Najważniejsze trzymać się planu
Rozmowa z mistrzem olimpijskim Tomaszem Majewskim
Tomasz Majewski, mistrz olimpijski z Pekinu w pchnięciu kulą, zawodnik stołecznego AZS-AWF Tomasz Majewski, mówi wprost z Pekinu o tym, kto najbardziej pomógł mu osiągnąć życiowy sukces i dlaczego nie będzie dziennikarzem
Czy po tym wspaniałym sukcesie można się spodziewać, że teraz będzie Pan już pchać na tak wysokim poziomie, jak w Pekinie i będzie Pan wygrywać kolejne wielkie zawody, jak mistrzostwa Europy czy świata?
O medale zawsze trudno, bo poziom jest wysoki, a rywale będą chcieli udowodnić swoją klasę. Ale jeżeli moje treningi będą przebiegać dalej tak dobrze, a nie przeszkodzą mi żadne kontuzje, to myślę, że mogę walczyć o medale przez najbliższe parę lat.
Komu, poza sobą, najbardziej Pan zawdzięcza sukces w Pekinie?
Na mój sukces składa się praca wielu ludzi, moich dwóch dotychczasowych trenerów: byłego Witolda Suskiego i obecnego Henryka Olszewskiego, doktora Jarosława Krzywańskiego, z którym współpracuję od dwóch lat. A poza tym, przez 12 lat mojej kariery pomagało mi jeszcze wielu, wielu innych.
Co Pan myśli o dwóch Amerykanach, Adamie Nelsonie i Reese Hoffie, którzy byli tacy mocni, a na olimpiadzie tak bardzo zawiedli? Czy można przypuszczać, że swoje wcześniejsze wyniki osiągali z pomocą niedozwolonego dopingu?
To wspaniali zawodnicy, dużo bardziej utytułowani ode mnie, a co do dopingu, to doputy nie zostaną złapani, nie mogę ich o to podejrzewać. Ale w mojej konkurencji problem ten jest dość poważny.
Co trzeba robić, by tak trafić z formą, jak Pan w Pekinie? Pobił Pan tam swój rekord życiowy.
Konsekwentnie trzymać się planu, jaki się wcześniej założyło i wyczuć, kiedy wprowadzić ewentualne zmiany. Żeby zyskać to wyczucie, potrzeba lat startów i dobrej współpracy.
Ile Pan musiał trenować dziennie i przez ile lat, by dojść do mistrzostwa olimpijskiego?
Trenuję od 12 lat, zazwyczaj dwa razy dziennie i zabiera mi to dwie do sześciu godzin każdego dnia, zależnie od okresu przygotowawczego.
Pobicie przez Pana rekordu Polski Edwarda Sarula z 1983 r. (21,68), to tylko kwestia czasu?
Bardzo trudno będzie mi go pobić w tym sezonie. Musiałyby mi wyjść super zawody. Ale jeżeli dobrze przepracuję sezon, to za rok powinno się udać.
Kamila Skolimowska powiedziała, że zdobycie złota na olimpiadzie, to są chwile, które zmieniają życie. Zgadza się?
Tak, to szczególna chwila, na która czeka i liczy sportowiec.
Jest Pan zawodnikiem AZS-AWF Warszawa. W związku z tym dużo Pan przebywa w Warszawie. Jak się Panu podoba w stolicy? Lubi Pan to miasto?
Mieszkam w Warszawie już sześć lat i raczej lubię to miasto, ale swobodnie mógłbym mieszkać gdzieś indziej.
200 tys. zł za złoto olimpijskie od PKOl ma duże znaczenie?
Na pewno pozwoli mi na pewien spokój finansowy.
Czym jest dla Pana reprezentowanie barw narodowych?
Zaszczytem i miłym obowiązkiem.
Został Pan magistrem politologii na UKSW w Warszawie. Dlaczego politologia i czy ciężko było pogodzić studia z treningami?
Politologię wybrałem trochę przypadkiem, ale zawsze interesowała mnie polityka. Studiowałem zaocznie, więc jakoś udawało mi się godzić obie rzeczy, ale parę razy nie pojechałem na zawody, bo miałem akurat egzaminy.
Podobno powiedział Pan, że odkąd nie robi nic poza sportem – głupieje… Wobec tego co Pan ma zamiar jeszcze robić poza sportem, żeby nie głupieć?…
Człowiek pozbawiony innych wyzwań robi się leniwy. Poświęcając się sportowi, niestety, zaniedbuje się niektóre aspekty życia, w tym rozwój intelektualny. Mam nadzieje, że uda mi się jeszcze w życiu coś postudiować i zdobycie tytułu mi w tym nie przeszkodzi…
Kiedyś powiedział Pan: – Fantastycznie pchać metalową kulę. Nie muszę dbać o dietę, mogę jeść co chcę, a i piwko można wypić. Uwielbiam zupę pomidorową mamy. Czy to wszystko jest nadal aktualne?
Tak, podtrzymuję to wszystko.
Ma Pan 204 cm wzrostu i waży 140 kg. Do pchnięcia kulą to idealne warunki, a jak jest w życiu? Czy wzrost i waga nie przeszkadzają?
Tak, mam pewne problemy ze znalezieniem pasujących ubrań, czy butów, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Jest Pan katolikiem? Wierzy Pan w Boga? Jeżeli tak, pomaga to Panu?
To moja prywatna sprawa. Nie odpowiem na to pytanie.
Podobno chciał Pan zostać dziennikarzem, ale już z tego pomysłu zrezygnował? Dlaczego?
Tak, był kiedyś taki pomysł, nawet zdawałem na studia dziennikarskie, ale z perspektywy czasu stwierdzam, że raczej nie nadaję się na dziennikarza.
Rozmawiał Cezary Dąbrowski
Kategoria SportComments
Masz coś do przekazania?
















































































































































































