Diamentowa wygrana Kszczota
Brązowy medalista mistrzostw Europy w Barcelonie (2010) Adam Kszczot wygrał w Londynie w Diamentowej Lidze na 800 m. Zawodnik RKS-u Łódź pobiegł w czasie 1.44.51. Na ostatnich metrach wyprzedził Kenijczyka Joba Kinyora – 1.44.60
Kszczot w ostatnich tygodniach przebywał na zgrupowaniu w St. Moritz, gdzie przygotowywał się do igrzysk olimpijskich. W tym sezonie najszybciej pobiegł 27 maja w Hengelo – 1.43.83. To ósmy w tym roku wynik na świecie
W Londynie podopieczny Stanisława Jaszczaka wystartował spokojnie. Ostatnie okrążenie rozpoczynał na końcu stawki. Przyspieszać zaczął 100 m później i po kolei mijał rywali. Na finiszu wyprzedził Kinyora. Trzeci był Brytyjczyk Andrew Osagie – 1.45.21.
TOMASZ MAJEWSKI DRUGI
Tomasz Majewski (AZS AWF Warszawa) zajął w Londynie w mityngu Diamentowej Ligi drugie miejsce w pchnięciu kulą. Mistrz olimpijski z Pekinu pchnął 21.28. Wygrał mistrz świata z Osaki (2007) Amerykanin Reese Hoffa – 21.34
Podopieczny Henryka Olszewskiego miał bardzo równe pchnięcia. Nie spalił żadnej próby, najsłabszą miał trzecią – 20.68, a 21.28 pchnął dwa razy – w piątym i szóstym podejściu.
Majewski w ostatnich tygodniach przygotowywał się w Spale do igrzysk. Start w Diamentowej Lidze miał dać mu odpowiedź na jakim jest etapie. Najdalej wicemistrz świata z Berlina (2009) pchnął 2 czerwca w Eugene (USA) – 21.60. To czwarty tegoroczny wynik na świecie.
Na trzecim miejscu w Londynie był Kanadyjczyk Dylan Armstrong – 20.46.
Wyniki drugiego dnia:
MĘŻCZYŹNI
200 m
1. Christophe Lemaitre (Francja) 19.91
2. Churandy Martina (Holandia) 19.95
3. Marvin Anderson (Jamajka) 20.55
400 m
1. Kirani James (Grenada) 44.85
2. Chris Brown (Bahamy) 44.95
3. Tony McQuay (USA) 45.00
800 m
1. Adam Kszczot (Polska) 1.44.49
2. Job Koech Kinyor (Kenia) 1.44.60
3. Andrew Osagie (W. Brytania) 1.45.21
wzwyż
1. Derek Drouin (Kanada) 2.26
2. Robert Grabarz (W. Brytania) 2.22
2. Tom Parsons (W. Brytania) 2.22
trójskok
1. Christian Taylor (USA) 17.41
2. Leevan Sands (Bahamy) 16.97
3. Tosin Oke (Nigeria) 16.93
kula
1. Reese Hoffa (USA) 21.34
2. Tomasz Majewski (Polska) 21.28
3. Dylan Armstrong (Kanada) 20.46
4×100 m
1. Trynidad i Tobago 38.23
2. Holandia 38.70
3. Polska 38.78
KOBIETY
100 m (wiatr -0,2 m/s)
1. Blessing Okagbare (Nigeria) 11.01
2. Carmelita Jeter (USA) 11.03
3. Tianna Madison (USA) 11.13
400 m
1. Christine Ohuruogu (W. Brytania) 50.42
2. Amantle Montsho (Botswana) 50.56
3. Rosemarie Whyte (Jamajka) 51.19
800 m
1. Molly Beckwith (USA) 2.00.68
2. Janeth Jepkosgei Busienei (Kenia) 2.00.68
3. Winny Chebet (Kenia) 2.00.76
…
6. Angelika Cichocka (Polska) 2.02.09
3000 m z przeszkodami
1. Ancuta Bobocel (Rumunia) 9.27.24
2. Polina Jelizarova (Łotwa) 9.28.27
3. Barbara Parker (W. Brytania) 9.29.22
…
5. Katarzyna Kowalska (Polska) 9.34.14
100 m ppł
1. Kellie Wells (USA) 12.57
2. Sally Pearson (Australia) 12.59
3. Ginnie Crawford (USA) 12.74
400 m ppł
1. Perri Shakes-Drayton (W. Brytania) 53.77
2. Irina Dawidowa (Rosja) 54.63
3. Kaliese Spencer (Jamajka) 55.08
trójskok
1. Caterine Ibarguen (Kolumbia) 14.66
2. Olga Saładucha (Ukraina) 14.48
3. Yamile Aldama (W. Brytania) 14.37
oszczep
1. Goldie Sayers (W. Brytania) 66.17
2. Barbora Spotakova (Czechy) 64.19
3. Wira Rebryk (Ukraina) 63.80
pap /14.VII.2012/
***
Isinbajewa chce trzeciego złota
Rekordzistka świata w skoku o tyczce (5.06) Rosjanka Jelena Isinbajewa w Londynie chce pokonać wysokość pięciu metrów która powinna dać jej trzeci w karierze złoty medal olimpijski
30-letnia tyczkarka rozpoczęła sezon na stadionie we wtorek wygrywając w Sotteville we Francji wynikiem 4.75. W środę wzięła udział w konferencji prasowej w Monte Carlo gdzie też mieszka i 20 lipca wystąpi w Diamentowej Lidze
„Za dziewięć dni zamierzam skoczyć tu wyżej niż 4.85. Rozbieg jest bardzo dobry, szybki, a w ogóle uwielbiam tutaj startować. Dla mnie są to wyjątkowe zawody. Mam wielu przyjaciół w Monako i wszyscy przychodzą mi kibicować” – powiedziała dwukrotna mistrzyni olimpijska (Ateny 2004, Pekin 2008).
Diamentowa Liga będzie jej ostatnim sprawdzianem przed igrzyskami. „Chcę pokonać w Londynie pięć metrów, tak jak siedem lat temu, i tym wynikiem zdobyć złoty medal. Trenuję bardzo ciężko by taki sukces osiągnąć” – powiedziała.
Pierwszy raz rekord świata na stadionie ustanowiła ona w 2003 r. skacząc 14 czerwca w angielskim Gateshead 4.82. Dwa lata później, 22 lipca, przełamała granicę pięciu metrów w Londynie.
Jedną z większych wpadek Isinbajewa zaliczyła w mistrzostwach świata w Berlinie w 2009 r., kiedy to nie zaliczyła żadnej wysokości. Złoty medal wywalczyła wtedy Anna Rogowska która również we wtorek w Sotteville wystartowała pierwszy raz w sezonie letnim. Wynikiem 4.70 zajęła trzecie miejsce wypełniając normę PZLA kwalifikującą ją do olimpijskiej reprezentacji.
pap /11.VII.2012/
***
Paweł Fajdek rzucił już ponad 81 m
Młodzieżowy mistrz Europy Paweł Fajdek (Agros Zamość) wygrał konkurs rzutu młotem podczas mityngu w Montreuil pod Paryżem, ustanawiając rekord życiowy wynikiem 81.39 m. To trzeci w tym roku rezultat na świecie i drugi w historii tej konkurencji w Polsce
23-letni Fajdek wyprzedził wicemistrza świata z Daegu Węgra Krisztiana Parsa – 80.22 m.
Podopieczny Czesława Cybulskiego 12 dni temu w Ostrawie pierwszy raz w karierze pokonał granicę 80 metrów, osiągając 80.36. W siódmym tegorocznym starcie odniósł piąte zwycięstwo, a dwukrotnie był drugi, ulegając Dilszodowi Nazarowi z Tadżykistanu w Kawasaki i Parsowi w Ostrawie.
Mistrz olimpijski z Sydney (2000) Szymon Ziółkowski (AZS Poznań) zajął w Montreuil ósme niejsce /73.10/.
W konkursie dyskobolek Joanna Wiśniewska (LKS Polkowice) wynikiem 59.23 zajęła 5 miejsce. Wygrała Litwinka Zinaida Sendriute /62.61/.
Najlepsze wyniki w historii rzutu młotem w Polsce:
83.38 Ziółkowski 2001 Edmonton
81.39 Fajdek 2012 Montreuil
81.35 Wojciech Kondratowicz 2003 Bydgoszcz
80.89 Maciej Pałyszko 2003 Bydgoszcz
80.18 Zdzisław Kwaśny 1983 Londyn
Rozwój kariery Pawła Fajdka:
64.58 Zamość 6.09.2008
72.36 Kraków 5.09.2009
76.07 Kraków 4.09.2010
78.54 Ostrawa 17.07.2011
81.39 Montreuil 5.06.2012
pap /6.VI.2012/
JESTEM W STANIE TEGO DOKONAĆ
23-letni Paweł Fajdek jest przekonany że może w Londynie osiągnąć wynik gwarantujący zdobycie medalu olimpijskiego
6 czerwca wygrał konkurs rzutu młotem w Montreuil ustanawiając rekord życiowy 81.39 m. To trzeci w tym roku rezultat na świecie.
– Tabela najdalej rzucających to tylko tabela, na jej czele jest podejrzewany o doping Tichon. Ważniejsze jest to że jestem mocniejszy niż przed rokiem. Mam coraz więcej udanych rzutów, mam też ochotę do treningów – powiedział Fajdek.
Pracujący pod okiem Czesława Cybulskiego młociarz wierzy że podobny wynik do uzyskanego we Francji pozwoli zdobyć medal podczas igrzysk w Londynie.
– Jesteśmy z trenerem przekonani że stać mnie na taki wynik w Londynie, co powinno zapewnić medal. Naszym celem na ten rok było poprawienie techniki i walka o olimpijskie podium. Pierwsze już się udało. Drugie jest do zrobienia – powiedział Fajdek.
wp /20.VI.2012/
NIC DO STRACENIA
– W myślach wiele razy już przeżyłem konkurs olimpijski. A czekam na niego od 10 lat… – powiedział nowy mistrz Polski w rzucie młotem Paweł Fajdek
Należy do młociarzy najmłodszego pokolenia, ale już wdarł się do światowej czołówki. Dziesięć dni przed mistrzostwami Polski lekkoatleta Agrosu Zamość podczas mityngu we Francji ustanowił rekord życiowy 81.39 i do Bielska-Białej przyjechał z mocnym postanowieniem zdobycia złotego medalu. Swój plan zrealizował, wygrywając rezultatem 80.32
Paweł Fajdek: – Ten konkurs to dla mnie małe igrzyska olimpijskie. Dwa rzuty powyżej 80 metrów pozwoliły mi kontrolować sytuację, choć Szymon Ziółkowski starał się. Widocznie nie jest mu jednak dane wygrywać w Bielsku-Białej, bo dwa lata temu przegrał tam z Wojciechem Kondratowiczem, a teraz ze mną. Akurat ten stadion jest szczęśliwy dla mnie, bo przed dwoma laty sięgnąłem na nim też po złoto młodzieżowych mistrzostw Polski.
– W pierwszej części sezonu chciałem rzucać jak najdalej, a udało mi się to już w trzech zawodach, w których osiągałem powyżej 80 metrów. A do tego dochodzi rekord życiowy który też ma swoją wartość. Mój trener Czesław Cybulski to najwyższej klasy fachowiec. Zresztą opiekował się wcześniej Szymonem oraz Anitą Włodarczyk i wie jak przygotować zawodnika do najważniejszej imprezy. Największą uwagę zwraca na technikę, więc cały czas ją doskonalimy. Akurat w Bielsku-Białej moje rzuty pod tym względem mogły wypaść lepiej, ale upał dawał się we znaki i trochę mnie rozkojarzył. Najważniejsze że wszystko skończyło się po mojej myśli.
– Jestem najmłodszy wśród młociarzy i to mój duży plus. Do igrzysk w Londynie przygotowuję się od 10 lat. Już przed 10 laty wiedziałem że warto byłoby wystartować w igrzyskach w 2012. Marzenia więc się spełniają. A sam konkurs olimpijski? Wiem z kim będę rywalizować i wiem na co mnie stać, dlatego podchodzę do tego spokojnie. Oczywiście, trudno wykluczyć niespodzianki, ale – zapewniam wszystkich – jestem na nie przygotowany.
– Wiele razy już i na wiele sposobów przeżywałem konkurs olimpijski, w myślach… (śmiech). Mam okazję współpracować z psychologiem Nikodemem Żukowskim i uważam że każdy sportowiec powinien wizualizować rywalizację i wyobrażać sobie jak skacze, biegnie, czy rzuca. Na zakończenie każdego dnia warto się rozluźnić, zamknąć oczy na 5 czy 10 minut, i przejść przez tę rywalizację. W moim przypadku współpraca z psychologiem przynosi wiele korzyści i jestem z niej zadowolony.
– Najgroźniejsi rywale? Wysoką formę prezentuje Węgier Krisztian Pars, w ubiegłym roku był wicemistrzem świata. Z kolei Japończyk Koji Murofushi, który w Daegu sięgnął po złoto, ma dar umiejętnego przygotowywania się do każdej najważniejszej imprezy. Nie wiem na co stać Białorusinów, bo oni na razie nie wychylili nosa poza swój kraj. Na pewno ważną postacią tego konkursu będzie również Szymon Ziółkowski. Przemawia za nim nie tylko doświadczenie, ale i umiejętność budowania formy. Wiele również zależy od warunków w jakich przyjdzie rywalizować. Nie czuję żadnego lęku przed tym występem, jestem dobrej myśli. Nie mam nic do stracenia, a wiele do zyskania.
/20.VI.2012/
***
Merlene Ottey ma 52 lata i startuje
Urodzona na Jamajce 52-letnia Merlene Ottey wystąpi w słoweńskiej sztafecie 4×100 m w rozpoczynających się 27 czerwca lekkoatletycznych mistrzostwach Europy. Będzie najstarszym uczestnikiem zawodów w Helsinkach
Dziewięciokrotna medalistka olimpijska startowała niedawno w mityngu w Mariborze i uzyskała na 100 m czas 11.82
Ottey nie ukrywa, chciałaby uzyskać kwalifikację olimpijską, ale zdaje sobie sprawę że wynik 11.38 będzie jej trudno osiągnąć. Do tej pory brała udział od 1980 r. w siedmiu igrzyskach. Najbardziej udane były dla niej te w 1996 r., kiedy sięgnęła po dwa srebrne medale – na 100 i 200 m.
Najstarszym w Helsinkach w polskiej ekipie będzie Szymon Ziółkowski. Młociarz OŚ AZS Poznań 1 lipca skończy 36 lat. Ma trzy medale mistrzostw świata i jeden, złoty, olimpijski (Sydney 2000). W stolicy Finlandii chciałby pierwszy raz w karierze stanąć na podium mistrzostw Europy.
pap /20.VI.2012/
***
Fajdek pierwszy raz dalej niż 80 m
Młodzieżowy mistrz Europy Paweł Fajdek (Agros Zamość) w mityngu Złote Kolce w Ostrawie rzucił młotem 80.36 m i zajął drugie miejsce. To jego rekord życiowy i drugi wynik na światowych listach w tym sezonie. Zwyciężył Węgier Krisztian Pars – 82.28
Niespełna 23-letni Fajdek, podopieczny Czesława Cybulskiego, pierwszy raz w karierze pokonał granicę 80 metrów. Najdłuższy rzut w czwartek oddał w trzeciej próbie, a w drugiej miał 80.06
Wicemistrz świata z Daegu Pars wynikiem 82.28 umocnił się na pierwszym miejscu na światowej liście wyników w tym roku.
Trofeum Kamili Skolimowskiej, nagrodę za zwycięstwo w rywalizacji kobiet, trafiło do rekordzistki świata Niemki Betty Heidler. Mistrzyni świata z Osaki (2007) miała wynik 78.07. To jej drugi rezultat w karierze.
Drugie miejsce z rekordem Azji 76.99 zajęła Chinka Zhang Wenxiu, a na trzecim była brązowa medalistka mistrzostw Europy w Barcelonie Anita Włodarczyk. Zawodniczka Skry Warszawa w trzecim podejściu rzuciła 74.81. Był to jej drugi start w tym sezonie. 19 maja w niemieckim Halle uzyskała 74.88.
Osiągnięcie Fajdka to czwarty wynik w historii polskiej lekkoatletyki. Dalej rzucili tylko Szymon Ziółkowski 83.38 m, Wojciech Kondratowicz 81.35 m i Maciej Pałyszko 80.89 m.
pap/onet /24.V.2012/
***
Irena Szewińska w Galerii Sław
Irena Szewińska została wprowadzona do Galerii Sław IAAF – poinformował prezes Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych Lamine Diack. – Jestem zaszczycona – powiedziała zdobywczyni siedmiu medali olimpijskich
8 marca, dzień przed rozpoczęciem 14 halowych mistrzostw świata w Stambule, Diack oznajmił o utworzeniu Hall of Fame, w roku w którym IAAF obchodzi stulecie powstania. Wymienił też 12 sportowców którzy jako pierwsi zostali umieszczeni w Galerii i zapowiedział że nazwiska kolejnych 12 podane będą niebawem
– Jest mi niezmiernie miło gościć Irenę Szewińską w IAAF Hall of Fame. Jej siedem olimpijskich medali zdobytych w biegach sprinterskich i skoku w dal, w tym trzech złotych, oraz dziesięć ratyfikowanych rekordów świata to świadectwo wielkości jej kariery – powiedział Diack.
Wprowadzenie Szewińskiej do Galerii – jako 13 członka – następuje – nie przypadkiem – tuż przed biegiem na 5 km Samsung Irena Run który w sobotę odbędzie się w Warszawie.
Członkami Hall of Fame mogą być lekkoatleci którzy przynajmniej od 10 lat nie uprawiają wyczynowo sportu, a w dorobku mają dwa lub więcej złotych medali zdobytych w igrzyskach bądź mistrzostwach świata i chociaż raz byli rekordzistami świata.
– Jestem zaszczycona. Bycie w tym elitarnym gronie 24 osób to wielkie wyróżnienie, także i Polski, której barwy reprezentowałam przez całą karierę – powiedziała Szewińska.
Wybitna lekkoatletka która podczas ubiegłorocznego Kongresu IAAF w południowokoreańskim Daegu została wybrana członkiem Rady, dodała że całkowity dochód z sobotniego charytatywnego biegu na Polu Mokotowskim będzie przekazany na organizację wyjazdów wakacyjnych dla dzieci z SOS Wiosek Dziecięcych.
Pierwsi członkowie Galerii Sław lekkoatletów:
Jesse Owens (USA) – 100 i 200, skok w dal, 4×100
Carl Lewis (USA) – 100 i 200, skok w dal, 4×100
Al Oerter (USA) – rzut dyskiem
Edwin Moses (USA) – 400 przez płotki
Jackie Joyner-Kersee (USA) – wielobój, skok w dal
Abebe Bikila (Etiopia) – biegi długodystansowe
Paavo Nurmi (Finlandia) – biegi przełajowe i długodyst.
Emil Zatopek (Czechosłowacja) – biegi długodystansowe
Adhemar da Silva (Brazylia) – trójskok
Fanny Blankers-Koen (Holandia) – 100 i 200, 80 płotki, 4×100
Betty Cuthbert (Australia) – 100, 200 i 400, 4×100
Wang Junxia (Chiny) – biegi długie
Irena Szewińska (Polska) – 100, 200, 400, 4×100, skok w dal
pap /17.V.2012/
***
Kszczot lekkoatletą lutego
Halowy rekordzista Polski na 800 m Adam Kszczot (RKS Łódź) został wybrany przez kibiców, przedstawicieli mediów i ekspertów European Athletics najlepszym zawodnikiem lutego
Kszczot zabłysnął 14 lutego w mityngu w Lievin, gdzie wygrał na 800 m. 1.44.57 to nie tylko halowy rekord Polski, ale również trzeci wynik wszech czasów pod dachem
Szybsi od niego byli jedynie Duńczyk kenijskiego pochodzenia Wilson Kipketer oraz Rosjanin Jurij Borzakowski.
Tak szybko jak podopieczny Stanisława Jaszczaka nie pobiegł żaden Europejczyk od dziewięciu lat.
