USA – JD Vance

JAK ZOSTAŁEM KATOLIKIEM

J.D. VANCE – amerykański polityk, prawnik, członek Partii Republikańskiej, 50 wiceprezydent Stanów Zjednoczonych /od 2025 r./

Nadszedł czas by przestać szukać kozła ofiarnego i skupić się na tym co mogę zrobić by poprawić istniejący stan rzeczy

Często zastanawiam się co pomyślałaby Bunia – jak nazywałem swoją babcię – gdyby wiedziała że jej wnuk został katolikiem. Nieustannie spieraliśmy się o religię. Była kobietą o głębokiej, ale całkowicie nieinstytucjonalnej wierze

Kochała Billy’ego Grahama i Donalda Isona, lokalnego kaznodzieję z południowo-wschodniego Kentucky, gdzie mieszkała. Ale nienawidziła „zorganizowanej religii”. Często zastanawiała się w jaki sposób proste przesłanie o grzechu, odkupieniu i łasce ustąpiło miejsca ewangelistom, których mogliśmy oglądać na ekranie telewizora w Ohio na początku lat 90

„To sami oszuści i zboczeńcy – oświadczyła. – Robią to tylko dla pieniędzy”. Ale i tak ich oglądała. W Ohio nie było nic innego co bardziej przypominałoby regularne nabożeństwa. Jeśli Bunia nie przebywała akurat w domu rodzinnym w Kentucky rzadko chodziła do kościoła. A jeżeli już to zazwyczaj robiła to wyłącznie by zaspokoić moje wczesnomłodzieńcze pragnienie kontaktu z chrześcijaństwem nie tylko przez oglądanie programu „The 700 Club”

Jak wielu ubogich ludzi Bunia rzadko chodziła na wybory. Uważała że polityka wyborcza jest z zasady skorumpowana. Lubiła jedynie Franklina D. Roosevelta i Harry’ego S. Trumana. Nic dziwnego że kobieta której jedyni polityczni bohaterowie nie żyli od dziesięcioleci nie znosiła polityki, a jeszcze mniej przejmowała się politycznym dryfem współczesnego protestantyzmu

Mój pierwszy prawdziwy kontakt z instytucjonalnym Kościołem nastąpił później, za pośrednictwem dużej kongregacji zielonoświątkowej mojego ojca znajdującej się w południowo-zachodnim Ohio. Ale już wcześniej słyszałem co nieco o religii katolickiej

Wiedziałem że katolicy czcili Maryję. Wiedziałem że odrzucają prawomocność Pisma Świętego. Wiedziałem też że Antychryst – a przynajmniej jego duchowy doradca – będzie katolikiem. Choć w tamtym czasie powiedziałbym, „jest” katolikiem, ponieważ byłem przekonany że Antychryst już chodził wśród nas

Bunia nie przejmowała się zbytnio katolikami. Jej młodsza córka wyszła za jednego z nich i Bunia uważała go za dobrego człowieka. Była zdania że katolicki sposób oddawania czci Bogu jest raczej formalny i osobliwy, a dla niej liczył się przede wszystkim Jezus. Jej zdaniem rozdział 18 Apokalipsy według św. Jana mógł odnosić się zarówno do katolików, jak i do kogokolwiek innego. A katolik, którego znała troszczył się o relację z Jezusem i to jej odpowiadało

Niezależnie od wszystkiego Bunia zajmowała w moim życiu bardzo ważne miejsce i ponad dekadę po jej śmierci wciąż jest osobą której jestem najbardziej wdzięczny. Bez niej nie byłoby mnie tu gdzie jestem

Faktem jest – choć niewygodnym – że Chrystus Kościoła Katolickiego zawsze wydawał mi się nieco inny od Jezusa z którym dorastałem. Był trochę zbyt sztywny, zbyt formalny. Na piętrze w pobliżu mojej sypialni wisiał słynny portret Chrystusa pędzla Sallmana. Wyobrażałem Go sobie właśnie tak jak został przedstawiony na tym obrazie: jako postać osobistą i życzliwą, ale trochę samotną

Chrystus katolicyzmu unosił się wysoko nad człowiekiem, wyobrażony jako dorosły mężczyzna lub dziecko, otoczony promieniami światła i ukoronowany niczym król. Kobieta taka jak Bunia nie mogła nie odczuwać dyskomfortu przy takim Chrystusie. Katolicki Jezus był majestatycznym bóstwem, a my nie interesowaliśmy się majestatycznymi bóstwami ponieważ nie byliśmy majestatycznymi ludźmi

To była największa przeszkoda jaką napotkałem kiedy zacząłem rozważać przejście na katolicyzm. Potrafiłem poradzić sobie z większością typowych zastrzeżeń. Okazało się że katolicy wcale nie czczą Maryi. Powoli zaczynałem też dostrzegać mądrość w uznawaniu przez nich zarówno biblijnego, jak i tradycyjnego autorytetu, zwłaszcza widząc jak wielu moich przyjaciół głowi się nad znaczeniem tego czy innego fragmentu Pisma Świętego

Nabrałem wręcz poczucia, że katolicy zachowali historyczną ciągłość z Ojcami Kościoła – a nawet z samym Chrystusem – czego nie można było powiedzieć o religii w której się wychowałem. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia że gdybym zmienił wyznanie przestałbym być wnukiem mojej babci. Zatem przez wiele lat zajmowałem niewygodne stanowisko pomiędzy zaciekawieniem religią katolicką a nieufnością wobec niej

Znalazłem się w tym punkcie w dość konwencjonalny sposób. Podobnie jak wielu moich rówieśników wstąpiłem do piechoty morskiej zaraz po ukończeniu szkoły średniej. Zresztą jedyna osoba z mojej okolicy, która oprócz mnie ukończyła szkołę średnią w 2003 r., także zaciągnęła się do Marines

W 2005 r. wyjechałem do Iraku jako młody idealista oddany szerzeniu demokracji i liberalizmu wśród zacofanych narodów świata. Wróciłem rok później, sceptycznie nastawiony do wojny i ideologii, która legła u jej podstaw. Bunia nie żyła, a ja, nie mając Kościoła ani niczego co mogłoby mnie zakotwiczyć w wierze mojej młodości, przeszedłem od pobożności do samego tylko nazywania się wierzącym

Potem było jeszcze gorzej. Zanim opuściłem szeregi Marines w 2007 r. i rozpocząłem studia na Uniwersytecie Stanowym Ohio czytałem Christophera Hitchensa i Sama Harrisa, i nazywałem siebie ateistą

Nie będę rozwodził się nad tym jak do tego doszło ponieważ to typowa i nudna historia. W dużej mierze miało to związek z poczuciem że wiara nie ma sensu: przywódcy religijni do których się zwracałem twierdzili że jeżeli będę się modlić i wierzyć wystarczająco mocno – Bóg nagrodzi mnie ziemskim bogactwem. Znałem jednak wielu ludzi którzy wierzyli i modlili się naprawdę mocno, ale nie mieli z tego żadnych materialnych korzyści

Z tego etapu mojego życia płyną jednak dwa istotne spostrzeżenia. To z czym się wiążą zapowiadało bowiem intelektualne przebudzenie, które ostatecznie zaprowadziło mnie do Chrystusa. Pierwszym z tych spostrzeżeń jest że w przypadku biednego dzieciaka z trudnej rodziny, wspinającego się na kolejne szczeble drabiny społecznej, ateizm prowadzi do wyrwania z rodziny i kultury. Być ateistą to nie należeć już do społeczności która uczyniła nas tym kim jesteśmy

Przez długi czas ukrywałem swój brak wiary przed rodziną, ale nie dlatego że ktokolwiek z niej by się tym przejął. Jednak choć bardzo niewielu moich bliskich uczęszczało do kościoła wszyscy raczej w coś wierzyli

Jednym ze sposobów zrekompensowania braku wiary był dla mnie krótki flirt z libertarianizmem. Tracąc wiarę utraciłem też swój kulturowy konserwatyzm. W świecie który coraz bardziej współgrał z Partią Republikańską moja ideologiczna reakcja przybrała formę nadmiernej kompensacji: porzuciwszy kulturowy konserwatyzm stałem się jeszcze bardziej konserwatywny ekonomicznie

