Kryptonim ‚NOWY’

Rozmowa z pisarzem Markiem Nowakowskim

Niedawno ukazała się pana nowa książka ‚Kryptonim NOWY. Tajemnica mojej esbeckiej teczki’, dołączona do tygodnika ‚Newsweek’. Powstała ona na podstawie lektury teczek SB na pana temat. Pisze pan w niej jak do końca lat 80 pana inwigilowano. Dlaczego zdecydował się pan napisać tę książkę?

Mała korekta. Może nie napisałem, tylko skorzystałem z tego co napisano. To po pierwsze. Po drugie, długo nie chciałem zaglądać do tych moich papierów, ale nadszedł już czas. Bo ta moja operacyjna sprawa SB skończyła się w 1979 r., jak zapisano w dokumentach MSW. Długo nie ruszałem tych teczek, ale też wcześniej nie było nawet takiej procedury, co jest warunkiem podstawowym.

Poza tym, jakoś mi się nie chciało. Dużo już pisałem na ten temat, ale na zasadzie fikcji literackiej, o ewentualnościach donosów, kapowania, zdrady. Chciałem się wtedy jeszcze poruszać właśnie w tej literackiej sferze domysłów. Oprócz tego, mam też już przecież swoje lata, ileś lat trwa ta Polska po upadku PRL-u. Uznałem, że trzeba sobie zrobić taką koronę, puentę, zobaczyć, co bezpieka o mnie pisała. Nawet nie wiedziałem, czytając te teczki, że będzie z tego książka.

Co więc głównie przeważyło, że pan ją napisał?

Tak mnie te papiery wciągnęły, miałem taki chaos w głowie; ta biurokracja, sposób pisania, działań, dokumenty. Ta wielość dokumentów, ich różnorakość, bardzo mnie wpierw zaintrygowała, potem spowodowała jakąś chęć wprowadzenia porządku, mojego własnego porządku, w tę obfitą dokumentację. Później dopiero przyszedł pomysł, żeby to zapisać. Uznałem, że nikt inny tego by tak nie zapisał, bo to jest moje, ja mam do tego najlepszy klucz. Choćby taki klucz, że wprowadzam czasem do tego lapidarny komentarz. Starałem się dawać jak najmniej własnych uwag, a korzystać z kompilacji, zestawów dokumentów, ubeckich działań. Sam czasem dodawałem do tamtych ubeckich obserwacji coś, co było istotne, a czego oni nie wiedzieli. A poza tym, to taki krótki komentarz po latach. Z tego powstała ta historia, którą nazwano ‚Kryptonim NOWY’, bo tak się nazywałem w resorcie.

Jak odebrali książkę pana znajomi, środowisko?

Moich młodych znajomych, czytelników, artystów, bardzo zaintrygowała. A jakichś głosów osób osobiście zainteresowanych nie było. Oprócz głosu Wacława Sadkowskiego, który napisał, że to nieprawda. Bardzo ciekawe było spotkanie, zorganizowane z okazji wydania tej książki. Przyszło naprawdę dużo ludzi, z różnych kręgów. Myślę, że książka ta jakąś funkcję spełniła, bo sądząc z głosów na tym spotkaniu, poczynając od Bohdana Tomaszewskiego, nestora dziennikarstwa, po młodych dziennikarzy, reakcje były ciekawe i pozytywne.

Książka była więc bardzo potrzebna.

