Spełnione marzenia
Rozmowa z wioślarzem Adamem Korolem
Czym dla pana, zawodnika bardzo już utytułowanego, choć do Pekinu bez medalu olimpijskiego, jest ten sukces?
To spełnienie moich marzeń. Ale nie powiem, że ukoronowaniem mojej kariery, bo jeszcze nie powiesiłem wioseł na hak i zamierzam dalej startować. Ale jest to jakieś zakończenie pewnego etapu w moim życiu. Etapu startów w czterech igrzyskach olimpijskich, w których po wielu, wielu latach ciężkich treningów, można powiedzieć po wielu latach nieudanych startów w igrzyskach olimpijskich, bo nigdy wcześniej nie przywiozłem z nich medalu, wreszcie mam ten upragniony medal i to ten najważniejszy, złoty
Jest pan szlakowym waszej złotej osady. Co znaczy, być szlakowym?
To znaczy nadawać rytm osadzie, sterować ją i pilnować prędkości, z jaką płyniemy.
Jest pan szlakowym i liderem waszej osady. To znaczy, że pana udział w tym złotym medalu jest największy?
Liderem osady jest Marek Kolbowicz. A nie ma czegoś takiego, że czyjś udział jest większy w zdobyciu medalu. Każdy ma jednakowy udział, bo płyniemy w jednej osadzie, w czwórkę i udział każdego z nas czterech jest taki sam
Leszek Blanik powiedział, że złoty medal olimpijski nikomu się nie należał tak bardzo, nawet jemu, jak właśnie panu. Jesteście chyba przyjaciółmi? Co Blanik miał na myśli?
To prawda, jesteśmy z Leszkiem przyjaciółmi. A miał na myśli to, że cztery lata temu medal olimpijski uciekł nam dosłownie o siedem centymetrów. Leszek wie też, że trenuję już tyle lat, jestem z kolegami trzykrotnym mistrzem świata, mamy medale srebrne i brązowe z innych mistrzowskich zawodów, a nigdy do tej pory nie udało nam się zdobyć jakiegoś medalu olimpijskiego. Myślę więc że o to Leszkowi chodziło
Wioślarstwo to ciężki kawałek chleba?
Bardzo ciężki. Kto tego sam nigdy nie spróbował, to nie wie. Treningi są bardzo ciężkie i wszechstronne. Wymaga to ogromnej pracy, wielu tysięcy przepłyniętych kilometrów, wielu godzin na ergometrze, siłowni, na bieganiu. A nagroda jest tylko i wyłącznie wtedy, kiedy zdobędzie się medal igrzysk olimpijskich
Ma pan 34 lata. Doczeka pan do kolejnej olimpiady w Londynie?
Nie wiem. Obecnie trudno powiedzieć. Na pewno będziemy startować przez dwa najbliższe lata
Parę słów o swojej rodzinie?
Mam wspaniałą rodzinę, która mnie wspiera. Tak naprawdę tylko dzięki niej mogę sobie pozwolić na to, że nie ma mnie 230 dni w roku w domu. Żona Dagmara jest bardzo wyrozumiała, a wychowuje dwójkę naszych dzieci, 9-letnią Julię i 4-letniego Szymona. Poza tym Dagmara pracuje też zawodowo. Mam ogromne wsparcie z jej strony i spokojną głowę, że taka wspaniała osoba wychowuje nasze dzieci
Wyczytałem gdzieś, że ma pan ksywę Krol?
To chyba najprostsza ksywa, jaką można sobie wyobrazić, a pochodzi od mojego nazwiska. I nic nie ma znaczyć
Jaki jest polski sport, średni, słaby, bardzo słaby?
A dlaczego nie mówi pan, że polski sport jest dobry, a od razu średni albo słaby?
Dobry to jest Korol
/śmiech/ Oczywiście, pewne dziedziny sportu są słabe, a może trochę słabsze. Sprawa jest dość złożona. Ogólnie rzecz biorąc wszystko wiąże się z pieniędzmi. Słabo opłaca się trenerów. Dlatego ci ludzie nie mogą zajmować się wyłącznie sportem, skupić się tylko na tym, oddać tej dziedzinie całe serce, ale muszą gdzieś na boku robić coś innego, by wyżywić rodzinę. Nie mówię oczywiście o wszystkich, bo są i tacy, którzy zarabiają dobrze. Ale to nie jest norma, takich, dobrze zarabiających nie jest wielu. Co do systemu przygotowań do igrzysk olimpijskich, który przez wielu jest krytykowany, on nie jest taki zły. Na przykład w przypadku wioślarzy on się sprawdził, a jest praktycznie stosowany przez wszystkie związki sportowe. Krytykowana jest duża liczba obozów i może rzeczywiście jest ich za dużo, ale bez tych zgrupowań, bez tylu dni poza domem, nie byłoby chyba dobrych wyników
Z tego, co pan wkłada na siebie, w co się pan ubiera, najbardziej ulubiony jest strój reprezentanta Polski?
Zgadza się. Nasz strój startowy, potocznie zwany lycrą, to coś najcenniejszego, co mogę na siebie włożyć
Czuł się pan najszczęśliwszy w życiu, kiedy stał pan na najwyższym podium olimpijskim i słuchał Mazurka Dąbrowskiego?
To były niesamowite chwile. Życzyłbym każdemu sportowcowi, żeby znalazł się w tym samym miejscu, co ja. Czekałem na to bardzo długo, bo 21 lat. Ale warto było czekać, żeby właśnie wysłuchać Mazurka Dąbrowskiego. To przeżycie nie do opisania. Kiedy widziałem, jak łzami zanoszą się moi koledzy, to sam też nie mogłem się powstrzymać. Ale tak naprawdę najbardziej przeżywałem to dopiero, kiedy oglądałem nas później w telewizji z odtworzenia. Wtedy łzy napłynęły mi do oczu, kiedy widziałem, jak widziałem siebie na najwyższym podium
Wiara w pana życiu?
Jestem katolikiem. Przez to że ciągle nie ma mnie w domu może nie tak często praktykującym, ale oczywiście wierzę w Boga
Rozmawiał Cezary Dąbrowski /zawszepolska.eu/
Kategoria SportComments
Masz coś do przekazania?
















































































































































































