Japonia – Polska

KIMONO TYLKO OD ŚWIĘTA

Wcale się nie dziwię Japończykom że nie używają już na co dzień kimona… Takiego prawdziwego kimona, którego człowiek nie jest w ogóle w stanie sam włożyć…

Ktoś kto nigdy nie ubierał się w ten strój, żeby włożyć sobie prawdziwe japońskie kimono – musiałby to robić chyba z pięć dni…

Byłem ostatnio u Japończyków, nie w Japonii, tylko tu w Warszawie, w ambasadzie. Japończycy zaprosili zainteresowanych na wykład o kimonie. Opowiadała o nim piękna Japonka mieszkająca od kilku lat w Polsce, w dodatku zamężna z Polakiem – Yoko Fujii-Karpoluk.

Oto trochę ciekawostek na temat kimona, które zanotowałem podczas tego spotkania.

W pewnym okresie do japońskiego kimona zaczęły wkradać się elementy chińskie i zachodnie. Na współczesny wygląd tego stroju miały wpływ zarówno Europa, jak i Ameryka.

Japończycy zaczęli rezygnować z codziennego noszenia kimona już po I i II wojnie światowej. Stało się ono czymś kosztownym, a poza tym Japończycy poszli po prostu na łatwiznę…

Jednak do ślubu kimono nadal jest wkładane, a w przypadku panny młodej koniecznie białe. Do ślubu Japonka idzie wyłącznie w białym kimonie.

Na tym spotkaniu nauczyłem się troszeczkę japońskiego i teraz już wiem że „kimono” po japońsku mówi się… „kimono”. Tak jak po polsku… Cóż więc trudnego ten japoński, prawda?…

Dzieci w Japonii też noszą kimono, oczywiście także tylko od święta. Ale obecnie strój ten, jego wkładanie, to już bardziej hobby niż powszechny zwyczaj. Są jednak tacy co nadal na co dzień chodzą w tym tradycyjnym japońskim stroju. To zapaśnicy sumo… 

„Kimono które mam na sobie jest w naszej rodzinie od pokolenia mojej babci. Przekazuje się je z pokolenia na pokolenie” – mówiła Yoko Fujii-Karpoluk.

Przed praniem kimono rozdziela się /rozszywa/ na kilka części, bo w całości nie dałoby się go uprać… A po praniu ponownie się je zszywa.

Zanim zacznie się wkładać prawdziwe kimono trzeba włożyć dużo i grubo bielizny. Na spotkaniu Yoko Fujii-Karpoluk przy pomocy specjalnie zaproszonej modelki zademonstrowała długie i skomplikowane ubieranie kimona. Dla kogoś kto widział to pierwszy raz wkładanie tego stroju jest czymś szokującym… Między innymi dla mnie. Ubranie prawdziwego kimona wymaga na przykład użycia czterech specjalnych pasów. Ktoś kto nigdy nie wkładał i nie chodził w kimonie moim zdaniem nie jest w stanie sam go włożyć, a gdyby koniecznie chciał tego dokonać, musiałby to robić chyba wiele dni… Byłem zszokowany tym co widziałem… Włożenie kimona to bardzo trudna sztuka. I nie ma się co dziwić Japończykom że obecnie chodzą w tym tradycyjnym stroju tylko od święta.

Kimono to prawdziwa zbroja. Człowiek w tym stroju to podwójny człowiek, to dwa razy tyle niż przed włożeniem tego stroju… To jakby żołnierz w pełnym ekwipunku…

ROZMOWA Z YOKO FUJII-KARPOLUK

Od ilu lat istnieje kimono?

Nie jest wbrew pozorom łatwo odpowiedzieć na to pytanie. To dość skomplikowana sprawa. Bo w Japonii kimono oznacza w zasadzie każdą rzecz którą się na siebie wkłada… Każdy strój jest więc kimonem… A kształt tego prawdziwego kimona się zmieniał.

Ale Japończycy chyba ustalili już od kiedy to w czym chodzili było kimonem?

Kimono w kształcie zbliżonym do tego współczesnego istnieje już od 1600 r.

Obecnie Japończycy chodzą w kimonie?

Są specjalne okazje na które wkłada się kimono. Na przykład ceremonia wkroczenia w dorosłość, czyli ślub. Dzieci też mają swoje specjalne okazje na które wkładają kimono. A poza tym Japończycy którzy chcą się uczyć wkładania kimona robią to po prostu jako coś w rodzaju hobby. A najczęśćiej Japończycy obecnie chodzą już ubrani w stylu zachodnim.

