Zginęła wspaniała polska elita

Rozmowa z Wiktorem Juszczenką, byłym prezydentem Ukrainy

– Będziecie mieć kolejnych przywódców, ale nie będą to politycy formatu Lecha Kaczyńskiego. A raport MAK budzi poważne wątpliwości. Brakuje dowodów w śledztwie – mówi Juszczenko

Jakie konsekwencje polityczne przyniosła, pańskim zdaniem, katastrofa smoleńska?

To cios dla polityki całej Europy. Kurs Lecha Kaczyńskiego nie sprowadzał się bowiem do troski o partykularnie pojętą polską rację stanu. Lech imponował mi tym, że szedł znacznie dalej. To go wyróżniało spośród innych przywódców europejskich. On chciał, by europejskie wartości, na które składają się demokracja i swobody obywatelskie, rozszerzały się na wschód. I dostrzegł w Ukrainie kolejny element łańcucha realizacji nie tylko europejskich wartości, ale i europejskich interesów. Lech dalekowzrocznie rozumiał, że z tego rozszerzenia Europy na wschód będzie korzyść obopólna – że to się opłaca również Polakom, Niemcom, Francuzom itd. I jeszcze co do katastrofy, trzeba mieć świadomość, iż taka elita państwa, jaka zginęła w Smoleńsku, kształtuje się przez dziesięciolecia. Mam przeczucie, że prędko się ona w Polsce nie pojawi. Będziecie mieli kolejnych przywódców odnoszących również rozmaite sukcesy, ale nie będą to politycy formatu Lecha Kaczyńskiego.

Jakie dostrzega pan analogie pomiędzy polityką rosyjską wobec Ukrainy, a rosyjską polityką wobec Polski?

Proszę się przyjrzeć obecnemu kierunkowi ukraińskiej polityki. Nastąpił radykalny zwrot. Można to też zaobserwować w odniesieniu do relacji polsko-ukraińskich. Zmiana nie polega na tym, że Polacy mniej szanują Ukraińców, czy Ukraińcy Polaków. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Nastąpiło natomiast spowolnienie dynamiki naszych wzajemnych relacji. Dzieje się to w wyniku kontrataku tej odmiennej, służącej interesom rosyjskim, polityki. Polsko-ukraińskie zbliżenie było jednym z najciekawszych  i najbardziej skutecznych rozwiązań w Europie Wschodniej. Stanowiło podstawę do tworzenia panaeuropejskiej polityki w tej części kontynentu. Nie znajduję bardziej efektywnej politycznej pary niż Polska, członek Unii, i Ukraina, kraj, który mógłby z siebie wiele Europie dać. Na Ukrainie zanegowano nasze dotychczasowe osiągnięcia w relacjach z Polską. W Polsce zaś zachodzą pewne procesy, których nie chcę komentować. Zaczęliśmy żyć w swoistej izolacji, obok siebie. Polska traci pozycję regionalnego lidera. To smutny fakt i nie życzę Polsce, by ta tendencja się utrzymała. A Unia pozbawiona jest takich polityków jak Lech Kaczyński, wielkich Europejczyków rozumiejących, że polityki europejskiej nie robi się tylko w Brukseli, Paryżu, Berlinie, ale również w Mińsku, Kiszyniowie, Tbilisi, Kijowie.

Stosunki polsko-ukraińskie to także wspólna przeszłość. U schyłku swojej prezydentury zbulwersował pan polskie społeczeństwo nadaniem pośmiertnie tytułu bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze, który w Polsce jest oceniany bardzo negatywnie. Czy Polaków i Ukraińców nie dzieli wciąż pamięć historyczna?

Kiedy rozmawiamy o naszej wspólnej historii nie chodzi tylko o to, co jest za nami. Historia nas kształtuje, decyduje o tym jacy jesteśmy i będziemy. Póki nie poradzimy sobie z nią, póty nie będziemy potrafić siebie właściwie ocenić i docenić. Historia nie powinna zabierać nam bieżących możliwości. Bolesne wydarzenia z naszej wspólnej przeszłości jednak miały miejsce. Możemy chcieć je wymazać z naszej wspólnej pamięci, ale one zaszły. Ale to nie problem mojego pokolenia, tylko poprzednich pokoleń. Z kolei obowiązkiem młodszych pokoleń jest zrobienie tego, czego nie zrobili nasi ojcowie.

To znaczy?

Chodzi o wejście na ścieżkę porozumienia, co jest bardzo trudne. Na taką ścieżkę wstąpiliśmy z Lechem Kaczyńskim. W Biblii jest powiedziane, że nie ma takiego grzechu, którego nie można wybaczyć. Potrzeba jedynie skruchy. Kto pierwszy poszedł z Chrystusem do raju? Dobry Łotr. Polityka skruchy to przyjęcie odpowiedzialności za przeszłość i wyciąganie wniosków na przyszłość. Dla mnie bardzo ważne było pojechać w 2006 r. do Pawłokomy, miejsca rzezi ludności ukraińskiej, by tam dokonało się symboliczne polsko-ukraińskie pojednanie. Z kolei dla mojego przyjaciela Lecha spotkanie ze mną w Pawłokomie okazało się ciężkim politycznym epizodem. Bardzo dużo ludzi odradzało Lechowi ten wyjazd, gdyż uważało, że takie spotkanie to policzek dla polskiej racji stanu. Tłumaczyłem że jest inaczej, że takimi krokami pokażemy, iż jesteśmy zdolni przezwyciężyć problemy przeszłości. Bo w imieniu naszych narodów wybaczyliśmy sobie wzajemnie. Później bardzo często mu za to dziękowałem.