Ironia polega oczywiście na tym że to właśnie program gospodarczy partii republikańskiej najmniej interesował moją rodzinę – nikogo z niej nie obchodziło jak bardzo administracja Busha obniżyła stawki podatkowe dla miliarderów. Niemniej jednak Partia Republikańska stała się dla mnie swego rodzaju totemem, do którego przywiązywałem się coraz mocniej, ponieważ dzięki niemu zachowałem płaszczyznę porozumienia z rodziną

Tymczasem najbardziej godnym szacunku sposobem na zbudowanie takiej płaszczyzny z nowymi przyjaciółmi z college’u było niezłomne zaangażowanie w neoliberalną ortodoksję ekonomiczną. Ulgi podatkowe i cięcia w ubezpieczeniach społecznych były akceptowalnym obliczem konserwatyzmu wśród amerykańskiej elity

Drugim spostrzeżeniem jest że moje porzucenie religii miało charakter bardziej kulturowy niż intelektualny. Trudno było mi pogodzić religię z nauką. Nigdy nie byłem klasycznym darwinistą, między innymi z powodów, które David Gelernter przedstawił w swojej doskonałej nowej książce. Ale teoria ewolucji w jakiejś formie wydawała mi się wiarygodna i chociaż pochłonąłem Tornado na złomowisku Perloffa oraz każdą inną pracę na temat kreacjonizmu młodej Ziemi, w końcu doszedłem do punktu w którym nie mogłem pogodzić mojego rozumienia biologii z tym w co kazał mi wierzyć mój Kościół

Nigdy nie byłem tak oddany kreacjonizmowi bym czuł się zmuszony wybierać między biologią a Księgą Rodzaju. Ale napięcie między naukowym a biblijnym opisem ludzkiego pochodzenia sprawiło że odrzucenie wiary przyszło mi łatwiej. Głównie jednak odrzuciłem ją z bardzo prostego powodu: szaleństwa tłumów

Duża część mojego nowego ateizmu sprowadzała się do pragnienia akceptacji przez amerykańskie elity. Spędziłem tak dużo czasu w otoczeniu innego typu ludzi, kierujących się innym zestawem priorytetów, że mimowolnie przejąłem niektóre z ich poglądów. Zainteresowałem się sekularyzmem, kiedy rozstawałem się z piechotą morską i miałem podjąć naukę w college’u. Wiedziałem jaki stosunek do religii mają ludzie wykształceni: w najlepszym razie uważali ją za prowincjonalną i głupią, w najgorszym zaś traktowali ją jak zło

Powtarzając za Hitchensem – zacząłem myśleć, a potem mówić rzeczy w stylu: „Chrześcijański kosmos bardziej przypomina Koreę Północną niż Amerykę. Nie mam wątpliwości w którym z tych miejsc wolałbym żyć”. Dostrajałem się do nowej kasty uczynkami i emocjami. Wstyd się do tego przyznać ale to prawda, a ta niestety często źle świadczy o jej adresacie

Jeżeli jednak mogę powiedzieć coś na swoją obronę – nie było to do końca świadome. Nie myślałem sobie: „Nie będę chrześcijaninem, bo chrześcijanie to prostacy, a ja chcę się mocno zakorzenić w merytokratycznej klasie wyższej”

Socjalizacja działa w bardziej subtelny, a jednocześnie potężniejszy sposób. Mój dwuletni syn w ciągu sześciu miesięcy, w których nastąpił gwałtowny wzrost jego inteligencji społecznej, przeszedł od wyrywania futra naszemu owczarkowi niemieckiemu do radosnego przytulania go i całowania. Częściowo wynika to z radości dzielenia się uczuciami z najlepszym przyjacielem człowieka. Ale po części jest to spowodowane tym że moja żona i ja grymasimy i narzekamy kiedy syn torturuje psa, za to gruchamy i śmiejemy się kiedy obdarza go czułością

Syn reaguje na nas tak jak ja reagowałem na wykształconą kastę, do której powoli się zbliżałem. W college’u bardzo niewielu moich przyjaciół, a jeszcze mniej moich nauczycieli wyznawało jakąkolwiek religię. Choć więc sekularyzm nie był warunkiem dołączenia do elit, to z pewnością to ułatwiał

Oczywiście, gdyby ktoś powiedział mi to jak miałem dwadzieścia cztery lata zaprotestowałbym z całą stanowczością. Cytowałbym nie tylko Hitchensa, ale także Russella i Ayera. Wyjaśniłbym dlaczego C.S. Lewis był kretynem, którego argumenty mogły trafiać tylko do pseudointelektualistów. Oglądałem Raviego Zachariasa wyłącznie by dostrzec wady jego argumentacji, na wypadek gdyby oczytany chrześcijanin użył jej przeciw mnie. Szczyciłem się umiejętnością przytłaczania oponentów logiką

W sercu mojego światopoglądu zagnieździła się emocjonalna i intelektualna arogancja. Pocieszałem się jednak myślą Ayn Rand, filozof której ateizm-libertarianizm mówił wszystko co chciałem usłyszeć. Wielcy, mądrzy ludzie byli aroganccy tylko wtedy kiedy się mylili – a to przecież nie dotyczyło mnie

Jednak zarówno w moim umyśle, jak i sercu kiełkowały ziarnka wątpliwości. Pierwsze zostało zasiane podczas średnio zaawansowanego kursu filozofii na Uniwersytecie Ohio State. Omawialiśmy słynną pisemną debatę między Antonym Flewem, R.M. Hare’em i Basilem Mitchellem

Flew, ateista /który później odrzucił ten światopogląd/, argumentował że wypowiedzi teologiczne w stylu „Bóg kocha człowieka” są zasadniczo niefalsyfikowalne, a zatem pozbawione znaczenia. Ponieważ wierzący nie pozwolą by fakty podważały ich wiarę, ich poglądy nie są tak naprawdę twierdzeniami na temat świata. Współgrało to z moimi obserwacjami dotyczącymi wypowiedzi wierzących w obliczu trudności. W zetknięciu z niewypowiedzianą tragedią mówili że „niezbadane są wyroki Boskie”, a samotność i desperację kwitowali lakonicznym „Bóg wciąż cię kocha”

Jeżeli ktoś w tak oczywisty sposób bagatelizuje prawdziwe ludzkie problemy, to jego wiara musi być pozbawiona głębi. Podczas zajęć najwięcej czasu poświęciliśmy pierwszej szarży Flewa i odpowiedzi Hare’a, który zasadniczo zgodził się z przedmówcą, ale wskazał że uczucia religijne są jednak znaczące i potencjalnie prawdziwe

Odpowiedź Basila Mitchella spotkała się z mniejszym zainteresowaniem, ale to właśnie jego słowa pozostają jednymi z najmocniejszych jakie kiedykolwiek przeczytałem. Od tamtej pory ciągle o nich myślę. Mitchell zaczyna od przypowieści o żołnierzu który na okupowanym terytorium spotyka Nieznajomego. Żołnierz jest tak zafascynowany Nieznajomym że uznaje go za przywódcę ruchu oporu

Czasami Nieznajomy pomaga członkom ruchu oporu, więc partyzant mówi swoim przyjaciołom że człowiek ten jest po ich stronie. Czasami Nieznajomy ubrany w mundur policji wydaje patriotów okupantowi. Wówczas przyjaciele partyzanta szemrają przeciw Nieznajomemu, ale partyzant nie zmienia zdania. Wierzy że to tylko pozory i że Nieznajomy wcale go nie oszukał. Czasami prosi Nieznajomego o pomoc i otrzymuje ją, za co czuje wdzięczność. Czasami jednak pozostaje bez pomocy. Wtedy mówi: „Nieznajomy wie najlepiej”. Czasami jego przyjaciele pytają z irytacją: „Co musiałby zrobić byś przyznał że się myliłeś, i że ten człowiek wcale nam nie sprzyja?”

