjnych scen porno/, z drugiej zaś Teatr Nie Teraz, podejmujący wielkie i trudne zadania, któremu władze Tarnowa odmawiają pomocy.

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny /1.VII.2013/
/zdj. – Tomasz A. Żak i Andrzej Król

***

Narodowy czyli niepodległy

TEATR PIÓREM TEMIDY

Po zakończonej trzeciej już edycji Spotkań Teatrów Narodowych nasuwa się podstawowe pytanie: czy w dzisiejszym zglobalizowanym świecie teatry narodowe mają jeszcze rację bytu? Otóż bardziej niż kiedykolwiek dotąd

Są bardzo potrzebne, tak jak zresztą w ogóle kultura narodowa. Podstawowe narzędzie globalizacji, jakim jest dyktat relatywizmu obejmującego dziś właściwie wszystkie przestrzenie naszej egzystencji, sprawia że to co dotąd wyodrębniało poszczególne kultury danych krajów, w tym oczywiście teatry, obecnie ulega uniformizacji

Nośnik wartości

W myśl ideologii poprawnościowej zaciera się naturalne granice międzykulturowe, narodowe, co prowadzi do jakiegoś bełkotliwego melanżu, sztucznego tworu który nie przynosi pożytku lecz rodzaj niebezpiecznej choroby. W ten sposób niszczy się świadomość historyczną narodu, a wraz z tym poczucie odrębności kulturowej. Tym samym pozbawia się naród pamięci o jego dziedzictwie kulturowym dającym gwarancję duchowej niepodległości.

I właśnie chodzi o tę duchową niepodległość która silnie ugruntowana w naszej tradycji narodowej wielokrotnie pokazała już na przestrzeni dziejów że tym co najbardziej ludzi łączy i umacnia ich tożsamość są wiara i kultura narodowa. W tym oczywiście teatr o charakterze narodowym. Używam terminu „teatr narodowy” nie w odniesieniu do konkretnego adresu lecz myślę o teatrze który stawia sobie za cel wyrażanie narodu. Teatr jako nośnik pewnych wartości tworzących tożsamość narodową, religijną, kulturową konkretnej wspólnoty ludzkiej zamieszkałej w swoim ojczystym kraju. Taki teatr, zgodnie ze swoją nazwą, jest odbiciem życia duchowego danego narodu. W tym znaczeniu teatr narodowy można realizować nie tylko w budynku z zawieszonym szyldem „Teatr Narodowy”, ale na każdej scenie, czy to w metropolii, czy gdzieś na prowincji. Bo chodzi nie o oficjalną nazwę lecz o treści jakie niesie. Taki teatr narodowy będzie różnić się od innych teatrów na świecie. Będzie miał własną osobowość.

Pozostał tylko szyld

Oczywiście teatry nie mają obowiązku tworzyć na swoich scenach wyłącznie teatru narodowego. Ale scena która ma w oficjalnej nazwie „Teatr Narodowy” taką powinność posiada. I zgodnie z nią ma realizować swoje posłannictwo z pokolenia na pokolenie. Nie oznacza to że grać może tylko klasykę. Dramaturgia najnowsza także może być nośnikiem wartości łączących tradycję z współczesnością i podejmować tematy wyrażające naród, jego kondycję egzystencjalną itp. Na teatrze narodowym spoczywa też obowiązek aktu twórczego prezentowanego na pewnym poziomie artystycznym, poniżej którego nie powinno się schodzić. Jak to wszystko wygląda w praktyce, niestety, wiemy.

W Polsce – jeżeli chodzi o sceny dramatyczne – mamy dwa teatry z oficjalnym szyldem „Narodowy”. Jeden w Warszawie, a drugi w Krakowie – Stary Teatr. Temu krakowskiemu – o czym już wielokrotnie pisałam – powinna być odjęta zaszczytna nazwa „Narodowy” i zamieniona na „Antynarodowy”. Od lat bowiem obserwujemy totalne niszczenie tej zasłużonej niegdyś sceny. Najpierw teatr ten doprowadził do dna Mikołaj Grabowski, a od początku tego roku dzieło zniszczenia kontynuuje kolejny dyrektor Jan Klata. Można odnieść wrażenie że to nie polski teatr, lecz obcy, wykupiony przez kogoś kto nienawidzi Polaków, karykaturuje i ośmiesza polskość oraz Kościół i naszą wiarę, która – jak wiadomo – jest nieodłącznie związana z polską historią. Że nie wspomnę już o rozmaitych obsesjach seksualnych dewiantów. I jakoś to nie przeszkadza ministrowi Bogdanowi Zdrojewskiemu.

