360 dni w roku z pływakami
Rozmowa z Pawłem Słomińskim, trenerem kadry
Miał pan jakieś problemy ze zdrowiem? Nie pojechał pan z kadrą na niedawne zgrupowanie na Florydę.
Wszystko już w porządku. Miałem kłopoty z przepukliną. Ale działam normalnie (uśmiech). Nie ma czasu na użalanie się nad sobą.
A skąd się pan w ogóle wziął w pływaniu? Był pan pływakiem? Proszę powiedzieć coś o swoich początkach.
Byłem pływakiem od szóstego roku życia. Zaczynałem w Stali Stalowa Wola, później była szkoła mistrzostwa sportowego w Raciborzu, a następnie trafiłem do warszawskiego AZS-AWF. Byłem zawodnikiem 15 lat, nie tylko pływałem, ale też grałem w piłkę wodną. I siłą rzeczy zostałem w pływaniu jako trener.
Co trzeba było zrobić, by zostać trenerem kadry? Pamiętam, że w stołecznym AZS-AWF pana zawodnicy odnosili mnóstwo sukcesów.
Myślę, że zostałem nim przez zwykły zbieg okoliczności. Przede wszystkim związany z tym, że Otylia (Jędrzejczak – dop. CD) zdecydowała się na pracę z takim młodym trenerem jak ja. Kiedy pobiła rekord świata w Berlinie, zdobyła mistrzostwo świata w Barcelonie, to jakoś naturalnie doszło do tego, że zostałem trenerem całej kadry i przejąłem za nią całą odpowiedzialność. Pojawiali się następni zawodnicy, jak Korzeniowski, czy Kuczko, i jakoś nic złego się z nimi nie działo, kiedy trafili do mnie. W związku z tym Polski Związek Pływacki powierzył mi kierownictwo nad kadrą narodową.
W kadrze zajmuje się pan dziewczętami i żabkarzami, tak?
Ogólnie rzecz biorąc, bezpośrednio, jeżeli chodzi o sam trening na zgrupowaniach, tak. Wynika to z podziału czysto szkoleniowego. Natomiast poza zgrupowaniami kadry prowadzę treningi tak samo z Korzeniowskim i pozostałymi zawodnikami klubowymi, bo jestem też trenerem klubowym.
Łatwiej pracować z dziewczętami, czy chłopcami? Pewnie z dziewczętami?
Myślę, że to są dwie zupełnie różne sfery oddziaływania. Kobiety bardziej emocjonalnie podchodzą do wielu rzeczy i w ich przypadku są problemy przede wszystkim z mentalnością, stroną psychiczną. Natomiast z mężczyznami, wiadomo, są zupełnie innego rodzaju problemy. Najczęściej wychowawcze, związane choćby z niesportowym trybem życia i wszystkimi sprawami dziejącymi się wokół tego. Ale ja akurat nie narzekam, nie użalam się. Myślę, że praca z ludźmi zawsze wiąże się z jakimiś emocjami i tyle. Trzeba po prostu pracować i rozwiązywać problemy.
Jak doszło do tego, że ostatnio polscy pływacy zdobywają tych medali tak dużo?
Praca, praca i jeszcze raz praca.
No, to długa, wyczerpująca odpowiedź…
Plus talenty, oczywiście.
Mówi pan o pracy trenerów?
Myślę o pracy wszystkich związanych z kadrą, z polskim pływaniem. Na pewno pod względem organizacji szkolenia jesteśmy, nic nie ujmując poprzednim kadrom, poprzednim trenerom i tak dalej, dużo, dużo do przodu. Udało się to tak zorganizować także dlatego, że jednak postęp cywilizacyjny jest coraz większy, że dziś ta kadra, jeżeli chodzi o obsługę medyczną, organizacyjną i tak dalej, jest na pewno na wyższym poziomie niż za poprzednich reprezentacji, przed igrzyskami w Sydney i jeszcze bardziej wstecz. Na pewno wtedy było trudniej.
Dobra forma naszych pływaków, dobre przygotowanie kadry od kilku lat, medale. Kto na to pracuje?