Ale partyzant odmawia odpowiedzi. Nie zgadza się też na wystawienie Nieznajomego na próbę. Od czasu do czasu jego przyjaciele narzekają: „Jeżeli to właśnie masz na myśli, mówiąc że Nieznajomy jest po naszej stronie, to im szybciej przejdzie na stronę przeciwnika, tym lepiej dla nas”. Partyzant jednak uparcie nie pozwala by cokolwiek zachwiało jego przekonaniem. Dzieje się tak ponieważ zobowiązał się zaufać Nieznajomemu. Ale oczywiście zdaje sobie sprawę że takie niejednoznaczne zachowanie jest sprzeczne z tym co o nim sądzi. To właśnie jest próba wiary partyzanta

W tamtym czasie starałem się za wszelką cenę odrzucić odpowiedź Mitchella. Flew doskonale opisał wiarę z którą się rozstałem. Ale Mitchell przedstawił ją w całkowicie nowy dla mnie sposób. W jego ujęciu wątpliwości są nie do przyjęcia. Byłem przekonany że właściwą reakcją na próbę wiary jest udawanie, że nigdy się nie wydarzyła. Mitchell przyznawał jednak że zepsucie świata i indywidualne ludzkie udręki rzeczywiście przemawiają przeciw istnieniu Boga. Ale nie definitywnie

Ostatecznie doszedłem do wniosku że Mitchell wygrał filozoficzną debatę wiele lat przed tym jak zdałem sobie sprawę jak bardzo jego pokora w obliczu wątpliwości wpłynęła na moją własną wiarę

Pnąc się w górę w hierarchii edukacyjnej – przeniosłem się z Uniwersytetu Ohio State do Szkoły Prawniczej Yale; zacząłem się martwić że moja asymilacja z elitarną kulturą pociąga za sobą zbyt wysokie koszty. Siostra powiedziała mi kiedyś że myśli o mnie zawsze kiedy słyszy piosenkę Simple Man zespołu Lynyrd Skynyrd. Zakochałem się, ale emocjonalne demony z dzieciństwa utrudniały mi bycie takim partnerem jakim zawsze chciałem być. Moja randowska arogancja co do własnych umiejętności rozpłynęła się, kiedy zdałem sobie sprawę że obsesja na punkcie osiągnięć nie da mi tego co przez większość życia miało dla mnie największe znaczenie – szczęśliwej, dobrze prosperującej rodziny

Zanurzyłem się w logice merytokracji i uznałem ją za głęboko niesatysfakcjonującą. Zacząłem się zastanawiać czy te wszystkie ziemskie wyznaczniki sukcesu rzeczywiście czyniły mnie lepszym człowiekiem. Zamieniłem cnotę na osiągnięcia, ale doszedłem do wniosku że to drugie mi nie wystarcza. Poza tym kobieta z którą chciałem się ożenić nie dbała czy zdobędę stanowisko urzędnicze w Sądzie Najwyższym. Pragnęła jedynie bym był dobrym człowiekiem

Oczywiście jak każdy mogłem nieco wyolbrzymiać własne niedoskonałości. Nigdy nie zdradziłem mojej przyszłej małżonki. Nigdy nie byłem wobec niej agresywny. Ale głos w mojej głowie domagał się ode mnie czegoś więcej: bym przedkładał jej interesy nad swoje własne i panował nad emocjami dla dobra nas obojga

Zacząłem rozumieć że ten głos, skądkolwiek pochodził, nie był tym samym który zmuszał mnie do ustawicznego wspinania się po drabinie merytokracji. Pochodził z bardziej starożytnego i ugruntowanego źródła – nie żądał ode mnie kulturowego odcięcia się od środowiska pochodzenia, ale zastanowienia się nad nim

Rozmyślając o tych bliźniaczych pragnieniach sukcesu i budowania charakteru oraz analizując ich sprzeczności /i podobieństwa/, natknąłem się na medytację św. Augustyna o Księdze Rodzaju. Byłem fanem Augustyna od czasu kiedy na zajęciach z teorii polityki w college’u omawialiśmy Państwo Boże. Jego przemyślenia na temat Księgi Rodzaju szczególnie do mnie przemówiły i uważam że warto je tu przytoczyć

Jeżeli czytamy jakieś słowa Pisma Świętego odnośnie zagadnień niejasnych i bardzo dalekich od naszego wzroku, o czym można by wygłaszać różne zdanie i poglądy z zachowaniem wiary którą w życiu się kierujemy, nie powinniśmy pochopnie skłaniać się ku żadnej z owych możliwości, byśmy nie zbłądzili gdyby po pilniejszym rozważeniu jasność prawdy właściwie ją obaliła; oraz by nie okazało się że dociekamy nie dlatego że chodzi o zdanie Pisma Świętego, ale że to nasz własny pogląd, który chcielibyśmy uznać jako sąd Pisma, podczas kiedy powinno być odwrotnie

Opieramy się bowiem na tym co napisano: „Wtedy Bóg rzekł: »Niechaj się stanie światłość!« I stała się światłość” /Rdz 1,3/. Jedni sądzą że stworzone zostało światło cielesne, inni że duchowe. To że w stworzeniach duchowych jest światłość duchowa nasza wiara nie wątpi; natomiast twierdzenie że istnieje niebieskie światło fizyczne, może nadniebne albo przed niebem, po którym mogłaby nastąpić noc, tak długo nie sprzeciwia się wierze aż niezostanie obalone przez całkowicie pewną prawdę. Gdyby tak się stało nie byłoby to zdanie Pisma lecz wymysł ludzkiej ignorancji. /…/

Często bowiem zdarza się że ktoś, nawet nie chrześcijanin, zna się dobrze na ziemi, niebie oraz innych elementach świata, na ruchach i obrotach, a nawet na wielkościach i odległościach gwiazd, na zaćmieniach Słońca i Księżyca, na porach roku i zmianach, na naturze zwierząt, krzewów i kamieni tak, że dokładnie to rozumie, a nawet doświadcza

Ale jest brzydko, szkodliwie i należy tego szczególnie unikać, by ośmielił się wyśmiewać chrześcijan rozprawiających o tych rzeczach zgodnie z nauką chrześcijańską, kiedy, jak to się mówi, jest rzeczą oczywistą że trudno powstrzymać się od śmiechu, bo takie bzdury plotą. I nie tyle jest przykro że wyśmiewa się człowieka błądzącego, ale że nasi autorzy, przez tych którzy są zewnątrz, za takich bywają uznani z wielką szkodą dla tych o których zbawienie się staramy, i jako niedouczeni zostają odtrąceni

Skoro tylko kogoś z chrześcijan złapią na pomyłce w sprawach na których dobrze się znają, a swoje złudne zdanie poprą jakimś cytatem z naszych ksiąg, to dlaczego wierzą tym księgom w kwestii zmartwychwstania umarłych, życia wiecznego i królestwa niebieskiego, kiedy uważają że w kwestiach i zagadnieniach które już potrafili rozstrzygnąć i niewątpliwymi dowodami poprzeć, owe księgi błędnie zostały zredagowane?

Nie mogłem przestać myśleć o tym jak kiedyś zareagowałbym na te słowa: gdyby ktoś przedstawił mi je jak miałem lat siedemnaście nazwałbym go heretykiem. Było to dostosowanie wiary do nauki które Bill Maher słusznie wyśmiewał za pobłażanie współczesnym umiarkowanym chrześcijanom. A jednak oto głos świętego sprzed szesnastu stuleci mówi nam że moje własne podejście do Księgi Rodzaju jest arogancją, i to taką która może odwrócić człowieka od wiary

Okazało się że było to nad wyraz dosadne stwierdzenie i pierwsze pęknięcie w mojej zbroi. Zacząłem rozpowszechniać ten cytat wśród znajomych, zarówno wierzących, jak i niewierzących. Nieustannie o nim myślałem

Mniej więcej w tamtym czasie uczestniczyłem w wykładzie Petera Thiela na naszej uczelni prawniczej. Był rok 2011 i Thiel nie cieszył się jeszcze ogólnym rozgłosem, choć był już znanym w branży inwestorem venture capital. Później napisał notkę wydawniczą do mojej książki i stał się moim dobrym przyjacielem, ale wówczas nie miałem pojęcia czego się po nim spodziewać. Zaczął od przedstawienia tematu w kategoriach osobistych, ostrzegając nas że będziemy coraz mocniej uwikłani w wyścig szczurów. Że czeka nas rywalizacja o staże w sądach apelacyjnych, a następnie w Sądzie Najwyższym. Że będziemy konkurować ze sobą o pracę w elitarnych kancelariach prawnych, a następnie o status wspólnika w tych kancelariach