Natomiast Teatrowi Narodowemu w Warszawie zarzucam brak w repertuarze wielkich dzieł naszej literatury narodowej, takich jak „Dziady”, „Kordian”, „Nie-Boska komedia”, „Wesele” itp. Znajdujący się w repertuarze „Aktor” Norwida czy „Sprawa” /„przerobiony” Słowacki/, czy „Balladyna” sprzed iluś sezonów nie zmieniają postaci rzeczy. To powinien być ustawowy obowiązek by placówka kulturalna o charakterze narodowym pielęgnowała nasze dziedzictwo kulturowe. I by stale w repertuarze znajdowały się wielkie dzieła.

Występy gościnne

Podczas tegorocznej edycji Spotkań Teatrów Narodowych obejrzeliśmy przedstawienia z Wiednia /„Książę Homburg”/, z Wilna /„Wygnanie”/, ze Sztokholmu /„Sonata widm”/ i Petersburga /„Liturgia zero”/. Każdy spektakl prezentował elementy zakorzenione w kulturze kraju z którego przyjechał.

„Książę Homburg” Kleista /reż. Andrea Breth/ to przedstawienie nadzwyczaj wysmakowane estetycznie, bardzo malarskie w oszczędnej scenografii. Spektakl szlachetny w wyrazie, podejmujący ważny temat, świetnie zagrany, w wyciszonej ekspresji i pięknie zinscenizowany. Andrea Breth dowiodła wspaniałego poczucia formy teatralnej. To rzecz o władzy, bezdusznej literze regulaminu którego przestrzeganie jest ważniejsze niż dobro człowieka.

Natomiast pod względem bogactwa ekspresji na przeciwległym krańcu można umieścić spektakl z Petersburga „Liturgia zero” według „Gracza” Dostojewskiego, w reżyserii Walerija Fokina. Rzecz o graczu hazardziście dla którego cały świat zamknął się w ruletce. To przejmująco pokazana degradacja człowieka którego uzależnienie od hazardu doprowadza do ruiny. Smutne przesłanie spektaklu jest bardzo aktualne. Dzisiejszy człowiek pozbawiony wiary, Boga ulega rozmaitym uzależnieniom i traci swą podmiotowość. Nie potrafi odnaleźć swej tożsamości, nie odróżnia rzeczywistości od świata wirtualnego. Spektakl wspaniale wyreżyserowany i doskonale zagrany, a rola Babci w wykonaniu Ery Ziganszyny to prawdziwy majstersztyk aktorski.

W diametralnie innym klimacie został zrealizowany spektakl przywieziony ze Sztokholmu „Sonata widm” Augusta Strindberga. Reżyser spektaklu Mats Ek to wizjoner teatru dla którego każdy element w budowie spektaklu jest istotny ale najważniejszy jest ruch. To właśnie poprzez ruch i taniec wybrzmiewają tu najważniejsze problemy zawarte w dramacie Strindberga. Wilnianie w spektaklu „Wygnanie” w reżyserii Oskarasa Koršunovasa pokazali problem emigracji młodych Litwinów do Anglii za chlebem. Niepotrzebnie tyle krzyku, nadekspresji, bieganiny. Rozczarował mnie ten spektakl. I po co te antypolskie wtręty? Nie rozumiem też dlaczego pies w spektaklu Litwinów nazywa się po polsku Grzegorz Brzęczyszczykiewicz. Najdelikatniej mówiąc niestosowne te dygresje.

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny /22.VI.2013/
/zdj. – scena ze spektaklu „Książę Homburg”
/Spotkanie Teatrów Narodowych, Warszawa, Teatr Narodowy/

***

Konwaliowy benefis Krafftówny

TEATR PIÓREM TEMIDY

Można powiedzieć: spektakl pachnący konwaliami. Scena gustownie wyłożona setkami bukiecików konwalii była jedyną scenografią „Castingu na Krafftównę”. A po spektaklu wracaliśmy do domów z naręczami konwalii. Reżyser tego wyjątkowego przedstawienia Krzysztof Szuster zaproponował nawet by co roku w maju urządzać benefisy konwaliowe. Myślę że to się przyjmie

Osiemdziesiąte piąte urodziny znakomitej aktorki Barbary Krafftówny – trzeba powiedzieć – otrzymały wyjątkowo oryginalną oprawę.