Wśród kobiet lekkoatletką lutego została rekordzistka świata w skoku o tyczce Rosjanka Jelena Isinbajewa, która 23 lutego w Sztokholmie poprawiła o centymetr należący do niej halowy rekord świata – 5.01. Ostatni raz tak wysoko skakała w 2009 r.
pap /16.III.2012/
***
W planie nie było żadnego Stambułu
Niepotrzebnie dałem się namówić na start w tych mistrzostwach. Posłuchałem bliskiej osoby, tak bliskiej jak trener. I pojechałem na mistrzostwa chociaż nie powinienem – powiedział Adam Kszczot po pechowym finale biegu na 800 m w Stambule
Rozmowa z Adamem Kszczotem
Trudno być faworytem?
Nie. Mistrzostwa świata to zawody jak każde inne. Czy zawodnik ma pierwszy czy szósty czas na światowych listach i tak musi walczyć na całego.
Pan pojechał na te zawody jako lider sezonu, z wynikiem lepszym od drugiego na liście Mohammeda Amana aż 0.83 s. Aman został w Stambule mistrzem, pan zajął czwarte miejsce…
Nikt mi nie wierzył kiedy mówiłem że nie przygotowywałem się do sezonu halowego, a tym bardziej do startu w turnieju. Wiem że nie dawano mi wiary. A tak było. I teraz to wyszło.
Zabrakło panu formy czy sił, by w Stambule w trzy dni wystartować w trzech biegach? W najlepszej formie miał pan być w tym ostatnim, finałowym…
Powiem tak: niepotrzebnie dałem się namówić na start w tych mistrzostwach. Posłuchałem bliskiej osoby, tak bliskiej jak trener. I pojechałem na mistrzostwa chociaż nie powinienem.
Przed finałem był pan jednak bardzo skoncentrowany. Wierzył pan w medal, nawet w złoty?
Jeżeli jedzie się na mistrzostwa po tak udanym sezonie, to liczy się na podium. Nie udało się, zabrakło pary na ostatnich 200 metrach. Liczyłem się z tym że może zabraknąć energii, bo naprawdę wystartowałem w Turcji bez specjalistycznego przygotowania. Przed finałem byłem bardzo skoncentrowany, zdeterminowany. Wszystko zagrało, tylko nie było formy.
Zaczęliście bardzo wolno. Pan szybko objął prowadzenie, a Aman trzymał się za panem. Może lepszym rozwiązaniem było trzymanie się z tyłu, a potem atak?
Przy takiej formie jaką miałem w trakcie sezonu nie mogłem sobie pozwolić by czołgać się gdzieś z tyłu. Powinienem spokojnie uzyskać czas w granicach 1:46.00, może 1:46.50. W samotnym biegu. Przy dobrym przygotowaniu właśnie tak powinno być. A nie było. To jedyne wytłumaczenie tego co się stało. Poczucie zawodu oczywiście pozostało, ale mówi się trudno, życie toczy się dalej. W tym czasie kiedy tu biegałem mogłem spokojnie wypoczywać. Tak jak było to w planach. A teraz plan troszeczkę się posypał. Tego żałuję.
Może znajdzie pan w tych mistrzostwach coś pozytywnego? W końcu porażki uczą.
Uczyłem się jak to wygląda biegać z przodu i prowadzić stawkę. I jest fajnie. Ale kiedy brakuje formy tak się to kończy. Podczas przygotowań byłem przekonany że w Stambule nie wystartuję.
Marcin Lewandowski leżał w półfinale. Obawiał się pan tego samego i dlatego unikał pan ścisku w grupie, gdzie łatwo o kolizję?
Niczego się nie obawiałem. Zawsze dobrze biegałem w hali. Wiedziałem że teraz może mi zabraknąć szybkości, a w wolnym biegu wszyscy są szybcy. Musiałem więc podjąć decyzję, by przesunąć się do przodu. I to była dobra decyzja. Po 600 m pokonanych mniej więcej w 1:22.00 ostatnią dwusetkę powinienem przebiec w 25.5 s. Z zamkniętymi oczami. Nie przebiegłem. To mówi wszystko. Nie mam już nic więcej do powiedzenia o tych mistrzostwach.
Pana trener wyliczył że nawet startując w Stambule dostanie pan czas na chwilę oddechu. Jak będzie pan wypoczywać?
Nie wiem jak będą wyglądały najbliższe dni. Mam nadzieję że trener wyliczył to lepiej niż te przygotowania do mistrzostw. Na pewno 16 marca lecę na obóz do Monte Gordo.
rozm. rk/ps /12.III.2012/
***
Pechowe mistrzostwa Polaków
Polacy zdobyli tylko jeden brązowy medal w halowych mistrzostwach świata lekkoatletów w Stambule – dzięki kulomiotowi Tomaszowi Majewskiemu. W finale 800 m Adama Kszczota nogi nie poniosły i na metę przybiegł czwarty, inny faworyt Marcin Lewandowski przewrócił się w półfinale, a sztafeta 4×400 m zgubiła pałeczkę
Majewski stanął na podium po pasjonującym konkursie, bijąc rekord Polski o ponad 30 cm (21.72 m). Już raz zdobył brązowy medal halowych mistrzostw świata. Było to w Walencji w 2008 r.
Forma Majewskiego jest fantastyczna, ale rywali jeszcze lepsza. Wygrał najmniej znany w amerykańskiej plejadzie kulomiotów Ryan Whiting najlepszym tegorocznym wynikiem – 22 m. Drugi był mistrz świata 22-letni Niemiec David Storl (21.88 m).
Zupełnie nie udał się start najlepszym w tym roku 800-metrowcom na świecie – Adamowi Kszczotowi i Marcinowi Lewandowskiemu (nr 1 i nr 3 na liście wyników IAAF).
W półfinale Lewandowski padł ofiarą nieładnego manewru Kenijczyka Boaza Lalanga, który gwałtownie zmienił tor biegu w chwili, gdy zaczął wyprzedzać go Polak. Unikając kolizji z Lalangiem, wytrącony z równowagi Lewandowski wpadł pod nogi Kolumbijczyka Rafitha Rodrigueza i się przewrócił.
– Przyklęknąłem na bieżni, pomodliłem się i postawiłem kropkę nad ‘i’. Czasu się nie cofnie, zdarzenia również – powiedział Lewandowski. Razem ze starszym bratem i trenerem Tomaszem lecą wkrótce na obóz do Kenii, potem do RPA, by zacząć ostatni etap przygotowań do igrzysk olimpijskich w Londynie.
W finale biegł lider światowego rankingu Kszczot, brązowy medalista sprzed dwóch lat z Dauhy. Wydawało się że drogę na podium ma przed sobą uprzątniętą – wcześniej odpadli dwaj groźni Kenijczycy (Lalang i Timothy Kitum) oraz Lewandowski, a z innych mocnych rywali został tylko 18-letni Etiopczyk Mohammed Aman, drugi na światowych listach. Polak zaczął bieg jak faworyt, po pierwszym okrążeniu rozpoznawczym narzucił tempo, ale widać było, że nogi nie niosą go tak jak by chciał i jak zapewniał przed wylotem do Stambułu. Na ostatnim okrążeniu Polaka wyprzedził Aman, a na ostatniej prostej Czech Jakub Holuša i Brytyjczyk Andrew Osagie.
Podobnie niesłychanego pecha miała polska sztafeta 4×400 m trenowana przez guru sztafet Józefa Lisowskiego. Przez trzy zmiany Jakub Krzewina, Marcin Marciniszyn i Grzegorz Sobiński biegli po brązowy medal, ale na swoim pierwszym okrążeniu czwarty w drużynie Łukasz Krawczuk wypuścił pałeczkę potrącony przez Rosjanina Władysława Frołowa. Pierwsi na metę dobiegli Amerykanie. Sędziowie długo nie ogłaszali wyników. W końcu po trzech kwadransach okazało się że zdyskwalifikowali zwycięzców. Amerykanie złożyli jednak protest i odzyskali złoto. Polacy też protestowali, ale ich wniosek został odrzucony.
W najbardziej oczekiwanym biegu mistrzostw – sprincie na 60 m – wygrał Amerykanin Justin Gatlin. Mistrz olimpijski z Aten z 2004 r. zdobył swój pierwszy złoty medal po powrocie na bieżnię po czterech latach dyskwalifikacji za doping. Tuż za nim finiszował Jamajczyk Nesta Carter. Jamajczyków też prześladuje pech – choć w krótkich biegach dominują, jeszcze nigdy nie wygrali sprinterskiego finału halowych mistrzostw świata.
W skoku o tyczce zwyciężyła Rosjanka Jelena Isinbajewa, oddając dwa skoki – na 4.70 i 4.80 m. Próbowała potem bezskutecznie atakować rekord świata.
rl/gw /11.III.2012/
***
Po medalu do RPA i trenować…
Żadnego odpoczynku. Wracam do Polski i już we wtorek jadę do RPA. Muszę trenować… – powiedział Tomasz Majewski po konkursie pchnięcia kulą lekkoatletycznych mistrzostw świata w hali, w Stambule, w którym zdobył brązowy medal
Rozmowa z Tomaszem Majewskim
Znakomity wynik, halowy rekord Polski i trzecie miejsce. Tylko czy aż trzecie?
Na złoto nie było szans. Nie jestem przygotowany na 22 m. Jeszcze nie. Pchałem daleko, może nie był to kres moich możliwości na dzisiaj, ale zbliżyłem się do tej granicy. A że rywale pchali dalej? Moje gratulacje. Ja cieszę się z tego co mam. Mamy najwyższy poziom w historii tej konkurencji i do takich wyników oraz takiej walki trzeba się przyzwyczaić.
Z tego poziomu też pan się cieszy? Czy jednak szkoda że trzeba pchać aż tak daleko, by stanąć na podium?
Nie będę narzekać. Co prawda z takim wynikiem jestem tylko trzeci, ale mogłem być czwarty. Mogło być gorzej.
Właśnie, Reese Hoffa pchał bardzo daleko, ale palił te próby. Ze zdenerwowania podchodziło panu serce do gardła?
Dramaturgia była, rzeczywiście. I to do samego końca. Można się było tego spodziewać. Jedno z tych pchnięć ‘Ryśka’ było zdecydowanie na zwycięstwo. Na szczęście zanim zobaczyłem jak daleko ta kula Hoffie poleciała, widziałem że spalił.
Mocno otworzył pan konkurs, już to 21.28 zapowiadało bardzo dobry wynik. A pan po tej próbie był na siebie zły, poleciały mocne słowa.
Bo to było nieudane pchnięcie. Na szczęście drugie było już lepsze.
Tylko lepsze, nie świetne? 21.65 to dalej niż w Pekinie kiedy zdobył pan złoto olimpijskie.
Byłem na to przygotowany. Konkurs rozwijał się od początku tak że trzeba było pchać bardzo daleko. Nie było wyjścia. To pchałem.
Ryan Whiting rozpoczął od 21.59, a David Storl od 21.88. Nie stracił pan wiary w zwycięstwo?
Nie, aż tak to na mnie nie działało. Po Davidzie spodziewałem się wielkiej formy. A ja miałem z nim walczyć. Ryan? W piątej kolejce machnął 22 m. Zaskoczony nie byłem. Ten facet ma wielkie możliwości, ale do tej pory ich nie wykorzystywał. To gość na światową czołówkę.
Wchodził pan do koła tuż po tej próbie Whitinga na 22 m. Był pan w bojowym nastroju, czyli ten wynik pana nie zniechęcił?
Chciałem pchnąć dalej od niego. Chciałem to wygrać, chociaż te 22 m… Jeżeli nie myśli się o zwycięstwie, nie ma po co startować. Wyszło 21.72 i jestem z tego zadowolony.
Co po tym szalonym konkursie myśleć o przyszłym konkursie olimpijskim?
Złoto i srebro zdobyli dzisiaj młodzi zawodnicy. Ryan ma 25 lat, David niecałe 22. Idzie zmiana pokoleniowa. Ja i Dylan Armstrong jesteśmy najmłodsi z tej starej gwardii, która powoli będzie się wykruszać. Trzeba pchać bardzo, bardzo daleko, nastawić się na 22 m w finale olimpijskim. Może się zdarzyć że taki wynik da złoto w Londynie. Może, ale nie musi. Na pewno lepiej być do tego przygotowanym.
Teraz obóz w RPA czy chociaż krótki odpoczynek?
Jaki odpoczynek?! Wracam do Polski i we wtorek na trzy tygodnie wylatuję do RPA. Muszę trenować…
rozm. rk/ps /10.III.2012/
***
Brązowy medal Majewskiego
Tomasz Majewski wynikiem 21.72 m zdobył brązowy medal w pchnięciu kulą podczas halowych mistrzostw świata w Stambule. Nasz reprezentant trzykrotnie poprawiał halowy rekord Polski
Wygrał Amerykanin Ryan Whiting, który osiągnął 22 m. Drugi był Niemiec David Storl – 21.88
Majewski własny rekord pobił już w pierwszej próbie, uzyskując 21.28. W swoim drugim pchnięciu Polak poprawił ten wynik. 21.65 m dawało mu na tamten moment drugie miejsce. Po spalonym trzecim oraz słabszym czwartym rzucie Majewski uzyskał w piątej próbie 21.72 m. Trzeci rekord Polski jednego dnia dał mu brązowy medal, bo kula Whitinga wylądowała na 22 m, a Storl pchnął 21.88 (rek. życiowy).
Brąz naszego kulomiota jest pierwszym medalem dla Polski w tegorocznych mistrzostwach.
W dotychczasowych 13 edycjach Polacy zdobyli 21 medali, ale tylko dwa złote: Sebastian Chmara w siedmioboju w 1999 r. w japońskim Maebashi i sztafeta 4×400 w 2001 r. w Lizbonie.
Dwa lata temu Biało-czerwoni wrócili ze stolicy Kataru z dwoma brązowymi medalami, Adama Kszczota na 800 m i Anny Rogowskiej w skoku o tyczce. Za dwa lata gospodarzem 15 halowych mistrzostw świata będzie Sopot.
int.pl/onet /9.III.2012/
***
Tylko Londyn i tylko Londyn…
Idąc na każdy trening myślę o Londynie. Codziennie sobie powtarzam że muszę dać z siebie wszystko, właśnie dzisiaj. Tylko wtedy dam sobie szansę by wrócić na to podium – mówi Anna Rogowska
Rozmowa z Anną Rogowską, mistrzynią świata w skoku o tyczce
Nie wystartuje pani w halowych mistrzostwach świata w Stambule? Nie zmieniła pani zdania?
Mowy nie ma. Odpuszczenie tego startu to przemyślana decyzja, podjęta kilka miesięcy temu. Igrzysk nie przesunę na później, a potrzebuję czasu by po sezonie halowym najpierw się zregenerować, a potem odpowiednio przygotować do sezonu letniego.
W niedzielę, w halowych mistrzostwach Polski w Spale, skakała pani dobrze. Mało brakowało by pokonała pani wysokość 4.80 m. Skoro forma jest, nie szkoda rezygnować z walki o medal w Stambule?
Już tyle razy brałam udział w halowych mistrzostwach świata… Jakoś przeboleję że tym razem odbędą się beze mnie.
Ma pani w kolekcji srebro i brąz z tych zawodów. Brakuje złota…
Niedługo, bo w 2014 roku, halowe mistrzostwa świata będą w Polsce, na dodatek u mnie, w Sopocie. To będzie najlepsza motywacja, wtedy postaram się zdobyć to brakujące złoto. Teraz skupiam się tylko na igrzyskach, już 13 marca jadę na pierwsze zgrupowanie.
Rywalki trenują, szykują się do startu w Stambule, a pani po mistrzostwach Polski przez tydzień miała odpoczywać w domu. Nie nudzi się pani?
Jestem przeziębiona. Znudzić się nie zdążę, bo w piątek kończę leniuchować i idę na trening. Delikatny, ale trening.
To pani wakacje potrwają tylko cztery dni?
Tak, to taki aktywny wypoczynek. Nie mogę nic nie robić, muszę się ruszać. Cztery dni będą bez żadnego wysiłku, a potem zaczynam lekkie zajęcia, przygotowujące mnie do mocniejszego treningu. Odpoczynek jest krótki, ale przed Londynem właśnie ten czas będzie mieć ogromne znaczenie.
Artur Partyka skakał w hali bardzo wysoko, a potem rezygnował ze startów w głównych imprezach sezonu halowego. Tłumaczył że gdyby tego nie robił, latem, kiedy walczy się o wielką stawkę, zabrakłoby mu paliwa. Pani też się tego obawia?
Zaczęłam przygotowania w październiku. Gdybym trenowała do sierpnia, bez dnia przerwy, to nie wiem jak zachowałby się mój organizm. Bardzo trudno przygotować się do dwóch imprez mistrzowskich w roku. Bardzo trudno ułożyć przygotowania tak by było i zdrowie, i forma, i odpowiednie nastawienie psychiczne. Dobrze przepracowałam ostatnie miesiące, a teraz wreszcie mogę złapać oddech. Nie mogę dopuścić do tego by latem zabrakło mi energii, skoro chcę walczyć o to o czym tak bardzo marzę.
Czyli o co?
O medal olimpijski. To moje ogromne marzenie.
Jeden już pani ma, brązowy, sprzed ośmiu lat. Już pani wie, jak jest na olimpijskim podium.
I dlatego tak bardzo chcę się tam znaleźć jeszcze raz. Idąc na każdy trening, myślę o Londynie. Codziennie sobie powtarzam że muszę dać z siebie wszystko, właśnie dzisiaj. Tylko wtedy dam sobie szansę by wrócić na to podium.
O złoto będzie trudno. Jelena Isinbajewa problemy ma już za sobą, tydzień temu skoczyła 5.01, poprawiła własny halowy rekord świata. Zaskoczyła panią?
Nie. Było widać że znowu dobrze skacze. Że znowu czuje się komfortowo na skoczni. A jeżeli jej trener Jewgienij Trofimow mówi że Jelena jest przygotowana na wielkie wyniki, to trzeba mu wierzyć. To świetny szkoleniowiec.
A może Isinbajewa trochę panią postraszyła? Znowu uciekła na wysokość niedostępną dla innych.
Nie, nie. Nie tak łatwo mnie przestraszyć. Jelena mnie zmobilizowała, za co mogę jej podziękować. A w Londynie będę walczyć nie tylko z nią. Dziewczyny skaczą tak wysoko że będzie sześć, a może nawet osiem tyczkarek które mogą dostać się na podium. Ja już dziś wiem że nie będę zwracać uwagi na żadną z nich. Kiedy walczy się o medal olimpijski nie ma sensu oglądać się na koleżanki. Wtedy jestem tylko ja i poprzeczka. I pewność że dam radę, że musi być dobrze, bo ciężko pracowałam na ten sukces. Codziennie. Z wyjątkiem tych czterech dni wakacji.
rozm. rk/ps /2.III.2012/
***
Jednak wystartują w Stambule
Adam Kszczot i Marcin Lewandowski postanowili jednak wystartować w 14 halowych mistrzostwach świata w Stambule (9-11 marca) w biegu na 800 m
Kszczot (RKS Łódź) ma najlepszy w tym sezonie czas na świecie na 800 m – 1.44.57, a Lewandowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) trzeci – 1.45.41. W swych planach na sezon zimowy nie mieli początkowo startu w mistrzostwach świata. Decyzja została podjęta po konsultacji z ich trenerami
Stanisław Jaszczak, który od siedmiu lat prowadzi Kszczota (wcześniej Rafał Marszałek), przyznał że skrupulatnie wszystko przeliczył i przeanalizował każdy dzień, gdyż czasami doba ma niebagatelne znaczenie.
– W lutym, w ciągu 18 dni, Adam miał cztery starty. Ostatni w czwartek w mityngu IAAF w Sztokholmie. Gdyby biegał jeszcze w Spale, eliminacje i finał, to by się dobił. Przed mistrzostwami świata nie byłoby czasu na regenerację i zrobienie treningu z trzema akcentami: siłą, wytrzymałością i wytrzymałością szybkościową – wyjaśnił 47-letni szkoleniowiec z Łodzi.
Dodał że ośmiusetmetrowcy ‘połykają kilometry’ niczym maratończycy. – W listopadzie byliśmy dwa tygodnie w Hiszpanii. Średnia na dzień wyszła 23.8 km. Niewiele mniejszy kilometraż był w grudniu w Portugalii. Teraz ‘akumulator’ Adama wymaga podładowania. Trzeba dołożyć tlenu, dlatego przez najbliższe kilka dni będzie biegać co najmniej po 10 km dziennie – powiedział urodzony w Poddębicach Jaszczak.