Mówił że z każdym kolejnym etapem wymagać się będzie od nas więcej godzin pracy, której prestiż nie zrekompensuje jej bezsensowności. A za to wszystko zapłacimy zerwaniem więzi z rówieśnikami. Mówił również że jego własny świat Doliny Krzemowej poświęca zbyt mało czasu na przełomy technologiczne, które poprawiają jakość życia – na przykład w biologii, energii i transporcie – a zbyt wiele na rozwiązania takie jak nowoczesne oprogramowanie i telefony komórkowe

Każdy może dziś tweetować do każdego lub publikować zdjęcia na Facebooku, ale podróż do Europy trwa dłużej, nie ma lekarstwa na pogorszenie funkcji poznawczych czy demencję, a zużycie energii coraz bardziej zanieczyszcza planetę. Uważał że te dwa trendy – uwięzienie elitarnych profesjonalistów w hiperkonkurencyjnych miejscach pracy i technologiczna stagnacja społeczeństwa – są ze sobą powiązane. Gdyby innowacje technologiczne zwiększały prawdziwy dobrobyt – elity nie rywalizowałyby ze sobą o coraz mniejszą liczbę prestiżowych osiągnięć

Wykład Petera pozostaje najważniejszym momentem mojego pobytu w Yale. Nazwał to co od jakiegoś czasu czułem, ale nie potrafiłem uchwycić: miałem obsesję na punkcie osiągnięć samych w sobie. Nie były one dla mnie celem czegoś znaczącego, a jedynie umożliwiały zwycięstwo w społecznej konkurencji

Moje obawy że przedkładam dążenie nad budowanie charakteru nabrały większego znaczenia. Przede wszystkim zacząłem się zastanawiać do czego w ogóle dążę. Nie wiedziałem nawet dlaczego zależało mi na tej czy innej rzeczy. Uważałem się za wykształconego, oświeconego i wyjątkowo obeznanego ze światem – przynajmniej w porównaniu z większością ludzi z mojego rodzinnego miasta. Koniecznie chciałem jednak uzyskać zawodową walidację przez staż u sędziego federalnego, a następnie zdobycie stanowiska wspólnika w prestiżowej firmie

Nie rozumiałem jednak tej obsesji. Choć miałem niewielką styczność z praktyką prawniczą już jej nienawidziłem. Zdałem sobie sprawę że brałem udział w desperackim wyścigu o nagrodę w postaci pracy, której nienawidziłem

Dlatego natychmiast zacząłem planować karierę poza prawem i dlatego po ukończeniu studiów spędziłem mniej niż dwa lata jako praktykujący adwokat. Ale Peter dał mi jeszcze jedną rzecz: nie tylko był jednym z najmądrzejszych ludzi jakich kiedykolwiek spotkałem, ale był przy tym chrześcijaninem. Przeczył stereotypowi społecznemu, który sobie wypracowałem, jakoby chrześcijanie byli głupi, a ateiści mądrzy

Zacząłem się zastanawiać skąd wzięła się religijność Thiela. Doprowadziło mnie to do René Girarda, francuskiego filozofa, którego prace Peter studiował w Stanford. Myśl Girarda jest na tyle bogata że jakikolwiek wysiłek by ją podsumować – nie odda mu sprawiedliwości. Jego teoria rywalizacji mimetycznej – zakładająca że człowiek ma tendencję do konkurowania o rzeczy których pragną inni ludzie – odnosiła się bezpośrednio do części presji której doświadczyłem w Yale

Ale tym co skłoniło mnie do ponownego przemyślenia mojej wiary była teoria kozła ofiarnego oraz perspektywa w jakiej ukazuje ona na chrześcijaństwo. Jednym z głównych spostrzeżeń Girarda jest że ludzkie cywilizacje często, a może nawet zawsze opierają się na „micie kozła ofiarnego” – akcie przemocy popełnionym wobec kogoś kto skrzywdził ogół społeczności – opisywanym jako swego rodzaju opowieść o początkach tej społeczności

Girard zauważa że Romulus i Remus byli boskimi dziećmi – podobnie jak Chrystus – oraz że zostali umieszczeni w koszu na rzece, by uniknąć śmierci z rozkazu zazdrosnego króla – podobnie jak Mojżesz. Kiedyś wzdrygałem się na takie porównania, martwiąc się że jakikolwiek pozorny brak oryginalności ze strony Pisma Świętego oznacza że jego treść nie może być prawdziwa. Jest to zresztą powszechne narzędzie retoryczne nowych ateistów: wskazują oni jakąś historię stworzenia, na przykład narrację o potopie w eposie o Gilgameszu, jako dowód że święci autorzy splagiatowali opowieści wcześniejszych cywilizacji. Jeżeli biblijna historia została zaczerpnięta z innego źródła, to może wcale nie być Słowem Bożym

Ale Girard odrzuca taki tok rozumowania i pochyla się nad podobieństwami między wydarzeniami opisanymi w Piśmie Świętym i w podaniach wywodzących się z innych kultur. Zdaniem Girarda wersja chrześcijańska zasadniczo różni się od pozostałych, mówi bowiem o czymś „ukrytym od stworzenia świata”. W chrześcijańskiej opowieści kozioł ofiarny nie skrzywdził społeczeństwa – społeczeństwo skrzywdziło jego. Ofiara szaleństwa tłumów jest, tak jak Chrystus, nieskończenie potężna, gdyż potrafi zapobiec własnemu morderstwu, i całkowicie niewinna – tak jak On, nie zasługuje na wściekłość i przemoc tłumu

W Chrystusie widzimy nasze wysiłki zmierzające do przerzucenia winy i własnych niedoskonałości na ofiarę – są one naszą moralną porażką, brutalnie rzutowaną na kogoś innego. Chrystus jest kozłem ofiarnym, który zamiast obwiniać wybrane przez społeczeństwo ofiary, ujawnia nasze niedoskonałości i zmusza nas do spojrzenia na własne wady

Ludzie dochodzą do prawdy na różne sposoby i jestem pewien że niektórzy uznają moje świadectwo za niesatysfakcjonujące. Ale myśl Girarda, z którą zetknąłem się w 2013 r., doskonale przedstawiała psychologię mojego pokolenia, zwłaszcza jego najbardziej uprzywilejowanych członków. Pogrążeni w bagnie mediów społecznościowych wybraliśmy kozła ofiarnego i zaatakowaliśmy go cyfrowo. Byliśmy wojownikami klawiatury wyładowującymi się na ludziach za pośrednictwem Facebooka i Twittera, ale nie widzieliśmy własnych problemów. Walczyliśmy o pracę, której tak naprawdę nie chcieliśmy, udając przy tym że wcale tego nie robimy

Ostatecznym rezultatem, przynajmniej dla mnie, było że zapomniałem o języku cnót. Czułem większy wstyd z powodu oblania egzaminu prawniczego niż utraty panowania nad sobą w rozmowie z dziewczyną. To wszystko musiało się zmienić

Nadszedł czas by przestać szukać kozła ofiarnego i skupić się na tym co mogę zrobić by poprawić istniejący stan rzeczy

Te bardzo osobiste refleksje na temat wiary, konformizmu i cnoty zbiegły się w czasie z moim projektem pisarskim, który ostatecznie stał się sukcesem: Elegią dla bidoków, książką którą opublikowałem w 2016 r. Kiedy przypominam sobie wcześniejsze szkice książki zdaję sobie sprawę jak bardzo zmieniłem się od 2013 do 2015 r. Zacząłem książkę wściekły, pełen urazy do mojej matki i pewny swoich umiejętności, a skończyłem ją pokorniejszy i bez pomysłu na to jak „rozwiązać” nasze problemy społeczne

Odpowiedź do której doszedłem jest tak samo niesatysfakcjonująca dziś, jak i wtedy: nie da się „rozwiązać” tych problemów. W najlepszym razie możemy je ograniczyć lub złagodzić ich skutki