Od kilku lat jest pani w Polsce. Jak do tego doszło. Czym pani się tu zajmuje i jak się pani u nas mieszka?

Do Polski przyjechałam cztery lata temu. Mój mąż jest Polakiem. Dlatego przyjechałam do Polski. Pracuję na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie wykładam japonistykę; uczę japońskiego i kultury japońskiej. Im dłużej tu mieszkam tym bardziej mi się tu podoba, tym bardziej się przyzwyczajam.

A jak pani poznała swego przyszłego męża Polaka?

Mąż też zajmuje się kulturą Japonii, był w Japonii jako stypendysta i wtedy się poznaliśmy.

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /12.III.2014/

***

NIE ZNAM JAPOŃCZYKA KTÓRY NARZEKAŁBY NA POLAKÓW

Katsuyuki Kambara: Ogromną radość daje mi tworzenie rozwiązań dobrych dla wszystkich. Lubię działać w atmosferze współpracy i wzajemnego poszanowania

Rozmowa z Katsuyukim Kambarą, biznesmenem z Japonii, dyr. generalnym Przedstawicielstwa NSK Europe Ltd. Liaison Office w Warszawie

Jest pan dyrektorem generalnym NSK Europe Ltd., Warsaw Liaison Office. Jest pan też legendą japońskiego biznesu w Polsce i chyba najdłużej przebywającym w Polsce biznesmenem z Japonii. Z pana osobą wiąże się najnowsza historia rozwoju polsko-japońskiej współpracy gospodarczej. Jakie były początki pana współpracy z Polską?

Jestem przede wszystkim biznesmenem. Do Polski przyjechałem pierwszy raz w 1971 r.

To już ponad 40 lat temu…

To prawda. Wtedy pracowałem w japońskim koncernie Nichimen. To jeden z największych koncernów japońskich zajmujących się między innymi eksportem i importem towarów z różnych branż. Pamiętam jak dzisiaj moją rozmowę w centrali firmy w Tokio, kiedy otrzymałem polecenie wyjazdu do Polski. Nasza firma Nichimen współpracowała wtedy z Polską, a do Polski wysyłała głównie osoby które zajmowały się handlem węglem z Rosją. Ja współpracowałem ze Stanami Zjednoczonymi i szczerze mówiąc niewiele wiedziałem o Polsce. Nie sądziłem wcale że przyjdzie mi kiedykolwiek pracować w Polsce. Mój kolega szybko uświadomił mi że Polska jest krajem socjalistycznym i dodał że to kraj o szczególnie trudnych dla Japończyków warunkach zimą, ponieważ wtedy brakuje w Polsce owoców i warzyw. Tak to ujął.

Jak wyglądał ana pierwszy kontakt z Polską?

Bardzo interesująco i z przygodami. Przyjeżdżając do Polski zabrałem ze sobą ogromną ilość małych tranzystorowych odbiorników radiowych. Miały one służyć jako skromne prezenty. Takie wtedy panowały zwyczaje w biznesie. Tych odbiorników radiowych było naprawdę dużo, bo były przygotowane nie tylko dla mnie, ale i dla moich kolegów z delegacji japońskiej zajmujących się handlem wyrobami stalowymi, którzy mieli wkrótce przyjechać do Polski, z prezesem na czele. Po wylądowaniu na lotnisku w Warszawie zaczęły się spore kłopoty. Celnik kazał mi otworzyć mój bagaż, a potem otworzyć wszystkie po kolei opakowania z odbiornikami radiowymi. Jeden po drugim. Potem długo kalkulował wartość cła. Po zapłaceniu przeze mnie cła polski celnik zażądał bym pozbierał mój bagaż i szybko opuścił lotnisko.

To nie było najcieplejsze przyjęcie…

To nie koniec moich przygód. Kiedy uporałem się z odprawą celną i wyszedłem na zewnątrz okazało się że nikt na mnie nie czeka. Przedstawiciel warszawskiego oddziału firmy Nichimen, który miał mnie odebrać z lotniska, czekał na mnie długo. Ale kiedy minęło zbyt dużo czasu, a ja nie pokazałem się wcale, uznał że widocznie z jakichś względów nie przyleciałem tym samolotem. Wrócił więc do biura które wówczas mieściło się w Warszawie przy ul. Świętokrzyskiej 36. Musiałem wziąć taksówkę. Najgorsze że w tym pośpiesznym pakowaniu rozgrzebanego bagażu na lotnisku zawieruszył się mój notes z adresami. Na dodatek nie mówiłem ani słowa po polsku i jako cudzoziemiec nie byłem w stanie wymówić adresu: „Świętokrzyska trzydzieści sześć” /uśmiech/. Kiedy w końcu dotarłem do biura w Warszawie okazało się że musimy pędzić na dworzec kolejowy, bo za chwilę odjeżdża pociąg do Katowic, mojego docelowego miejsca pierwszego pobytu w Polsce. Oczywiście nie zdążyliśmy kupić biletów i jechaliśmy na gapę. Czekała nas kolejna przeprawa z konduktorem w pociągu. Negocjacje z konduktorem zakończyły się na szczęście pomyślnie i tak dotarłem do Katowic.

