2.4 tys. zł średnio dostaje od nas esbek

W latach 90 Andrzej Michałowski, zasłużony działacz Solidarności, zakładał monitoring w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Gdańsku. Kiedy jadł obiad w policyjnej stołówce, podszedł do niego mężczyzna i zapytał czy może się przysiąść. – Co pan tu robi, panie kapitanie Cierpisz? – zapytał Michałowski
Rozpoznał w nieznajomym esbeka który przesłuchiwał go w stanie wojennym i który prowadził wiele dochodzeń przeciw działaczom opozycji. Niezmieszany esbek odparł że przyszedł podstemplować swoją legitymację emerycką. Okazało się że pobiera emeryturę, choć jako współwłaściciel sklepów BOMI osiąga ogromne zyski…
W stanie wojennym podczas jednego z przesłuchań Andrzej Michałowski powiedział do Cierpisza: – My o was wszystko wiemy, mamy na was dokumenty, zrobiliśmy wam zdjęcia i założyliśmy wam kartoteki. Jak kiedyś będzie wolna Polska, to was rozliczymy.

A jak jest dzisiaj? Po ponad dwudziestu latach od upadku systemu komunistycznego przeciętna esbecka emerytura wynosi prawie 2.4 tys. zł. Jest to świadczenie już zmniejszone, po wejściu w życie ustawy dezubekizacyjnej, średnio o… 430 zł. Są i tacy jak płk Adam Pietruszka, odpowiedzialny za śmierć księdza Jerzego Popiełuszki, którego emerytura zmalała o 600 zł i dziś wynosi… 3.9 tys. zł.

Wszystko jednak może się jeszcze zmienić – niestety na korzyść byłych funkcjonariuszy, bo do sądu wpłynęło 25 tys. wniosków o podwyższenie zmniejszonych emerytur.

Czy mogliśmy przypuszczać że byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa uznani przez sąd za winnych znęcania się nad więźniami politycznymi będą występować o odszkodowania, i to nie z powodu tego że pastwili się nad swoimi ofiarami, ale dlatego że popełnione przez nich czyny w świetle prawa już się przedawniły? Dziś niektórzy z nich żądają nawet 320 tys. zł odszkodowania…

Nikomu nie trzeba tłumaczyć że katowanie ludzi, upokarzanie, represjonowanie to nie jest praca i że za wykonywanie takiego „zajęcia” nie można płacić, a już w szczególności płacić extra – chyba że w państwie totalitarnym, np. z reżimem komunistycznym.

Stary system w Polsce upadł, ale jego filary mają się bardzo dobrze – w przeciwieństwie do ludzi którzy walczyli o niepodległy byt naszego państwa.

Siedem lat z życia

Andrzej Michałowski to człowiek o którym można powiedzieć że był podziemnym żołnierzem. Przez siedem lat na przemian ukrywał się albo siedział w więzieniu. 13 grudnia 1981 r. został członkiem komitetu strajkowego w Porcie Gdańskim. Po pacyfikacji strajkującej załogi portu 19 grudnia aktywnie działał w strukturach podziemnej Solidarności.

Władze wystawiły za nim list gończy. 1 maja 1982 r. razem z Antonim Bogdanowiczem, Antonim Grabarczykiem i Janem Ronkiewiczem zorganizował kontrpochód. Ale złapać się wówczas nie dał. Co więcej, kiedy 21 maja został aresztowany, ta sprawa nie wyszła na jaw.

Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni skazał Andrzeja Michałowskiego na 5 lat więzienia i 4 lata pozbawienia praw obywatelskich. Wyrok odsiadywał w więzieniu w Potulicach, skąd po blisko półtora roku wyszedł na dwudniową przepustkę ze względu na stan zdrowia matki. Do więzienia już nie wrócił, bo zaczął się ponownie ukrywać, by kontynuować walkę. To jego nazwiskiem, obok Bogdana Borusewicza, były sygnowane wszystkie odezwy, apele, oświadczenia i dokumenty Regionalnego Komitetu Koordynacyjnego NSZZ Solidarność. Był twórcą i kierownikiem podziemnych drukarni na terenie Trójmiasta. Wszyscy pamiętamy pomalowaną na czerwono świnię biegającą po Długim Targu w Gdańsku z napisem „Głosuj na mnie” (17 czerwca 1984 r.), za którą ganiali milicjanci. Nie mogli jej złapać bo czerwona farba była śliska i zwierzę – ku uciesze gapiów – ciągle wymykało się im z rąk. Tę pomysłową akcję zorganizował i przeprowadził Andrzej Michałowski.