Dwa lata temu w swym pierwszym starcie w halowych mistrzostwach świata Kszczot wywalczył w stolicy Kataru Dausze brązowy medal. W ubiegłym roku zdobył pod dachem paryskiej Bercy tytuł mistrza Europy.
– W Stambule Adam jest w stanie walczyć o podium. Ale to nie są najważniejsze w tym roku zawody. Jak wróci z medalem, na pewno będzie przyjemnie. Nic się też nie stanie, jak się nie uda. Celem numer jeden są igrzyska olimpijskie w Londynie. Przygotowania kontynuować będziemy w Portugalii, w Monte Gordo, ok. 80 km od Faro, od 16 marca do 7 kwietnia. Pierwszy start na stadionie planujemy 25 maja w Ostrawie – zapowiedział Jaszczak.
pap /25.II.2012/
***
Adam Kszczot chce złota
– W Londynie chcę złota. Nie mam kompleksów i nie zakładam z góry że z kimś tam nie jestem w stanie wygrać – powiedział Adam Kszczot
Rozmowa z lekkoatletą Adamem Kszczotem, który właśnie pobił rekord Polski na 800 m w hali
Ale pan ma gaz w nogach! Czas 1:44.57 jaki pan osiągnął wygrywając 800 metrów w Lievin, to nie tylko halowy rekord Polski i najlepszy w tym roku wynik na świecie, lecz także rezultat dający panu trzecie miejsce w historii tej konkurencji pod dachem.
Pobiegłem zgodnie z planem. Miałem zejść poniżej 1:45.00 i to się udało. ‘Zając’ Azzedine Boudjemaa spisał się świetnie, podyktował nawet trochę szybsze tempo niż uzgadnialiśmy. Cóż: 24.51 po 200 metrach, 50.41 po 400 metrach było dla mnie właściwą zachętą na dobry wynik. Po drodze nie było jakiejkolwiek szarpaniny, bo ‘zając’ biegł równym tempem, co mi odpowiadało. Moich najgroźniejszych rywali, byłego mistrza olimpijskiego Jurija Borzakowskiego z Rosji, wicemistrza igrzysk w Pekinie Mohameda Ismaila z Sudanu i Etiopczyka Mohameda Amana właściwie nie miałem okazji oglądać, bo już po 60 metrach ustawiłem się za ‘zającem’, a rywale zostali daleko z tyłu i nie musiałem się nimi interesować.
Trudno uwierzyć że rywalizując z największymi, obok Kenijczyka Davida Rudishy, tuzami 800 metrów nie musi pan nawet na nich zwracać uwagi. Chyba słusznie światowe media uznają już pana za gwiazdora lekkoatletyki?
Choć dla mnie to bardzo pochlebna opinia, nie uważam jej za miarodajną. Gwiazdor – to stanowczo zbyt duże słowo. Nie czuję się gwiazdorem. Po prostu robię swoje i nie zważam na to co się o mnie mówi i pisze. Proszę mi wierzyć: w ogóle nie czytuję komentarzy na temat swoich występów, bo to może tylko rozpraszać. Lepiej być całkowicie skoncentrowanym na osiągnięciu wyznaczonych celów.
Był pan już wielki w letnim sezonie 2011, ale w mistrzostwach świata w Daegu start nie wyszedł. Dopiero szóste miejsce w finale było zawodem. Czy rekordowy bieg w Lievin stał się swego rodzaju nagrodą pocieszenia?
Nic z tych rzeczy. Już dawno oceniłem swój start w Korei, gdzie popełniłem ewidentne błędy. Po chłodnej analizie odpowiednie wnioski wyciągnąłem, a bilans mistrzostw jest dla mnie raz na zawsze zamknięty. Nie ma co wracać do tego rozdziału. A co do wspomnianych błędów, to wiem przynajmniej jak ich się ustrzec w tym roku, który jest wyjątkowo ważny, bo to rok olimpijski.
Mówi pan że nie jest gwiazdorem, choćby dlatego że bardzo rzadko biorą pana do kontroli antydopingowej…
Właśnie, nawet się z tego trochę śmieję, bo przecież pozostaję od dawna w systemie ADAMS, zmuszającym do bieżącego informowania o miejscu pobytu. Co ciekawe, nawet gdy byłem na obozie w RPA, przybyła tam komisja antydopingowa wzięła do kontroli wielu lekkoatletów, ale mnie nie prosiła do siusiania.
Zaległość została jednak nadrobiona w Lievin. To prawda?
Tak, tam musiałem oddać po biegu próbkę moczu. Na szczęście nie było z tym problemu, sprawę załatwiłem bardzo szybko.
Po biegu w Lievin telefonów z gratulacjami nie brakowało?
Oj, było tego trochę. Dzwoniła moja ukochana, dzwonił też Jacek Krawiec, prezes Orlenu, czyli mojego sponsora. A lekkoatletyczny Orlen Team akurat święcił triumfy w tych zawodach, bo Marcin Lewandowski został również rekordzistą Polski, tylko na 1500 metrów.
Stał się pan w tej fazie przygotowań do igrzysk olimpijskich naszym lekkoatletą numer jeden, ale nie znajduje to odzwierciedlenia, jeżeli chodzi o pana pozycję w Klubie Polska-Londyn 2012…
Nie jestem członkiem tego klubu, czyli nie mam maksymalnego uprzywilejowania, ale korzystam z indywidualnej ścieżki przygotowań, co oznacza możliwość przebywania na obozach klimatycznych. Prawdę mówiąc, do pełni szczęścia brakuje mi tylko bardziej zindywidualizowanej opieki fizjoterapeutycznej. Mam taką u siebie w Łodzi, gdzie od tej strony zajmuje się mną Michał Robakowski, ale podczas wyjazdów ten wariant już odpada.
Będzie pan walczyć na igrzyskach w Londynie o złoto?
Oczywiście, nie mam kompleksów i nie zakładam z góry że z kimś tam nie jestem w stanie wygrać. Nie boję się na przykład Etiopczyka Amana, którego uważa się oficjalnie za osiemnastolatka, chociaż na pierwszy rzut oka widać że jest dużo starszy.
Jak pan ocenia swoją rywalizację z Marcinem Lewandowskim? Obaj jesteście na 800 metrów mistrzami Europy – on na stadionie, a pan w hali. Igrzyska w Londynie to będzie dla was istny sąd boży…
Jesteśmy dobrymi kolegami i nawzajem się mobilizujemy. Nie ma między nami negatywnych emocji. Najbliższy pojedynek na 800 m czeka nas 23 lutego w Sztokholmie. Nie obiecuję tam kolejnego rekordu, bo od 26 stycznia głównie eksploatuję organizm startami, nie podładowując akumulatora regularnym treningiem. I nie wiem czy za tydzień jeszcze mi energii wystarczy.
rozm. mp/ps /16.II.2012/
***
Rekordowe 800 m Adama Kszczota
W piątkowym halowym mityngu w Duesseldorfie padły cztery najlepsze wyniki tego roku na świecie. Jeden z nich uzyskał Adam Kszczot (RKS Łódź), który 800 m przebiegł w 1.45.44
Podopieczny Stanisława Jaszczaka poprawił o 0.56 s rekord życiowy, który ustanowił na tym samym mityngu dwa lata wcześniej. Jego zwycięstwo było od startu niezagrożone. Na drugim miejscu przybiegł Kenijczyk Kiplagat Lalang 1.47.06
Po wcześniejszym świetnym biegu na 600 m w Moskwie Adam Kszczot nie zwalnia tempa. Halowy mistrz Europy w znakomitym stylu zwyciężył w Duesseldorfie. Mogło być nawet jeszcze lepiej, gdyż Adamowi i tym razem niezbyt pomógł pacemaker, który nie zdołał dociągnąć nawet do półmetka biegu. Adam po 400 m miał międzyczas 51.82, a 600 m minął w 1:18.76. Drugiemu na mecie Boazowi Lalangowi, który nieraz już na zawodach widział plecy Kszczota, Polak dołożył prawie dwie i pół sekundy!
Kszczot w swoich planach na sezon 2012 deklarował że z trenerem podjęli decyzję o rezygnacji z halowych mistrzostw świata w Stambule. Te plany, dość smutne dla głodnych kolejnych medali kibiców, potwierdził po biegu w Niemczech. Adam odpuści też mistrzostwa Europy w Helsinkach, a biegi w hali traktuje jako dobre przygotowanie do sezonu olimpijskiego.
Na pierwszych miejscach światowych list znaleźli się także po mityngu w Duesseldorfie: na 60 m Francuz Jimmy Vicaut – 6.53; na 1500 m Kenijczyk Nixon Chepseba – 3.35.53 oraz na 5000 m jego rodak Thomas Longosiwa – 12.58.67.
Z dobrej strony zaprezentował się mistrz olimpijski Tomasz Majewski (AZS AWF Warszawa), który pchnął kulę na 21.19. To tylko centymetr bliżej od jego halowego rekordu życiowego. Wygrał mistrz świata z 2009 r. Christian Cantwell – 21.31.
Na 4 miejscu bieg na 1500 m zakończyła Renata Pliś (MKL Maraton Świnoujście) – 4.09.71. To trzeci wynik w jej karierze i zarazem o 0.29 s lepszy od wskaźnika PZLA na halowe mistrzostwa świata w Stambule (9-11 marca). Przed nią były Ukrainki Anżelina Szewczenko – 4.07.55 i Natalia Tobias – 4.09.32. Do mety jako pierwsza dobiegła Etiopka Genzebe Dibaba, ale została zdyskwalifikowana za przedwczesną zmianę toru.
Jednej setnej sekundy zabrakło Dariuszowi Kuciowi do awansu do finału 60 m. Zawodnik SL WKS Zawisza Bydgoszcz uzyskał 6.71 i był szósty w swojej serii.
Do finału 60 m przez płotki, dzięki rezultatowi 7.78, dostał się Artur Noga (KS Warszawianka), ale później popełnił falstart i został zdyskwalifikowany. Triumfował niespodziewanie Amerykanin Kevin Craddock – 7.53, który o dwie setne wyprzedził mistrza olimpijskiego Kubańczyka Dayrona Roblesa.
pap/bieganie.pl /10.II.2012/
***
7.5 tysiąca wolnych ludzi
Ponad 7.5 tys. osób pobiegło ulicami Warszawy by w ten sposób uczcić 93 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Trasę najszybciej pokonali Arkadiusz Gardzielewski i Iwona Lewandowska
Wszyscy odśpiewali hymn zanim biegacze ruszyli na trasę punktualnie o godz. 11.11. Przy pięknej, słonecznej pogodzie tłum uczestników ubranych w białe i czerwone koszulki utworzył żywą flagę. Do pokonania było 10 km. Start i meta zlokalizowane były w okolicach skrzyżowania al. Jana Pawła II z ul. Stawki
Przed biegaczami w zabytkowym samochodzie jechał sobowtór marszałka Piłsudskiego. – Ten bieg łączy ludzi wolnych. To nasze hasło. Biegacze, rolkarze, osoby na wózkach i maszerujące z kijkami. Wszyscy z radością przyszli zamanifestować patriotyzm. Najbardziej cieszy liczba uczestników – ocenił jeden z organizatorów.
Trasę 10 km najszybciej pokonał Arkadiusz Gardzielewski z małej wsi Rzeżęcin koło Tczewa. Od półmetka biegł z ubiegłorocznym triumfatorem i znakomitym maratończykiem Mariuszem Giżyńskim. – Na finiszu ruszyłem ostro i wyprzedziłem Mariusza. Dla mnie było trochę za chłodno. Ale najważniejsze że nie padało – powiedział wielokrotny drużynowy medalista mistrzostw Europy w biegach przełajowych.
Wśród kobiet bezkonkurencyjna była dwukrotna zwyciężczyni Biegnij Warszawo Iwona Lewandowska. – Do piątego kilometra biegłam z Agnieszką Gortel. Później ruszyłam własnym tempem i musiałam zmagać się z wiatrem. W marcu wystartuję w maratonie w Nagoi lub Los Angeles, gdzie chcę uzyskać kwalifikację na igrzyska w Londynie – powiedziała zwyciężczyni, mieszkanka Warszawy.
Na trasie wypatrzyliśmy mistrzynię świata i Europy w windsurfingu Zofię Klepacką która już wywalczyła olimpijską kwalifikację. – Dwa dni wcześniej wróciłam z Izraela, a już w niedzielę wylatuję na mistrzostwa świata do Australii. Akurat byłam w kraju więc musiałam pobiec – tłumaczyła uradowana Zośka. – Czas poniżej godziny to dobry wynik. To mój pierwszy występ w Biegu Niepodległości. Wszyscy jego uczestnicy pokazali że potrafią w piękny sposób uczcić wielkie święto narodowe. Na trasie kibice niesamowicie nas dopingowali. Przyszedł także mój tata – dodała znakomita żeglarka.
Biegli zawodnicy o kulach i niewidomi, ci ostatni oczywiście z przewodnikami. Jeden z nich, Sebastian Grzywacz, powiedział: – Uczestnictwo w tym biegu to zaszczyt. Na trasie poczułem się jak wolny człowiek i osoba widząca. Pan Sebastian stracił wzrok trzy lata temu. W codziennym życiu pomaga mu pies Roll, otrzymany z fundacji Vis Maior.
Wyniki – XXIII Bieg Niepodległości: mężczyźni: 1. Arkadiusz Gardzielewski (Rzeżęcin) 29:26, 2. Mariusz Giżyński (Warszawa) 29:33, 3. Adam Draczyński (Nowa Sól, wszyscy Razem po Zdrowie Finansowe) 29:59, 4. Jakub Wiśniewski (Warszawa) 31:06, 5. Emil Dobrowolski (Chotomów) 31:09, 6. Dawid Nowogrodzki (Skierbieszów, KS Agros Zamość) 31:59. Kobiety: 1. Iwona Lewandowska (Warszawa, Razem po Zdrowie Finansowe) 33:44, 2. Agnieszka Gortel (Chorzów, Razem po Zdrowie Finansowe) 34:00, 3. Maria Cześnik 36:17, 4. Dominika Stelmach-Stawczyk (Warszawa, Entre.pl Team) 36:39, 5. Renata Kalińska (Żabieniec, Impact Team) 37:35, 6. Joanna Schab (Warszawa, Aletempo) 37:52. Rolki. Mężczyźni: 1. Bartosz Chojnacki (Warszawa, Ambra-Cekol-Sylpol) 18:37, 2. Paweł Milewski (Kawęczyn, KKSW Krak Rollerblade) 19:05, 3. Piotr Andrzejewski (Gdańsk, Team 4skating.pl) 19:14. Kobiety: 1. Aleksandra Goss (Konstancin-Jeziorna) 19:21, 2. Katarzyna Stokfisz (Tomaszów Lubelski, Tuks Roztocze) 19:43, 3. Basia Matczak (Gdańsk, Team 4skating.pl) 20:29. Wózki. Mężczyźni: 1. Bogdan Król (Orneta IKS) 18:33, 2. Rafał Szumiec (Kraków, DSS AZS UEK Kraków) 19:31, 3. Radosław Grad (Lubochnia, IKS) 23:25. Kobiety: 1. Monika Pudlis (Orneta, IKS) 21:31, 2. Monika Seligowska (Orneta, IKS) 26:25. Nordic walking. Mężczyźni: 1. Łukasz Okulski (Nieporęt) 37:03, 2. Bartek Szołkowski (Piaseczno) 40:39, 3. Krzysztof Fogel (Krupia) 40:43. Kobiety: 1. Hanna Pietrak (Kobyłka, Team Nutrilite) 42:05, 2. Edyta Rusińska (Warszawa) 46:18, 3. Iwonka Mioduszewska (Warszawa, Amway) 46:19.
l/żw /12-11-2011/
***
Trzy operacje wystarczą
Trzy operacje w ciągu trzech lat wystarczą – uważa wicemistrz olimpijski w rzucie dyskiem Piotr Małachowski (WKS Śląsk Wrocław), który po niedawnym zabiegu na lewym kolanie rozpoczął rehabilitację
– Pierwsze sygnały że z kolanem jest coś nie tak organizm zaczął wysyłać w maju, a więc na początku sezonu. Mimo bólu trenowałem i startowałem w zawodach z myślą o tych najważniejszych – mistrzostwach świata. Jednak dłużej odwlekać zabiegu nie można już było i parę dni temu doktor Robert Śmigielski podjął się naprawy kolana – powiedział Małachowski
– A dziś zaczynam rehabilitację. Mam nadzieję że po trzech tygodniach będę mógł normalnie trenować – dodał lekkoatleta.
Małachowski usłyszał też od lekarza że trzeba będzie kiedyś wydobyć szkliwo z rzepki kolanowej. – Tylko kiedy? Z tym zabiegiem to już większy problem, bo po nim rehabilitacja trwałaby kilka miesięcy. Na razie trzy operacje w ciągu trzech lat wystarczą. W 2009 roku był to palec prawej dłoni, a w ubiegłym przepuklina – powiedział.
pap /8.11.2011/
ZŁOTE KOLCE
42 raz przyznano i wręczono cenione nagrody gazety Sport. Zwycięzcami rankingu Złote Kolce zostali mistrz świata w skoku o tyczce Paweł Wojciechowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) i czwarta wieloboistka mistrzostw świata Karolina Tymińska (SKLA Sopot)
W Bydgoszczy, wspólnie z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki oraz Kujawsko-Pomorskim Okręgowym ZLA, Sport uhonorował najlepszych lekkoatletów mijającego roku. Zwycięzcom organizowanego od 1970 r. 42 już rankingu Złote Kolce podczas uroczystej gali wręczył redaktor naczelny gazety Andrzej Grygierczyk
Federacja nagrodziła również innych zawodników oraz ich trenerów, a także kluby sportowe. Choć nie wszyscy zaproszeni sportowcy mogli na uroczystość przybyć – zabrakło m.in. trenujących już do olimpijskiego sezonu Anny Rogowskiej, Tomasza Majewskiego czy Adama Kszczota – nie zabrakło oszałamiających kreacji samych sportsmenek i partnerek sportowców. Wśród znakomitych gości obecna była m.in. gwiazda królowej sportu sprzed lat Irena Szewińska.
Po gali goście zostali przewiezieni limuzynami do hotelu City, gdzie odbyła się uroczysta kolacja. To była znakomita okazja do dyskusji jak koreańskie niepowodzenie z mistrzostw świata (jeden medal) przekuć w olimpijski sukces za 9 miesięcy w Londynie.
tm/ps /7.11.2011/
ŚWIETNY BIEG MARATOŃCZYKA
Henryk Szost zajął 12 miejsce w 30 maratonie we Frankfurcie uzyskując drugi czas w historii polskiej lekkoatletyki – 2:09.39. Zwyciężył drugi raz z rzędu Kenijczyk Wilson Kipsang Kiprotich wynikiem 2:03.41. Do rekordu świata zabrakło mu trzech sekund
Rezultat 28-letniego Szosta (WKS Grunwald Poznań) jest lepszy od wskaźnika PZLA na igrzyska olimpijskie w Londynie (2:10.30). Jego trenerem przez pięć lat (do ub. roku) był Grzegorz Gajdus, do którego należy rekord Polski (2:09.23 w Eindhoven 12.10.2003). Szost był w niedzielę najszybszy wśród zawodników spoza Afryki. Został wyprzedzony przez dziesięciu Kenijczyków i Etiopczyka
Trzydziesty bieg we Frankfurcie nad Menem na dystansie 42 km 195 m był jednym z najszybszych w historii. Rekordowa liczba zawodników pokonała granicę 2:10.00 – czternasty (Rosjanin Aleksiej Reunkow) uzyskał 2:09.54. Ze średnią 10 najlepszych wyników – 2:05.45 maraton we Frankfurcie przesunął się na piąte miejsce na świecie, za Berlinem, Rotterdamem, Londynem i Bostonem. Dotychczasowy rekord należał do Paryża, gdzie w 2009 roku 12 zawodników osiągnęło czasy poniżej 2 godzin 10 minut.
W stolicy Francji, w kwietniu ubiegłego roku, debiutował w maratonie Wilson Kipsang Kiprotich. Był trzeci z rezultatem 2:07.13. W niedzielę 29-letni Kenijczyk był bliski pobicia rekordu świata, który wynosi 2:03.38 (Berlin 25.09.2011) i należy do jego rodaka, 26-letniego Patricka Makau Musyokiego.