Przygotowując się do pisania tej publikacji zauważyłem że wiele z omawianych w niej problemów społecznych wynikało z zachowań, które socjologowie określali inaczej niż eksperci polityczni. Dyskusja po prawej stronie często dotyczyła „kultury” i „osobistej odpowiedzialności”, a zatem sposobów w jakie jednostki lub społeczności hamowały własny postęp. I choć wydawało mi się oczywiste że w niektórych z miejsc, w których dorastałem, było coś dysfunkcyjnego, dyskurs prawej strony wydawał się nieco bezduszny. Nie uwzględniał faktu że destrukcyjne zachowania prawie zawsze były tragediami o strasznych konsekwencjach

Czym innym jest wytknięcie komuś że nie postępuje w określony sposób, a czym innym odczuwanie ciężaru nieszczęścia wynikającego z tych działań

Lewicowi intelektualiści skupiali się bardziej na strukturalnych i zewnętrznych problemach rodzin takich jak moja – trudnościach w znalezieniu pracy i braku funduszy na pewne rodzaje zasobów. Rzeczywiście, często brakowało nam niezbędnych środków, miałem jednak poczucie że nasze najbardziej destrukcyjne zachowania utrzymywały się, a nawet kwitły w czasach materialnego komfortu. Lewica ekonomiczna była zwykle bardziej współczująca, ale był to rodzaj współczucia pozbawiony jakichkolwiek oczekiwań i cuchnący rezygnacją. Współczucie, które zakłada że człowiek nie ma wyjścia z niekorzystnej sytuacji, jest jak współczucie dla zwierzęcia w zoo i nie przynosi żadnego pożytku

Kiedy zastanawiałem się nad tymi przeciwstawnymi poglądami oraz ich wartością i wadami – poczułem desperacką potrzebę znalezienia światopoglądu który rozumiałby złe zachowania jako zjawiska zarówno społeczne, jak i indywidualne, strukturalne i moralne; który uznawałby że jesteśmy produktami naszego środowiska; że mamy obowiązek zmieniać to środowisko, ale że nadal jesteśmy istotami moralnymi z indywidualnymi powinnościami; który mógłby mówić o rosnących wskaźnikach rozwodów i uzależnień nie w kategoriach uświęconych wniosków na temat ich negatywnych społecznych efektów zewnętrznych, ale z moralnym oburzeniem

W końcu zdałem sobie sprawę że miałem już kiedyś styczność z takim światopoglądem – było nim chrześcijaństwo mojej babci. Zachowania niszczące życie i społeczności nazywała „grzechem”. Przypomniałem sobie jeden z moich najmniej ulubionych fragmentów Pisma Świętego z Księgi Liczb, lecz tym razem spojrzałem na niego w nowym świetle: „Pan cierpliwy, bogaty w życzliwość, przebacza niegodziwość i grzech, lecz nie pozostawia go bez ukarania, tylko karze grzechy ojców na synach do trzeciego, a nawet czwartego pokolenia” /Lb 14,18/

Dziesięć lat temu uznałem że fragment ten dowodzi mściwości i irracjonalności Boga. Któż jednak mógłby spojrzeć na statystyki dotyczące tego czego dokonała nasza kultura i polityka na początku XXI wieku – nędzy, rosnących wskaźników samobójstw, „śmierci z rozpaczy” w najbogatszym kraju na ziemi – i wątpić że grzechy rodziców miały wpływ na ich dzieci?

Tu znów odbiły się echem słowa św. Augustyna sprzed półtora tysiąclecia, wyrażające prawdę którą czułem od dawna, ale której nie wypowiadałem

Był to fragment z Państwa Bożego, w którym Augustyn podsumowuje rozpustę rzymskiej klasy rządzącej:
Owszem na tym nam zależy by u wszystkich wzrastała zamożność wystarczająca i na życie rozrzutne, i na to iżby każdy możniejszy mógł biedniejszymi zawładnąć. Niech biedacy, by byli syci, słuchają bogatych i niech pod ich opieką spokojnie siedzą. A bogaci niech wyzyskują biedotę, używając jej do otoczenia swego i do posługiwania w swym przepychu. Niech ludy głoszą chwałę nie tych co im zbawienne rady dają, lecz tych co im rozkosze sypią. Nie wymagać rzeczy przykrych, nie zabraniać niewstydu! Królom nie o to chodzić powinno, jak rządzić dobrymi, lecz jak poddanymi rządzić

Niech krainy służą królom, nie jako kierownikom obyczajów, lecz jako władcom mienia swych poddanych i hojnym rozdawcom przyjemności. I nie potrzebują poddani mieć wobec nich szczerego szacunku, lecz strach niski i służalczy. Prawa niech patrzą, iżby nikt szkody nie czynił w cudzej winnicy, a nie we własnej duszy. Do sądu tego tylko pociągać, co by zagrażał lub szkodził cudzemu mieniu, domowi, zdrowiu, albo coś złego komu czynił wbrew jego woli. A poza tym, z własnością swoją, z rodziną swoją lub z tymi co się na to godzą, niech sobie każdy czyni co mu się podoba

Nierządnic publicznych niech będzie dostatek dla wszystkich, co ich używać pragną, a głównie dla tych którzy nie mogą mieć swoich prywatnych. Domy mają być pobudowane obszerne i ozdobne, uczty wystawne dla każdego dostępne niech będą, na których by wszyscy, co zechcą, bawić się mogli we dnie i w nocy, pić, zwracać, nurzać się w użyciu

Niech grzmią tańce wszędzie, teatry niech rozbrzmiewają wrzawą śpiewów niewstydnych i wszelkiego rodzaju okrutnym lub wszetecznym weselem. A komu ono nie przypada do smaku, za wroga ludzkości niech będzie uważany. Kto by je chciał zmienić czy usunąć, niech takiego lud wolny odtrąci od uszu swoich, niech go wygna precz, niech życia pozbawi. Niech ci za bogów prawdziwych uchodzą co taką szczęśliwość zgotowali ludom i dla ludów zachowują

Jest to najtrafniejsza krytyka współczesności, jaką kiedykolwiek czytałem. Opisuje społeczeństwo całkowicie oddane konsumpcji i przyjemności, odrzucające obowiązek i cnotę. Niedługo po tym jak pierwszy raz przeczytałem te słowa, mój przyjaciel Oren Cass wydał książkę w której twierdził że amerykańscy decydenci polityczni zbytnio skupili się na promowaniu konsumpcji, a za mało na propagowaniu produktywności lub innej miary dobrobytu

Fala krytyki która spadła na Orena za to że ośmielił się forsować pogląd mogący zmniejszyć konsumpcjonizm, niemal udowodniła słuszność jego tezy. „Owszem” – stwierdziłem – „preferowana przez Orena polityka może obniżyć konsumpcję per capita. Ale właśnie o to chodzi: nasze społeczeństwo to coś więcej niż suma statystyk ekonomicznych. Jeżeli ludzie umierają wcześniej mimo historycznego poziomu konsumpcji, to być może nastawienie na konsumpcję jest błędem”

Właśnie ta refleksja ostatecznie doprowadziła mnie nie tylko do chrześcijaństwa, ale i do katolicyzmu. Bunia wprawdzie nie znała liturgii, rzymskich i włoskich wpływów kulturowych ani zagranicznego papieża, powoli jednak zacząłem dostrzegać że katolicyzm był najbliższy jej wersji chrześcijaństwa. Cechowała ją obsesja na punkcie cnoty przy jednoczesnej świadomości że kształtuje się ona w kontekście szerszej społeczności; współczucie dla cichych i biednych tego świata bez traktowania ich li tylko jako ofiar; potrzeba ochrony dzieci i rodzin oraz wszystkiego co niezbędne dla ich dobrobytu

A przede wszystkim była to wiara skupiona na Chrystusie, który wymaga od nas doskonałości, nawet jeżeli kocha nas bezwarunkowo i łatwo nam przebacza

Kiedy to zrozumiałem odbyłem kilka nieformalnych rozmów z braćmi dominikanami, a następnie powziąłem z jednym z nich poważniejsze studia. Prawie żałuję że przebiegało to tak stopniowo, że nie nastąpił moment nagłego objawienia, który uświadomił mi że muszę zostać katolikiem