Wynika z tego, że była potrzeba takiego upublicznienia i takiej dokumentacji. Dlatego, że książka pokazuje zdewiowany świat bezpieki, jej zdewiowane widzenie człowieka, bo chciałem zobaczyć, jak bezpieka mnie przez te lata widziała. Świat ten zdewiowany był tylko pod jakimś kątem, bo wrogości do PRL-u. Poza tym, bardzo chciałem sprawdzić, czy oni są rzetelni. I rzeczywiście, jednak faktograficznie bezpieka była rzetelna, informacje zbierała sprawdzone. To więc, co mówili krytycy, oponenci tych teczek i materiałów esbeckich, jak na przykład abp Józef Życiński, jeśli dobrze pamiętam, że to jakieś tam wymyślone zapiski niepoważnych, niekompetentnych osób, zupełnie się nie potwierdziło. To były sprawdzone informacje. Wpierw kapuś węszył, potem zapisywał to, co wywęszył, następnie prowadzący go oficer to weryfikował, wreszcie weryfikował go wyższy funkcjonariusz, jakiś kierownik wydziału. A nawet dochodziło to do szefa departamentu. Zobaczyłem procedurę sprawdzania. Była dość wnikliwa, więc faktograficznie obserwacje resortu były rzetelne, a wnioski i
interpretacja, wiadomo, były zdewiowane. Bo to byli ludzie, którzy przede wszystkim chcieli zobaczyć wroga i nic więcej. Jest jeszcze jeden istotny wątek z tej teczki, i tu mam chyba pionierską zasługę. Pokazałem mianowicie tych specyficznych TW, tzw. analityków literackich.

Jak pan patrzy na tę grupę współpracowników peerelowskiego MSW?

Była to taka kategoria tajnych współpracowników, których rola nie polegała na węszeniu, tylko na egzegezie tekstów literackich pisarza. I tę funkcję pokazałem, nie znaną dotychczas za bardzo. Niektórzy byli nawet inteligentnymi krytykami, znanymi w tamtych latach. Dowodem jest właśnie sprawa ‚Olchy’, czyli wspomnianego Sadkowskiego. Pisali oni często bardzo wnikliwie, z wrażliwością i następował zawsze drugi etap – interpretacja według potrzeb resortu. Pokazałem więc paskudną rolę pewnej części środowiska literackiego, które współdziałało harmonijnie z potrzebami bezpieki.

Wcześniej nie ujawniał pan rzeczywistych nazwisk donosicieli. W ‚Kryptonimie…’ pierwszy raz odstąpił pan od tej zasady i podał personalia Sadkowskiego, który pod pseudonimem ‚Olcha’ pisał dla peerelowskiego MSW analizy pana utworów. Dlaczego zdecydował się pan ujawnić ‚Olchę’?

TW o których pisałem, a nie wymieniłem z nazwiska, to pewnie obecnie starzy ludzie. Ich działalność była psia, ale nie demiurgiczna. Byli w różny sposób łamani, na różny sposób przez PRL zgnojeni i uważam, że starczy, jak się pokaże mechanizmy ich zgnojenia i potem ich służby. A dla nich samych jest to czytelne i może pomyślą. A dlaczego podałem jedno nazwisko Sadkowskiego? Ściślej podałem dwa nazwiska, które chciałem. Po pierwsze krytyka literackiego, którego chciano zwerbować, a on się nie dał, choć był człowiekiem pozornie słabym, pozornie uzależnionym od szeregu rzeczy w PRL-u. Jednak jakiś jego imperatyw moralny mu na to nie pozwalał. I pokazałem drugi, szczególnie dla mnie obrzydliwy przypadek Sadkowskiego. Uczyniłem taką symetrię, ujawniając dwa nazwiska. Celowo. Dwa skrajne przypadki.

Jak pan się czuł, kiedy Sadkowski, wskutek którego analizom pańskiego ‚Raportu o stanie wojennym’ wsadzili pana nawet w 1984 r. do więzienia, wydawał po 1989 r. pańską książkę już jako nowy prezes Spółdzielni Wydawniczej ‚Czytelnik’?

Nie jestem jakimś delikatnym człowiekiem, jakbym się urodził dzisiaj. Byłem już doświadczony, miałem kontakty z PRL-em w różnych formach przez wiele lat. Także tylko mnie to zadziwiło, jak można dojść do takiej taniej dostojewszczyzny. Uważałem, że warto o tym napisać. Bo tyle się mówi o etosie pisarza, o pewnych zasadach, które go obowiązują, uczciwości, prawdzie, śmiałości w sądach, niezależności, a tu wyłonił się taki potworny, ciemny, plugawy wątek w postaci tych egzegetów. Jakiż to był stan upodlenia…

Żeby było śmieszniej tenże Sadkowski po 1989 r. chciał wydać pański ‚Raport o stanie wojennym’… Sadkowski jeszcze jako sługus komuny napisał w analizie ‚Raportu…’ dla peerelowskiego MSW m.in.: ‚Raport o stanie wojennym’ należy do najagresywniejszych, najbardziej zajadłych i przepojonych nienawiścią paszkwilów antykomunistycznych, jakie kiedykolwiek napisał polski pisarz. Kiedy pan to przeczytał po latach w esbeckiej teczce, chyba miał pan dużą satysfakcję?