Autorzy scenariusza tego benefisowego spektaklu, małżeństwo Monika i Krzysztof Szusterowie, wymyślili że tematem przedstawienia będzie wyimaginowany casting na rolę Krafftówny, bo podobno powstaje film o tej świetnej aktorce i ktoś musi tę rolę zagrać

Do castingu stanęło – w domyśle – wiele osób, ale my oglądamy już tych którzy doszli do finału

W pewnym sensie za novum benefisowe można uznać formułę spektaklu w którym miejsce jubilatki znajdowało się głównie na widowni, bo to specjalnie dla niej w prezencie ten spektakl został przygotowany. Siedząc w pierwszym rzędzie na widowni od czasu do czasu włączała się komentując pewne wątki, przypominając zabawne anegdoty i przywołując rozmaite zdarzenia związane czy to z planem filmowym, czy z kabaretem, czy z próbami teatralnymi, czy też z wyjazdem do Stanów Zjednoczonych itd.

Jako pierwsze do castingu stanęły dzieci które świetnie zaśpiewały piosenkę „W czasie deszczu dzieci się nudzą”. A zaraz po nich pojawiła się Paulina Gałązka, studentka łódzkiej szkoły teatralno-filmowo-telewizyjnej w piosence „Zakochałam się w czwartek niechcący” pochodzącej z Kabaretu Starszych Panów. Wysłuchaliśmy także Olgi Bończyk w „Walcu Embarras”, jednej z najsłynniejszych piosenek tamtych lat napisanej specjalnie dla Barbary Krafftówny, która jako pierwsza wykonywała ten utwór w radiu. Natomiast dwa utwory Edith Piaf „Nic a nic” /„Nie, nie żal mi”/ oraz „Milord” pojawiły się jako prezent dla jubilatki, która ogromnie lubi słuchać tej wybitnej francuskiej pieśniarki. Ale to był także prezent dla nas, widzów. Anna Sroka-Hryń głosem mocnym jak dzwon pokazała jak można najdoskonalej wykonać słynne „Non, je ne regrette rien”, a także nie mniej słynnego „Milorda”, wydobywając z tekstu i partytury muzycznej całą głębię uczuć i myśli.

Rolę narratora w spektaklu wziął na siebie Krzysztof Szuster i zagrał ją znakomicie. Usadowiony przy stoliku po prawej stronie proscenium zaprezentował opowieść o Barbarze Krafftównie, wspierając się wyciągniętymi z archiwów bogatymi materiałami filmowymi i przeplatając je nowymi interpretacjami piosenek z repertuaru jubilatki. Wszystko razem złożyło się na uroczy spektakl który w interesującej i pięknej formie ukazał dotychczasową drogę artystyczną tej wspaniałej aktorki.

W finale na scenę wkroczyła najprawdziwsza Orkiestra Reprezentacyjna Wojska Polskiego pod dowództwem kapelmistrza majora Mirosława Rytla i wykonała wiązankę melodii kojarzących się z repertuarem kabaretowym Barbary Krafftówny. I była to chyba prawdziwa niespodzianka, bo pani Barbarze wręcz odjęło mowę. Na twarzy malowała się radość i ogromne wzruszenie pewnie nie wolne od łez.

Trzeba koniecznie dodać że według życzenia jubilatki cały dochód ze spektaklu przekazano na potrzeby Domu Artystów Weteranów w Skolimowie. W tym także niezwykły bukiet który otrzymała na zakończenie spektaklu, o wartości 4000 zł, cały zrobiony z… prawdziwych banknotów dziesięciozłotowych.

Byłoby dużą szkodą gdyby ten udany spektakl, który – jak widzieliśmy – przyniósł tak wiele radości i nieskrywanych wzruszeń jubilatce, a i publiczności sprawił prawdziwą przyjemność, był pokazem jednorazowym. Z tego co wiem rysuje się możliwość ponownego, a może nawet ponownych prezentacji przedstawienia. Jubileusz 85-lecia Barbary Krafftówny trwa przecież do końca tego roku, bo urodziła się przecież 5 grudnia 1928 r.