Na 25 pozycji bieg ukończył Mariusz Giżyński (WKS Grunwald Poznań) z rekordem życiowym 2:12.34, a na 31 dwukrotny mistrz Polski na dystansie 42 km 195 m (2009 i 2010) Radosław Dudycz (KS Team Run Gdańsk) – 2:15.09.
W gronie kobiet Agnieszka Gortel (TS AKS Chorzów) zajęła 16 miejsce wynikiem 2:34.32 (minimum PZLA na igrzyska 2:30.00). Zwyciężyła Etiopka Mamitu Daska 2:21.57.
Wyniki 30 Frankfurt Marathonu:
mężczyźni
1. Wilson Kipsang (Kenia) 2:03.41
2. Levy Matebo (Kenia) 2:05.15
3. Albert Matebor (Kenia) 2:05.23
4. Philip Sanga (Kenia) 2:06.07
5. Robert Kiprono Cheruiyot (Kenia) 2:06.29
6. Peter Kirui (Kenia) 2:06.31
7. Chumba Dickson Kiptolo (Kenia) 2:07.23
8. Siraj Gena (Etiopia) 2:08.31
9. Duncan Koech (Kenia) 2:08.38
10. Henry Sugut(Kenia) 2:08.56
11. Raymond Kandie (Kenia) 2:09.30
12. Henryk Szost(Polska) 2:09.39
…
25. Mariusz Gizyński (Polska) 2:12.34
31. Radosław Dudycz (Polska) 2:15.09
kobiety
1. Mamitu Daska (Etiopia) 2:21.59
2. Agnes Kiprop (Kenia) 2:23.54
3. Flomena Chepchirchir (Kenia) 2:24.21
…
16. Agnieszka Gortel (Polska) 2:34.32
pap /30.10.2011/
***
Zawody dla Kamili
W II Memoriale Kamili Skolimowskiej rozegranym w Warszawie na stadionie Orła zwycięstwo w konkursie rzutu młotem kobiet odniosła Rosjanka Tatiana Łysenko która odległością 72.19 m pokonała najlepszą z Polek Anitę Włodarczyk (71.02 m)
W konkursie mężczyzn triumfował reprezentant Polski Paweł Fajdek (77.96 m)
Dość niespodziewanie dla wielu kibiców sporą atrakcją był bieg na 400 m w którym triumfował biegający na protezach Oscar Pistorius (RPA)
Łysenko stoczyła z Włodarczyk zaciętą walkę o zwycięstwo w rzucie młotem. Rosjanka wszystkie sześć prób miała udanych, za każdym razem posyłała młot poza 70 m. Polska mistrzyni miała problemy, zaliczyła tylko połowę rzutów, 2 miejsce zapewniła jej trzecia próba (71.02 m).
Wśród mężczyzn bezkonkurencyjny okazał się Fajdek który wygrał rzutem na odległość 77.96 m. Polak wyprzedził Węgra Krisztiana Parsa (76.97 m) oraz Słoweńca Primoza Kozmusa (72.88 m). Dopiero piąty był Szymon Ziółkowski, 70.56 m, który zepsuł pięć z sześciu rzutów.
Mistrz olimpijski z Pekinu w pchnięciu kulą Tomasz Majewski zajął w swojej konkurencji drugie miejsce. Wygrał Kanadyjczyk Dylan Armstrong (88.67 m – wynik łączny, sumowano rzuty różnego rodzaju kulami), trzeci był Amerykanin Christian Cantwell (87.21 m). Majewski uzyskał łącznie 88.64.
Znów poza podium w rzucie dyskiem znalazł się Piotr Małachowski który rzutem na 63.93 metra był czwarty. Wygrał Estończyk Gerd Kanter (67.99), bijąc najlepszy swój wynik w sezonie, przed Węgrem Zoltanem Kovago (66.69), oraz Robertem Urbankiem (64.37). Polak pokonał Małachowskiego bijąc swój rekord sezonu.
Bieg na 1000 m zdominowały Polki. Wygrała Angelika Cichocka (2:37.33) przed Renatą Pliś (2:37.89) i Eweliną Sętowską-Dryg (2:38.46).
W biegu na 800 m Marcina Lewandowskiego (1:49.48), czwartego na tym dystansie w mistrzostwach świata w Daegu, pokonał szósty w Japonii Adam Kszczot (1:45.48). Trzeci dobiegł Bartosz Nowicki (1:49.67).
– Nie czas miał dla mnie tu znaczenie a uczczenie pamięci Kamili. Bardzo miło ją wspominam i dlatego postanowiłem w ogóle wystartować na Orle – powiedział Lewandowski.
Długo do siebie dochodził za to Kszczot. – Ten bieg dał mi nieźle w kość. Chciałem uzyskać bardzo dobry wynik ale trochę zabrakło. Ostatnio miałem trochę problemów zdrowotnych i zrobiłem jedynie trzy treningi w ciągu 10 dni. Okazało się że to zdecydowanie za mało – powiedział.
Kszczot nie wziął udziału w piątkowym finale Diamentowej Ligi w Brukseli z powodu przeziębienia i trzy dni nie trenował. Dla tak precyzyjnego mechanizmu jakim jest organizm 800-metrowca to przerwa decydująca. Na stadionie Orła było też wietrznie i zimno.
Emocje wzbudził bieg na 400 m w którym wygrał Pistorius, niepełnosprawny biegacz z RPA, korzystający z protez nóg (46.65). Finiszował przed Piotrem Wiaderkiem (47.75) i Jamajczykiem Edino Steelem (47.75).
– To jak zostałem tu przyjęty jest dla mnie wielką i miłą niespodzianką. Nie spodziewałem się takiego zainteresowania i serdeczności. To świetne zakończenie sezonu. Polacy okazali się bardzo gościnni i przyjaźni – mówił Pistorius.
Na podium z biało-czerwonych stanęli także: Teresa Dobija, trzecia w skoku w dal (6.13, czwarta była Małgorzata Trybańska 6.12), Marika Popowicz, trzecia na 100 m (11.76 s) oraz Paweł Stempel, trzeci na 100 m (10.53).
W II Memoriale Kamili Skolimowskiej wystartowała też m.in. była jamajska sprinterka Merlene Ottey (obecnie reprezentująca Słowenię).
Kibice mogli też zobaczyć pokaz sportów szkockich Highland Games, a kuzyn Kamili Skolimowskiej, były kulomiot Sebastian Wenta, zaprezentował m.in. rzut na wysokość 25-kilogramowym ciężarkiem.
Impreza poświęcona pamięci zmarłej podczas zgrupowania w 2009 r. w Portugalii mistrzyni olimpijskiej w rzucie młotem była dla większości zawodników ostatnim punktem sezonu.
Odbyła się także licytacja pamiątek sportowców z której dochód zostanie przekazany na Fundację Kamili Skolimowskiej (m.in. piłki i koszulki polskich szczypiornistów, bluzy siatkarzy, książki z autografami Adama Małysza i Justyny Kowalczyk, monety okolicznościowe wybite przez Mennicę Państwową oraz gadżety przekazane przez Włodarczyk, Majewskiego, Małachowskiego i innych).
pap/jc/rl/gw /20.9.2011/
***
Memoriał Kamili Skolimowskiej
– Mam nadzieję że będą to dobre i ciekawe zawody. Wystartuje w nich wielu wspaniałych zawodników – zapowiedział Robert Skolimowski, ojciec Kamili, której II memoriał odbędzie się we wtorek (20 września) na stadionie Orła w Warszawie
Rozmowa z Robertem Skolimowskim
Od śmierci Kamili minęło ponad dwa i pół roku. To był pomysł pana i żony by jej pamięć uczcić zawodami lekkoatletycznymi?
Kamila zmarła w lutym a już w maju udało nam się zorganizować pierwszy memoriał. Nie mieliśmy wiele czasu a chcieliśmy możliwie jak najszybciej oddać jej hołd. My – to znaczy ja z żoną, najbliżsi, działacze Skry Warszawa. Właściwie bez żadnych środków udało nam się to zorganizować. W założeniu mieli się pojawić wszyscy znajomi lekkoatleci a zatem najwięksi mistrzowie.
Jak udało się przekonać gwiazdy światowej lekkiej atletyki do udziału w imprezie przed dwoma laty?
Byłem bardzo zdziwiony bo nie mieliśmy właściwie środków na organizację tych zawodów. Ci lekkoatleci uważali jednak że powinni być na tym memoriale i byli. Nie było problemów by nakłonić ich na przyjazd do Warszawy. Sprawą skrzyknięcia tych zawodników zajmował się wówczas Alfons Juck, były menedżer Kamili.
Teraz przed nami drugi Memoriał Kamili Skolimowskiej ale przed rokiem zabrakło tej imprezy w kalendarzu. Dlaczego?
Być może udałoby się coś zrobić ale tak naprawdę na przeszkodzie stanął brak pieniędzy. Postanowiliśmy wówczas że – nie chcąc robić prowizorki – przyłożymy się solidnie do tego by w tym roku zorganizować memoriał z prawdziwego zdarzenia. Znaleźli się sponsorzy i dzięki temu możemy cieszyć się z drugiego Memoriału Kamili Skolimowskiej. Oczywiście wszystkim którzy nam pomogli jesteśmy bardzo wdzięczni za pomoc.
Jaki zatem będzie drugi memoriał?
Mam nadzieję że będą to dobre zawody a przede wszystkim ciekawe. Wystartuje wielu wspaniałych zawodników. Będzie można także zobaczyć rywalizację highlanderów. Zapraszamy wszystkich serdecznie.
Można odnieść jednak wrażenie że zawody będą wspaniałe ale pora ich rozgrywania chyba nie jest najszczęśliwsza?
Niestety musieliśmy się dostosować do wielu spraw. Głównym powodem tak wczesnego rozgrywania zawodów był brak w Warszawie stadionu ze sztucznym oświetleniem.
A jaka przyszłość rysuje się przed tą imprezą?
Już prowadzimy pewne rozmowy i może uda nam się w przyszłym roku zorganizować wielki piknik przy okazji tych zawodów. Chcielibyśmy by każdy – bez względu na wiek – znalazł podczas tego memoriału rozrywkę dla siebie.
rozm. tk/onet /19.9.2011/
PROGRAM ZAWODÓW
Program minutowy memoriału (wtorek, 20 września 2011, stadion Orła przy Podskarbińskiej 14 w Warszawie):
14:00 – Pokaz sportów szkockich Highland Games
14:10 – Bieg dzieci ze szkół sportowych na 1000 m
14:10 – Konkurs skoku w dal kobiet
14.15 – Konkurs rzutu dyskiem mężczyzn
15:00 – Oficjalne otwarcie zawodów
15.15 – Bieg na 100 m kobiet
15.25 – Bieg na 100 m mężczyzn
15:30 – Konkurs rzutu młotem (kobiet i mężczyzn)
15.30 – Konkurs czwórboju w pchnięciu kulą mężczyzn
16.00 – Bieg na 1000 m kobiet
16.20 – Bieg na 800 m mężczyzn
16.30 – Próba bicia rekordu Polski w rzucie ciężarkiem 15 kg
16:40 – Bieg na 400 m mężczyzn
17.00 – Uroczyste zakończenie memoriału
FUNDACJA KAMILI
Fundacja Kamili Skolimowskiej powstała w grudniu 2010 r. i jej celem jest pielęgnowanie pamięci o naszej najmłodszej mistrzyni olimpijskiej, pomoc sportowcom w ich powrocie do sportu oraz propagowanie lekkiej atletyki wśród dzieci i młodzieży. Prezesem fundacji jest ojciec Robert Skolimowski, a ambasadorami Anita Włodarczyk, Piotr Małachowski i Tomasz Majewski
A wszystko zaczęło się od Funduszu im. Kamili Skolimowskiej który powstał z pieniędzy otrzymanych ze sprzedaży olimpijskiego złota. Po śmierci Kamili jej rodzice – Teresa i Robert Skolimowscy – zdecydowali się oddać na licytacje medal wywalczony przez ich córkę na igrzyskach olimpijskich w Sydney w 2000 r. Olimpijskie złoto ostatecznie zostało odkupione przez Polski Komitet Olimpijski za kwotę 200 000 zł. Kwota ta utworzyła Fundusz im. Kamili Skolimowskiej który w całości został przeznaczony na leczenie i rehabilitację młodych sportowców – nadziei olimpijskich.
Przez półtora roku zdołano pomóc 28 sportowcom. Były wśród nich znane osoby jak Agata Wróbel (podnoszenie ciężarów), Nadia Kostiuczyk (badminton), czy Artur Noga (lekkoatletyka), ale i mniej znani sportowcy którym na początku kariery plany pokrzyżowała kontuzja.
Podczas memoriału odbędzie się także licytacja pamiątek sportowców z której dochód zostanie przekazany na Fundację Kamili Skolimowskiej. Tę wesprzec można także przekazując darowiznę na konto:
Fundacja Kamili Skolimowskiej, ul. Szaserów 69/71 lok.41, 04-311 Warszawa, NIP: 113 282 16 68, REGON: 142 723 576, KRS: 0000373215
Konto bankowe:
BANK PEKAO S.A.
06 1240 1040 1111 0010 3703 5537
SWIFT: PKOP PL PW
tk/onet /19.9.2011/
***
Kszczot zagraża rekordom
Od soboty najszybszym Europejczykiem w biegu na 800 m jest w tym roku Adam Kszczot. Polak pobił w Rieti rekord życiowy, do rekordu Polski zbliżył się na zaledwie 0.08 s
Mityng we Włoszech zaplanowano pod Davida Rudishę, kenijskiego rekordzistę i mistrza świata, który przed rokiem w zaledwie tydzień najpierw rozprawił się z 13-letnim rekordem świata Wilsona Kipketera, a później pobił swoje osiągnięcie
A że było to właśnie na szybkiej bieżni w Rieti, gdzie wybiegał 1.41.01, zapragnął jeszcze poprawić swoje osiągnięcie.
Nie poprawił choć uzyskał w sobotę najlepszy wynik w tym roku. Nie grał również pierwszych skrzypiec ani na kolacji, ani na bankiecie. Rolę bohatera przejął 22-letni Kszczot który przybiegł co prawda za Rudishą ale to przy jego nazwisku i wyniku 1.43.30 wyświetliły się magiczne litery PB, czyli personal best. Do osiągnięcia Pawła Czapiewskiego który od 10 lat ma rekord Polski i dziewiąty wynik w historii Europy – zabrakło mu ledwie 0.08 s.
– Zależało mi na efektownym zakończeniu startów i pobiciu rekordu życiowego, tak jak zrobiłem to u progu sezonu. Cieszę się bo mocno na to pracowałem. Co do bankietu, nic nadzwyczajnego. Bardziej chodziło mi o kolację – mówił biegacz RKS Łódź który spieszył się by jeszcze przed północą zacząć wypoczywać.
Znając jego determinację i zadaniowe podejście do życia rekord Polski jest zagrożony. A jeżeli jeszcze spełnią się zapowiedzi Szczota – zostanie mocno wyśrubowany.
– Trzeba w sobie wypracować mechanizm: ustalamy cel i go osiągamy. Najpierw te proste zadania, krótkoterminowe, później te dalsze, na wielkie imprezy, do których chcemy dojść nie najłatwiejszą, ale najlepszą metodą. Właściwie powinien tak robić każdy, zarówno osoby zaczynające przygodę z lekkoatletyką, jak i te które już poznały jej smak, nieważne na jakim poziomie. Przyszły rok to dla mnie marzenia o stabilizacji. Gdyby udało się dojść do 1.42 byłoby pięknie – dodał Kszczot.
Tyle że coraz szybciej biegają również Afrykanie. Rudisha chce w przyszłości złamać 1.41 (w sobotę pobiegł 1.41,33), nie odpuszcza również solidnie zbudowany Sudańczyk Abubaker Kaki. Kszczot: – A ja wcale nie żałuję że wybrałem 800 m. Nawet jeżeli konkurencja ze strony Afrykanów jest bardzo trudna. Zależy jak się na to spojrzy, ja nigdy nie traktowałem tego jako bariery, bo wielu Europejczyków już pokazało że można radzić sobie nawet z takimi rywalami.
24-letni Marcin Lewandowski w Rieti był piąty. W niedawnych mistrzostwach świata było odwrotnie: Kszczot – szósty, jego starszy o dwa lata rywal znalazł się tuż za podium. W całym sezonie to jednak Kszczot prowadzi w bezpośrednich starciach. Na swojej stronie internetowej Lewandowski napisał: ‘Nie jestem z siebie zadowolony. Takie biegi zdarzają się rzadko i była ogromna szansa pobić rekord życiowy. Niestety od samego początku nie mogłem złapać swojego rytmu. Bardzo chciałem dołączyć do uciekającej grupy ale czułem jakbym stał w miejscu. To wyraźnie nie był mój dzień a rywale byli po prostu lepsi. Tydzień temu na docelowej imprezie to ja z nimi wygrałem, oprócz niedoścignionego Davida Rudishy. Dzisiaj oni mi się zrewanżowali. Taki jest sport i nie zawsze wszystko wychodzi jak sobie zakładamy. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego co zrobił Adam. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak zebrać się w garść i walczyć dalej w kolejnych biegach’
– Rywalizacja z Marcinem ogranicza się tylko do bieżni – powiedział Kszczot. – Tylko od startu do mety, później znów jesteśmy kolegami. Dzisiaj ja jestem szybszy, jutro on. Nie ma w tym nic szczególnego. Wracając do Daegu, można powiedzieć, że powetowałem sobie mistrzostwa świata, ale nie o to chodziło. I wcale nie uważam jednego medalu, jaki przywieźliśmy stamtąd [w skoku o tyczce], za klęskę. Jeżeli polska piłka nożna dojdzie do sukcesów lekkoatletów, będzie świetnie. Wielu z nas zabrakło niewiele do medali. Za rok, dwa, w kolejnej wielkiej imprezie będzie lepiej. Może nawet lepiej niż w Berlinie [Polacy wywalczyli tam osiem medali]. Trzeba przyznać że części z nas zabrakło tylko tych kilku procent na tle całego sezonu i to decydowało o miejscach. To kolejny powód dla nas wszystkich do wytężonej pracy na przyszły sezon.
Kszczot zdaniem lekkoatletycznych ekspertów przeszedł niesamowitą drogę która zahartowała go a teraz pozwala realizować bardzo wyczerpujący plan treningowy. Z chłopca z małej podopoczyńskiej miejscowości w kilka lat stał się kandydatem do medalu igrzysk w Londynie. Trenerzy którzy pracują z nim w RKS-ie podkreślają z kolei że nie mieli dotąd tak systematycznego i zawziętego sportowca.
Co na to Kszczot? – Biegaczem jestem non stop, nie odpuszczam po wyjściu z treningu bo to zabawa na pełen etat. Nie mogę tak jak większość ludzi chodzących co dzień do pracy powiedzieć: ‘dziś mi się nie chce’. Wystarczy obrać cel i go osiągnąć. Nawet jeżeli biegamy dla przyjemności. A że warto biegać, nawet tego nie mówię. To przecież najtańsza forma rekreacji – każdy może spróbować
W piątek Kszczot pobiegnie w finale Diamentowej Ligi w Brukseli, imprezie którą celowo odpuszczał w trakcie sezonu, szykując się do mistrzostw świata. Za pięć dni rewelacyjnych wyników spodziewać się nie należy, bo w Belgii biegacze będą walczyć o jak najwyższą pozycję, diamentową statuetkę dla zwycięzcy cyklu i sowitą premię.
pi/gw /11.9.2011/
***
Rekord Kszczota w Rieti
Adam Kszczot (RKS Łódź) najlepszym w tym roku wynikiem w Europie 1.43.30, który jest rekordem życiowym szóstego zawodnika mistrzostw świata, zajął 2 miejsce w mityngu we włoskim Rieti w biegu na 800 m. Zwyciężył Kenijczyk David Rudisha
Złoty medalista mistrzostw w Daegu uzyskał najlepszy w tym sezonie czas na świecie 1.41.33. Do Rudishy należy też rekord świata. Ustanowił go na tym samym stadionie 29 sierpnia 2010 r. – 1.41.01
W skoku o tyczce siódmy w mistrzostwach świata Mateusz Didenkow (SKLA Sopot) zajął 3 miejsce pokonując wysokość 5.61. Wygrał Kubańczyk Lazaro Borges – 5.81 (w trzeciej próbie).