Pracuje na to mnóstwo ludzi. Weźmy samo prowadzenie takiej zawodniczki jak Otylia, kiedy jeszcze kadra była mała. Wtedy już kilka osób pracowało dla niej jednej. Obecnie przy kadrze jest kilkanaście osób. Z siedemnastoosobową kadrą na mistrzostwa świata pojedzie co najmniej 10-12 ludzi bezpośrednio pracujących z tymi zawodnikami, czyli trzech trenerów, trzech masażystów, trzech lekarzy, kierownik ekipy, na pewno jakiś sędzia, czy ktoś odpowiedzialny za przepisy. Także to już potężna maszyna, a i tak cały czas za mała, uważam.
Czy polscy pływacy będą zdobywać jeszcze więcej medali?
Trudno odpowiedzieć na takie pytanie i w ogóle się tego nie podejmuję. Bo to nie jest tak, że my stworzyliśmy jakiś system funkcjonujący zupełnie dobrze. Bo, pomijając, oczywiście, system szkolenia w kraju, kluby, szkoły mistrzostwa sportowego, ośrodki akademickie, które niby są, a tak naprawdę ich nie ma, bo się borykają z ogromnymi kłopotami finansowymi, jest to po prostu zbieg takich wypadków, że dobrała się grupa ludzi do czegoś dążących, chcących coś osiągnąć. Do tego jest akurat pokolenie, młodzież, która jest wyjątkowo utalentowana i nie mamy żadnej gwarancji, że będą się pojawiały takie następne pokolenia. Choć mamy taką nadzieję, bo tych pływalni, nawet 25-metrowych, jest coraz więcej i nabór jest większy. Ale nie jest wcale powiedziane, że to będzie trwało w nieskończoność.
Popularność pływania przy takich sukcesach rośnie i te talenty mogą się pojawiać.
Zgadza się. Zresztą my nad tym bardzo mocno pracujemy. W związku z tym, że kadra jest coraz lepsza i ma coraz więcej utytułowanych zawodników, podpisaliśmy umowę z telewizją na transmisje zawodów pływackich odbywających się także w kraju. Robimy wszystko, by pływanie było widać i by społeczeństwo je poznało, bo myślę, że Polacy są niedoinformowani mimo wszystko, jeśli chodzi o naszą dyscyplinę. Nie mamy takich tradycji, przykładowo w marketingu, jak lekkoatletyka, piłka nożna, czy skoki narciarskie, które od wielu lat są pokazywane w telewizji.
Jedni mówią: Słomiński, to geniusz, cudotwórca, a inni: Słomiński dostał gotowych zawodników… Oczywiście, cudotwórcą pan nie jest, ale ostatnie duże sukcesy przyszły za pana kadencji, więc dzieje się to za pana sprawą.
W Polsce zawsze jest połowa takich, którzy chwalą i zdecydowanie większa połowa, jeżeli można mówić o większej połowie, takich, którzy się do czegoś przyczepią. Ja wychodzę z bardzo prostego założenia i mówię to swoim zawodnikom bardzo często po udanym starcie, że cieszę się, iż nie zepsułem ich formy w trakcie przygotowań, w trakcie pracy z nimi. A wyniki mówią same za siebie. Nie jest moją rolą podkreślanie tego, że te wyniki, sukcesy, to moja zasługa. Bo ja, oprócz tego, że prowadzę na warsztacie, czyli pracuję bezpośrednio z takimi zawodnikami, jak Jędrzejczak, Kuczko, Barzycka i wielu innych, którzy zdobywali medale, a było tych medali na imprezach międzynarodowych już blisko czterdzieści, zdobytych w igrzyskach, mistrzostwach świata i Europy, zajmuję się całą stroną organizacyjną. Po mojej stronie leży więc wymyślenie programu, poprowadzenie tego wszystkiego, obsługa marketingowa związku, rozmowy ze sponsorami. Tych spraw na moich barkach jest naprawdę mnóstwo. I nie chodzi o to, bym się tu kreował, czy użalał, tylko akurat taka jest rola trenera, który jest osobą publiczną, rozpoznawalną, ma przez to dobre kontakty. Przyjmuję to jako naturalne i pracuję, natomiast ci, którzy krytykują, niech się wezmą do roboty i udowodnią, że są lepsi i tyle.