30 września 1985 r. został ponownie aresztowany. Tym razem oskarżono go o działalność szpiegowską na rzecz USA(!). Znowu spędził w więzieniu ponad rok. Odmówił podpisu pod zobowiązaniem że nie powróci do działalności antypaństwowej. Kiedy w 1987 r. został zmuszony do emigracji i zamieszkał w Szwecji, wspierał z zagranicy walczących w Polsce kolegów, działając i będąc wiceprzewodniczącym Solidaritet Norge-Polen. W 1990 r. wrócił do kraju.

Dyscyplinarka za strajk

Michałowski przed stanem wojennym był zatrudniony jako oficer mechanik okrętowy na Wydziale Usług Żeglugowych Zarządu Portu Gdańsk. Podejmując się pracy w strukturach NSZZ Solidarność w 1980 r., zrezygnował z wysokich jak na ówczesne czasy zarobków oficera marynarki, ale jak mówi: – Byliśmy patriotami i inne sprawy się wtedy nie liczyły. Dla nas najważniejsze było że odbudowujemy Polskę.

Okres uwięzienia i walki w podziemiu to czas kiedy nie mógł wypracować godnej emerytury, ale dla ZUS-u i władz III RP ani zdrowy rozsądek, ani obowiązki moralne wobec osób walczących o wolną i niepodległą Polskę nie mają żadnego znaczenia. Michałowski otrzymał świadczenie emerytalne w wysokości 1000 zł (dziś, po waloryzacji, 1200). Kiedy jeden z kombatantów zwrócił się do Bogdana Borusewicza, marszałka sejmu, by zajął się sprawą swojego najbliższego współpracownika, Borusewicz odparł: „Ty się o Andrzeja nie martw”. I tyle.

Jakby tego było mało, okazało się że po zwolnieniu dyscyplinarnym z Portu Gdańskiego, wystawionym 13 grudnia 1981 r., dokumentacja zusowska Michałowskiego z zakładowego archiwum gdzieś przepadła, a zarobki marynarzy były uzależnione od bardzo wielu czynników i znacznie przewyższały pensję zasadniczą. Niestety, nawet gdyby udało się je odtworzyć, to w świetle prawa dziś nie ma to szczególnego znaczenia, bo wysokość emerytury jest ustalana w oparciu o zarobki z ostatnich 20 lat pracy. Jak sąd poinformował Andrzeja Michałowskiego, nie może już ubiegać się o ustalenie wysokości emerytury w oparciu o zarobki sprzed 1980 r. Byli esbecy tych problemów nie mają.

Brakuje na leki

Bogusław Gołąb, członek Zarządu Regionu NSZZ Solidarność w roku 1980 i 1981 oraz komitetu strajkowego w Stoczni Gdańskiej im. Lenina w grudniu 1981 r., został aresztowany podczas pacyfikacji zakładu przez oddziały ZOMO i internowany. Osadzono go w Zakładzie Karnym w Starogardzie Gdańskim, następnie w Ośrodku Odosobnienia w Iławie, a w czerwcu 1982 r. w Kwidzynie. Dziś otrzymuje emeryturę w wysokości 1200 zł.

Jeszcze niedawno, zanim nabył prawa emerytalne, przebywał na rencie inwalidzkiej która była mniejsza o połowę od emerytury. Rentę otrzymywał od 1987 r. ze względu na trwały uszczerbek na zdrowiu, będący wynikiem pobicia w obozie internowania w Iławie. Kiedy po dwóch operacjach opuścił po ponad roku obóz dla internowanych, poruszał się o kulach. Jednak nie zaprzestał działalności na rzecz wolnej Polski.