Jak było w Katowicach?

Na początku nie było łatwo. Ówczesne polskie przepisy zabraniały firmom zagranicznym mieć więcej niż jedno biuro w Polsce. Dlatego pracowałem w pokoju wynajętym na stałe w Hotelu Katowice. Nie wolno mi było także zatrudnić żadnej osoby do pomocy. Nie znałem wtedy języka polskiego. Po angielsku mogłem wprawdzie rozmawiać z pracownikami w centrali handlu zagranicznego, ale na mieście, gdzie robiłem zakupy, nikt mnie nie rozumiał. Kiedy chciałem w kawiarni wypić kawę i zjeść ciastko kelnerki odpowiadały mi niezmiennie: „nic nie rozumiem” i na tym kończyła się nasza rozmowa. W Warszawie byłoby mi oczywiście łatwiej pod tym względem. Mój kontrakt opiewał jednak na dwa lata pobytu w Katowicach, bez żony i rodziny. Pobyt w tym czasie bez rodziny i japońskiej kuchni dłużej niż przez dwa lata był chyba niemożliwy. Tak sądzę.

Jak więc dawał pan sobie radę?

Bez wątpienia gdybym umiał gotować dawałbym sobie radę lepiej. Ja jednak nie umiałem gotować. W Warszawie była przynajmniej restauracja Szanghaj, ale w Katowicach nie było ani restauracji japońskiej ani chińskiej. Była tylko restauracja węgierska. Znacznie lepiej radziłem sobie w pracy.

Jak wspomina pan Polskę lat 70-tych z biznesowego punktu widzenia?

Panowały wtedy jasne i w gruncie rzeczy proste reguły gry. W Polsce rynek był zmonopolizowany. W sprawach dostaw węgla współpracowałem z Węglokoksem. Sprawy dotyczące stali i rudy żelaza prowadził Stalexport, a Kopex specjalizował się w urządzeniach górniczych. Kiedy pracownicy zjednoczenia nie byli zbytnio zainteresowani pomocą zwracałem się bezpośrednio do przedsiębiorstw. Dzięki nim mogłem na przykład zjechać na dół do kopalni. Warunki wydobycia węgla kamiennego w Polsce były znacznie trudniejsze niż w Japonii. Pamiętam że pokłady w kopalniach były tak wąskie i niskie że nie można było się wyprostować. Górnicy mieli naszyte specjalne wzmocnienia ze skóry na kolanach i łokciach, bo często poruszali się na czworaka. To były naprawdę trudne warunki dlatego urzędnicy ze zjednoczenia niechętnie zjeżdżali pod ziemię /uśmiech/. Ceny węgla w Polsce były za to atrakcyjne więc dostawy tego surowca do Japonii były coraz większe. Cena za tonę węgla, razem z frachtem do portu w Japonii, wynosiła jeżeli dobrze pamiętam 35 dolarów. Japonia kupowała w Polsce średnio ok. 500 tys. ton węgla rocznie. Japoński rząd otworzył specjalną linię kredytową na finansowanie wymiany handlowej z Polską. Wtedy obowiązywała wymiana barterowa. Zdynamizowało to handel między naszymi krajami.

Dzięki pana zaangażowaniu współpraca handlowa między naszymi krajami nabrała dynamiki.

Tak /z dumą w głosie/. W tym sensie mam uczucie że uczestniczyłem w tworzeniu historii rozwoju stosunków gospodarczych między Polską i Japonią.

Jak długo przebywał pan wtedy w Polsce?

Mój pierwszy pobyt w Polsce trwał sześć lat bez przerwy.

Kiedy dołączyła do pana żona?