Jednym słowem człowiek-instytucja?
Cały czas jeszcze, niestety, tak w Polsce bywa, że wiele spraw, które powinny być podzielone pomiędzy różnych ludzi, musi wykonywać jedna osoba.
Pływacy zdobywają ostatnio tyle medali. Ale nie znaczy to chyba, że w naszym pływaniu wszystko jest wspaniale?
Broń Boże. Absolutnie nie. Brakuje nam obiektów przede wszystkim. Brakuje pieniędzy dla klubów, małych klubów, tych, z których mają się wywodzić następcy Jędrzejczak i Korzeniowskiego. Brakuje pieniędzy na wynagrodzenia dla trenerów. W związku z tym nawet ci dobrzy trenerzy, którzy powinni się zająć szkoleniem ludzi dla pływania, chałturzą po prostu, prowadząc lekcje i tak dalej, nie zajmując się pływaniem wyczynowym. I odbija się to na tym, co ma miejsce później. Dlatego bywa tak, że mnóstwo zawodników, którzy być może są wielkimi talentami, albo w ogóle nie doczekuje wieku seniora, albo doczekuje tego czasu, ale z kolei jest źle nauczonych pływania i to nie tylko pod względem techniki. Również pod względem podejścia do sportu, mentalności i tak dalej, bo to wszystko wynosi się z klubów. Spraw do poprawienia w polskim pływaniu jest więc mnóstwo.
Gdyby w Warszawie były odpowiednie warunki do treningów dla kadry, to pan i pana rodzina mielibyście dużo łatwiejsze życie, prawda? Ile czasu spędza pan poza domem rodzinnym?
Mniej więcej między 250 a 300 dni w roku jestem poza Warszawą. Jest tak od 5-6 lat bez przerwy. Nie ukrywam, że jestem już potwornie zmęczony taką sytuacją. Ktoś może powiedzieć, że sobie jeździmy po hotelach i wylegujemy się, nie mamy żadnej innej roboty. Zawsze tak można do tego podchodzić. A tych spraw organizacyjnych, związanych z korespondencją, sprawdzaniem różnych umów i wiele innych zajęć jest po prostu mnóstwo. Ale największym obciążeniem jest przede wszystkim rozłąka z najbliższymi. Odciskającym piętno na naszej pracy równie, jak praca fizyczna, bo to żadna przyjemność – przebywać ciągle w hotelach. Nawet doprowadzenie do sytuacji, że pokoje w hotelach mamy zawsze te same, żeby się czuć przynajmniej w jakimś małym procencie, jak u siebie w domu. Takim zawodnikom i takim ośrodkom, jak Warszawa, gdzie skupiło się kilku medalistów mistrzostw świata i Europy, bo w AZS-AWF Warszawa są mistrz świata Korzeniowski, mistrzyni świata Jędrzejczak, mistrz Europy Kuczko, medalistka mistrzostw Europy Barzycka, trzeba stworzyć odpowiednie warunki. Nie wiem, czy jest wiele klubów w Europie, które mają takich pływaków u siebie, w jednym ośrodku. Jeżeli oni nie mają gdzie trenować, to kto ma mieć? Kto, jak nie tacy zawodnicy? To jest moje pytanie, na które od igrzysk w Atenach żadna opcja rządząca w Polsce sportem nie potrafiła odpowiedzieć. Nie ma takiej osoby, nie ma takiego lobby, które by spowodowało, że basen w Warszawie by powstał. I to jest dzisiaj, w moim mniemaniu, największy problem w ogóle polskiego pływania. Bo ile można siedzieć w Ostrowcu Świętokrzyskim, albo Oświęcimiu, czy Gorzowie Wielkopolskim, gdzie ludzie mają swoje szkolenie, a my im je rozbijamy przyjeżdżając z kadrą. Bo muszą kadrze zrobić miejsce na basenie, a oni mają przecież swoje szkółki, swój system szkolenia, z którego mają wyjść następni mistrzowie.