Renta którą otrzymał wynosiła 470 zł, a w domu było troje małych dzieci – najmłodsza córka Marysia urodziła się kiedy był internowany. Jeden z pracowników ZUS-u powiedział mu wtedy że takich jak on powinno się razem z rodziną wywieźć na Sybir.

Od władzy ludowej trudno było oczekiwać uczciwego i godnego traktowania więźnia politycznego. Niestety, jak się okazało, również władze III RP nie zamierzały zadbać we właściwy sposób o tych którzy przyczynili się do jej powstania. Renta pana Bogusława co prawda ulegała waloryzacji, ale na jakikolwiek dodatek kombatancki czy zadośćuczynienie za represje, których skutkiem jest inwalidztwo, nie mógł liczyć.

Dopiero w roku 2006, kiedy nabył prawa do emerytury, sytuacja się trochę poprawiła, ale ZUS nie chciał uznać wysokości zarobków które otrzymywał jako członek Zarządu NSZZ Solidarność.

Bogusław Gołąb oblicza że gdyby nie stan wojenny i represje dziś miałby emeryturę wyższą o ponad trzysta złotych. To i tak za mało na pokrycie kosztów leczenia i leków. Rocznie musi odbyć ponad 40 zabiegów rehabilitacyjnych, z czego część jest płatna, a jego emerytura wynosi niecałe 1200 zł. Jeżeli policzymy różnicę między rentą a pensją jaką mógłby otrzymywać gdyby nie został internowany, pobity i okaleczony, to i tak będzie to mniejsza kwota niż ta którą otrzymują nie tylko sprawcy stanu wojennego, jak Kiszczak i Jaruzelski, ale także przeciętni funkcjonariusze aparatu represji.

Bogusław Gołąb nie jest jakimś szczególnym przypadkiem. Bohaterowie wegetujący na minimalnych emeryturach to raczej norma będąca świadectwem kompromitacji wszystkich opcji sprawujących władzę w Polsce po 1989 r. Politycy nie potrafili, a może nie chcieli otoczyć właściwą troską ofiar represji z okresu stanu wojennego i w godny sposób o nie zadbać.

Biznesmeni z przeszłością

Kiedy przyszła wolna Polska byli esbecy, szczególnie ci negatywnie zweryfikowani, pozakładali własne, dobrze prosperujące biznesy. Wielu byłych gdańskich funkcjonariuszy SB zatrudniał Edwin Myszk, rzekomy opozycjonista (m.in. działacz Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża), a w rzeczywistości tajny współpracownik bezpieki i wyjątkowo niebezpieczny prowokator. W stanie wojennym razem z jednym z szefów gdańskiej mafii, nieżyjącym już dziś Nikodemem Skotarczakiem „Nikosiem”, zorganizował (udające podziemne) wydawnictwo które po 1989 r. przekształciło się w cenione wydawnictwo Gryf. W wolnej Polsce był m.in. właścicielem wydawnictwa Phantom Press International które wydało „Pamiętniki” Winstona Churchilla, i Tower Press sp. z o.o. – firmy działającej w branży reklamowej. III RP okazała się łaskawa dla jego biznesowych przedsięwzięć.

Inny gdański esbek, który był szczególnie aktywny w zwalczaniu Ruchu Młodej Polski, kpt. Antoni Domański z Gdańska jest właścicielem dwóch sklepów spożywczych. Byli esbecy opanowali w Trójmieście m.in. handel złomem, przynoszący ogromne zyski, oraz utylizację odpadów. Jak twierdzi wybitny znawca tego tematu dr hab. Sławomir Cenckiewicz, byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa specjalizują się dziś także w pozyskiwaniu funduszy unijnych. Robią też mniejsze, ale równie dochodowe biznesy: kpt. Marek Konieczka, który podobnie jak Domański prowadził dochodzenia związane z działalnością podziemną trójmiejskiej młodzieży, jest od wielu lat właścicielem Agencji Nieruchomości Konieczka która ma swoją siedzibę w Sopocie.