Ale Pawłokoma mogła być odebrana jako jednostronny akt skruchy Polaków wobec Ukraińców.

Przypominam sobie, jak polska delegacja pojechała w 2009 r. do Huty Pieniackiej, miejsca rzezi ludności polskiej. Byłem zobowiązany tam pojechać jako prezydent Ukrainy. Kiedy tam stałem, by wygłosić orędzie do ukraińskiego narodu, kilkaset metrów dalej moi rodacy krzyczeli: ‘Hańba!’. Gdyby żył Lech i powiedział mi: ‘Wiktor, powtórzmy to spotkanie’, to bym się zgodził. A gdybym ja powiedział do niego, by znów pojechać do Pawłokomy, to on też by się zgodził.

Niemniej dla Polaków pozostaje problem czczenia takich postaci jak Bandera.

Proszę zrozumieć, że narodowi ukraińskiemu narzucano historię imperium, a nie historię naszego własnego niepodległego państwa. Postać Stepana Bandery, oskarżanego o kolaborację z Niemcami, jest złożona, podobnie jak złożone są postaci Jewhena Konowalca czy Romana Szuchewycza. Po ogłoszeniu we Lwowie odnowienia państwa ukraińskiego Bandera został aresztowany przez Niemców i trafił do Sachsenhausen. Z kolei jego bracia zginęli w Auschwitz. Czy tak się traktuje kolaborantów niemieckich? Kiedy w 1991 r. powstało państwo ukraińskie, mogliśmy zacząć czcić bohaterów naszej niepodległości. Liczą się pobudki, jakie ludźmi kierują. To nie jest polityka znieważania Polski i Polaków. To polityka afirmacji własnego narodu. Podobne problemy mieliście w relacjach z Rosją, tyle że swoją historię pisaliście w Warszawie. Nasza historia po dziś dzień często bywa pisana w Moskwie.

Wróćmy jeszcze do bieżących spraw. Mówi pan że w polityce ukraińskiej nastąpił radykalny zwrot, który jest po myśli Moskwy. Czy to oznacza, że Ukraina wybrała zbliżenie z Rosją zamiast integracji z Europą?

Integracja z Europą jest sprawą bezdyskusyjną. Dyskusja dotyczy tylko tego, czy aktywnie uczestniczyć w tym procesie, czy nie. Obecnie aktywność jest wyhamowywana. Ale bez dialogu z Europą prezydent Ukrainy nie może odgrywać ważnej roli w swoim kraju. Bo społeczeństwo ukraińskie chce funkcjonować w standardach europejskich. Są zresztą tego różne powody. Komuś się podobają socjalne standardy, komuś innemu swobody obywatelskie, komuś jeszcze innemu otwarty rynek. Ignorowanie tego, zwłaszcza w odniesieniu do młodego pokolenia, jest niemożliwe. Także elita polityczna jest już z Europą zintegrowana. Szkopuł tkwi jednak w tym, że mamy ostatnie pokolenie polityków wychowanych w systemie sowieckim. To jest ostatnie pokolenie, które może spowolnić integrację z Europą. Ale procesu tego nie zatrzyma.

Niemniej przedstawiciel owego ostatniego pokolenia polityków wychowanych w ZSRS, Wiktor Janukowycz, został rok temu demokratycznie wybrany na prezydenta Ukrainy.

Jeżeli popatrzymy na mapę wyborczą, to zobaczymy, że Janukowycza poparła głównie wschodnia część kraju. Przez 350 lat była ona okupowana przez Rosjan. Polityka przesiedleń ludności, która była przejawem rosyjskiej polityki kolonialnej, spowodowała pomieszanie tożsamości. Obecnie, mimo że dominują europejskie aspiracje, są jeszcze miliony ludzi, którzy nie utożsamiają się z europejskim kursem. Bliższa jest im wizja silnej władzy, nie zawsze demokratycznej, która wprowadza porządek. Uważają oni, że ten porządek nie zaczyna się od nich, ale przychodzi z góry. Stąd poparcie dla mojego rywala. Niemniej dziś nie ma problemu secesji części Ukrainy zamieszkiwanej przez ludność rosyjskojęzyczną i przyłączenia się tych terenów do Rosji. Bardzo poważnym problemem jest natomiast rosyjska tożsamość na Ukrainie. I nie chodzi o to, by górnicy starszego czy średniego pokolenia z Donbasu zaczęli na co dzień mówić po ukraińsku. Oni i tak pozostaną rosyjskojęzyczni. Ale już dla ich dzieci ukraiński może się stać językiem ojczystym. Do tego powinniśmy dążyć.

rozm. fm/uw.rz. /14.2.2011/ /fragment wywiadu/

Kategoria Polska

Comments

Notice: ob_end_flush(): failed to send buffer of zlib output compression (0) in /home/czarkod/public_html/zp/wordpress/wp-includes/functions.php on line 4615