Jakiś czas temu powiedział pan w rozmowie z dziennikarzem publicznego radia, że do Pekinu jest pan trenerem kadry, ale po Pekinie zabiera pan Otylię i wyjeżdża za granicę. Chodzi oczywiście o pieniądze?
Nie do końca o pieniądze. Chodzi w ogóle o całą sytuację w Polsce i podejście do sportu. Nie powiedziałem, że wyjadę na pewno, tylko, że rozważam taką możliwość. Dostaliśmy propozycję z Otylią, by wyjechać i trenować w jednym z francuskich klubów. Jest to jakiś sposób na życie, ale też związany z rozłąką i wyjazdem. Oczywiście, możemy zabrać ze sobą rodziny, możemy wyjechać razem, dostać tam mieszkanie, pracować tam i być zadowolonym. Dziś przecież Europa, to jeden wielki kraj i wyjazd nie jest wielkim problemem. Natomiast ja cały czas twierdzę, że to nie na tym polega. Sam jestem przeciwny, by nasi zawodnicy wyjeżdżali z kraju, bo oni tu mają tworzyć pływanie, tu mają tworzyć atmosferę do pływania i je popularyzować.
Tak samo trenerzy.
Tak samo trenerzy. Ta myśl szkoleniowa powinna pracować i przynosić efekty tu, w kraju, działać na pożytek środowiska. Ale jeżeli dalej nikt nie będzie dostrzegać mankamentów związanych z bazą dla potrzeb pływania i nadal będzie się podchodzić do takich ludzi, jak Otylia, choćby w sprawie jej wypadku, w ten sposób, by piętnować, zamiast pomagać, wspierać duchowo, myślę na przykład o mediach, ale nie tylko, to nie wiem, czy to jest dobre miejsce, by tu mieszkać i kontynuować pracę, kiedy można to robić za lepsze pieniądze w jakimś cywilizowanym kraju. Natomiast na dziś, broń Boże, takiej decyzji nie podejmujemy. Mamy wielkie zawody przed sobą, do których się przygotowujemy, mamy co robić. Mam grupę wspaniałej młodzieży, która chce ze mną trenować, co mnie bardzo cieszy. W związku z tym ja mam po prostu dla kogo tu zostać na razie. Zobaczymy, co będzie po Pekinie. Jeżeli dalej ci młodzi ludzie będą wierzyć, że to, co robimy ma sens i będą chcieli ze mną trenować, to być może nic nie zmienię. Ale może też dojść do sytuacji, że poszukamy sobie jakiegoś nowego miejsca na świecie.
A czy powie pan, ile pan zarabia? Ile zarabiają inni trenerzy z sukcesami? Ile zarabiają dobrzy trenerzy pływania w Niemczech, Francji, USA, Australii?
Nie wiem, ile zarabiają w Niemczech, Francji, czy USA. Wiem, ile zarabiają Lozano i Beenhakker. Mogę tylko powiedzieć, że zarabiam wielokrotnie mniej niż oni, natomiast na pewno na tle innych trenerów pływania w Polsce nie mogę narzekać. Może to wymijająca odpowiedź. Nie narzekam na wysokość mojego wynagrodzenia. Choć jak mówiłem, porównując je do dni szkoleniowych, które muszę poświęcić kadrze, czyli blisko 300 i porównując to do czterech miesięcy w roku u Lozano, czy czterech miesięcy bezpośredniej pracy z kadrą u Beenhakkera, biorąc pensję Beenhakkera i moją, a mam mistrzów świata u siebie, bezpośrednio ich prowadząc, mógłbym powiedzieć, że jestem daleko niezadowolony z tego, ile zarabiam. Oczywiście, ludzka natura jest taka, że chcielibyśmy zarabiać coraz więcej. Ale przecież wiecznie nie będę poświęcać się pływaniu w swojej pracy w takim stopniu, jak obecnie i jeżeli mam takich zawodników, jakich mam, to chyba powinienem zarobić na przyszłość. I nie martwić się, co będzie, jak moi zawodnicy i ja zakończymy karierę. I nie wiem, być może usiądę za biurkiem, zajmę się wyłącznie pracą naukową, bo pracuję też na AWF. Teraz jest właśnie ten czas, kiedy powinienem zarobić konkretne pieniądze za, rzekłbym, nienormalną, a jednocześnie wyjątkową pracę, z wyjątkowymi ludźmi i za wyjątkowe osiągnięcia.