Zrobiono dla mnie wyjątek i żona przyjechała do Polski wcześniej niż to było przewidziane. Wiąże się z tym następująca historia. Po roku pobytu w Katowicach rozchorowałem się poważnie na żołądek. Poprosiłem więc centralę w Tokio o zgodę na powrót do kraju. Centrala rozpoczęła poszukiwania nowej osoby na moje miejsce, ale nikt nie chciał się zgodzić /uśmiech na twarzy/. Żartowano że skoro taki silny człowiek jak Katsuyuki Kambara, który normalnie mógł jeść ogromne ilości mięsa, a tu rozchorował się na żołądek, to Polska musi być okropnym miejscem. Dlatego nikt nie chciał przyjechać na moje miejsce /śmiech/. A prawda była taka że po każdej udanej transakcji, zgodnie z obyczajem, jedliśmy kolację w restauracji. Praktycznie zawsze podawano do kolacji wódkę i trzeba było mieć bardzo mocną głowę by to wytrzymać. Wcześniej nie byłem do tego przyzwyczajony. W Japonii wypijałem najwyżej jedno małe piwo. Moje nerki i żołądek nie wytrzymały tego stylu „pracy”… Poprosiłem centralę o powrót do Japonii, tym bardziej że uzyskałem już doskonałe wyniki biznesowe. Jak wspomniałem centrala nie znalazła nikogo na moje miejsce. Przysłali za to do Polski moją rodzinę. Już po miesiącu od momentu złożenia prośby o wcześniejszy powrót do Japonii przywitałem w Warszawie żonę i córkę.

Rodzina ocaliła więc panu zdrowie a pobyt z dwuletniego przerodził się w sześcioletni?

Właśnie tak było. Mając rodzinę przy sobie mogłem dalej spokojnie pracować w Polsce.

Co było później?

Po sześciu latach, w 1977 r., wróciłem do kraju i przez kolejne osiem lat zajmowałem się handlem polskim węglem w Japonii. W 1984 r. ponownie zostałem skierowany do pracy w Polsce. Tym razem jako prezes warszawskiego oddziału koncernu Nichimen. W 1988 r. zostałem przeniesiony do Hiszpanii bezpośrednio z Polski. W Madrycie pracowałem trzy lata. Po czym ponownie wróciłem do Warszawy. W tamtym czasie Nichimen w Warszawie sprzedawał do Pewexu wyroby elektroniczne, audio i telewizory, między innymi firmy Sharp. Pewex zaczął mieć spore kłopoty finansowe i nie był w stanie płacić za dostarczane towary. Wtedy podjąłem decyzję o wycofaniu tych towarów z Pewexu i Nichimen otworzył własną sieć detaliczną. Z resztą, z ogromnym sukcesem.

Kiedy japońskie firmy zaczęły myśleć o inwestowaniu w Polsce?

Sądzę że firmy japońskie zaczęły poważnie myśleć o inwestowaniu w Polsce po pobycie w Japonii pana Lecha Wałęsy, ówczesnego przewodniczącego NSZZ Solidarność. Było to wiosną 1981 r. Zwrócił się on wówczas do japońskich biznesmenów z apelem o inwestowanie w Polsce. Ja wtedy pracowałem w Japonii i rozmawiałem z panem Wałęsą w Ambasadzie Polski w Tokio. Wszyscy doskonale pamiętamy słowa późniejszego prezydenta RP wypowiedziane w Tokio: „Zbudujemy w Polsce drugą Japonię”. Następne wydarzenia, a w szczególności wprowadzenie stanu wojennego w Polsce w grudniu 1981 r. zatrzymały na jakiś czas współpracę polsko-japońską. Kopalnie znacznie obniżyły swoją wydajność. Anulowano umowy między polskim rządem i firmami japońskimi, w tym dotyczące dostaw węgla do Japonii. Ostatni transport węgla z Polski do Japonii odbył się statkiem Huta Katowice i zawierał zaledwie 36 tys. ton węgla. Ja byłem wtedy w Japonii i było to dla mnie osobiście bardzo smutne wydarzenie. Pół roku później wydajność polskich kopalń wróciła do normy. Polska chciała wznowić eksport węgla do Japonii. Jednak w tym czasie Japonia zawarła już kontrakty na dostawę węgla z innymi krajami – z Australią i Indonezją, co oznaczało zakończenie biznesu węglowego z Polską. To były bardzo trudne czasy. Z Polski wydalony został między innymi mój przyjaciel pan Yoshiho Umeda, który współpracował z Solidarnością. Władze polskie widocznie uznały że nie wypada internować Japończyka, więc został deportowany. Zamieszkał w Brukseli i tam organizował pomoc międzynarodową dla Solidarności. Wrócił do Polski na przełomie 1987 i 1988.

Jak dalej potoczyła się pana współpraca z Polską?