Było za to kilka dziwnych zbiegów okoliczności które przyspieszyły moją decyzję. Jeden z nich miał miejsce podczas konferencji w której uczestniczyłem z konserwatywnymi intelektualistami. Późno w nocy, w hotelowym barze, zapytałem konserwatywnego katolickiego pisarza o jego krytykę papieża. /Coraz bardziej skłaniam się ku poglądowi że zbyt wielu amerykańskich katolików nie wykazuje należytego szacunku dla papiestwa, traktując papieża jako postać polityczną, którą można krytykować lub chwalić w zależności od własnych kaprysów/. Chociaż przyznał że niektórzy katolicy posunęli się za daleko, bronił swojego bardziej wyważonego podejścia

Nagle zza baru spadł kieliszek wina, stojący dotychczas w bezpiecznym miejscu, i rozbił się na podłodze przed nami. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie w milczeniu, nieco zaskoczeni, po czym gwałtownie zakończyliśmy rozmowę, usprawiedliwiając się koniecznością udania się na spoczynek

Druga sytuacja wydarzyła się w Waszyngtonie podczas wyjątkowo wyczerpującego tygodnia podróży. Nie widziałem się z rodziną od kilku dni i nie miałem nawet czasu zadzwonić do mojego synka. W takich chwilach zdarza mi się słuchać pięknego psalmu wykonanego przez prawosławny chór podczas wizyty papieża Franciszka w Gruzji w 2016 r.

Słuchałem go w pociągu z Nowego Jorku do Waszyngtonu, gdzie miałem się spotkać z dominikańskim zakonnikiem. Po rozmowie przy kawie zaprosił mnie do swojej wspólnoty. Tam usłyszałem braci śpiewających ten właśnie psalm. Wiem że nietrudno tu o sceptyczny argument: J.D. obejrzał nagranie księdza intonującego werset biblijny, a następnie wysłał e-mail do zakonnika, którego współbracia zaczęli śpiewać ten sam werset

Ale cytując postać graną przez Samuela L. Jacksona w Pulp Fiction, można rzec: „Źle rozumujesz. Bóg może zatrzymać kule, zmienić Colę w Pepsi, znaleźć moje… kluczyki. Ale nie o to chodzi. Nieważne czy to był cud spełniający wymogi cudu. Ważne jest że Bóg wmieszał się w nasze sprawy”

Owszem, były takie chwile w ciągu ostatnich kilku lat, kiedy czułem działanie Boga. Nie mogę jednak powiedzieć że którakolwiek z nich sprawiła, że wstałem i powiedziałem: „Czas się nawrócić”

Ta decyzja dojrzewała stopniowo. Doszedłem do wniosku że Bunia zaakceptowałaby katolicką teologię, mimo że czułaby się z nią nieswojo z powodu kulturowych naleciałości. Były więc słowa św. Augustyna i Girarda. Był przykład mojego wujka Dana, który wykazywał się chrześcijańską cnotą bardziej niż jakakolwiek inna znana mi osoba

Byli też dobrzy przyjaciele, którzy pokazali mi że nie muszę odrzucać rozumu by zbliżyć się do ołtarza. Wszystko to sprawiło że ostatecznie uwierzyłem w nauki Kościoła Katolickiego, choć działo się to powoli i nierównomiernie

Niektóre rzeczy stanowiły dla mnie wyzwanie nawet już po podjęciu decyzji o zmianie wyznania. Kryzys związany z molestowaniem seksualnym sprawił że zacząłem się zastanawiać czy dołączenie do Kościoła nie oznaczałoby poddania mojego dziecka instytucji, która bardziej dba o własną reputację niż o ochronę swoich członków. Przepracowanie tych uczuć opóźniło moje nawrócenie co najmniej o kilka miesięcy

Obawiałem się też że będzie to niesprawiedliwe wobec mojej żony: nie wyszła za mąż za katolika, więc czułem się jakbym pozbawiał ją wyboru. Ale od początku wspierała moją decyzję i absolutnie nie była odpowiedzialna za to opóźnienie

Zostałem przyjęty do Kościoła Katolickiego w piękny dzień w połowie sierpnia, podczas prywatnej ceremonii, przeprowadzonej niedaleko mojego domu. Tego dnia obudziłem się czując pewien niepokój. Martwiłem się że popełniam duży błąd. Jednak przy wszystkich wątpliwościach co do tego jak zareagowałaby Bunia, to jedno z jej ulubionych powiedzonek dźwięczało mi w uszach tego ranka: „Albo s…j , albo złaź z klozetu”

Zostałem ochrzczony i przyjąłem pierwszą komunię. Było to piękne przeżycie, choć muszę przyznać że wciąż czułem się nieswojo wśród obrzędów, które niczym nie przypominały moich wczesnodziecięcych doświadczeń z Kościołem. W wydarzeniu towarzyszyła mi większość rodziny

Mój dwuletni syn zjadł podczas ceremonii mnóstwo krakersów /jedną z moich ulubionych cech Kościoła jest zachęcanie do przyprowadzania dzieci na nabożeństwa/. Na koniec bracia dominikanie ugościli moich przyjaciół i rodzinę kawą i pączkami

Staram się zachować pokorę wobec tego jak mało wciąż wiem i jak wiele brakuje mi do bycia prawdziwym chrześcijaninem. Najbardziej lubię prowadzić rozmowy na temat różnych idei; zawsze mniej interesowały mnie tematy o których nie można poczytać lub podyskutować

Ale Kościół to nie tylko idee i św. Augustyn, którego wybrałem na swojego patrona. Chodzi w nim także o serce i wspólnotę wierzących. Chodzi o uczestnictwo we Mszy św. i przyjmowanie sakramentów, nawet jeżeli jest to trudne lub wprawia nas w zakłopotanie. Chodzi o tak wiele rzeczy, o których jeszcze niewiele wiem, a które mam coraz głębiej odkrywać

Moja żona powiedziała że nawrócenie się na katolicyzm, a zwłaszcza związane z tym nauki i rozmyślania dobrze mi zrobiły. Dziś widzę że miała rację, przynajmniej w pewnym kosmicznym sensie. Zdałem sobie sprawę że część mojej duszy – najlepsza część – kierowała się wskazaniami religii katolickiej. Była to ta część która domagała się bym okazywał synowi cierpliwość, i sprawiała że czułem się okropnie, kiedy mi się to nie udawało. Żądała bym panował nad swoją impulsywnością w relacjach z innymi ludźmi, a zwłaszcza moją rodziną. Żądała bym bardziej dbał o to jak jestem postrzegany jako mąż i ojciec, niż ile zarabiam

Wymagało to ode mnie poświęcenia prestiżu zawodowego dla dobra rodziny. Wymagało to również porzucenia urazy i wybaczenia tym którzy mnie skrzywdzili. Jak mówi św. Paweł w Liście do Filipian: „W końcu, bracia, wszystko co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeżeli jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym – to miejcie na myśli!” /Flp 4,8/

To katolicka część mojego serca i umysłu domagała się bym myślał o rzeczach które rzeczywiście miały znaczenie. Pragnąc by ta część mnie rozwijała się i kwitła, musiałem zrobić coś więcej niż tylko od czasu do czasu przeczytać książkę teologiczną lub zastanowić się nad własnymi słabościami

Musiałem więcej się modlić, uczestniczyć w sakramentalnym życiu Kościoła, spowiadać się i publicznie pokutować, bez względu jak bardzo było to krępujące

Potrzebowałem też łaski. Innymi słowy – musiałem nie tylko myśleć o religii, ale naprawdę stać się katolikiem

J.D Vance

/Tekst pierwotnie ukazał się na łamach „The Lamp”, za wszystkoconajwazniejsze.pl/
/opubl. 25.10.2024/

KIM JEST JD VANCE

Donald Trump wzbudza emocje, wstrząsa posadami światowego porządku, skupia na sobie uwagę mediów i analityków. W jego cieniu porusza się polityk zupełnie wyjątkowy: JD Vance