Od 2004 r. jest też pan wiceprezesem Polskiego Związku Pływackiego ds. sportowych. Można powiedzieć, że rządzi pan polskim pływaniem.
Wielu ludzi i tak pewnie uważa, ale nie na tym to polega, że Słomiński przychodzi do związku i ustawia sobie wszystkich w polskim pływaniu na baczność. Jest zarząd PZP, czyli kilkanaście osób. Każda propozycja z mojej strony, a nie ukrywam, że jest ich wiele właśnie, jest na zarządzie dyskutowana, każdy z członków zarządu, a są to przedstawiciele ośrodków, innych trenerów i tak dalej, może podnieść rękę i powiedzieć, że się z tym nie zgadza. Ja uważam, że to, co do tej pory się wydarzyło przez ostatnie trzy lata w pływaniu, było ogromnym skokiem do przodu w wynikach. I pokazało, że decyzje, które w tym okresie podjęto, były trafione. Ubolewam, że tak mało propozycji odnośnie systemu szkolenia, rozwiązywania różnych problemów, pada ze środowiska. Nie wiem, z czego to wynika. Czy z tego, że nie ma już nowych pomysłów, czy ludzie nie mają czasu się tym zająć, czy może jest im wygodniej, że załatwia im to Polski Związek Pływacki i tacy ludzie, jak ja, pracujący w nim? Myślę, że dyskusja powinna tu być bardziej ożywiona.
Ma pan prawie 40 lat, a już od kilku lat jest pan uznawany trenerem roku w Polsce. Jak tak dalej pójdzie, to zostanie pan trenerem wszech czasów.
Cóż, to bardzo miłe. Jak widać jednak, są lepsi, bo za zeszły rok Lozano został uznany za lepszego, za najlepszego. Nie udało mi się tym razem i nie zdobyłem czwarty raz statuetki. Byłbym jedynym trenerem, któremu się to udało w Plebiscycie Przeglądu Sportowego. Nie traktuję jednak tego bardzo serio. Wolę się nie odnosić do tego typu plebiscytów. Bardzo trudno jest porównać jeden medal srebrny z mistrzostw świata siatkarzy z dwunastoma medalami mistrzostw Europy, rekordem Europy Otylii Jędrzejczak i tak dalej w zeszłym roku. Jaką skalę porównawczą tu obrać? My nie mogliśmy wystartować w mistrzostwach świata. Najwięcej, co mogliśmy osiągnąć, to złote medale mistrzostw Europy. I trójka moich zawodników te medale wywalczyła. W związku z tym, jak to porównywać z jednym medalem mistrzostw świata Lozano? Jest to niemożliwe. Dlatego w ogóle się do tego nie odnoszę. Nie, że to dotyczy mnie. Ale gdybym sam miał kreować takie dwie osoby za zeszły rok, to prawdopodobnie byłaby to nagroda ex aequo. Tak jak w roku wcześniejszym był Niemczyk i Słomiński, wydaje mi się, że można było na równi postawić za zeszły rok Lozano i mnie. Ale nie traktuję tego bardzo serio. Nie jest to dla mnie cel sam w sobie. Realizuję się gdzie indziej, w przygotowaniach z zawodnikami. Za chwilę będziemy mieć mistrzostwa świata i to jest mój żywioł.
Ale tak szczerze, trudniej chyba jednak przygotować drużynę siatkarzy, piłkarzy, czy koszykarzy na medal mistrzostw świata niż jednego pływaka? Jest chyba różnica?
Ja nie przygotowuję jednego pływaka, ja też przygotowuję drużynę.