Nie brakuje ich także wśród samorządowców, czego przykładem starosta hajnowski Włodzimierz Pietroczuk, funkcjonariusz IV Departamentu MSW, zajmującego się inwigilacją księży i Kościoła. W jednej z audycji Programu 1 TVP powiedział że nigdy nie ukrywał swojej przeszłości, a jego służba w organach bezpieczeństwa jest powszechnie znana. Skoro ludzie na niego głosują to znaczy że im to nie przeszkadza. Cóż – „czerwona Hajnówka”, ale dobra ustawa lustracyjna i dekomunizacyjna załatwiłaby sprawę preferencji czerwonego elektoratu.

Nie tylko funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa mogą dziś liczyć na awans społeczny i wiążące się z tym korzyści materialne. Naczelnik Aresztu Śledczego w Gdańsku Henryk Biegalski pełnił tę funkcję aż do 2006 r., choć był odpowiedzialny za brutalną pacyfikację więźniów politycznych w lipcu 1982 r. Trzystu uzbrojonych w pałki i tarcze funkcjonariuszy ochrony z psami wyciągało więźniów z cel i biciem zmuszało do zjedzenia ohydnej zupy. Andrzej Michałowski tak wspomina tamtą pacyfikację: – Pobili wtedy bardzo mocno Antoniego Grabarczyka, a mnie przewrócili na ziemię, wykręcili ręce i wlali do gardła tę zupę, mówiąc: „Ten już jest załatwiony”.

Biegalski do dziś nie poniósł żadnych konsekwencji. Co więcej, jako emerytowany naczelnik (i niestety przez 23 dni za rządów PiS-u szef polskiego więziennictwa) pobiera emeryturę w wysokości ponad 9 tys. zł. Na dodatek jest wykładowcą na jednej z gdańskich prywatnych uczelni /„Ateneum” Szkoła Wyższa/.

Bez świadczeń

Osoby represjonowane i poszkodowane przez aparat represji w stanie wojennym dziś nie mają żadnych praw kombatanckich, bo nie obejmuje ich ustawa o kombatantach i osobach represjonowanych.

Ci którzy zostali pobici podczas ścieżek zdrowia w obozach internowania w Kwidzynie i Iławie, w Rejonowym Areszcie Śledczym w Gdańsku czy innych miejscach, a nawet podczas śledztwa, nie mogą jak inwalidzi wojenni czy osoby represjonowane dostać się do lekarza bez kolejki, nie mogą otrzymać bezpłatnych leków czy innych środków medycznych. Gdyby wskutek pobicia lekarz wystawił zwolnienie powyżej 7 dni, to owszem. Ale kto w stanie wojennym po skatowaniu przez ZOMO zgłaszał się do lekarza?

Dokumentacja tego typu była też niszczona w więzieniach, czego najlepszym przykładem jest Areszt Śledczy w Gdańsku /dlatego śledztwo w sprawie Biegalskiego zostało umorzone/. Zniszczonego w więzieniach i obozach internowania zdrowia nie mogą podratować w sanatoriach dla kombatantów, bo nie są uznawani za kombatantów.

Najbardziej przykre jest że ludzie którzy siedzieli w więzieniach a dziś są posłami i stanowią w Polsce prawo nie poczuwają się do tego by przygotować projekt ustawy lub choćby włączyć nas do istniejącej już ustawy o kombatantach i niektórych osobach represjonowanych, która zapewniałaby represjonowanym w stanie wojennym właściwą opiekę lekarską, darmowe leki, sanatoria, ryczałt energetyczny, zwolnienie z opłat abonamentowych – powiedział Bogusław Gołąb.

Z 50 ośrodków internowania aż 37 to więzienia w których działacze Solidarności byli przetrzymywani w oparciu o regulamin więzienny, a więc kierowani do karcerów, pozbawiani możliwości widzeń z rodziną.

Anna Kołakowska/nd /8.XII.2012/

Kategoria Polska

Comments