Tak. Bardzo mnie to rozbawiło, że tak podnieśli na wysoki diapazon absolutnego antykomunizmu moje opowiadania, tę mozaikę ze stanu wojennego, którą nazwałem ‚Raportem’. Zresztą celowo tak ją nazwałem, bo raport to była modna forma opracowań w totalitaryzmie. Chciałem zakpić tym tytułem z tej formy ocen, które były jedynie wirtualnymi, propagandowymi opisami rzeczywistości. Chciałem w formie raportu ująć prawdziwą rzeczywistość.

Co pana najbardziej zdumiało, zadziwiło albo ubawiło, kiedy czytał pan swoje teczki, których jest chyba około 15?

Więcej nawet, jest ich około 20. Bawiła mnie często tak drobiazgowa relacja z różnych moich czynności, szczególnie kiedy zainstalowali podsłuch w mieszkaniu. Ucieszyłem się z jednej rzeczy, bo czułem już w tamtych latach oddech bezpieki, w postaci nawet bardzo wyraźnej często, dowodowej, a nie imaginacyjnej. Mianowicie, że się nie bałem tego, iż żyłem w cieniu podsłuchu, ciągłej inwigilacji, a taką miałem przez kilka lat. Nie ciążyło to bardzo na mojej psychice i nie powodowało u mnie jakiejś dewiacji. Pisałem, jak pisałem, żyłem, jak żyłem, paliłem papierosy, jak paliłem, piłem wódkę, jak piłem, gadałem, jak gadałem, co chciałem, czyli nie odebrali mi wolności własnej. Tylko uważałem, miałem się na baczności, już w tamtych latach, nie wiedząc w sposób dowodowy, stuprocentowy o podsłuchu, o tych tajniakach, kapusiach, którzy są wokół mnie. Nie wiedziałem o tym. Podejrzewałem tylko różnych ludzi. Konkretne więc rzeczy, dotyczące innych osób, jakichś spraw wydawniczych, listów od Giedroycia, zawsze załatwiałem w pełnej dyskrecji. Nie zdeformowało mi to więc życia, jedynie zdyscyplinowało i uczuliło w tamtych latach.

Lektura własnych teczek sporządzonych przez SB była dla pana jak czytanie kryminału, może czymś fascynującym, czy obrzydliwym?

Takich ekstremalnych uczuć nie miałem. Powtarzam, byłem człowiekiem doświadczonym już osobiście. Przecież bezpieka, jej działania, to nie było coś niewidzialnego. Ja to czułem w swoim życiu realnym w tamtych latach, więc tylko znajdowałem potwierdzenie, a bardziej mnie interesowała ta pajęcza sieć, jaką resort tworzył, ta struktura MSW i jego armia współpracowników. Jedna rzecz mnie uderzyła, że w tym czasie ustrój opierał się na bezpiece. To była jedyna siła, która dawała realne trwanie. Jeszcze jedna rzecz interesująca, jak na nic strugą płynęły pieniądze. W tym moim zbiorze dokumentów są takie wątki, jak na przykład koordynatorzy treści obcojęzycznych przekładów raportów. Czyli zatrudniono szereg tłumaczy z wielu języków, którzy mieli całe obce
wydania, od japońskiego po norweski, czytać. Im chodziło o to, czy tam nie znajdzie się jeszcze bardziej szkalujących treści w stosunku do oryginału. Czytałem te notatki i rachunki, które przedstawiano za tłumaczenia. To była kupa pieniędzy, którą resort na takie wydatki przeznaczał. A tajni współpracownicy byli przecież też płatni. Jak porównałem jakieś honorarium, to za swoje usługi dostawali, za szereg raportów, trzech czy czterech, jeśli uznano, że były wnikliwe i stanowiły wartość dla resortu, równowartość dobrej miesięcznej pensji.