Ale chodzi mi o to, czy łatwiej zdobyć medal w sporcie indywidualnym, jak pływanie, czy w drużynie? Moim zdaniem łatwiej jest w sportach indywidualnych.
Ale jest to w ogóle nieporównywalne. Gdybym był perfidny, mógłbym powiedzieć, że drużyny siatkarzy nie przygotował Lozano, tylko trenerzy klubowi. A Lozano ją tylko scalił i wywiózł na zawody. I jest to jego ogromne osiągnięcie, że potrafił w nich tchnąć ducha walki, ustawić taktycznie na boisku, poprowadzić to wszystko i tak dalej, i tak dalej. Ale oni nie wzięli się znikąd. To chłopcy, którzy pracują w klubach. Różnica między mną a Lozano, a wchodzimy w trudną tematykę, polega na tym, że ja z moją kadrą pracuję bezpośrednio 360 dni w roku. I z Jędrzejczak, i z Korzeniowskim, i z Kuczką i z każdym, z którym potem bezpośrednio jadę na zawody. Lozano jest troszeczkę trenerem-selekcjonerem, a ja nie jestem selekcjonerem, ja jestem trenerem klubowo-kadrowym, tak to można nazwać.
Kiedyś w Polsce mówiono, że jak zawodnik nie wyjedzie do USA, to nie będzie dobrze pływać. Teraz wyniki naszej kadry świadczą chyba o czymś innym?
Dzisiaj to wygląda tak, że jak zawodnik nie wyjeżdża do USA, to dobrze pływa.
Kiedyś nie było chyba w Polsce szkolenia centralnego? Jakie to miało znaczenie?
Było szkolenie centralne. Natomiast to szkolenie centralne, które jest obecnie realizowane, jest na dłuższą metę nierealne do prowadzenia. Taka liczba dni zgrupowań jest nie do zaakceptowania i nie do wytrzymania dla żadnego zawodnika. To, że Otylia to wytrzymała i ja to wytrzymuję, to jest w ogóle cud nad Wisłą. Zresztą Otylia zbiegiem okoliczności miała dwie długie przerwy, pierwszą po igrzyskach, zaplanowaną, wtedy się trochę zregenerowała i odpoczęła, a drugą, niestety, związaną z wypadkiem. Ale na dłuższą metę w takim systemie nie można być szkolonym. Praca w klubie, w stałych ośrodkach, powinna być podstawą szkolenia. Natomiast zgrupowania centralne powinny być urozmaiceniem i przede wszystkim takim okresem treningu, kiedy wykonuje się specjalną pracę, kiedy wykonuje się specjalny bodziec treningowy. U nas ta zależność jest całkowicie odwrócona. Praca na zgrupowaniach kadry jest podstawą, natomiast powroty do klubów są uatrakcyjnieniem szkolenia. Ponieważ w klubach nie ma ani pieniędzy, o czym mówiłem, ani warunków do treningów, ani nikt nie wykazuje tam żadnego zainteresowania, by to lepiej zorganizować i podnieść na wyższy poziom.
A ostatnie zgrupowanie na Florydzie? Co prawda nie było tam pana z kadrą, ale co pan o nim powie? Jak to się ma do zgrupowań w kraju?
Nie było mnie tam, ale wiem, jak to wyglądało. Miałem ciągły kontakt z zawodnikami i trenerami, którzy tam wyjechali. Wszyscy są zachwyceni z pobytu w USA. I twierdzą, że to było najlepsze zgrupowanie w ostatnich kilku latach. Zarówno pod względem bazy treningowej, jak i hotelowej, związanej z relaksem po treningach i tak dalej. Wszyscy byli zachwyceni, a nie było tam żadnej wielkiej filozofii. Był to zwykły hotel sieci Marriott, który zupełnie inaczej wygląda tam niż w Warszawie, bo u nas Marriotty kojarzą się nie wiadomo, z czym, z wieloma gwiazdkami. Marriotty to średniej klasy hotele, ale były tam saloniki połączone z kuchnią, z pełnym wyposażeniem w środku. Były samochody do dyspozycji reprezentacji, które zawoziły zawodników na basen, obiekt dostępny. Jedynym mankamentem było uzdatnianie wody, po prostu nietypowe dla naszych zawodników, bo ich skóra i włosy nie były do tego przyzwyczajone, a obok kąpały się dzieci i nie miały z tym żadnych kłopotów. To zwykła sprawa, podobna do tego, jak reakcja organizmu na zmianę klimatu, tu reakcja organizmu na wodę.