Najlepszy tegoroczny wynik na świecie uzyskał w biegu na 1500 m Kenijczyk Asbel Kiprop – 3.30.46.
Niektóre wyniki:
kobiety
w dal
1. Olga Zajcewa (Rosja) 6.84; 2. Eloyse Leseur (Francja) 6.70
młot
1. Tatiana Łysenko (Rosja) 75.58; 2. Yipsi Moreno (Kuba) 72.94
mężczyźni
100 m
1. Walter dix (USA) 10.02; 2. Lerone Clarke (Jamajka) 10.06; 3. Justin Gatlin (USA) 10.08
800 m
1. David Rudisha (Kenia) 1.41.33 najlepszy w br. wynik na świecie; 2. Adam Kszczot (Polska) 1.43.30 najlepszy w br. wynik w Europie; 3. Mohammed Aman (Etiopia) 1.43.37; 4. Alfred Kirwa Yego (Kenia) 1.44.07; 5. Marcin Lewandowski (Polska) 1.44.53; 6. Jackson Mumbwa Kivuva (Kenia) 1.44.53
1500 m
1. Asbel Kiprop (Kenia) 3.30.46 najlepszy w br. wynik na świecie; 2. Nicholas Willis (N. Zelandia) 3.35.52; 3. Tesfaye Cheru (Etiopia) 3.35.71
tyczka
1. Lazaro Borges (Kuba) 5.81; 2. Dmitrij Starodubcew (Rosja) 5.61; 3. Mateusz Didenkow (Polska) 5.61
pap /10.9.2011/
***
Wojciechowski mistrzem świata!
Jednak! Polak mistrzem świata w skoku o tyczce! 22-letni bydgoszczanin Paweł Wojciechowski po pasjonującej walce wygrał w koreańskim Daegu. Pokonał wysokość 5.90 i wyprzedził Kubańczyka Lazaro Borgesa /ta sama wysokość/
Wojciechowski zdobył nie tylko pierwszy medal dla Polski w Daegu. To w ogóle pierwszy medal zdobyty przez naszych tyczkarzy w historii mistrzostw świata
Nasz nowy mistrz nie zmarnował więc swej wielkiej formy jaką zaprezentował krótko przed wyjazdem do Japonii, kiedy pobił rekord życiowy i uzyskał najlepszy wynik sezonu w tej konkurencji na świecie. Zdumiewające że przecież niezbyt jeszcze doświadczony Polak wytrzymał psychicznie tę trudną sytuację. Wygląda że urodził się nam wielki mistrz lekkoatletyki i sportu. A przecież czwarte miejsce w Japonii zajął drugi z Polaków – Łukasz Michalski /5.85/, a siódmy był Mateusz Didenkow /5.75/. Tyczka to trudny sport, będący często loterią, zależny od pogody. Mogło być przecież i tak że mając trzech bardzo dobrych skoczków nie zdobywamy żadnego medalu…
Polska miała wielu wspaniałych tyczkarzy na czele z Tadeuszem Ślusarskim (mistrz olimpijski z Montrealu i wicemistrz olimpijski z Moskwy) i Władysławem Kozakiewiczem (mistrz olimpijski z Moskwy).
Paweł Wojciechowski (rekordzista Polski), Łukasz Michalski i Mateusz Didenkow pokazali się z bardzo dobrej strony w finale konkursu w południowokoreańskim Daegu. Cała trójka pokonała wysokość 5.75 m, a sztuka ta udała się tylko 7 zawodnikom. Didenkow tym wynikiem ustanowił rekord życiowy. Próbował jeszcze pokonać poprzeczkę zawieszoną 10 centymetrów wyżej ale nie dał rady.
Konkurs nabrał rumieńców na wysokości 5.85. W pierwszej próbie poprzeczkę pokonał Michalski, ustanawiając tym samym nową życiówkę. W ślady Polaka poszli Francuz Renaud Lavillenie i Kubańczyk Lazaro Borges. W trzeciej próbie dokonał tego także Niemiec Malte Mohr. Pierwsza próba Wojciechowskiego na 5.85 okazała się nieudana. Rekordzista Polski postanowił… przenieść swoje dwa kolejne podejścia na 5.90. W tym momencie liderem był Lavillenie. Francuz wszystkie pokonywane wysokości pokonywał w pierwszych próbach. Drugie miejsce zajmował Michalski, a trzecie Borges.
Ryzykowna decyzja Wojciechowskiego okazała się dobra. Polak w drugiej próbie (która była dla niego zarazem ostatnią) pokonał 5.90 i objął prowadzenie. Jako jedyny pokonał 5.90 w drugiej próbie na tej wysokości gdyż Borges osiągnął tę wysokość przy trzecim podejściu. Tak wysokiego pułapu nie udało się pokonać Michalskiemu który skończył rywalizację na czwartej pozycji.
Borges próbował jeszcze odebrać złoto Polakowi ale przy pierwszym podejściu strącił 5.95 zawadzając o tyczkę brzuchem, a przy drugim lewą nogą. W ostatniej szansie Kubańczyk nawet nie wybił się w górę tylko przekoziołkował na materacu.
Medal Wojciechowskiego to wielki sukces bydgoskiej szkoły tyczkarskiej i trenera Włodzimierza Michalskiego któremu należą się wielkie gratulacje!
Wyniki konkursu skoku o tyczce w Daegu:
1. Paweł Wojciechowski (Polska) 5.90 m
2. Lazaro Borges (Kuba) 5.90
3. Renaud Lavillenie (Francja) 5.85
4. Łukasz Michalski (Polska) 5.85
5. Malte Mohr (Niemcy) 5.85
6. Konstadinos Filippidis (Grecja) 5.75
7. Mateusz Didenkow (Polska) 5.75
8. Fabio Gomes Da Silva (Brazylia) 5.65
int.pl/Cezary Dąbrowski /29.8.2011/
***
Chcę już jechać na wakacje
Paweł Wojciechowski długo nie mógł uwierzyć że zdobył złoty medal mistrzostw świata. ‘Nadal nie wiem co się stało. Ale zrobiłem szopkę!’ – mówił pół godziny po konkursie
‘Nie mogę w to jeszcze uwierzyć. Troszeczkę dużo emocji jak na jeden dzień. Przecież jeszcze rano walczyłem z bólem pleców i nie mogłem wstać z łóżka, a teraz taki numer. Nie wiem co się stało. Trudno mi teraz cokolwiek powiedzieć, ciężko mi będzie jeszcze przez tydzień cokolwiek powiedzieć’ – mówił
‘Byłem w pewnym momencie poza podium, pokerowa zagrywka, przełożenie na 5.90 i w drugiej próbie zaliczenie. Nie był to dobry skok ale na szczęście udany, który dał złoto. Po prostu szok’ – dodał.
‘Po kwalifikacjach naprawdę nie wierzyłem że jestem w stanie tutaj coś zdziałać. Bolały mnie strasznie plecy, było dużo roboty z nimi. Obudziłem się w poniedziałek i mówię: ‘nie mogę wstać z łóżka a co dopiero mówić o skakaniu’. Byłem przygotowany że będzie klapa ale jakoś się udało. Jeszcze w to wszystko nie wierzę’ – mówił.
Mistrz olimpijski z Pekinu Australijczyk Steven Hooker po eliminacjach podszedł do niego i powiedział: ‘dostałeś drugie życie, nie zmarnuj tego’.
‘Myślałem o nich przed skokami. Na początku strasznie mnie to niosło. Muszę teraz znaleźć Hookera w wiosce i mu podziękować’ – powiedział Wojciechowski.
‘W ostatnim skoku na 5.95 próbowałem wykorzystać najtwardszą tyczkę ale jak to wyglądało wszyscy widzieli. Wtedy już miałem dosyć wszystkiego, już nie chciałem skakać. Byłbym zadowolony gdyby to miało być nawet srebro. Miałem dość’ – przyznał.
22-letni tyczkarz w tym sezonie najpierw zdobył złoty medal Światowych Igrzysk Wojskowych w Rio de Janeiro, potem w Ostrawie sięgnął po tytuł młodzieżowego mistrza Europy i w końcu w Daegu po złoto mistrzostw świata.
‘Ten sezon jest po prostu niesamowity, trzy duże imprezy i trzy złota. Nie wiem czy to się jeszcze kiedyś powtórzy ale teraz jestem szczęśliwy i chcę by dotarło to do mnie, bo naprawdę nie wiem co jest grane…’ – mówił.
Wicemistrz świata juniorów z Bydgoszczy wierzy że jest w stanie skoczyć 6 metrów, ale jeszcze nie w tym sezonie.
‘Skok na 5.90 nie był perfekcyjny więc myślę że to realne. Przede wszystkim muszę skakać na jeszcze twardszych tyczkach. W tym roku już się nie uda. Mam jeszcze cztery starty przed sobą (na Diamentowej Lidze w Brukseli, w Otwocku, Zielonej Górze i w lidze seniorów). Chcę je mieć jak najszybciej za sobą i jechać na wakacje. To był długi i ciężki sezon’ – mówił.
Później chce się już skupić tylko na igrzyskach olimpijskich w Londynie. ‘One są już za rok. Nie mogę się teraz za bardzo wyeksploatować. Boję się troszeczkę tego co będzie dalej. Przeraża mnie to ale stało się…’ – powiedział.
Nie zdaje sobie sprawy jeszcze że jako mistrz świata stanie się osobą medialną i rozpoznawalną. ‘Na lotnisko przyjdą ludzie?…’ – żartował. ‘Trochę narozrabiałem, nie powiem’ – skomentował.
Urodzony w Bydgoszczy jest w dziwnej sytuacji. Trenuje z ojcem swojego największego w Polsce rywala – Łukasza Michalskiego.
‘Myślę że rodzina zostaje w domu a na skoczni trenujemy i jesteśmy takimi samymi zawodnikami. Nie ma żadnego faworyzowania. Fajnie się ćwiczy, jest mobilizacja. Jesteśmy tyczkarzami światowej klasy i trenujemy w jednej grupie. To najlepsza motywacja jaką może mieć sportowiec’ – ocenił.
Na pytanie jak uczci medal Wojciechowski się uśmiechnął i spytał: ‘Kto? Mistrz świata? Nie wiem. Nie mogę w to uwierzyć’, po czym dodał: ‘snem’.
W konkursie finałowym wzięło udział trzech Polaków. ‘To że jesteśmy w trójkę na skoczni na pewno nam pomaga. Mamy siebie nawzajem i wszystko staje się łatwiejsze. Nawet teraz zostawiłem tyczkę po ostatnim skoku i poszedłem do trenera. Łukasz ją okleił. Sam pewnie bym nie zdążył a tak jak jesteśmy razem to możemy sobie pomagać’ – powiedział.
Od 15 sierpnia Wojciechowski ma najlepszy wynik na świecie w tym sezonie. Wtedy skoczył 5.91 podczas mityngu w Szczecinie, poprawiając po 23 latach rekord Polski który wynosił 5.90 i należał do Mirosława Chmary.
pap/int.pl /29.8.2011/
***
Głos dziewczyny
Dzień przed startem w finale skoku o tyczce mistrzostw świata Paweł Wojciechowski który w Korei Południowej boryka się z problemami aklimatyzacyjnymi do późnych godzin nocnych rozmawiał ze swoją dziewczyną Aleksandrą. – Słuchanie jej głosu uskrzydla mnie – przyznał. I pofrunął… Wysoko… Po złoty medal!
‘Złoty chłopak’ – tak się o nim teraz mówi. W tym sezonie wywalczył cztery złote medale. Najpierw został mistrzem Polski w hali, następnie triumfował w młodzieżowych mistrzostwach Europy, wygrał światowe igrzyska wojskowe i wreszcie jest najlepszym zawodnikiem mistrzostw świata, choć do finału tej ostatniej imprezy awansował niemal cudem. Dwukrotnie bił też rekordy kraju. Najpierw 13 lutego ustanowił najlepszy wynik w historii w naszym kraju w hali – 5.86 m, a 15 sierpnia podbił rekord Polski na otwartym stadionie skacząc 5.91 m. Oba wcześniej należały do Mirosława Chmary i były starsze od… Wojciechowskiego. Pierwszy przetrwał 22 lata, drugi – 23.
– Dwa lata pracy zrobiły swoje. Szczególnie solidnie pracowaliśmy w ubiegłym roku jeżeli chodzi o przygotowanie ogólne, bo Paweł miał dwa lata przerwy przez kontuzje. Musieliśmy doprowadzić jego zdrowie do porządku tak by można było wejść w specjalistyczny trening – powiedział Włodzimierz Michalski, trener i zarazem ojciec innego finalisty mistrzostw świata – Łukasza Michalskiego, który w Daegu był czwarty. Wcześniej Wojciechowski lata trenował pod okiem Romana Dakiniewicza, wychowawcy wielu znakomitych zawodników.
Schudł 4 kg
Wspomniane kontuzje omal nie doprowadziły do końca kariery Wojciechowskiego przed 2 laty. W 2008 został on w swoim rodzinnym mieście wicemistrzem świata juniorów, choć rok wcześniej odpadł w eliminacjach mistrzostw Europy w tej kategorii. W kolejnym sezonie pojawiły się problemy. Akurat wtedy kiedy wydawało się że jego kariera nabierze rozpędu. Miał kłopot z plecami. Uparł się jednak, zacisnął zęby i wrócił do sportu. We wspaniałym stylu. Mocno wszedł w sezon halowy bijąc wspomniany rekord Polski i poprawiając życiówkę aż o 26 cm. Podobno pomogło to że zgodnie z zaleceniem trenera schudł cztery kilogramy.
Bardzo dużo dały mu też wspólne treningi z Łukaszem Michalskim. Obaj ‘nakręcają się’ na nich wzajemnie.
– Na treningach rywalizujemy ze sobą nawet podczas drobnych przebieżek. Kiedy mamy tylko luźno biegać to każdy kątem oka patrzy by być o tych kilka centymetrów dalej. Cieszę się że mam w grupie mistrza świata i że mój tata jest jego trenerem– powiedział Michalski junior.
Taki dziadek to skarb
Wojciechowskiego miłością do tyczki zaraził wujek Dariusz który w przeszłości był medalistą mistrzostw Polski juniorów. Żeby trenował – pilnował go z kolei dziadek Alojzy który kiedyś ćwiczył boks. Paweł miał wówczas 9 lat. Jako chłopiec był chudy i wątły. Koledzy nazywali go ‘Spider’ co w języku angielskim znaczy pająk. Tak zostało do dziś.
– Miałem więc dobry przykład w wujku. Ale rzeczywiście to że wytrwałem przy sporcie to zasługa przede wszystkim dziadka. Przez 10 lat dzień w dzień przywoził mnie na treningi i czekał aż do ich zakończenia by odwieźć do domu. Ja sam nieraz miałem chwile zwątpienia ale dziadek przekonywał że warto pracować, że efekty przyjdą – mówił Wojciechowski w jednym z wywiadów.
Świeżo upieczony mistrz świata jest starszym szeregowym i reprezentuje Zawiszę Bydgoszcz. Studiuje na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy wychowanie fizyczne. Jego hobby to wędkarstwo a złoty medal mistrzostw świata w Daegu to jego najcenniejszy połów.
Talent i praca
Atutem Wojciechowskiego jest dobra koordynacja ruchowa. Zresztą było to widać podczas finałowego konkursu w Daegu kiedy umiejętnie ustawiał się w powietrzu by prześlizgnąć się po poprzeczce. Do tego ma bardzo skoczną nogę. Przy 185 centymetrach wzrostu zaskakuje rozmiar stopy – 48.
– Paweł talent wzmacnia pracą. Poza tym jest ambitny, ma obrany cel i do niego zmierza. Dostał dobrą podbudowę, od Romana Dakiniewicza który był również moim trenerem – mówił Mirosław Chmara po tym jak Wojciechowski odebrał mu rekord Polski.
Teraz nasz mistrz świata czeka na upragnione wakacje. A zaraz po nich trzeba będzie rozpocząć przygotowania do igrzysk olimpijskich w Londynie.
– Trzeba się będzie skupić na igrzyskach i nie wyeksploatować się za bardzo. Boję się troszeczkę tego co się będzie działo w najbliższych dniach, tygodniach i miesiącach. Przeraża mnie to nawet troszkę. Ale trudno. Stało się – powiedział po tym jak zdobył w Daegu złoty medal.
Olimpijskie złoto i 6 m…
Teraz jego marzeniem jest olimpijskie złoto i sześciometrowy skok. Podczas zgrupowania w Geochang próbował skakać nawet 6.10 m ale na… gumie rozciągniętej na stojakach.
– Myślę że skoki na 6.10 m i wyżej są możliwe w przyszłości w moim wykonaniu – wypalił.
tk/onet /30.8.2011/
ŻYCIOWY SUKCES TO KLAPA
Łukasz Michalski zajął czwarte a Mateusz Didenkow siódme miejsce w finale skoku o tyczce mistrzostw świata. Obaj odnieśli życiowy sukces i obaj są… zawiedzeni. Rywalizację wygrał Paweł Wojciechowski
– Czwarte miejsce to najgorsze jakie można zająć. A poważnie to skoki próbne nie pokazywały tego co potem zrobiłem. Było naprawdę ciężko. Nie wiem czy się warunki zmieniły, czy ja się dostosowałem. Bałem się potwornie o pierwszą wysokość. Później okazało się że pokonałem poprzeczkę wiszącą 35 cm wyżej. Także z rekordu życiowego powinienem być zadowolony ale na razie to jeszcze złość troszeczkę przemawia i rozgoryczenie – przyznał po zakończeniu rywalizacji Łukasz Michalski (Zawisza Bydgoszcz).
Podobne odczucia miał Didenkow. ‘Liczyłem na lepsze miejsce. Przed zawodami byłem troszeczkę stonowany. Uważałem że 5.75-5.80 to są moje wysokości, a teraz po zawodach czuję wielki niedosyt i z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć że stać mnie na pokonywanie wysokości przynajmniej 5.85’ – powiedział i dodał że czuje przede wszystkim zmęczenie: ‘Ten konkurs nie ułożył się po mojej myśli. Wszystko zaliczałem w drugich, trzecich próbach. Może zabrakło trochę szczęścia?’.
Michalski który był bardzo blisko podium, przyznał że sam czuł się już jedną nogą na nim. Jako pierwszy zawodnik zaliczył 5.85 i długo prowadził.
– Liczyłem że da to miejsce na podium. Jak się okazało w ostatnim najważniejszym skoku Kubańczyk Lazaro Borges pokonał 5.90 i zepchnął mnie na 4 miejsce. Czuję się taki odepchnięty ale myślę że już jutro mi przejdzie i znowu będzie wesoło – powiedział 24-letni mistrz Uniwersjady z Shenzen.
Z drugiej strony 4 miejsce przed konkursem wziąłby w ciemno. – Nawet z pocałowaniem w rękę. Ale szybko czasy się zmieniają. Człowiek chce więcej i więcej – ocenił.
Dzień przed zawodami polscy tyczkarze obstawiali że medal da 5.85.
– Rzeczywiście dało ale dla Francji. Gorycz przeze mnie przemawia. Co mam mówić? Cieszyć się że na Polach Elizejskich się radują a nie w Bydgoszczy? – komentował Michalski który na co dzień trenuje ze swoim ojcem Włodzimierzem.
– Są plusy i minusy takiej sytuacji ale nie narzekam. Plusem jest to że mój tata zna mnie bardzo dobrze, wie na co zwrócić uwagę. Da jakąś kluczową wskazówkę która może zmienić diametralnie sposób skakania. Z drugiej strony czasami niesnaski z treningów przekładają się również na życie domowe. To jest właściwie jeden jedyny minus. Mam ogromne zaufanie do taty. Wiem że ma znakomite oko trenerskie, zresztą jest szkoleniowcem mistrza świata. Wierzę że nasza współpraca będzie owocna także w przyszłym roku i nie będę na czwartym miejscu tylko na podium – dodał.
Mamy czterech znakomitych zawodników i każdy z nich może stawać na podium mistrzowskiej imprezy – Michalski, Didenkow, Wojciechowski oraz leczący kontuzję Przemysław Czerwiński.
– Na pewno wpływa to bardzo motywująco na nas. Teraz Paweł nam troszkę uciekł. Łukasz skoczył 5.85 więc czuję się jeszcze bardziej zmotywowany do treningu i już się wręcz nie mogę doczekać kiedy skończę ten sezon i zacznę przygotowania do igrzysk. Dużo ciężkiej pracy przede mną – powiedział z kolei Didenkow.