Casting na Krafftównę. Benefis Basi”, reż. i scenog. Krzysztof Szuster, scenariusz Monika i Krzysztof Szusterowie, kier. prod. Zofia Szuster-Górska, kier. muz. Czesław Majewski. Spektakl prezentowany gościnnie w Teatrze Polskim w Warszawie

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny /28.V.2013/

***

Mocna lekcja naszej historii

Lekcja historii według Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Stanisława Wyspiańskiego i Mariana Hemara – tak brzmi pełny tytuł spektaklu literacko-muzycznego autorstwa śpiewaczki operowej i aktorki Barbary Dobrzyńskiej

Cieszy wiadomość że po kilku latach nieobecności to znakomite przedstawienie wraca. Z niewielkimi zmianami w obsadzie, dodaniem kilku tekstów i zmianą tytułu. Poprzednio zatytułowane było „Polska, ale jaka…”

Parę lat temu ten cieszący się ogromnym powodzeniem u publiczności spektakl, po tzw. gościnnej prezentacji w różnych miejscach, musiał zejść z afisza z powodu braku sceny na której mógłby być grany. Mimo że autorka przedstawienia Barbara Dobrzyńska czyniła wszelkie starania by znaleźć miejsce i mimo że publiczność dopytywała się o ten spektakl (bo wieść o nim tzw. pocztą pantoflową rozniosła się bardzo szybko, choć media – poza Naszym Dziennikiem – nie były nim zainteresowane) – nie udało się go znaleźć.

Teatry którym osobiście polecałam to przedstawienie też nie były nim zainteresowane. Pewnie dlatego że nie mieściło się ono w obowiązującym nurcie poprawności politycznej. Teatry wolały wystawiać badziewie (tak czynią przecież i obecnie) niż wartościowe przedstawienie mówiące o naszej polskiej rzeczywistości. Bo „Lekcja historii” w sposób satyryczny – w formie literackiego kabaretu – opowiada o naszych polskich dziejach. Poprzez utwory Mariana Hemara Barbara Dobrzyńska rysuje wizerunek Polski powojennej, PRL-u, a wykorzystane w spektaklu dzieła naszych wieszczów budzą – uśpionego dziś – ducha narodu polskiego.

Przedstawienie prezentowane obecnie nabiera dodatkowych znaczeń i wpisuje się w aktualną sytuację społeczno-polityczną naszej ojczyzny, która – jak widzimy – budzi sprzeciw Polaków manifestujących głośno swoją dezaprobatę. Wystarczy spojrzeć na mapę Polski; codziennie odbywają się w różnych miejscach naszego kraju protesty, manifestacje Polaków domagających się wolności słowa, miejsca dla jedynej katolickiej Telewizji Trwam na multipleksie, wyjaśnienia tragedii smoleńskiej, nielikwidowania nauki religii w szkołach oraz historii i nauczania jej zgodnie z prawdą historyczną. Głos sprzeciwu płynie także wobec zabijania dzieci tylko dlatego że są chore, wprowadzania tylnymi drzwiami eutanazji, wyprzedawania Polski po kawałku, prowadzenia na kolanach polityki wobec Unii Europejskiej itd. itd.

Właśnie w ten kontekst, tak bolesny dla naszej ojczyzny, wpisuje się spektakl Barbary Dobrzyńskiej. Jakże aktualnie brzmi dziś zawarty w przedstawieniu monolog Konrada z „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego: „Warchoły to wy, co czołgacie się u obcych rządów i całujecie najeźdźcom łapy, uznając w nich prawowitych wam królów. (…) Wy, lokaje i fagasy cudzego pyszalstwa, którzy wyciągacie dłoń chciwą po pieniądze – po łupież pieniężną, zdartą z tej ziemi, której złoto i miód należy jej samej i nie wolno jej grabić. Warchoły to wy, co się nie czujecie Polską i żywym niewoli poddaństwa protestem”.

Kiedy przygotowywałam spektakl szukałam odpowiednich fragmentów w twórczości naszych wielkich wieszczów. Trafiłam na fragment monologu Konrada „Warchoły to wy…” itd. z „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego i uświadomiłam sobie że właśnie on był pomijany w rozmaitych inscenizacjach, a jeżeli już się pojawił, to w formie tak zawoalowanej że nie oddawał ani ducha, ani idei utworu, ani intencji autora. Czyżby inscenizatorzy aż tak bardzo bali się rządzących? Myślę że gdyby Stanisław Wyspiański żył współcześnie nie pozwoliłby na takie wypaczanie jego myśli i zubażanie idei oraz przesłania utworu. Dlatego przywracając właśnie ten fragment składam hołd wybitnemu twórcy i wielkiemu patriocie – powiedziała Barbara Dobrzyńska.