A jak pan w ogóle widzi polski sport? Co jest dobrze, co źle?
Wydaje mi się, że w polskim sporcie nastąpiło odwrócenie pewnych relacji. Przede wszystkim wiele instytucji nadzorujących polski sport, nie będę wymieniał ich z nazwy, zapomniało, że one są dla sportu, a nie sport dla nich. W związku z tym, pracując z moimi zawodnikami, uważam, że ja jestem usługodawcą w sensie, iż ja po prostu pracuję dla tych instytucji. A wydaje mi się, że coraz częściej spotykam się tam z takim sposobem myślenia, że trzeba stać na baczność i cieszyć się, iż w ogóle coś się załatwiło, bo jak nie, to dostanie się karę, albo nie wiadomo, co… A przecież, gdyby nie było sportu, gdyby nie było zawodników, nie byłoby instytucji zarządzających sportem i trzeba to sobie uzmysłowić. I odwrócenie tych relacji wydaje mi się powinno być dziś pierwszym krokiem, by sytuację uzdrowić. No i druga rzecz, bardzo ważna, chyba najważniejsza. Nie utyskując już na temat finansów, to po prostu polski sport jest niedowartościowany. My finansowo jesteśmy daleko, daleko z tyłu. Nie mówię tu o czystych zarobkach i pieniądzach, tylko tak w ogóle o sporcie w sensie organizacji szkolenia, bazy szkoleniowej, dostępu do sprzętu i tak dalej. My pracujemy cały czas tak, jak byśmy byli w moim mniemaniu dwadzieścia lat za najlepszymi zawodnikami, najlepszymi dyscyplinami na świecie. I dopóki nie popłynie odpowiedni zastrzyk pieniędzy, dopóki ktoś się nie zainteresuje, nie zacznie też pytać środowiska i słuchać tego środowiska, co jest mu potrzebne, by się dyscyplina rozwijała, to się nic nie zmieni. Od czasu, kiedy kluby przekazano na finansowanie terytorialne, wszystkie miasta, gminy, gdzie mogą zrobić największe oszczędności? Wiadomo, na sporcie i kulturze. I tnie się tu te wydatki.
Ale bierze pan pod uwagę, pamięta, że Polska została zrujnowana przez całe lata komuny i nie na wszystko starcza? Że nie jesteśmy najbogatszym krajem świata?
Ma pan całkowicie rację. Doskonale sobie zdaję z tego sprawę, potrafię to zrozumieć. Tylko w związku z tym nie oczekujmy też nie wiadomo jakich wyników. Nie można się małym fiatem ścigać z mercedesem. Można mieć ambicję, można paru rzeczy dokonywać ogromnym kosztem wielu ludzi, ale na dłuższą metę nie zbudujemy systemu dotąd, dopóki nie będziemy mieć gdzie trenować, za co trenować, w czym trenować i tak dalej, i tak dalej. Nie zbudujemy tego. Będą takie sytuacje, jak srebrny medal Lozano, czy teraz Wenty, czy będzie Otylia Jędrzejczak co jakiś czas, ale to ciągle nie będzie wynikało z jakiegoś usystematyzowania tych wszystkich problemów.
W środowisku piłkarzy ręcznych mówi się, że ten medal mistrzostw świata, to cud…
Wcale się nie dziwię. Dla Lozano i dla Wenty będzie teraz bardzo trudny okres. Dużo łatwiej jest osiągnąć sukces niż później systematycznie go powtarzać.
Jak forma kadrowiczów? Na co można liczyć w mistrzostwach świata? Jędrzejczak ma niezwykle groźną konkurentkę z Australii, która odebrała jej rekord świata, a trener Australijki wygraża się, że jego zawodniczka jeszcze urwie z tego rekordu sekundę… Korzeniowskiemu Phelps też uciekł jeszcze dalej, bijąc niedawno rekord świata.