Jak już wspomniałem – w 1984 r. otrzymałem nominację na prezesa Nichimena w Warszawie. Moim zadaniem było dalsze rozwijanie współpracy między naszymi krajami. Pomyślałem że dobrze byłoby wytwarzać w Polsce produkty oparte o japońską technologię. Szukałem takich szans i w miarę możliwości wspierałem ten proces. Pierwsza duża japońska inwestycja produkcyjna w Polsce /Philips Matsushita Battery Poland SA/ powstała w 1988 r. w Gnieźnie, w najstarszym polskim mieście, pierwszej stolicy Polski. Była to spółka joint venture dwóch firm Philips i Panasonic, i produkowała baterie. Jak później powiedział mi prezes tej firmy była to inwestycja sondażowa. W razie niepowodzenia biznesowego straty spółki nie byłyby zbyt duże. Poza tym Philips dysponował własną siecią sprzedaży w Europie, co znacznie minimalizowało ryzyko inwestycyjne. Test wypadł pomyślnie. Obecnie Panasonic posiada własny zakład produkcyjny w Gnieźnie /Panasonic Battery Poland SA/. Firma jest bardzo zadowolona z działalności w Polsce.

Następną inwestycją była bodajże budowa fabryki Toyoty.

Nowe możliwości inwestycyjne w Polsce pojawiły się z utworzeniem Narodowych Funduszy Inwestycyjnych /NFI/. Firmy japońskie poważnie przymierzały się do uczestnictwa w prywatyzacji polskich firm w ramach programu NFI. Mnie interesowało uczestnictwo w prywatyzacji polskiego hutnictwa. Byliśmy gotowi wprowadzić do Polski najnowocześniejszą japońską technologię produkcji stali i zatrudnić doświadczonych japońskich specjalistów w Polsce. Prowadziłem rozmowy z panem Januszem Lewandowskim, ówczesnym ministrem przekształceń własnościowych w rządach Waldemara Pawlaka i Hanny Suchockiej /obecnym komisarzem Unii Europejskiej/, który był entuzjastycznie nastawiony do tego projektu. Ostatecznie wycofaliśmy się z rozmów ponieważ strona polska zaoferowała nam udział w prywatyzacji nie tylko huty, ale i wielu innych firm z różnych branż, w tym np. branży tekstylnej. Jednak decyzja polskiego rządu by nie tworzyć wyspecjalizowanych NFI lecz by wszystkie miały zbliżoną, wielobranżową strukturę, włącznie z firmami z sektorów którymi nie byliśmy zainteresowani, jak np. tekstylia i odzież, spowodowała że wycofaliśmy się z rozmów. Taki mieszany pakiet nas nie interesował.

Japońscy inwestorzy zdecydowali się jednak na zakup polskiej fabryki. Jakie były kulisy tej inwestycji?

Japońscy inwestorzy zdecydowali się na udział w prywatyzacji Fabryki Łożysk Tocznych ISKRA w Kielcach. Była to bardzo dobra polska firma z ponad 90–letnią tradycją. Posiadała świetnych fachowców i nowoczesną linię technologiczną zakupioną w 1984 r. w Japonii od koncernu NSK za pośrednictwem polskiego oddziału koncernu Nichimen, którym wtedy kierowałem. Prezes japońskiego koncernu NSK /Nihon Seiko Kaisha – drugiego co do wielkości na świecie producenta łożysk/ zwrócił się do mnie z prośbą o pomoc w zakupie Fabryki Łożysk Tocznych ISKRA w Kielcach, która została włączona do procesu prywatyzacji w Polsce. Początkowo nie przyjąłem tej propozycji, bo nie chciałem rozstawać się z firmą Nichimen, dla której pracowałem od wielu lat i bardzo dobrze zarabiałem /uśmiech/. Prezes NSK postawił jednak warunek: „jeżeli pan Katsuyuki Kambara nie będzie odpowiedzialny za proces prywatyzacji, to ja rezygnuję z tej inwestycji”. Cóż miałem zrobić? W końcu zgodziłem się. Rozpocząłem więc rozmowy w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych w Warszawie. Najpierw z ministrem Wiesławem Kaczmarkiem, a potem z ministrem skarbu Mirosławem Pietrewiczem. Miałem też okazję rozmawiać z panem Markiem Belką, ówczesnym doradcą prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego /późniejszym prezesem Rady Ministrów RP/, bowiem prezes NSK poprosił o zorganizowanie kurtuazyjnej wizyty w Polsce w celu omówienia konkretów związanych z inwestycją NSK w Polsce. Początkowo pan Marek Belka zażartował że nie bardzo wierzy w inwestycje japońskie w Polsce, ale oczywiście pomógł w ustaleniu harmonogramu wizyty i spotkaniu prezesa NSK z prezydentem RP Aleksandrem Kwaśniewskim. Negocjacje i uzgodnienia trwały półtora roku. Obawialiśmy się że Polska w ostatniej chwili wycofa się z prywatyzacji, tak jak to miało miejsce w przypadku sprzedaży huty szkła w Sandomierzu. Wtedy, mimo „zapięcia wszystkiego na ostatni guzik”, Polska wycofała się z uzgodnień z firmą Asahi Glass i sprzedała zakład firmie Pilkington. Mimo uzgodnienia wszystkich szczegółów naszą niepewność tym razem potęgowały dodatkowo zmiany polityczne w Polsce. Rozmowy i uzgodnienia w sprawie kupna fabryki prowadzone były z rządem SLD/PSL, a w 1997 r. wybory wygrała partia AWS i utworzono rząd koalicyjny AWS/Unia Wolności.