W przedstawieniu wystąpią aktorzy scen warszawskich: Zuzanna Lipiec, Witold Bieliński, Tomasz Bieliński, Maria Gąsiorek, Jan Kasprzyk, Barbara Dobrzyńska. Artystom akompaniować będą Maria Silva i Witold Wołoszyński. Scenariusz i reżyseria – Barbara Dobrzyńska.

Spektakl będzie prezentowany w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim w Warszawie w najbliższą sobotę, 17 listopada (spektakl zamknięty tylko dla zaproszonych gości), oraz w niedzielę, 18 listopada, i w przyszłym tygodniu 24 i 25 listopada. Początek w soboty o godz. 19, a w niedziele o godz. 19.30.

Temida Stankiewicz-Podhorecka/nd /15.XI.2012/

 ***

Bądźcie rzetelni a nie nowocześni

Teatr piórem Temidy

Przez cztery ostatnie lata odeszło sporo ludzi teatru, wśród nich ci najwybitniejsi, którzy wpłynęli na kształt polskiej sceny i którzy zostawili swój trwały ślad w historii naszego życia kulturalnego: Gustaw Holoubek, Zbigniew Zapasiewicz, Andrzej Łapicki i ostatnio Erwin Axer, że wymienię tylko tych

Każdy z tych twórców zasłużył się teatrowi w Polsce niebywale

Prezentowali diametralnie różne osobowości twórcze i ludzkie. Byli ludźmi różnego charakteru i różnych temperamentów. Każdy z nich posługiwał się innymi środkami wyrazu artystycznego. Pewnie różnili się też w sferze światopoglądowej i w filozofii życia.

Ale jedna rzecz łączyła wszystkie te postaci: podobna estetyka teatralna i przywiązywanie wagi do etyki zawodowej.

Odejście w niedługim odstępie wybitnych aktorów oznacza że wraz z nimi odszedł od nas teatr rozwijający widzów intelektualnie, odszedł pewien rodzaj estetyki, wrażliwości na sztukę, na piękno, co nas jako odbiorców zubaża. Tym bardziej że odchodzi pokolenie które nie pozostawia po sobie uczniów, następców w zakresie widzenia teatru jako określonej wartości estetycznej i etycznej zarazem.

Myślę że każdy z tych artystów mógłby podpisać się pod słowami Zbigniewa Herberta: „NIE BĄDŹCIE NOWOCZEŚNI, BĄDŹCIE RZETELNI”. Ileż to już lat minęło od owego słynnego listu poety skierowanego do młodych aktorów kończących szkoły teatralne i rozpoczynających pracę na scenie zawodowej. Wówczas list ten był swoistym ostrzeżeniem młodzieży artystycznej przed pochopnym zachłystywaniem się tzw. nowoczesnymi prądami w sztuce i bezmyślnym poddawaniem się dyktatowi mody. Dzisiaj tamto ostrzeżenie wybitnego poety powinno służyć jako motto i zawisnąć w widocznym miejscu w szkołach teatralnych oraz teatrach.

Nowoczesność to nie niszczenie, a budowanie, udoskonalanie

Zbigniew Herbert doskonale wiedział co jest najważniejsze dla tych młodych ludzi, że owa rzetelność w zawodzie artystycznym przekłada się na rzetelność w życiu, że formuje osobowość i porządkuje system wartości młodego człowieka, że przypomina o czymś o czym dzisiejszy teatr zapomniał, nierzadko pełniąc funkcję służebną wobec poprawności politycznej i przypochlebiając się rządzącej władzy, a mianowicie zapomniał o kodeksie moralnym, o etosie zawodowym. Tak zwana nowoczesność w teatrze, z jaką nagminnie mamy dziś do czynienia, a która wyraża się bełkotem pseudoartystycznym, wulgaryzuje sztukę i obala wszelkie normy estetyczne, a etos zawodowy już dawno wyrzuciła na bruk.

Najbardziej niebezpieczne w tym wszystkim jest to że usunięte z teatru wartości nie znajdują obrońców. Nikt się za nimi nie wstawia. A to mogłoby oznaczać że nie ma na nie zapotrzebowania. Myślę jednak że zapotrzebowanie byłoby gdyby publiczność – zwłaszcza młoda – miała okazję poznać prawdziwy teatr, prawdziwą sztukę, z którą potrafi się identyfikować estetycznie, duchowo i intelektualnie.