W świecie polityki osoby mające poglądy jasno sprecyzowane, oparte na wierze chrześcijańskiej, rzadko robią karierę. Owszem, niejeden polityk przyznaje się do wiary, ale jeżeli przyjrzeć się ich poczynaniom to najczęściej widać kierowanie się własnym interesem politycznym lub interesem „sponsorów”, a nie głoszonymi wartościami

Kariera polityczna JD Vance’a jest bardzo krótka, niemniej w jego działalności już zaznaczył się wpływ zasad chrześcijańskich. Należy wyrazić uznanie dla Trumpa że swoim wiceprezydentem uczynił świeżo upieczonego, czterdziestoletniego senatora z Ohio, choć zapewne wygrałby w tym stanie bez jego pomocy. Co więcej, wybrał kogoś kto z protestantyzmu przeszedł na katolicyzm

Jak sam Vance bez ogródek przyznaje – jego pochodzenie i wczesne lata nie zapowiadały ani oszałamiającej kariery, ani ścisłych związków z religią. Jego ojciec JD Bowman opuścił matkę, kiedy Vance był niemowlęciem, dlatego ten już jako trzydziestoletni mężczyzna zmienił nazwisko na nazwisko dziadków po kądzieli, którzy go wychowywali

Po rozwodzie z Bowmanem matka, która nadużywała narkotyków, jeszcze czterokrotnie wyszła za mąż. Zatem do chwili kiedy w wieku sześciu lat opiekę nad Jamesem Davidem przejęli dziadkowie – jego dzieciństwo przebiegało w patologicznej rodzinie

Dziadkowie też przechodzili trudne dni, bo matka Vance’a jako dwunastolatka była świadkiem podpalenia jej ojca przez matkę, po tym jak kolejny raz wrócił on pijany do domu

Niemniej, kiedy JD i jego starsza siostra Lindsey dorastali – dziadkowie już te kłopoty przezwyciężyli i właśnie dzięki nim, szczególnie babci, którą zwali „Mamaw”, zdołali wyrwać się beznadziei życia z matką i jej kolejnymi partnerami

Życie w południowej części stanu Ohio, regionie pogardliwie zwanym „pasem rdzy”, w przeciwieństwie do atrakcyjniejszego i w ostatnich dekadach szybciej rozwijającego się południa USA, „pasa słońca”, nie było usłane różami

Dla ludzi z tego obszaru kariera wojskowa była najlepszą okazją do wyrwania się z biedy. Tak też postąpił JD po ukończeniu szkoły średniej

Dzięki odsłużeniu czterech lat w piechocie morskiej, głównie jako korespondent wojskowy, w tym pół roku w Iraku, mógł rozpocząć studia w college’u /licencjat/. Te otworzyły mu drogę do studiów prawniczych w jednej z najznakomitszych amerykańskich uczelni – Yale University

Okazji do zdobycia wykształcenia Vance nie zaprzepaścił i dziś z każdej jego wypowiedzi przebija zdolność do formułowania błyskotliwych i trafnych wniosków

JD nie wychowywał się w szczególnie religijnym środowisku. Mamaw, której wiele zawdzięcza, wierzyła w Chrystusa, ale jak to bywa w wielu protestanckich odłamach, do wiary miała podejście bardzo praktyczne. Dość powiedzieć że Vance nie został ochrzczony w młodości. Jak sam wyznał w 2020 r. na łamach katolickiego czasopisma „The Lamp”, przeszedł przez okres ateizmu. Chciał wtopić się w tłum dobrze wykształconych, dołączyć do elity, a ta w większości jest antychrześcijańska

Niemniej właśnie w czasach studenckich zaczął myśleć o sprawach wiary. Albowiem szkolnictwo wyższe w USA zasadniczo różni się od europejskiego, w tym polskiego. Niżej podpisany jest wielkim jego zwolennikiem i orędownikiem powrotu do tradycji programu sztuk wyzwolonych /ang. Liberal arts/, w ramach którego nawet pierwszy stopień studiów wyższych /bakalariat/ ma charakter interdyscyplinarny, podczas gdy nad Wisłą już szkoły średnie mają „profile”

Moim zdaniem odejście od ogólnego wykształcenia walnie przyczynia się do laicyzacji naszego społeczeństwa, bo młodzi ludzie, zamiast zaznajamiać się z wieloma dziedzinami, „specjalizują się” w wąskim zakresie. Jest to szkodliwe nie tylko z punktu widzenia propagowania religii, ale i przyszłości nauki, bo w coraz większym stopniu badania mają charakter interdyscyplinarny. Jestem zdumiony i rozczarowany, że katolickie uczelnie nie wykazują większego zainteresowania tym modelem

Wracając do JD, w college’u zapisał się na kurs z filozofii, w trakcie którego omawiano spory tyczące się religii. Mimo że wykładowca nie promował chrześcijaństwa, w sercu przyszłego wiceprezydenta został zasiany niepokój, który po latach zaowocował wyborem katolicyzmu, chrztem i życiem sakramentalnym

Udział w konwersji Vance’a miał także Peter Thiel, wybitny przedsiębiorca, multimiliarder z Doliny Krzemowej, na którego poglądy wielki wpływ miał wykładający w USA znakomity myśliciel katolicki René Girard. Zainspirowany przemyśleniami z czasów studiów pierwszego stopnia i przestrogami Thiela, że – zapożyczając od Jana Pawła II – „pragnienie by żyć lepiej nie jest niczym złym, ale błędem jest styl życia który wyżej stawia dążenie do tego by mieć aniżeli być /Centesimus annus, 36/”, Vance, który w 2014 r. zawarł świecki związek małżeński pobłogosławiony przez hinduskiego mędrca z wyznawczynią tej religii Ushą Bala Chilukuri, pięć lat później stał się pełnoprawnym członkiem Kościoła katolickiego. I jest nim po dziś dzień

Dodam że konwersja ta, dokonana tuż przed zgłoszeniem kandydatury na stanowisko senatora, nie mogła mieć podłoża politycznego, bo Ohio to stan w zdecydowanej większości zamieszkały przez protestantów, dla których „papista” nie jest specjalnie atrakcyjny

Wstąpienie w szranki walki politycznej Vance’owi umożliwił wspomniany Thiel, identyfikujący się jako chrześcijanin, ale jednocześnie żyjący w związku homoseksualnym, jednak wyznający konserwatywne poglądy i będący np. zdecydowanym krytykiem ideologii gender. Wpłacił on 10 mln dolarów na fundusz wyborczy JD

Ten nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. Jako senator zapisał się jako osoba o jasnych, konserwatywnych poglądach, także czuła na biedę i niesprawiedliwości społeczne

Vance jest rzadkim przykładem polityka, który nie zapomniał o swoich korzeniach i szuka sposobów pomocy ludziom borykającym się z poważnymi kłopotami. Jednak w przeciwieństwie do lewicowych polityków rozwiązanie widzi nie tyle w wydawaniu kolejnych miliardów dolarów na programy pomocy społecznej, ile w tworzeniu tkanki społecznej, w ramach której króluje troska o dobro bliźniego

W poruszającym wystąpieniu w ramach programu TED Hour w 2016 r. mówił jak ważne jest wsparcie udzielane innym, co przyczynia się do wytworzenia „kapitału społecznego”

W Kościele ogromną uwagę przykłada się do rozwoju doktryny, co jest bardzo słuszne, ale nie zawadzi chyba skupienie większej uwagi na doczesnych potrzebach wiernych. Vance jest przykładem tego jak twardy charakter /ukształtowany w czasach służby wojskowej/, poczucie przynależności do stabilnej rodziny /co znalazł u dziadków, a teraz praktykuje we własnym domu/ i porady życzliwych osób /np. Thiela/ pozwalają przezwyciężać trudne doświadczenia /np. traumę z okresu wczesnego dzieciństwa/ i osiągać szczęście w życiu prywatnym oraz wielkie sukcesy w życiu zawodowym i w polityce

Szerokim echem odbiło się wystąpienie wiceprezydenta podczas ostatniej monachijskiej konferencji bezpieczeństwa. Wszyscy spodziewali się przemowy na temat wojny rosyjsko-ukraińskiej, wydatków zbrojeniowych czy innych spraw międzynarodowych, tymczasem on mówił o podstawowych kwestiach, szczególnie o wolności słowa

Ze swej strony mogę dodać że JD Vance podobne wystąpienia miał podczas całej kampanii wyborczej. Jest człowiekiem o bardzo szerokich horyzontach i przenikliwym umyśle. Oby na rodzimej niwie politycznej pojawił się mąż stanu takiego kalibru

Kazimierz Dadak – profesor ekonomii w Hollins University w stanie Wirginia w USA /za wszystkoconajwazniejsze.pl/ /28.2.2025/ /tekst pierwotnie ukazał się w Tygodniku „Idziemy”/

JEST WIELKĄ NADZIEJĄ AMERYKI

JD Vance – wielka nadzieja konserwatywnej Ameryki, wielka nadzieja konserwatywnego świata

Czy zostanie w listopadzie wiceprezydentem USA… A następnie za kilka lat już prezydentem…

Jeszcze kilka tygodni temu nie był szeroko znanym politykiem, jest politykiem zaledwie od półtora roku. Został wtedy pierwszy raz senatorem z Ohio. Jest młody, skończył właśnie 40 lat, jest świetnym mówcą, ma mnóstwo zalet. Jest znakomicie wykształcony, oczytany, napisał wiele książek. Od 2019 r. jest katolikiem, właśnie wówczas przeszedł na katolicyzm!