Ostatecznie w 1998 Fabryka Łożysk Tocznych ISKRA w Kielcach została kupiona przez NSK.

Tak. 28 lutego 1998 r. otrzymaliśmy pozwolenie na kupno fabryki. Okres od listopada 1997 do lutego 1998 był dla mnie bardzo nerwowy /uśmiech/.

Jakie niespodzianki czekały na japońskie kierownictwo w nowoczesnej polskiej fabryce z socjalistyczną „mentalnością”?

Z technologicznego punktu widzenia firma NSK Iskra SA posiadała najnowocześniejsze rozwiązania zgodne z technologią NSK, zakupioną w Japonii cztery lata wcześniej, doskonale przeszkoloną kadrę i z tego punktu widzenia nie było żadnych problemów. Zaskoczyła nas mentalność pracowników, odmienna od japońskiej. Wyrażała się ona na przykład korzystaniem z urlopów wypoczynkowych w pełnym wymiarze. Zdziwił nas także wysoki wskaźnik absencji związanej ze zwolnieniami lekarskimi. W Japonii, jeżeli chodzi o wymiar urlopu, przepisy są podobne do polskich. Japończycy jednak nie wykorzystują urlopu w całości. Z reguły obawiają się że po powrocie z urlopu trwającego dłużej niż tydzień ich miejsce pracy będzie już zajęte przez nowego pracownika. Drugim poważnym problemem było funkcjonowanie jednocześnie ośmiu związków zawodowych w jednej fabryce i rozbieżność interesów reprezentowanych przez poszczególne z nich. Było to bardzo kłopotliwe i ogromnie utrudniało rozmowy oraz wypracowywanie konsensusu. Poza tym kiedy kupowaliśmy zakład w firmie pracowało ponad 3.5 tysiąca osób. Centrala w Tokio przeprowadziła kalkulację i uznała że optymalna liczba to jeden tysiąc osób, maksymalnie 1100. Poprosiłem centralę firmy w Tokio o zgodę na utrzymanie zatrudnienia na poziomie 1500 osób. Oznaczało to że musiałem zwolnić 2000 osób. To był najboleśniejszy aspekt mojej pracy. Alternatywą było zamknięcie zakładu. Jako członek zarządu NSK Iskra SA musiałem więc dokonać restrukturyzacji zatrudnienia. Obecnie w firmie pracuje 1300 osób, a wydajność pracy wzrosła z 5 mln sztuk łożysk kulkowych miesięcznie, kiedy kupowaliśmy zakład, do 17 mln sztuk miesięcznie obecnie. Biorąc ten aspekt pod uwagę znacznie lepiej jest wybudować zakład od początku /green field/ i zatrudnić wymaganą liczbę osób, zamiast kupować istniejący zakład i dokonywać redukcji zatrudnienia. Tradycyjni japońscy menedżerowie nie lubią dokonywać zwolnień pracowników. Robią to z konieczności, w ostatczności.

Na początku XXI wieku, w obliczu integracji Polski z Unią Europejską, japońskie inwestycje nabrały dużej dynamiki. Obecnie w Polsce działa ponad 270 firm z japońskim kapitałem w wielu branżach, z tego 74 to zakłady produkcyjne. W jaki sposób rozpoczynają się poszukiwania lokalizacji pod inwestycję za granicą. Co jest najważniejsze w tym procesie?