Cóż to takiego ten zapomniany dziś etos zawodowy aktora, reżysera, dyrektora teatru? Właśnie rzetelność, profesjonalizm, pielęgnacja wartości w sztuce, prawdy w przedsięwzięciu, które tworzę. Rzetelność w wykonywaniu powinności zawodowych i odpowiedzialność wobec publiczności za to co robię. I chodzi tu nie tylko o warsztat, o rzemiosło artystyczne, o techniczną sprawność, lecz o coś więcej.

Warto może w tym miejscu przywołać słowa Józefa Śliwickiego, pierwszego prezesa Związku Artystów Scen Polskich, organizacji aktorskiej która powstała w niecałe półtora miesiąca po odzyskaniu niepodległości, 21 grudnia 1918 r., i miała być sumieniem teatru. Podczas inauguracji ZASP-u Józef Śliwicki mówił: „Od dnia dzisiejszego, tak ważnego dla duchowego i materialnego rozwoju stanu aktorskiego – przestaniemy być rozbitą na atomy gromadą, a staniemy się niebawem silną, broniącą godności i dostojności swego zawodu organizacją”.

Co się stało z godnością zawodu

Sformułowania „rozwój duchowy” i „godność zawodu” w okresie dwudziestolecia międzywojennego były wpisane w statut ZASP-u i miały ogromne znaczenie. Ich realizacja była zdecydowanie przestrzegana. ZASP jako organizacja artystyczna, ale i cechowa, miał wpływ na kreowanie życia teatralnego w Polsce i pilnie przestrzegał realizowania przez teatry zasad statutu. Kodeks etyczny zawodu aktora miał tu swoje poczesne miejsce. ZASP był wówczas organizacją autorytatywną dla środowiska teatralnego. Członkowska przynależność do ZASP-u była powodem do dumy. Aktorzy garnęli się do związku, traktując go jako swoją reprezentację.

Na przestrzeni lat wiele się zmieniło. Dzisiaj ZASP nie posiada takich narzędzi które decydująco wpływałyby na życie teatralne w Polsce, na profil lub profile teatru, na rodzaj wystawianego repertuaru, na poziom gry aktorów, na sposób inscenizacji nierzadko dalekiej od profesjonalizmu i kodeksu moralnego, i wreszcie na przestrzeganie etyki zawodu aktorskiego w znaczeniu „rozwój duchowy” i „godność zawodu”.

Młodzi aktorzy (poza wyjątkami) nie garną się do swojej zawodowej organizacji, nie wstępują do ZASP-u, niektórzy z nich pytani odpowiadają że nie widzą w tym dla siebie profitów. Bardziej są zainteresowani organizacjami filmowymi, bo stamtąd mogą czerpać większe korzyści. O czym więc tu mówić, jak egzekwować rzetelność zawodową i kto ma to robić? Teatry? Przecież to większość dyrektorów wystawia dziś na swoich scenach tandetę. Szkoły teatralne? Wybitni aktorzy, dla których wysokiej klasy profesjonalizm zawodowy jest nierozłączny z etosem aktorskim i rzetelnością postawy ludzkiej, nie chcą podejmować pracy w zawodzie pedagoga. Zresztą najczęściej jest to już pokolenie odchodzące.

Temida Stankiewicz-Podhorecka /krytyk teatralny/ /11.VIII.2012/

***

‘Hiob’ Karola Wojtyły

O cierpieniu które ma sens

Poprzez uważną kontemplację utworów poetyckich, dramatów i w ogóle całej twórczości literackiej Karola Wojtyły można dotrzeć do tej najbardziej ukrytej sfery przeżyć wewnętrznych ich Autora, to znaczy sfery przeżyć mistycznych

Do takich utworów należy ‘Hiob’, poetycki dramat napisany podczas okupacji niemieckiej w 1940 r. A więc jeszcze przez osobę świecką, aktora Teatru Rapsodycznego

Już wtedy, w 1940 r., jako zaledwie 20-latek, Karol Wojtyła pisze utwór stanowiący świadectwo w którym można doszukać się w pewnym sensie zapowiedzi jego duchowego rozwoju, tajemnicy powołania kapłańskiego i tego, co wydarzyło się dużo później, już w Watykanie, i na krótko przed odejściem błogosławionego dziś Jana Pawła Wielkiego do Domu Ojca. W ostatniej części tego poetyckiego dramatu Hiobowi jawi się krzyż Chrystusowy jako sens całego życia człowieka tu, na ziemi, jako odpowiedź na wszelkie wątpliwości, jako wytłumaczenie wszystkiego, czego człowiek doświadcza, zarówno cierpienia, jak i miłości. Pojawiający się na zakończenie Chrystus jest odpowiedzią że tajemnica cierpienia ma sens, nie jest czymś nikomu niepotrzebnym.