Na przyszłoroczną olimpiadę w Londynie będzie mogło jednak pojechać tylko trzech polskich tyczkarzy. Taki jest bowiem limit na każdy kraj. Wyjątkiem jest państwo które w poprzednich igrzyskach zdobyło złoty medal w danej konkurencji. Mają oni wówczas prawo wystawić czterech zawodników.
– Dlatego plan jest taki by któryś z nas wygrał igrzyska w przyszłym roku i do Rio mogło pojechać czterech Polaków. Już plan minimum taki zrobiliśmy z mistrzostwami świata, w Moskwie za dwa lata może startować nas czterech. Teraz trzeba to samo powtórzyć na olimpiadzie. Mam tylko nadzieję że kolejność trochę będzie inna, ja już się tam na szarym końcu nie będę łapał tylko wyżej – dodał Didenkow.
pap /29.8.2011/
***
Cud że wystartował
Paweł Wojciechowski który wywalczył złoty medal w skoku o tyczce mistrzostw świata w Daegu mógł w ogóle nie wystartować w zawodach
22-latek który dość szczęśliwie awansował do finału, będąc ostatnim zawodnikiem uzyskującym kwalifikację, odczuwał po eliminacjach ból pleców.
– Nie ukrywam że rozważałem nawet możliwość wycofania Pawła z konkursu. Na szczęście znakomicie spisał się cały nasz sztab medyczny i chwała im za to – powiedział po zawodach Włodzimierz Michalski, trener naszego mistrza świata.
– Kiedy wstałem z łóżka pomyślałem że ten występ zakończy się klapą. Straszliwie bolały mnie plecy – potwierdził zawodnik Zawiszy.
tk/onet /29.8.2011/
***
Mój pierwszy większy krok
Rozmowa z Adamem Kszczotem, średniodystansowcem RKS-u Łódź, jednym z najzdolniejszych polskich lekkoatletów, halowym mistrzem Europy i brązowym medalistą mistrzostw świata, brązowym medalistą mistrzostw Europy na stadionie otwartym i dwukrotnym młodzieżowym mistrzem Europy na 800 m
Jak ocenia pan swoją formę kilka dni przed mistrzostwami świata?
Gdyby była rewelacyjna byłbym zmartwiony. Szczyt formy szykujemy konkretnie na mistrzostwa – one są bowiem najważniejszym tegorocznym celem. Do startu przygotowywałem się w wysokich górach w Szwajcarii, na wysokości 1800 m n.p.m. Zgrupowanie było trudne, treningi realizowane z myślą o turnieju, bo mistrzostwa, co podkreślam, są właśnie turniejem. W Daegu muszę wytrzymać trzy biegi i w każdym wystartować na swoim poziomie.
W Szwajcarii udało się zrealizować wszystkie założenia?
Wydaje się że było dobrze ale czy faktycznie, to przekonamy się podczas mistrzostw. Trening był trudny i wyczerpujący, pracowałem na określonym zmęczeniu by osiągnąć optymalną wytrzymałość.
Sankt Moritz jest pana bazą treningową od dłuższego czasu i na razie sprawdzało się doskonale.
Prawda, po powrocie stamtąd biłem swe życiowe rekordy i osiągałem formę która pozwalała mi walczyć o medale wielkich imprez. W Sankt Moritz razem z trenerem Stanisławem Jaszczakiem odnaleźliśmy optymalne warunki do pracy, doskonałą bazę i zaplecze. Gdyby podobne miejsce było w Polsce na pewno byśmy nie wyjeżdżali ale niestety nie dysponujemy ani takimi wysokościami, ani podobnym zapleczem.
Czego pan oczekuje po starcie w Daegu?
Tego co zwykle. Mistrzostwa to turniej a na turnieju podstawą jest wejście do finału. Wcale nie takie łatwe jakby komuś się mogło wydawać. A gdy tam się już dostanę to zastanowię się jak rozegrać bieg i co da się ugrać. 800 m jest trudnym i specyficznym dystansem, z wieloma niespodziankami w trakcie biegów. Często zdarzają się zaskakujące momenty, problemy które trzeba błyskawicznie rozwiązywać. Oczywiście chciałbym zająć jak najwyższe miejsce by zadowolić i siebie – i kibiców.
Od półtora roku czyli halowych mistrzostw świata z każdej wielkiej imprezy przywoził pan medal.
Tak. Uzbierała się całkiem ciekawa kolekcja. Ostatnie lata były pod tym względem owocne a zaznaczę że co roku biłem swoje rekordy życiowe co ma swoją wymowę. Mam nadzieję że utrzymam ten trend, szczególnie że na horyzoncie są igrzyska olimpijskie w Londynie. Minimum spokojnie wypełniłem, chcę nadal iść do przodu i biegać coraz szybciej.
Złoto halowych mistrzostw Europy czy może brąz mistrzostw Europy ze stadionu otwartego? A może jeszcze inny? Który z dotychczasowych medali ma dla pana największą wartość?
Nie potrafię powiedzieć. Każdy medal jest inną historią, każdy został zdobyty w innych okolicznościach i każdy dostarczył mi w danej chwili ogromną radość. Każdy też dowodził słuszności obranej drogi. Człowiek trenując nigdy nie ma stuprocentowej gwarancji że jego praca przyniesie oczekiwane owoce, dopiero medale to pokazują. Dlatego wszystkie z nich traktuję na równi.
Medal z Daegu przewyższyłby dotychczasowe?
Byłoby pięknie stanąć na podium, takie marzenie gdzieś z tyłu głowy mam ale powtórzę: w sporcie nie ma gwarancji, niczego nie można przewidzieć z pewnością. Podczas poprzednich mistrzostw w Berlinie jeden z wielkich faworytów Abubaker Kaki Khamis w ogóle nie dostał się do finału bo wywrócił się w półfinale… 800 m jest taką właśnie konkurencją w której nietrudno o wypadek, trzeba niesamowicie uważać, jednocześnie będąc w pełni skoncentrowanym na sobie. Nie mam wobec siebie jakichś restrykcyjnych oczekiwań. Nie mówię że za wszelką cenę muszę zdobyć medal. Owszem mam cele i marzenia jednak podchodzę do nich spokojnie. Z pokorą.
O ile zmienił się pan od ubiegłorocznych halowych mistrzostw świata, czyli pierwszego wielkiego sukcesu?
Niewiele. Ciągle trenuję tak samo mocno, staram się poprawiać pewne rzeczy, a w tym roku udaje się to całkiem nieźle. Nadal jestem studentem Politechniki Łódzkiej i takim samym chłopakiem co kiedyś. Zmieniło się może to że mam sponsora a co za tym idzie – dodatkowe środki na przygotowania.
Do tej pory kierował pan razem z trenerem swą karierą w sposób spokojny i stonowany, bez nagłych przyspieszeń. Nadal tak jest?
Do tegorocznej zimy tak. Pracowałem w miarę spokojnie, na mniej więcej podobnych obciążeniach, lekko tylko zwiększanych. Teraz jednak postanowiliśmy przyspieszyć, dodać więcej tych obciążeń. Pewne elementy wzmocniliśmy, szczególnie siłowe, ale i wytrzymałościowe. Trener uznał że rok przedolimpijski ma być pierwszym większym krokiem w mojej karierze. Założył że wejdę w nim na wyższy poziom i faktycznie patrząc przez pryzmat czasów tak się stało. W tej chwili mogę sie pochwalić rekordem życiowym 1.44.30 który liczy się w świecie. W przyszłym sezonie chciałbym ustabilizować się w okolicach 1.43.
Co musi pan poprawić by tak się stało?
Największe rezerwy nadal tkwią w sile ale spodziewamy się sporej poprawy, także dzięki treningom wytrzymałościowym.
Start w Daegu potraktuje pan jako najważniejszy test w dotychczasowej karierze?
Trudne pytanie. Do tej pory w mistrzostwach świata startowałem raz przed dwoma laty w Berlinie. Odpadłem w półfinale. Sam jestem ciekaw jak zaaklimatyzuję się w Korei bo jeżeli chodzi o warunki pogodowe to jeszcze nigdy nie miałem okazji startować przy tak wysokiej temperaturze i wilgotności. Jestem jednak ciepłolubną osobą dlatego liczę że nie nastręczy mi to zbyt dużych kłopotów.
Na koniec o taktyce czyli tym elemencie którym zachwycał pan w każdej wielkiej imprezie od 2010 r. Co specjalnego szykuje pan na Daegu?
Nie wiem… (śmiech) Taktykę ustalam dzień przed startem. Dokładnie analizuję skład biegu, formę rywali, ich sposób biegania, zastanawiam się co może się zdarzyć podczas. Krótko mówiąc lubię rozłożyć każdy metr biegu na części pierwsze i szczegółowo go zanalizować na zasadzie ‘co jeżeli’… Staram się przygotować na wszystkie ewentualne zdarzenia. Podczas walki na 800 m nie ma czasu na myślenie. Trzeba wystartować i na bieżąco reagować na to co dzieje się dookoła. Każda chwila zawahania może kosztować bardzo dużo.
rozm. ps/nd /20.8.2011/
***
Na jeden dzień wystarczy
Starszy szeregowiec Paweł Wojciechowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) który wynikiem 5.91 pobił w Szczecinie 23-letni rekord Polski w skoku o tyczce Mirosława Chmary przypuszcza że co najmniej przez tydzień będzie w amoku…
Rozmowa z nowym rekordzistą Polski Pawłem Wojciechowskim
Kiedy pan uwierzył że dziś skoczy bardzo wysoko?
Po pierwszej udanej próbie na 5.40. A tak naprawdę to zawsze do konkursów podchodzę z zamiarem skoczenia jak najwyżej. Dziś czułem się bardzo dobrze i ten pierwszy skok był dla mnie potwierdzeniem że można pofrunąć wysoko.
Co się zdarzyło od 13 do 15 sierpnia? W sobotę, ostatnim dniu mistrzostw Polski w Bydgoszczy ledwie 5.60 i dopiero 3 miejsce, a dziś 31 cm wyżej.
Nic się nie stało. Tamten konkurs nie był dla mnie nieudany. Czułem że skaczę dobrze. Zabrakło dosłownie niuansów do tego by pokonać wyżej poprzeczkę. Minusem była też pogoda, zimno i długie czekanie na swoją kolejkę. To sprawiło że wysokość nie była taka jakiej oczekiwałem. Dziś wszystko było idealne: pogoda, forma i publiczność która mnie niosła. Uwielbiam skakać w takiej atmosferze gdzie ludzie są blisko i ma się bezpośredni kontakt.
Tego rodzaju mityng to impreza o charakterze komercyjnym…
Lubię skakać w takich warunkach, na sztucznie zbudowanym rozbiegu, na podestach. To sprężynuje. Ale i są zawodnicy którym to nie pasuje.
Po tym jak poprawił pan rekord mityngu ustanowiony osiem lat temu – podjął pan próbę bicia rekordu Polski. Poprzeczka poszła aż o 16 cm wyżej. Czyj był to pomysł?
Tylko mój. Chciałem i miałem w planach bicie rekordu kraju. Może nie dziś ale w tym sezonie. Nadarzyła się jednak okazja więc czemu z niej nie skorzystać.
Wynik 5.91 jest najlepszym w tym roku na świecie. To dobry prognostyk przed startem w mistrzostwach globu w Korei Południowej?
Każdy konkurs jest inny. Nie wiadomo jak się potoczy ten w Daegu. Jest Francuz Renaud Lavillenie czy Niemiec Malte MohrGer; są bardzo mocni. Ja chciałbym przede wszystkim ustabilizować formę na wysokim poziomie.
Rozdając autografy sprawiał pan wrażenie jakby co jakiś czas docierało do pana to czego dokonał. Co chwilę emanowała od pana ogromna radość.
To jest taki amok w którym jestem po tym skoku. Myślę że potrzyma mnie jeszcze przez tydzień.
Wysokość 6.01 była blisko. Dlaczego zrezygnował pan z trzeciej próby?
Z jednej strony zmęczenie zaczęło dawać znać a z drugiej nadmiar emocji. Wygrałem konkurs, poprawiłem rekord mityngu, a potem Polski. Za dużo emocji jak na jeden dzień. Stwierdziłem że wystarczy.
Kiedy wybiera się pan do Daegu?
19 sierpnia. W środę mam w planie jeszcze jeden konkurs w Międzyzdrojach, poświęcony pamięci Władysława Komara i Tadeusza Ślusarskiego.
Jest pan dość anonimowym rekordzistą Polski…
Gdy miałem 9 lat zaraził mnie tyczką wujek Dariusz Wojciechowski który był medalistą mistrzostw Polski juniorów. Potem go przeskoczyłem i już sam bardzo chciałem skakać wyżej i wyżej…
rozm. mb/pap /16.8.2011/
NAJWYŻEJ W TYM ROKU!
Paweł Wojciechowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) wynikiem 5.91 ustanowił rekord Polski podczas 7 mityngu skoku o tyczce w Szczecinie. Poprzedni wynosił 5.90 i od 23 lat (od 27 czerwca 1988) należał do Mirosława Chmary (Zawisza Bydgoszcz)
St. szeregowiec Wojciechowski który w sobotę na bydgoskim stadionie zdobył brązowy medal mistrzostw kraju rezultatem 5.60 – w poniedziałek próbował jeszcze pokonać wysokość 6.01. Po dwóch nieudanych podejściach z trzeciego zrezygnował.
5.91 to najlepszy w tym roku wynik na świecie. Dotychczas największym osiągnięciem 22-letniego Wojciechowskiego na stadionie było 5.81. Tyle skoczył 23 lipca w Rio de Janeiro gdzie zdobył złoty medal Światowych Wojskowych Igrzysk Sportowych.
W mistrzostwach świata które 27 sierpnia rozpoczną się w koreańskim Daegu w konkursie skoku o tyczce wystąpi trzech polskich lekkoatletów: oprócz Wojciechowskiego – jego kolega klubowy Łukasz Michalski oraz mistrz kraju Mateusz Didenkow (SKLA Sopot).
Spektakl jednego aktora obejrzeli 15 sierpnia w Szczecinie widzowie 7 nocnego mityngu w skoku o tyczce. Paweł Wojciechowski nie miał sobie równych chociaż najjaśniejszymi gwiazdami mieli być mistrzowie świata – z 2003 r. Włoch Giuseppe Gibilisco i z 2007 Amerykanin Brad Walker, drugi do poniedziałku na liście najlepszych tyczkarzy globu (5.84), za Francuzem Renaudem Lavillenie (5.90).
Niestety obaj ‘wielcy’ byli dalecy od wysokiej formy. Włocha nie zmobilizowało nawet że walczył o minimum mistrzostw świata. 5.60 było dla Gibilisco nieosiągalne. Zresztą nie tylko dla niego, także dla wszystkich pozostałych lekkoatletów, poza Wojciechowskim.
22-letni bydgoszczanin poprzeczkę zawieszoną na tej wysokości pokonał w pierwszej próbie, zapewniając sobie zwycięstwo. Gdy rywale odpadli z konkursu zaproponował 5.75 – o pięć cm wyżej niż wynosił rekord szczecińskiego mityngu ustanowiony w pierwszej jego edycji w 2003 r. przez Amerykanina Tobyego Stevensona, późniejszego wicemistrza olimpijskiego z Aten.
Okazało się że pokonanie poprzeczki na 5.75 poszło Wojciechowskiemu łatwiej niż przy 5.60 kiedy otarł się o nią i długo spoglądał w górę czy nie spadnie. Po kolejnej udanej próbie jego ambicja sięgnęła rekordu Polski. Kiedy Chmara zaliczył tę wysokość – Wojciechowskiego jeszcze nie było na świecie. Urodził się niemal dokładnie rok później.
Pierwsza próba na 5.91 była nieudana. Po niej podszedł do trenera m.in. Moniki Pyrek – Wiaczesława Kaliniczenki, skonsultował skok, wymienił tyczkę i przy ogromnym aplauzie trzech tysięcy widzów zaliczył z dużym zapasem 5.91. Próbował jeszcze – dwukrotnie na 6.01.
‘W związku z tym co nam Paweł dziś zaserwował zdecydowaliśmy o podwojeniu nagrody pieniężnej’ – poinformował Piotr Krzystek. W regulaminie zapisano że triumfator otrzyma 3000 zł plus tysiąc za pobicie rekordu mityngu.
Po konkursie Wojciechowski rozdał setki autografów. Wcześniej płakał jak bóbr pozując do zdjęć przy tablicy w wynikiem 5.91.
Wyniki:
1. Paweł Wojciechowski (Polska) 5.91 rek. Polski
2. Igor Byczkov (Hiszpania) 5.50
3. Brad Walker (USA) 5.50
4. Hendrik Gruber (Niemcy) 5.50
. Anton Iwakin (Rosja) 5.50
Paweł Wojciechowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) został 21 rekordzistą Polski w skoku o tyczce. Urodził się on 6 czerwca 1989 r.