Do Korzeniowskiego i Jędrzejczak w ogóle nie podchodzę tak, że muszą oni zdobyć mistrzostwo świata. Moją rolą, jako trenera, jest stworzyć im najlepsze warunki, jakie jestem w stanie, by się przygotowywali. Przygotować ich do mistrzostw optymalnie, czyli tak, by najlepiej popłynęli rekordy życiowe. W przypadku Otylii i Korzeniowskiego rekordy życiowe, to znakomite wyniki. A na co to wystarczy, to jest już sprawa drugorzędna. Nie tylko trener tworzy zawodnika. Robi to jeszcze sam zawodnik i liczy się jeszcze wiele rzeczy, które po drodze się mogą przydarzyć. A na sam koniec jeszcze rywalizacja z przeciwnikiem. Ja się cieszę, podziwiam australijskiego trenera i jego zawodniczkę, którzy głośno mówią, że jak w zegarku mają zaprogramowane tempo co do sekundy i ona to tak popłynie, bo tak trener kazał. Nie chcę tu nikogo dotknąć, ale to trochę dziecinne, bo wiem, że człowieka nie da się zaprogramować. Tyle rzeczy może się zdarzyć. Rzeczywiście, zawody w Australii będą wyjątkowo trudne dla Otylii. Bo wiadomo, jak się walczy z Australijką na jej terenie, wśród kibiców, którzy traktują pływanie jako dyscyplinę numer jeden, mają bzika na tym punkcie, na punkcie zawodników i potrafią być wręcz niemili dla przeciwników. Otylia będzie musiała szczególnie być przygotowana na jakieś uszczypliwości, komentarze i tak dalej. Ale myślę, że jeżeli się dobrze przygotujemy, optymalnie i zawodnicy będą motywowani, to powalczą. A jaki będzie efekt? Nie będę na pewno płakać, jeżeli to będzie srebrny medal, czy brązowy. Nie uważam, że ktoś jest skazany na zwycięstwa. Cieszę się, że Otylii od 2002 r. udało się wygrać wszystko, co było do wygrania do tej pory. W zawodach, w których startowała, nie przegrała ani razu w swej koronnej konkurencji. Gdyby to jej się udało jeszcze raz w Australii, byłby to kolejny fenomen. Dziś, twierdzę, że nie mamy chyba w Polsce takiego zawodnika, jak Otylia, która przez wszystkie wielkie imprezy od 2002 r. zawsze stała na najwyższym podium. Co do Korzeniowskiego, w mojej ocenie na dzisiaj, to nie wiem w ogóle, z czego wynika ta euforia i chęć ścigania się z Phelpsem. Według mnie, dopóki nie zacznie pływać na poziomie Phelpsa i nie będzie ich dzieliła różnica jednej czy dwóch dziesiątych sekundy, to faworytem jest Phelps i nie ma o czym mówić.
Szanse innych kadrowiczów?
Czwórka z możliwościami walki o medal. Jędrzejczak, Korzeniowski, Sawrymowicz, Kizierowski. Pozostali medaliści mistrzostw Europy, jak Baranowska, czy Kuczko, odniosą wielki sukces, jeżeli będą pływać w finale. Zadanie dla reszty, to zakwalifikować się do finału sztafety, wejść do finału. Jeżeli udałoby się nam powtórzyć liczbę miejsc finałowych i medalową pozycję z Montrealu, byłbym bardzo zadowolony.
Rozmawiał Cezary Dąbrowski
Kategoria Sport















































































































































