Wiele lat później, w 1971 r., Karol Wojtyła już jako kardynał we wstępie do ‘Słów na pustyni’, antologii współczesnej poezji kapłańskiej, pisał: ‘Kapłaństwo jest sakramentem i powołaniem. Twórczość poetycka jest funkcją talentu – ale talenty również stanowią o powołaniu, przynajmniej w sensie podmiotowym. Można więc stawiać sobie pytanie: w jaki sposób te dwa powołania, kapłańskie i poetyckie, współistnieją ze sobą, w jaki sposób wzajemnie się przenikają w tym samym człowieku? Pytanie takie dotyczy czegoś więcej niż tylko utworów. Dotyczy ono autorów. Dotyczy sprawy, która jest jakąś osobistą tajemnicą każdego z nich. Czy jednak pisząc, nie odsłaniają tej tajemnicy?’.

‘Hioba’ w pewnym sensie można uznać za odpowiedź na postawione ponad trzydzieści lat później pytanie. Pod warunkiem że czytelnik będzie przygotowany intelektualnie i duchowo do odbioru treści i tego, co jest zawarte między wierszami ‘Hioba’. A nie jest to łatwe z uwagi na młodopolską stylistykę w jakiej utwór jest napisany.

Ten młodzieńczy dramat Karola Wojtyły, oparty na biblijnej przypowieści, opowiada o nieszczęściach jakich doświadcza Hiob, mąż sprawiedliwy i prawy, kochający Boga, swoją rodzinę, uczynny dla ludzi.

Mimo plag które na niego spadają, mimo opuszczenia przez wszystkich, przyjmuje cierpienie z pokorą, ufa Bogu i Go wielbi. Wie że jest w tym jakiś sens. Dramatyczna opowieść o człowieku który nie zawinił, a ponosi karę, jest tu metaforycznie wpisana w kontekst rzeczywistości okupacyjnej, kiedy autor, młody poeta, doświadczał okrucieństw czasu drugiej wojny światowej, widział niezawinione cierpienia ludzi, ale nigdy nie przestał ufać Bogu. Podobnie jak Hiob.

Poetycki dramat Karola Wojtyły, stanowiący próbę dotarcia do tajemnicy cierpienia Hioba, który strącony aż na samo dno rozpaczy znajduje w cierpieniu ukojenie, a tym samym sens – wielokrotnie był realizowany na scenach teatralnych. Z różnym efektem. Tego typu twórczość wymaga dużego talentu aktorskiego i wielkiego skupienia na wypowiadanym słowie. Krótko mówiąc, wymaga zaufania literze tekstu.

Teraz tego poetyckiego dramatu można było wysłuchać w Teatrze Polskim w Warszawie, w ramach Salonu Poezji. Fragmenty ‘Hioba’ przedstawili aktorzy: Halina Łabonarska, Maria Pakulnis, Paweł Ciołkosz i Marek Kudełko.

Przy okazji warto dodać że nasza wybitna artystka Halina Łabonarska jest rozmiłowana w twórczości Karola Wojtyły – Jana Pawła II. Ma w swoim stałym repertuarze wiele utworów Błogosławionego i mówi je tak pięknie i głęboko, że pewnie sam Autor byłby usatysfakcjonowany.

Ostatnio znakomicie wyreżyserowała według przygotowanego przez siebie scenariusza spektakl słowno-muzyczny ‘Nie lękajcie się. Otwórzcie drzwi Chrystusowi’. To bardzo piękne przedstawienie w doskonałym wykonaniu młodzieży studenckiej Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu miało swoją premierę podczas Forum Polonijnego, jakie odbyło się w połowie kwietnia w WSKSiM.

Temida Stankiewicz-Podhorecka/nd /7-8.5.2011/

Kategoria Kultura, Wiara

Comments