Pierwszy wynik Pawła Wojciechowskiego w bazie PZLA:
2.50 (17.05.2001 Bydgoszcz) 20 dni przed 12 urodzinami
Największe sukcesy Wojciechowskiego:
2008 – wicemistrz świata juniorów (Bydgoszcz)
2011 – młodzieżowy mistrz Europy (Ostrawa)
2011 – mistrz świata wojskowych (Rio de Janeiro)
2011 – czwarty w halowych mistrzostwach Europy (Paryż)
2011 – brązowy medal mistrzostw Polski
Trenerzy: Roman Dakiniewicz, Włodzimierz Michalski
int.pl/pap /15.8.2011/
HISTORIA REKORDU POLSKI
Jedenaście razy rekord Polski bił Stefan Adamczak, ośmiokrotnie – Władysław Kozakiewicz
3.21 Kazimierz Cybulski (Pogoń Lwów) 13.10.12 Lwów
3.21 Stefan Adamczak (AZS Poznań) 6.08.22 Praga
3.23 Stefan Adamczak (Pentatlon Poznań) 10.06.23 Poznań
3.27 Stefan Adamczak (Pentatlon Poznań) 21.09.23 Warszawa
3.32 Stefan Adamczak (Pentatlon Poznań) 18.05.24 Poznań
3.41 Stefan Adamczak (Pentatlon Poznań) 29.05.24 Poznań
3.43 Stefan Adamczak (Pentatlon Poznań) 15.08.25 Kraków
3.54 Antoni Rzepka (AZS Lwów) 16.08.25 Kraków
3.60 Stefan Adamczak (Pentatlon Poznań) 24.10.25 Poznań
3.61 Stefan Adamczak (AZS Warszawa) 31.07.27 Zagrzeb
3.64 Stefan Adamczak (AZS Warszawa) 6.07.29 Poznań
3.68 Stefan Adamczak (AZS Warszawa) 15.06.30 Warszawa
3.70 Stefan Adamczak (AZS Warszawa) 14.09.30 Brno
3.71 Bronisław Frost (Sokół Grudziądz) 19.06.32 Bydgoszcz
3.74 Juliusz Kluk (Sokół Lwów) 28.08.32 Lwów
3.97 Wilhelm Schneider (Pogoń Katowice) 18.07.35 Katowice
4.10 Wilhelm Schneider (Pogoń Katowice) 11.08.35 Amsterdam
4.14 Wilhelm Schneider (Pogoń Katowice) 13.10.35 Budapeszt
4.21 Edward Adamczyk (OWKS Wrocław) 13.08.53 Wrocław
4.33 Edward Adamczyk (Gwardia Wrocław) 13.06.54 Wrocław
4.36 Edward Adamczyk (Gwardia Wrocław) 2.07.55 Berlin
4.43 Edward Adamczyk (Gwardia Wrocław) 25.09.55 Poznań
4.46 Zenon Ważny (AZS Warszawa) 22.09.56 Warszawa
4.47 Zenon Ważny (AZS Warszawa) 27.09.56 Kopenhaga
4.53 Zenon Ważny (AZS Warszawa) 2.08.56 Warszawa
4.56 Janusz Gronowski (Gwardia Warszawa) 10.06.62 Warszawa
4.65 Janusz Gronowski (Gwardia Warszawa) 26.05.63 Warszawa
4.69 Włodzimierz Sokołowski (Lotnik Warszawa) 2.06.63 Warszawa
4.69 Janusz Gronowski (Gwardia Warszawa) 2.06.63 Warszawa
4.70 Włodzimierz Sokołowski (Lotnik Warszawa) 26.07.63 Warszawa
4.70 Włodzimierz Sokołowski (Lotnik Warszawa) 4.06.64 Saint Maur
4.70 Leszek Butscher (AZS Warszawa) 13.06.64 Warszawa
4.70 Włodzimierz Sokołowski (Lotnik Warszawa) 13.06.64 Warszawa
4.74 Włodzimierz Osiński (AZS Poznań) 20.06.64 Kalisz
4.84 Włodzimierz Sokołowski (Lotnik Warszawa) 21.06.64 Warszawa
4.87 Włodzimierz Osiński (AZS Poznań) 2.07.64 Łódź
5.02 Włodzimierz Sokołowski (Lotnik Warszawa) 12.07.64 Spała
5.05 Włodzimierz Sokołowski (Lotnik Warszawa) 1.07.67 Chorzów
5.07 Leszek Butscher (Legia Warszawa) 15.06.68 Warszawa
5.10 Zygmunt Dobrosz (AZS Wrocław) 17.05.70 Zabrze
5.12 Zygmunt Dobrosz (AZS Wrocław) 6.06.70 Wrocław
5.15 Wojciech Buciarski (Skra Warszawa) 3.09.70 Warszawa
5.21 Wojciech Buciarski (Skra Warszawa) 25.07.71 Warszawa
5.25 Wojciech Buciarski (Skra Warszawa) 17.06.72 Edynburg
5.25 Tadeusz Olszewski (Legia Warszawa) 15.07.72 Olsztyn
5.29 Tadeusz Ślusarski (Skra Warszawa) 6.08.72 Bydgoszcz
5.30 Tadeusz Ślusarski (Skra Warszawa) 18.08.72 Warszawa
5.33 Paweł Iwiński (Budowlani Bydgoszcz) 2.06.73 Warszawa
5.35 Władysław Kozakiewicz (Bałtyk Gdynia) 12.07.73 Gdańsk
5.42 Tadeusz Ślusarski (Skra Warszawa) 20.06.74 Warszawa
5.45 Wojciech Buciarski (Legia Warszawa) 28.05.75 Warszawa
5.50 Wojciech Buciarski (Legia Warszawa) 5.06.75 Paryż
5.60 Władysław Kozakiewicz (Bałtyk Gdynia) 20.06.75 Warszawa rek.Europy
5.62 Władysław Kozakiewicz (Bałtyk Gdynia) 29.05.76 Bydgoszcz rek.Europy
5.62 Tadeusz Ślusarski (Górnik Zabrze) 29.05.76 Bydgoszcz rek.Europy
5.64 Władysław Kozakiewicz (Bałtyk Gdynia) 12.06.77 Warszawa rek.Europy
5.66 Władysław Kozakiewicz (Bałtyk Gdynia) 17.07.77 Warszawa rek.Europy
5.72 Władysław Kozakiewicz (Bałtyk Gdynia) 11.05.80 Mediolan rek.świata
5.75 Władysław Kozakiewicz (Bałtyk Gdynia) 30.07.80 Moskwa
5.78 Władysław Kozakiewicz (Bałtyk) 30.07.80 Moskwa rek.świata
5.80 Marian Kolasa (Bałtyk Gdynia) 1.09.85 Kamp-Lintfort
5.80 Marian Kolasa (Bałtyk Gdynia) 5.09.87 Rzym
5.80 Mirosław Chmara (Zawisza Bydgoszcz) 27.06.88 Lille
5.90 Mirosław Chmara (Zawisza Bydgoszcz) 27.06.88 Lille
5.91 Paweł Wojciechowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) 15.08.11 Szczecin
int.pl/pap /16.8.2011/
***
Osiem medali Polaków
Osiem medali 8 lekkoatletycznych młodzieżowych mistrzostw Europy zdobyli w Ostrawie reprezentanci Polski. Złote przywieźli Adam Kszczot w biegu na 800 m, Paweł Wojciechowski w skoku o tyczce oraz Paweł Fajdek w rzucie młotem
Ten dorobek dał Polsce piąte miejsce w klasyfikacji medalowej za Rosją – 21 (10-6-5), W. Brytanią – 19 (6-5-8), Ukrainą – 14 (5-8-1) i Niemcami – 15 (4-3-8)
W niedzielę, ostatnim dniu zawodów, biało-czerwoni wywalczyli trzy medale. Oprócz Fajdka (KS Agros Zamość) ze srebra cieszyli się: w chodzie na 20 km Dawid Tomala (AZS AWF Katowice) oraz sztafeta 4×400 m w składzie: Michał Pietrzak (AZS AWF Katowice), Jakub Krzewina (AZS AWF Kraków), Łukasz Krawczuk (WKS Śląsk Wrocław) i Mateusz Fórmański (ZLKL Zielona Góra).
Fajdek wygrał konkurs wynikiem 78.54. O 41 cm poprawił rekord życiowy jaki ustanowił 9 lipca w Madrycie, gdzie wypełnił minimum na mistrzostwa świata w południowokoreańskim Daegu (27 sierpnia-4 września).
W finale tej konkurencji wystartowało jeszcze dwóch Polaków – piąte miejsce zajął Wojciech Nowicki (KS Podlasie Białystok) 72.20, a jedenaste Norbert Rauhut (RKS Skra Warszawa) 70.44.
Tomala uzyskał na 20 km rezultat 1:24.21 i przegrał z Rosjaninem Petrem Bogatirewem zaledwie o sekundę. Dziesiąty był Wojciech Halman (Lechia Gdańsk) – 1:29.46. Na tym samym dystansie wśród kobiet Katarzyna Golba (AZS AWF Kraków) była siódma 1:39.36, a Magdalena Jasińska (Gwda Piła) dziesiąta – 1:44.18).
Tradycyjnie zawody zakończył bieg rozstawny 4×400 m mężczyzn. Po emocjonującym pojedynku Brytyjczycy (3.03.53) nieznacznie wyprzedzili Polaków (3.03.62).
W 8 lekkoatletycznych młodzieżowych mistrzostwach Europy które od czwartku do niedzieli odbywały się w Ostrawie wystąpiło 37 polskich zawodników i 30 zawodniczek.
Medale w polskiej ekipie zdobyli:
złote
Adam Kszczot (RKS Łódź) – 800 m
Paweł Wojciechowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) – skok o tyczce
Paweł Fajdek (KS Agros Zamość) – rzut młotem
srebrne
Joanna Fiodorow (Prefbet Śniadowo Łomża) – rzut młotem
Anna Kiełbasińska (AZS AWF Warszawa) – 200 m
Dawid Tomala (AZS AWF Katowice) – chód na 20 km
Michał Pietrzak (AZS AWF Katowice), Jakub Krzewina (AZS AWF Kraków),
Łukasz Krawczuk (WKS Śląsk Wrocław), Mateusz Fórmański (ZLKL Zielona Góra) 4×400 m
brązowy
Anna Jagaciak (Juvenia Puszczykowo) – trójskok
Klasyfikacja medalowa: złote srebrne brązowe razem
1. Rosja 10 6 5 21
2. W. Brytania 6 5 8 19
3. Ukraina 5 8 1 14
4. Niemcy 4 3 8 15
5. Polska 3 4 1 8
6. Rumunia 3 1 1 5
W ośmiu edycjach mistrzostw Polacy zdobyli 86 medali.
pap /17.7.2011/
***
Kszczot obronił złoto!
Adam Kszczot (RKS Łódź) obronił w Ostrawie tytuł młodzieżowego mistrza Europy w biegu na 800 m. Brązowy medal zdobyła w trójskoku Anna Jagaciak (Juvenia Puszczykowo) i dzięki temu zapewniła sobie udział w mistrzostwach świata w koreańskim Daegu
Z dotychczasowych siedmiu edycji młodzieżowych mistrzostw Europy Polacy przywieźli 79 medali. Osiemdziesiąty wywalczył w piątek Kszczot
Od eliminacji radził sobie bardzo dobrze i w finale tylko postawił kropkę nad i. Na ostatnich metrach przycisnął go jeszcze Hiszpan Kevin Lopez. Ale łodzianin wyprzedził go jednak o 0.22 s.
– To dla mnie bardzo ważne zwycięstwo. W finale walka była niesamowita. Kevin okazał się groźnym przeciwnikiem. Jestem bardzo szczęśliwy że udało mi się obronić tytuł. Dzięki niewielkiej odległości od Polski przyjechali do Ostrawy moi kibice. To także było dla mnie dużym wsparciem – powiedział Kszczot, brązowy medalista mistrzostw Europy z Barcelony (2010).
Podopieczny Stanisława Jaszczaka miał czas 1.46.71. Finiszujący za nim Lopez 1.46.93, a trzeci Brytyjczyk Mukhtar Mohammed 1.48.01.
W trójskoku Jagaciak zdobyła brąz i zagwarantowała sobie udział w najważniejszej lekkoatletycznej imprezie tego roku – mistrzostwach świata w Daegu (Kszczot już wcześniej wywalczył sobie miejsce w reprezentacji). Prezes PZLA Jerzy Skucha przypomniał że zgodnie z zasadami kwalifikacji do Daegu (27 sierpnia-4 września) pojedzie każdy medalista młodzieżowych mistrzostw Europy, jeżeli w wyznaczonym terminie uzyska minimum IAAF kategorii B, chyba że trzech innych lekkoatletów osiągnie wyniki lepsze od wskaźnika A.
Jagaciak tym razem nie miała kłopotów z trafieniem w belkę. Każda z sześciu prób była udana. Przy bezwietrznej pogodzie uzyskała 13.86. Znalazła się wówczas na 2 pozycji ale skacząca za nią Rumunka Carmen Toma w tej samej kolejce osiągnęła 13.92 co zapewniło jej srebro.
Najlepsza okazała się Greczynka Paraskevi Papahristou która zwycięstwo wywalczyła już pierwszym skokiem 14.40.
– Jestem bardzo zadowolona z medalu, ale… w trakcie konkursu miałam nadzieję na srebro. Nie lubię takiej pogody jaka panowała w piątek w Ostrawie, nie czułam się najlepiej. Moje nogi były ciężkie i może to było przyczyną że nie do końca technicznie wszystko wychodziło jak chciałam – oceniła Jagaciak która na co dzień trenuje ze swoim ojcem Jarosławem.
O pechu może mówić Anna Kiełbasińska (AZS AWF Warszawa). Zaledwie 0.02 s zabrakło jej do podium w biegu na 100 m. Na ostatnich metrach przegrała z Niemką Leną Guenther – 11.75. Najszybsza była Rumunka Andrea Ograzeanu – 11.65, a tuż za nią uplasowała się Ukrainka Daria Piżankowa – 11.69.
Czwarta w pchnięciu kulą była także Paulina Guba. Zawodniczka OKS Start Otwock rezultatem 17.17 poprawiła o 26 cm rekord życiowy. Medal był raczej poza jej zasięgiem.
pap /15.7.2011/
***
Betty Heidler oficjalnie rekordzistką
Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) zatwierdziło rekord świata Niemki Betty Heidler w rzucie młotem
21 maja podczas mityngu w Halle uzyskała ona 79.42 m poprawiając o ponad metr osiągnięcie Anity Włodarczyk
Rekord Włodarczyk, mistrzyni świata z 2009 r. (wynik 77.96 był wówczas najlepszy na świecie), przetrwał niespełna rok. Polka 6 czerwca 2010 w Bydgoszczy posłała młot na odległość 78.30.
IAAF zatwierdziło również dwa inne rekordy świata, w tym jeden seniorski – kobiecej sztafety Rosji na dystansie 4×800 metrów (8.06,24) z 18 lutego.
pap /12.7.2011/
***
Miałam bardzo dużo szczęścia
– Nie ukrywam że po tym wypadku byłam w szoku. I dochodzę do wniosku że miałam bardzo dużo szczęścia, że to skończyło się tylko na rozciętej skórze – powiedziała nasza mistrzyni świata w skoku o tyczce Anna Rogowska
Rozmowa z Anną Rogowską
Od zawodów na molo kiedy pani tyczka rozleciała się minęło kilka dni. Jak się pani czuje?
Ze zdrowiem bywało lepiej. Na szczęście dłoń nie boli aż tak bardzo. Lekarze znakomicie zszyli ranę co zostało potwierdzone podczas kontroli w Monachium. Teraz potrzeba tylko czasu by rana się zagoiła.
A jakie są rokowania co do pani powrotu do startów?
Takie rany goją się różnie. Mam nadzieję że do startów wrócę jak najszybciej. Oby proces leczenia przebiegał bez żadnych komplikacji i będę mogła niebawem wrócić do treningu. Na razie muszę czekać na ściągnięcie szwów a to nastąpi najwcześniej po dziesięciu dniach od założenia.
Analizowała już pani sytuację z tego feralnego konkursu?
Nie. To jest dla mnie dosyć nieprzyjemna sytuacja do której nie chcę wracać. Będę musiała o tym wypadku jak najszybciej zapomnieć. Nie ma co ukrywać że sprzęt czasami zawodzi. To nie pierwszy taki przypadek w Polsce i na świecie. Jestem przekonana że tyczka nie pękła z mojej winy. Mam potwierdzenie od wielu osób że zawiódł właśnie sprzęt. Mam świadomość że tyczki są bardzo delikatne i dlatego bardzo o nie dbałam. Na tym komplecie skakałam od półtora roku. Tyczka na której skakałam podczas tych zawodów była twarda. Mogła być zatem jakaś wada produkcyjna albo po prostu została w jakiś sposób mechanicznie uszkodzona. Na przykład ktoś mógł na nią nadepnąć albo po prostu uderzyła o stojak i to wystarczyło by doszło do mikroskopijnego uszkodzenia.
Czy – tak na wszelki wypadek – posłała pani ten komplet tyczek do sprawdzenia?
Nie. To byłoby zbyt czasochłonne zajęcie. Nie będę już skakała na tym komplecie tyczek. Rozmawiałam już z producentem który przyśle mi nowy komplet. Zawsze dbałam o swój sprzęt i bardzo się do niego przywiązuję. Dlatego trudno mi będzie rozstać z się z tymi tyczkami. Na nich naprawdę wiele osiągnęłam. Na nich wywalczyłam ostatni tytuł mistrzyni Europy w hali a ponadto uzyskałam wiele wspaniałych wyników. Ze względów bezpieczeństwa trzeba jednak je wymienić.
Na pewno po takim wypadku nie czuje się pani komfortowo. Mam na myśli psychikę. Ale pewnie kiedy emocje już opadły odetchnęła pani z ulgą że skończyło się tylko na rozcięciu dłoni. Bo pęknięcia tyczek mogą doprowadzić do dużo groźniejszych urazów.
Nie ukrywam że kiedy doszło do wypadku – byłam w sporym szoku. Takiej rzeczy po prostu żaden zawodnik nie przewiduje. Oczywiście wszyscy skaczący mają świadomość że jest to niebezpieczna konkurencja ale zawsze zakładamy optymistyczną wersję. Teraz rzeczywiście dochodzę do wniosku że miałam bardzo dużo szczęścia, że skończyło się tylko na rozciętej skórze. Mam też drobne stłuczenie. Ale także potwierdzenie – co najważniejsze – że kości są całe. Przy tego typu zdarzeniach bardzo często dochodzi bowiem do złamania kciuka. Najczęściej jest to uraz lewej dłoni. Tyczka w takich sytuacjach – łamiąc się – całą energię z którą się wybija i prostuje – uderza w zawodnika. Ta rana powstała właśnie od eksplozji. Cała energia jaka drzemała w tyczce została wyładowana na mojej dłoni wokół kciuka.
Będzie pani miała teraz zaufanie do tyczek?
Muszę. Nie mam wyjścia. Bardzo kocham skakanie. Nie wyobrażam sobie w ogóle że ten wypadek miałby spowodować że nie wróciłabym do skakania. Trzeba się po prostu jak najszybciej z tego otrząsnąć i nie dopuszczać do siebie myśli że taka sytuacja może się jeszcze kiedyś przytrafić.
Kiedy wróci pani do treningu?
Na razie do niedzieli miałam całkowicie wolny czas od zajęć. Biorę antybiotyk by w ranę nie wdało się żadne zakażenie. Ona była przecież mocno zabrudzona bo na tej dłoni miałam magnezję. Muszę zadbać by gojenie przebiegało bez komplikacji. Dopiero po ściągnięciu szwów będę mogła podjąć normalny trening. Czas pokaże kiedy będę mogła wrócić do skakania.
Rozumiem że występ na mistrzostwach świata nie jest raczej zagrożony?
Nie mogę powiedzieć że pojadę i nie mogę powiedzieć, że nie pojadę. Nastawiam się że wszystko będzie dobrze. Nie biorę pod uwagę pesymistycznego wariantu. Czas jednak pokaże kiedy wrócę do skakania. Bo że wrócę – to pewne.
rozm. tk/onet /3.7.2011/
***
Proszę się o mnie nie martwić
Co pani pamięta z wypadku?
Każdą chwilę. Po założeniu tyczki do dołka, kiedy się już wznosiłam, byłam przekonana że oddam dobry skok i pokonam wysokość. Bardzo często tak się dzieje że zawodnik wcześnie wie że jest w stanie uzyskać oczekiwany wynik albo odwrotnie – popełnił błąd i poprzeczkę zrzuci. Zdążyłam tylko pomyśleć: ‘Jest dobrze’ – i nagle tyczka pękła. Przyznam szczerze że byłam w takim samym szoku jak kibice na molo. Byłam zdezorientowana, dopiero po chwili leżąc na zeskoku uświadomiłam sobie że pękła tyczka. Proszę sobie wyobrazić tę sytuację, wznosiłam się do góry z nogami ku poprzeczce a głową w stronę dołka, kompletnie nie miałam pojęcia co dzieje się za moimi plecami. Jedyne co mogłam zrobić to starać się miękko wylądować. Niestety takie rzeczy się zdarzają. Skok o tyczce nie jest do końca bezpieczną konkurencją. Wierzę jednak że podobna niespodzianka już mnie więcej nie spotka.
Wszystko skończyło się chyba w miarę dobrze bo pęknięta tyczka może doprowadzić do bardzo poważnej kontuzji, eliminującej ze startów na długi czas.
Tak, mogło być gorzej. W podobnych sytuacjach często dochodzi do złamań kciuka, czyli katastrofy dla tyczkarza. Ja wiem że miałam sporo szczęścia ponieważ tylko rozcięłam dłoń. Tak naprawdę nie skaleczył mnie żaden odłamek, rana powstała od eksplozji – energia która wyzwoliła się w chwili złamania wyładowała się na mojej dłoni. Powiedziałam ‘tylko’ a to słowo powinno być jednak brane w cudzysłowo bo i tak w najlepszym przypadku czeka mnie kilka tygodni przerwy w treningach. I nie jestem w stanie powiedzieć że na sto procent w mistrzostwach świata wystąpię. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie by było inaczej. Wracając jeszcze do ‘pamiątek’ po wypadku – jedna z dwóch pękniętych części tyczki uderzyła mnie w głowę. Po samym zdarzeniu nic nie czułam i dopiero następnego dnia okazało się że mam ogromnego guza.
Długo analizowała pani przyczyny pęknięcia?
Stuprocentowej pewności nie mam, nie ma chyba nikt. Z mężem trenerem dużo rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku że po prostu nie na wszystko mamy wpływ. Możemy pracować z całych sił, robić co wydaje się nam słuszne a życie i tak wszystko weryfikuje. Oczywiście rozważaliśmy różne możliwe przyczyny. Jeżeli chodzi o dbanie o sprzęt, nie mamy sobie nic do zarzucenia. Wiemy doskonale że od tego zależy moje bezpieczeństwo. Jak będę chuchać na tyczki – to będą wysoko mnie nieść. Przechowujemy je w specjalnych tubach, odpowiednio zabezpieczamy podczas transportu samolotem, słowem dokładamy wszelkich starań by cały czas były w idealnym stanie. Mój skok był nagrywany z wielu kamer i dzięki temu mogliśmy dokładnie go przeanalizować. Proszę mi wierzyć – nie popełniłam żadnego błędu który mógłby skutkować pęknięciem. Skąd więc się wzięło? Być może tyczka miała jakiś mały odprysk, niedostrzegalny wręcz dla zawodnika. Czasami poprzeczki spadają na tyczki, tyczki odbijają się od stojaka, ktoś przypadkiem może na nie nadepnąć. Takie zdarzenia je osłabiają.