Firmy biorą pod uwagę wiele czynników. Jednym z nich są koszty pracy. Nie oznacza to że firmy poszukują najtańszej siły roboczej. W parze musi iść dostępność wykształconych kadr i gwarancja jakości produkcji, szczególnie w przypadku produktów wysokiej technologii. Musi istnieć także odpowiednio duże zapotrzebowanie na produkty i możliwość ich zbytu. Polska jest bardzo atrakcyjnym miejscem do lokowania inwestycji, nie tylko ze względu na jej położenie w samym środku Europy i duży rynek zbytu, ale szczególnie ze względu na wysoko wykwalifikowaną kadrę. Przy ocenie lokalizacji inwestycji za granicą Japończycy analizują także opłacalność inwestycji w aspekcie wahań kursów walutowych w stosunku do yena. Chcę podkreślić że waluta japońska ostatnio jest bardzo silną walutą. I to często implikuje konkretne decyzje inwestycyjne.

Jak prognozuje pan dalszy rozwój japońskiego biznesu za granicą, w tym w naszym kraju?

Japońscy biznesmeni z reguły nie są skorzy do lokowania nowych inwestycji poza Japonią. W mojej ocenie utrzyma się więc w najbliższym czasie tendencja do rozwoju inwestycji przez firmy które już działają za granicą. Dobrym przykładem jest firma Bridgestone, która rozszerzyła zakres produkcji opon samochodowych dla ciężarówek w Stargardzie Szczecińskim i otworzyła nowy zakład w Żarowie. Tak więc te firmy japońskie które mają już doświadczenie na polskim rynku, znają ten rynek i odniosły już sukces, będą z pewnością dalej zwiększać zakres swych inwestycji w Polsce. Poza tym japońscy biznesmeni stale analizują warunki do inwestowania na całym świecie. Przyglądają się rynkom azjatyckim, szczególnie Chinom. Tam koszty pracy są jeszcze stosunkowo niskie, ale z roku na rok szybko wzrastają płace. Świadczy o tym chociażby największa na świecie dynamika sprzedaży samochodów w tym kraju. Jeżeli chodzi o Europę Centralną to moim zdaniem najniższe koszty pracy są wciąż na Ukrainie. Na Węgrzech i w Czechach brakuje natomiast dostatecznej liczby wykwalifikowanych kadr dla lokowania nowych japońskich inwestycji. Myślę że dobre perspektywy dla inwestycji japońskich za granicą związane są z takimi branżami jak na przykład przemysł optyczny. Canon niedawno kupił w Polsce zakład Optopol Technology SA. Specjalizuje się on w produkcji nowoczesnych urządzeń wykorzystywanych w okulistyce, wytwarzanych w oparciu o technologię spektralnej tomografii optycznej i obróbkę cyfrową obrazu. Dawno temu koncern Nichimen importował do Polski szkło optyczne. Obecnie firma Hoya jest zainteresowana rozwojem tej działalności w Polsce. Być może atrakcyjna będzie produkcja aparatów fotograficznych w Polsce. Jak dotąd nie ma jeszcze tutaj firmy z tej branży. Ponadto w Japonii silnie jest rozwinięta robotyka. Koszty produkcji w Japonii są bardzo wysokie i jest silna konkurencja. Myślę że ta branża mogłaby z powodzeniem rozwijać się w kraju nad Wisłą. Oczywiście znacznie taniej byłoby ulokować tę produkcję w Chinach, ale w przypadku robotyki wymagana jest ogromna precyzja. Moim zdaniem duże perspektywy na rozwój tkwią też w dziedzinie produkcji pociągów szybkiego ruchu. Myślę że technologicznie Polska jest gotowa podjąć to wyzwanie.

A co z zaawansowaną technologią w zakresie nowych źródeł energii?

Japończycy specjalizują się w produkcji urządzeń w dziedzinie energii jądrowej. Polska jest zainteresowana importem tej technologii z Francji, Stanów Zjednoczonych i Japonii. Japońskie firmy takie jak Toshiba, Hitachi, Mitsubishi są zainteresowane współpracą z Polską w tej dziedzinie.

Kończąc wątek polsko-japońskiej współpracy biznesowej chcemy odkreślić że Polska docenia pana zasługi na tym polu. W 2001 roku za wybitne zasługi w rozwijaniu polsko-japońskiej współpracy gospodarczej prezydent RP odznaczył pana Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi dla Rzeczypospolitej. Co dla pana było największym sukcesem w dotychczasowej współpracy biznesowej między naszymi krajami?