Jest znakomitym wyborem Donalda Trumpa. Czy dzięki wyborowi Trumpa wspólnie wygrają wybory prezydenckie, na 47 prezydenta Stanów Zjednoczonych w historii…

JD Vance z dnia na dzień stanął przed ogromną szansą zostania osobą numer 2 w USA… Z dnia na dzień stanął przed szansą zostania w bardzo krótkim czasie wiceprezydentem Ameryki, osobą potężną, posiadającą wielką władzę, stanął przed szansą zostania jednym z najważniejszych ludzi na świecie…

JD Vance zaledwie od półtora roku zasiada w Senacie. Jest konserwatystą, dla niektórych skrajnym. W czerwcu podczas głosowania w Senacie nie poparł ustawy gwarantującej dostępność metody in vitro w Ameryce

JD Vance zanim trafił do polityki pracował w wielkim biznesie. Ma akcje ponad 100 firm, inwestuje w nieruchomości, kryptowaluty. Jego majątek liczony jest w milionach dolarów

Jest zdecydowanym przeciwnikiem sytuacji kiedy kobieta jest bezdzietna, taka sytuacja nie jest normalna, nie jest dobra, jest szkodliwa, niekorzystna. Kiedyś Vance podobno powiedział że „życie bezdzietnych kobiet z kotami jest smutne i żałosne”. I trudno się z nim nie zgodzić

Jest zdecydowanym przeciwnikiem rozwodów. Tłumaczył podobno że te nie powinny następować nawet w rodzinach w których jest przemoc, bo to nie jest korzystne dla dzieci

Jest zdecydowanym przeciwnikiem aborcji. Podobno kiedyś poparł ideę by władze stanów w których aborcja jest zakazana mogły kontrolować kobiety w ciąży chcące wyjechać do innego stanu by tam dokonać zabiegu

JD Vance służył w Marines, był w Iraku, ale podkreśla że nie brał udziału w walce, był w służbie prasowej

O kontrkandydacie na wiceprezydenta USA, demokracie ogłoszonym ostatnio przez Kamalę Harris – Timie Walzu – JD Vance mówi: „To haniebne by przygotowywać swój oddział do służby w Iraku, składać obietnicę że będzie się tam razem z nim, a potem się wycofać, tuż przed tym jak przyszedł rozkaz wyjazdu”…

Jego konkurent – demokrata Tim Walz – jest oskarżany o tchórzostwo. Walz służył w armii amerykańskiej dość długo, ale z bronią w ręku nie walczył. Gwardię Narodową opuścił w maju 2005. Jego oddział dwa miesiące później dowiedział się że zostanie wysłany do Iraku. Walz jest krytykowany że uciekł przed wyjazdem do Iraku, bo zwyczajnie stchórzył

1 października obaj kontrkandydaci na wiceprezydenta USA spotkają się na debacie w telewizyjnym studiu…

Cezary Dąbrowski/zawszepolska.eu/ /19.8.2024/

PRZYSZŁOŚĆ AMERYKI!

Kiedy obejrzałem i wysłuchałem półgodzinnego wystąpienia JD Vancea na niedawnej konwencji republikanów w Milwaukee byłem zachwycony, ale to co pisze o młodym amerykańskim polityku Zbigniew Lewicki to jeszcze dużo, dużo więcej

Zbigniew Lewicki wręcz pieje z zachwytu nad Vancem. I w sumie wcale się mu nie dziwię. Choć jako już raczej amerykanista senior, pisze i mówi przecież o USA od tylu już lat…, Lewicki mógłby chyba z większą rezerwą i dystansem, z większą ostrożnością podchodzić do sprawy. A znany i ceniony amerykanista wpadł w takie uwielbienie dla Vancea jakie mogłoby być typowe dla niedoświadczonego młodzieniaszka

Lewicki wprost twierdzi że JD Vance jest przyszłością Ameryki
Przyszłość Stanów Zjednoczonych jest jasna – to JD Vance, uważa amerykanista prof. Zbigniew Lewicki

Według uznanego profesora od spraw USA Vance będzie potrafić „przywrócić Amerykanom poczucie wartości i na długie lata ukształtować krajobraz polityczny i społeczny USA. Problem w tym że nie zauważają tego w ogóle polskie władze”

Zbigniew Lewicki poświęcił JD Vanceowi felieton. Jego zdaniem nominacja Donalda Trumpa dla Vancea jest przejawem politycznego geniuszu. Tym co dzieli dziś Amerykę jest ideologia wokeismu. Vance jest człowiekiem który będzie całkowicie odporny na ataki ideologów, uważa Lewicki.
„Jego pochodzenie stanowi pancerz którego nie są w stanie przebić papierowe strzały kapłanów i akolitów ruchu woke, kwestionujących podstawowe wartości amerykańskie pod pozorem starań o właściwe traktowanie mniejszości” – napisał Lewicki

Nawiązał w ten sposób do życiorysu Vancea: wychowywał się on bowiem w domu bez ojca, miał matkę narkomankę, zajmowali się nim dziadkowie; doszedł do sukcesów dosłownie od zera. Według Lewickiego wokeiści „mogą próbować pisać od nowa historię Stanów Zjednoczonych i dezawuować wszystkich /nawet Georgea Washingtona/ którzy nie pasują do ich destrukcyjnego zapału, ale to nie oni stanowią zapowiedź nowej Ameryki, lecz właśnie JD Vance”!

Amerykanista uważa że Vance będzie w stanie nie tylko współrządzić Ameryką razem z Donaldem Trumpem przez najbliższe cztery lata, ale również później – nawet przez osiem kolejnych. „Poświęci się odbudowie dumy narodowej, co szybko wykaże miałkość prób podważania jej za pomocą działań wykluczających, tzw. cancel culture” – napisał Lewicki. W jego ocenie – choć słusznie dostrzeżono ikoniczny obraz Trumpa wstającego na nogi po postrzeleniu – znacznie ważniejszym symbolem obecnych wydarzeń jest właśnie Vance! „To on przywróci Amerykanom poczucie wartości, a kraj skieruje na tory położone przez wielkich przywódców, które później obrosły chwastami” – stwierdził

Według prof. Lewickiego jest zarazem wielką szkodą że Polska pozostaje poza głównym nurtem wydarzeń. Nasi rządzący, zauważa Lewicki, nie chcą rozstać się „z jałową formułą wyniosłego krytykowania Trumpa i Vancea”, woląc kibicować „przegranemu obozowi demokratów po rezygnacji Joe Bidena”. Do tego dojdą jeszcze straty związane z wycofaniem z ambasady w USA Marka Magierowskiego i zastąpienie go, jak napisał Lewicki, dyplomatycznym nowicjuszem, Bogdanem Klichem
/CD/zawszepolska.eu/ /za pch24.pl/rp.pl / /22.7.2024/ /10.8.2024/

Notice: ob_end_flush(): failed to send buffer of zlib output compression (0) in /home/czarkod/public_html/zp/wordpress/wp-includes/functions.php on line 4615