W rozmowie z ‚Rzeczpospolitą’ powiedział pan, że toczy się walka o Polskę, zarysowały się dwie Polski i od tego, która wygra, zależy, w jakim kraju będziemy żyć. Jakie są te dwie Polski i co zdecyduje, która wygra?

Nie chcę dużo o tym mówić. Powiem jeszcze w kontekście teczki. Dlatego też chciałem tę teczkę po tylu latach wydać, bo zauważyłem, iż PRL ciągle w jakiejś rozmaitej postaci trwa w naszym życiu, w wolnej Polsce. Zaczęło mnie to brzydzić, męczyć coraz bardziej. Uznałem, że pokazanie tej dawnej Polski, peerelowskiej, przez pryzmat działań bezpieki jest ważne dla współczesnego myślenia Polaków. To był jeden z powodów, bo zauważyłem też, że stosunek do teczek, do działań bezpieki, ze strony pewnych opiniotwórczych, silnych, a zwłaszcza panujących do niedawna jeszcze elit jest szalenie ambiwalentny, a nawet zdecydowanie negatywny, co moim zdaniem wiązało się z przeprowadzeniem PRL-u do tego czasu, stworzeniem dziwnej demokracji, polegającej na kultywowaniu PRL-u. Uważam, że moja książka jest pewną odpowiedzią na dotychczasowy stan oficjalnej świadomości, lansowanej świadomości Polaków. Lansowano opinie, że akta bezpieki, teczki, to coś niewiarygodnego, to fałszywki bezpieki, szkalowanie według ich widzimisię. To nieprawda. Teczka daje prawdziwy obraz tamtej rzeczywistości, oczywiście pod specyficznym kątem widzenia przez aparat przemocy, bezpiekę, ale odkrywa zjawiska, które wreszcie powinny być ujawnione w sposób czytelny, jasny, jednoznaczny i pokazane opinii publicznej. A dotychczas było to w formie kalekiej. Wiąże się z tym lustracja, dekomunizacja. Uznałem, że teraz jest ostatnia szansa, bo ta batalia jest batalią ostatniej szansy, by tamtą Polskę odłożyć dośmietnika, tę peerelowską Polskę. I powiedzieć o niej dowodnie, dosadnie, logicznie i precyzyjnie, czym była i co robiła z ludźmi. Dlatego ta moja teczka jest swoistym głosem w obecnej kampanii wyborczej, moim własnym głosem.

Pisze pan obecnie książkę, która ma się nazywać ‚Psie głowy’. Ma to być o pańskiej Polsce i chce pan by ta pana Polska się obudziła. Jak to rozumieć?

Żeby ta moja Polska właśnie brała udział w życiu publicznym, bo dotychczas bierze udział w znikomej mierze. Ale może tak jest wszędzie, że część ludzi nie interesuje się polityką. Może to jest zdrowe. Nie jestem taki pewny. Pewność także jest szczególnie w pisarskim zajęciu bardzo niebezpieczna. Pewność łączy się z dogmatyzmem, z założeniem jakiejś tezy a priori, czyli z jakimś sztucznym wpływaniem na rzeczywistość. Chciałbym uchwycić jakiś żywioł tego życia, które znam, takiego polskiego specyficznego życia, bez komentarza, tylko żeby zgłębić jakąś jego istotę. O to mi chodzi.

Minęło 50 lat, od czasu, kiedy napisał pan swoją pierwszą książkę, zbiór opowiadań ‚Ten stary złodziej’. Jakie refleksje pana nachodzą, kiedy pan myśli o 50 latach swego pisania?

Bardzo banalne. Że już tyle lat piszę (uśmiech). I chciałbym jeszcze coś napisać, ale to nie wiadomo…

Rozmawiał Cezary Dąbrowski

Kategoria Polska

Comments

Masz coś do przekazania?





Notice: ob_end_flush(): failed to send buffer of zlib output compression (0) in /home/czarkod/public_html/zp/wordpress/wp-includes/functions.php on line 4615