Dla mnie najważniejsze jest właściwe wykorzystanie nadarzających się okazji do nawiązania i rozwoju dobrej współpracy. Bardzo cenię uczciwość w biznesie. Mam świadomość że działałem w bardzo trudnych warunkach i zawsze byłem na pierwszej linii frontu. Ogromną radość daje mi szukanie rozwiązań dobrych dla wszystkich. To że udało mi się rozwiązać problem sprzedaży produktów Sharpa bez doprowadzenia do bankructwa Pewexu daje mi powód do wielkiej radości. Podobnie dużą satysfakcję sprawiło mi sfinalizowanie zakupu zakładu w Polsce dla NSK. Lubię działać w atmosferze współpracy i wzajemnego poszanowania. Ufam że w dalszym ciągu będę mógł działać w takiej atmosferze.

Niedawno wrócił pan z krótkiego pobytu w Japonii. Jak wygląda dzisiaj Kraj Kwitnącej Wiśni po ubiegłorocznej tragedii spowodowanej trzęsieniem ziemi i tsunami?

Ja oczywiście nie mam pełnego oglądu sytuacji. Codziennie oglądam wiadomości satelitarne z Japonii i widzę że wciąż trwa walka o przywrócenie normalności. Większe firmy powoli próbują wrócić do działalności, ale dla małych i średnich przedsiębiorstw sytuacja jest bardzo trudna. Teren w promieniu 30 km wokół Fukushimy cały czas jest strefą zamkniętą. Ani ludzie nie mogą jeszcze wrócić do swoich domów, ani firmy nie mogą wznowić swojej działalności. Elektrownia Tokyo Electric Power Company wypłaca tym firmom jakieś pieniądze, ale są one na tyle małe że nie pozwalają na uruchomienie nowej działalności. Również pomoc finansowa rządu japońskiego nie jest wystarczająco efektywna. Ogromna pomoc finansowa od darczyńców z całego świata jest wciąż dystrybuowana, ale i ona nie jest w stanie zadośćuczynić poniesionym stratom. Nie mniej jednak ludzie czują się znacznie lepiej niż w dniu kataklizmu, choć sytuacja nie jest wcale łatwa. Wierzę że życie wróci wkrótce do normalności, choć w świadomości ludzi na długo jeszcze zostanie niepokój, czy trzęsienie ziemi i tsunami o podobnie wielkiej sile, które zdarza się raz na setki lat, nie uderzy ponownie w Japonię. Musimy więc bardziej zabezpieczyć się na przyszłość przed tsunami, wobec którego tym razem byliśmy bezbronni.

Na zakończenie naszej rozmowy chcemy zapytać o to jak Japończycy mieszkający w Polsce czują się w naszym kraju?

Z mojej czterdziestoletniej perspektywy pobytów w Polsce i współpracy z różnymi osobami z Japonii mieszkającymi tutaj jasno wynika że nie spotkałem jeszcze osoby która narzekałaby na pobyt w Polsce. Na świecie możemy się spotkać z problemami rasowymi wobec Japończyków, ale w Polsce ten problem jest niezauważalny. Ogólnie mogę powiedzieć że życie w Polsce jest całkiem dobre. Czasami występują jakieś problemy biurokratyczne, ale są one zawsze do pokonania. Wszystkie osoby które już wróciły do Japonii deklarują chęć ponownego przyjazdu do Polski. Często kontaktują się ze mną drogą elektroniczną i miło wspominają pobyt w Polsce.

Pan od lat wspiera działalność JAAP. Jest pan honorowym członkiem Stowarzyszenia JAAP od czasu zakończenia w 2006 r. misji JICA w Polsce. Współpraca z panem jest dla nas wielkim zaszczytem. Jaki pana zdaniem potencjał nie jest jeszcze należycie wykorzystany, a mógłby stanowić podstawę do dalszego rozwoju naszej polsko-japońskiej współpracy, w tym współpracy z przedsiębiorstwami japońskimi działającymi w Polsce oraz Japończykami rezydującymi w naszym kraju?

Ja także cieszę się z długoletniej współpracy ze Stowarzyszeniem JAAP. Jest wiele możliwości wykorzystania drzemiącego potencjału po obu stronach. Myślę że sprawa wymaga odrębnego spotkania.

Kilka dni temu 23 stycznia rozpoczął się Rok Smoka. Ten znak w kulturze dalekowschodniej oznacza czas szybkich, zdecydowanych zmian i realizacji nawet najbardziej odważnych planów. To także dobry czas na nowe przedsięwzięcia. Co będzie dla pana ważne w tym roku?

Oczekuję dobrej fortuny w Roku Smoka, bo urodziłem się w Roku Smoka. Mam to chyba zapewnione z racji urodzenia /śmiech/.

rozm. Wacława Wojtala i Antoni Miklaszewski /26.I.2012/14.II.2012/