Nie będzie się pani podświadomie bać gdy znów stanie na rozbiegu? Podobne wydarzenia nie zostawiają jakiegoś śladu w psychice?
W takich chwilach zawodnik powinien jak najszybciej wrócić na rozbieg, wykonać choćby sam przejazd, założenie, nie oddając nawet skoku. Odbudować zaufanie, tak do siebie, jak i sprzętu. To ważne bo im dłuższa przerwa tym uraz może być większy. Ale proszę się o mnie nie martwić. Wypadek nie spowodował że przestałam kochać skakanie, nie odebrał mi radości z uprawiania sportu. Takie rzeczy się zdarzają. Znakomity Francuz Renaud Lavillenie, najlepszy obecnie skoczek świata, zdolny pokonać poprzeczkę na wysokości 6 metrów, w samym 2011 r. miał kilka podobnych zdarzeń. Jedni nazywają to nieszczęściem, inni złośliwością rzeczy martwych, a ja myślę że nie ma co nad tym zbyt długo się rozwodzić. Gdyby nie to że tuż po wypadku musiałam mieć założone szwy – pewnie bym dokończyła sopocki mityng…
Historia sportu jest pełna zawodników którzy tuż przed wielkimi imprezami mieli wypadki, błyskawicznie wracali do zdrowia i odnosili na nich wielkie sukcesy. Choćby inny skoczek – narciarski – Simon Ammann przed igrzyskami w Salt Lake City.
I liczę że podobnie będzie w moim przypadku, że to wszystko jeszcze bardziej wzmocni mnie psychicznie. Przecież przeszkody hartują – prawda? Muszę tylko wrócić do sprawności fizycznej, o psychikę w ogóle się nie martwię. To co się stało nie pokrzyżuje moich planów olimpijskich i walki o medal w Londynie. Oczywiście skłamałabym gdybym powiedziała że pierwsze dni po wypadku były łatwe. Nie były a to dlatego że jako osoba szalenie aktywna, leworęczna, praktycznie nic nie mogłam sama robić. Nie byłam w stanie się uczesać, wziąć kąpieli. Musiałam liczyć na pomoc bliskich. Dopiero teraz gdy powoli wszystko wraca do normy jako tako funkcjonuję. Przed tyczkarskimi imprezami zazwyczaj życzy się zawodnikom połamania tyczek. Przez dłuższy czas chyba tych słów nie usłyszę.
rozm. ps/nd /7.7.2011/
***
Tyczka pęka ale nie Rogowska
Wszystko wskazuje że Anna Rogowska będzie mogła bronić w Daegu złotego medalu mistrzostw świata
Osiem szwów jakie lekarze założyli na lewej ręce lekkoatletki zostanie zdjętych za dwa tygodnie
Nie wiadomo jednak kiedy dokładnie mistrzyni świata wznowi regularny trening po wypadku ze złamaniem tyczki na molo w Sopocie
Do złamania sprzętu firmy Pacer doszło najprawdopodobniej dlatego że tyczki tego amerykańskiego producenta są dosyć ryzykowną kompozycją fiberglassu z grafitem. Mimo to używa ich wiele tyczkarskich gwiazd – między innymi czwarty w igrzyskach w Pekinie Amerykanin Derek Miles (rek. 5.85 m)
Rogowska jest najbardziej znaną ‘twarzą’ Pacera którego fabryka – Gill Factory – mieści się w Champaign (stan Illinois) gdzie kiedyś produkowano jeszcze tyczki metalowe. Z ich pomocą mający polskie korzenie reprezentant USA Bob Gutowski ustanowił w 1957 rekord świata 4.78 m.
Akurat dziś w Champaign rozpoczyna się dwudniowy mityng promocyjny w którego programie oprócz samego skakania o tyczce przewidziano sympozjum na temat zalet tyczek marki Pacer. Wypadek Rogowskiej w Green-Up Tyczce na Molo zdarzył się zatem w fatalnym momencie. Tym bardziej że film z sopockiego molo błyskawicznie obiegł świat. Pewnym pocieszeniem dla producenta jest fakt że używająca również jego tyczek Niemka Martina Strutz wygrała w Sopocie wynikiem 4.70 a w poprzednich dwu startach też wzniosła się ponad tę wysokość.
Niewykluczone że Rogowska dobrała sobie do ataku na 4.70 trochę za miękką tyczkę i to w pewnym stopniu przyczyniło się do złamania. Na razie jednak nie ma tragedii bo mistrzostwa świata w Daegu rozpoczynają się dopiero 27 sierpnia i rekordzistka Polski (4.85) będzie mieć czas by się do nich po okresie rehabilitacji zdrowotnej przygotować. Warto zauważyć że wypadek na molo miał i tak bardzo szczęśliwy finał. W Stanach Zjednoczonych skok o tyczce uważany jest za dyscyplinę sportu która niesie ze sobą największe śmiertelne żniwo (tylko w 2001 r. zabiło się 16 tyczkarzy). Nic dziwnego że na poziomie szkoły średniej w wielu stanach narzuca się obowiązek skakania w kaskach.
Jeżeli chodzi o nasze podwórko to w tym roku wyjątkowym pechowcem jest halowy rekordzista Polski Paweł Wojciechowski któremu tyczki pękły – acz nie złamały się całkowicie – trzy razy (ostatnio podczas konkursu w Biberach).
Wypada mieć nadzieję że Rogowska nie będzie mieć aż tak wielkiego pecha. – Ania straci zapewne tylko dwa zaplanowane starty w Diamentowej Lidze: 10 lipca w Birmingham i 29 lipca w Sztokholmie a powinna być gotowa do występu 5 sierpnia w Londynie – tłumaczył menedżer tyczkarki SKLA Sopot Janusz Szydłowski.
mp/ps /1.7.2011/
***
Skakała i pękła
Mistrzyni świata w skoku o tyczce Anna Rogowska trafiła do szpitala po tym jak podczas konkursu na sopockim molo rozcięła dłoń
Podczas skoku pękła jej tyczka. Rogowską czeka ponoć trzytygodniowa przerwa
Wypadek zdarzył się kiedy Rogowska atakowała 4.70
W momencie wybicia tyczka pękła, zawodniczka upadła na plecy. Na szczęście wylądowała na gąbkę.
– Taka sytuacja zdarzyła się nam pierwszy raz – powiedział trener i mąż zawodniczki Jacek Torliński.
Zdaniem dyrektora sportowego PZLA Piotra Haczka zawodniczka powinna za mniej więcej trzy tygodnie wrócić do skakania. – Ania ma założone na lewą dłoń szwy które zostaną zdjęte po około dziesięciu dniach. Według wstępnych prognoz po trzech tygodniach być może weźmie tyczkę do ręki – poinformował Haczek.
– Są to tylko przewidywania gdyż u jednej osoby taki uraz goi się szybko a u innej dłużej. Są metody przyspieszające gojenie się ran i z pewnością zostaną one wykorzystane przy leczeniu Ani – dodał były czterystumetrowiec.
Nasza mistrzyni świata jest ostatnio w wysokiej formie – wygrała pięć z siedmiu poprzednich konkursów. W Sopocie chciała pobić rekord mityngu który ustanowiła w 2005 r. pokonując wówczas 4.77.
Groźny wypadek i kontuzja stawiają pod znakiem zapytania jej start w sierpniowych mistrzostwach świata w Taegu gdzie miała walczyć o złoty medal.
Konkurs wygrała Niemka Martina Strutz która w pierwszej próbie zaliczyła wysokość 4.70. Rogowska nie mogła ukończyć zawodów i została sklasyfikowana na 2 miejscu z wynikiem 4.60.
Strutz która w tym sezonie poprawiła rekord życiowy aż o 17 centymetrów pomyliła się tylko w inauguracyjnej próbie na 4.40. Później niespełna 30-letnia zawodniczka bez większych kłopotów uporała się w pierwszych podejściach z 4.50, 4.60 i 4.70.
Kiedy jej triumf był już przesądzony chciała za jednym zamachem poprawić swój najlepszy wynik (4.71), rekord Niemiec oraz sopockiej imprezy. Jednak trzy próby na 4.78 były nieudane.
– Jestem bardzo zadowolona ze swojej formy. Niewiele brakowało bym pokonała także tę ostatnią wysokość. Współczuję Ani i życzę jej szybkiego powrotu do skakania. Mnie taka niefortunna przygoda przydarzyła się w 2007 r. Też rozcięłam sobie wtedy rękę – powiedziała Strutz.
3 miejsce w konkursie zajęła Rosjanka Tatiana Połnowa – 4.50.
Pomysłodawcą Tyczki na Molo jest trener Edward Szymczak. Pierwszy raz tyczkarze skakali na molo w 1984 r. Na początku startowali tylko mężczyźni, Władysław Kozakiewicz, Tadeusz Ślusarski, Mirosław Chmara, Marian Kolasa, Wasilij Bubka i Władimir Poliakow, a od 1996 r. rywalizują kobiety.
Parę zdań komentarza: Oczywiście stała się rzecz fatalna. Bo wysoka forma Anny Rogowskiej, sporo dobrych wyników i taki pech, nieszczęście, wypadek… Tym bardziej że zdarzyło się to jej pierwszy raz… Ale trzeba się chyba cieszyć i dziękować Bogu że nie stało się nic gorszego, bo te urazy czy rany nie są prawdopodobnie jakieś bardzo koszmarne. A trzeba brać pod uwagę że wyglądało to naprawdę groźnie i naszej lekkoatletce mogło się przytrafić przy tej fatalnej okazji coś o wiele gorszego. Przecież ta tyczka mogła jej wyrządzić o wiele więcej szkód. Anna Rogowska mogła też wylądować o wiele mniej szczęśliwie. Nie jest więc chyba tak źle jak być mogło.
int.pl/pap/Cezary Dąbrowski /29.6.2011/
***
Pijacki skandal u lekkoatletów
Lekkoatletyczne drużynowe mistrzostwa Europy w Sztokholmie zakończyły się skandalem kiedy podczas bankietu kończącego imprezę pijani działacze i sportowcy sterroryzowali obsługę kelnerską i ukradli większość butelek z alkoholem!…
Na przyjęcie w niedzielę wieczorem zaproszono 800 gości m.in. wszystkich sportowców i działaczy 12 reprezentacji uczestniczących w zawodach
Kilka dni później szwedzki kanał telewizyjny TV4 wyemitował reportaż przedstawiający kulisy tego jak go nazwano ‘sportowego bankietu’
‘Bankiet w najelegantszej sali ratusza w Sztokholmie miał być uroczystym zakończeniem zawodów. Niestety to co się podczas niego działo było straszne. Niektórzy z gości tracili równowagę, zachowywali się głośno i wulgarnie, krzyczeli, straszyli kelnerów domagając się większych drinków, pili wódkę przyniesioną ze sobą i w końcu ukradli ze stołów butelki z winem i mocnymi alkoholami’ – opowiadał na antenie TV4 Ulf Fridebaeck z gminy Sztokholm.
Szwedzcy gospodarze zawodów twierdzą że taka sytuacja wydarzyła się pierwszy raz w historii ratusza od jego otwarcia w 1923 r. Sala bankietowa w której odbyło się przyjęcie – co roku w grudniu jest miejscem uroczystego bankietu z okazji wręczania nagród Nobla. Reporterzy TV4 nazwali t, co się wydarzyło ‘pijackim skandalem’.
int.pl/pap /24.6.2011/
***
Zwycięstwa Kszczota i Rogowskiej
Adam Kszczot wygrał w niedzielę bieg na 800 m podczas drużynowych mistrzostw Europy w Sztokholmie. Uzyskał 1:46:51
Polak kontrolował bieg przez cały dystans z czwartej, piątej pozycji. Na ostatnim wirażu zaatakował po zewnętrznej i wyprzedził dotychczas prowadzącego Iwana Tuchtaczewa
Kszczot uzyskał przewagę 5-6 metrów i sam przekroczył linię mety, choć próbował go jeszcze naciskać Francuz Jeff Lastennet.
Słabiej pobiegł jeden z faworytów Portugalczyk Antonio Rodrigues który prowadził tylko na pierwszych 100 metrach.
– Miałem zacząć mocno ale nie spodziewałem się że rywale od początku pójdą z taką siłą. Sporo nadrabiałem biegnąc na łukach po drugim torze. Ale opłaciło się i dało mi to dobrą pozycję wyjściową do ataku. Ten bieg sporo mnie kosztował bo warunki pogodowe były trudne i mieliśmy przepychanki. Poza tym przeziębienie cały czas daje o sobie znać – powiedział halowy mistrz Europy.
Kszczot przyjechał do Szwecji jako lider europejskich tabel. Ośmiusetmetrowcy rywalizowali w deszczu i chłodzie – zresztą tak jak pozostali lekkoatleci którym przyszło startować drugiego dnia. Może dlatego tempo jakie narzucił Hiszpan Antonio Reina było mocne jak na zawody w których liczą się bardziej miejsca niż wynik. Polak biegł na 3-4 miejscu. Po 600 metrach prowadził Rosjanin Iwan Tuchtaczew ale wtedy zaczął się znakomity finisz Kszczota. Polak nie dał szans rywalom a ci którzy dyktowali mocne tempo osłabli. Kszczot kontrolował bieg na ostatniej prostej.
– To był trudny bieg ale udało mi się wywalczyć 12 punktów. Moja forma jest wysoka a tegoroczne przygotowania procentują. Miejmy nadzieję że będzie jeszcze lepiej – dodał po biegu Polak.
To był drugi start Kszczota w Drużynowych Mistrzostwach Europy. Dwa lata temu w Leirii zajął 9 miejsce. Tym razem w Sztokholmie był bezkonkurencyjny zdobywając dla Polski 12 punktów.
W niedzielę 2 miejsce zajęli Kamil Kryński (KS Podlasie Białystok) na 200 m (20.83) za Francuzem Christophe Lemaitre (20.28) i Paweł Fajdek (KS Agros Zamość) w rzucie młotem (76.98 rekord życiowy) za Niemcem Markusem Esserem (79.28).
Zwycięstwo Kszczota to drugi triumf polskiego sportowca w Sztokholmie, po sobotnim sukcesie Anny Rogowskiej w skoku o tyczce która osiągnęła 4.75 m.
Do specjalnie udanych występu w Sztokholmie nie zaliczy czołowy dyskobol świata – Piotr Małachowski który rzutem na 61.66 m zajął 3 miejsce.
Po zwycięstwie Kszczota Polska zajmowała szóstą pozycję ze 168 punktami, wyprzedzając Hiszpanię. Prowadzili Rosjanie (251 pkt) przed Niemcami (226.5) i Wlk. Brytanią (200).
Ostatecznie Polacy obronili się przed atakami Hiszpanów i zakończyli trzecie w historii drużynowe ME na 6 miejscu. Zawody wygrali Rosjanie przed Niemcami i Ukraińcami. Do europejskiej II ligi spadają – Czechy, Portugalia i Szwecja.
Zdaniem prezesa PZLA Jerzego Skuchy najmilszą niespodziankę sprawił Fajdek. W tym sezonie dwukrotnie pokonał mistrza olimpijskiego z Sydney (2000) i świata z Edmonton (2001) Szymona Ziółkowskiego i dlatego pojechał do Sztokholmu.
Trener Czesław Cybulski który ma swój udział w sukcesach Ziółkowskiego, Kamili Skolimowskiej i Anity Włodarczyk powiedział że jego podopieczny sprawił mu wspaniały prezent. ‘Lepszego nie mogłem sobie wymarzyć – 76 metrów na 76 urodziny. Świetny debiut w reprezentacji kraju’ – mówił.
Prezes Skucha wspomniał również o dobrej postawie syna mistrza świata Karola Hoffmanna (MKS Aleksandrów Łódzki) który wynikiem 16.78 m przy korzystnym wietrze 2.2 m/s był czwarty w trójskoku.
‘Drużyna zajęła szóste miejsce a więc takie jakiego się spodziewałem. Z drugiej strony mam poczucie niedosytu bo niektórzy nieco mnie zawiedli ale z kolei inni na których może mniej liczyłem spisali się lepiej od oczekiwań’ – ocenił Skucha.
W sobotę jedyne zwycięstwo w zespole biało-czerwonych odniosła Anna Rogowska (SKLA Sopot). Mistrzyni świata pokonała wysokość 4.75 m w pierwszej próbie. To najlepszy w tym roku wynik na świecie. Tyle samo skoczyła jednak za drugim podejściem Niemka Silke Spiegelburg.
Jej młody rodak, niespełna 21-letni David Storl, wygrał pchnięcie kulą rezultatem 20.81. Drugi był kapitan polskiej reprezentacji Tomasz Majewski (AZS AWF Warszawa) 20.51.
‘Z takim beznadziejnym pchaniem nie da się wygrywać. To był dzień w którym nikomu nie pchało się lekko, wszyscy knocili, klęli, stąd słabe wyniki. Wszystko przebiegało sennie. Była tu przecież dobra stawka a tylko trzech z nas pokonał granicę 20 metrów. Słaby konkurs a w moim wykonaniu bardzo cienki. Kapitan powinien wygrywać’ – mówił Majewski.
Z powodu fatalnej pogody w niedzielę nie odbył się skok o tyczce mężczyzn.
W pierwszych mistrzostwach Europy w 2009 r. w portugalskiej miejscowości Leiria Polska zajęła 5 miejsce (wygrali Niemcy), a rok temu w Bergen 7 (pierwsze Rosja).
800 m mężczyzn:
1. Kszczot 1:46.50
2. Lastennet (FRA) 1:46.70
3. Gareth Warburton (W.BRYT.) 1:46.95
Miejsca Polaków:
Młot kobiet
12 miejsce JOANNA Fiodorow 62.19 m (zwyciężczyni HEIDLER Betty 73.43)
400 m płotki mężczyzn
9 Rafał Ostrowski 51.01 (zwycięzca GREENE David 49.21)
Pchnięcie kulą m.
2 Majewski 20.51 (Niemiec STORL David 20.81 m)
Skok w dal m.
11 Konrad Podgórski 7.42 (Aleksandr Mienkow z Białorusi 8.20)
Skok o tyczce k.
1. Anna Rogowska 4.75
100 m k.
9 Marta Jeschke 11.55 (Veronique Mang z Francji 11.23)
400 m m.
4 Marcin Marciniszyn 46.28 (Maksim Dyldin z Rosji 45.82)
Oszczep k.
12 Magdalena Czeńska 50.98 (Niemka OBERGFOELL Christina 66.22)
800 m k.
7 Angelika Cichocka 2:01.75 (Rosjanka MArija Sawinowa 1:58.75)
Skok wzwyż m.
11 Wojciech Theiner 2.20 (Ukrainiec Dmytro Demianiuk 2.35)
100 m m.
4 Dariusz Kuć 10.24 (Francuz LEMAITRE Christophe 9.95)
3000 m k.
4. Lidia Chojecka 8:55.73 (Rosjanka Olesja Syrjowa 8:53.20)
400 m pł k.
9 Joanna Linkiewicz 58.39 (Czeszka Zuzanna Hejnova 53.87)
trójskok k.
4 Małgorzata Trybańska 13.98 (Ukrainka SALADUHA Olha 14.85)
1500 m m.
5 Bartosz Nowicki 3:40.48 (Hiszpan OLMEDO Manuel 3:38.63)
3000 prz. k.
10 Matylda Szlęzak 9:57.38 rek. życiowy (Rosjanka Gulnara Gałkina 9:31.20)
oszczep m.
8 Paweł Rakoczy 71.79 (KOSYNSKYY Dmytro z Ukrainy 81.29)
400 m k.
8 Agata Bednarek 52.93 (Ukrainka Antonina Jefremowa 51.02)
5000 m m.
6 Łukasz Parszczyński 13:42.21 (ESPANA Jesus z Hiszpanii 13:39.25)
4×100 k.
7 Polska (Ewelina Ptak, Marika Popowicz, Martka Jeschke, Anna Kiełbasińska) 43.77 (Ukrainki 42.85)
4×100 m.
4 Polska (Olaf Paruzel, Dariusz Kuć, Robert Kubaczyk, Kamil Kryński) 39.09 (Brytyjczycy 38.60)
4×400 m.
4 Polska (Piotr Wiaderek, Marcin Marciniszyn, Kamil Budziejewski, Mateusz Fórmański) 3:04.42 (Rosjanie 3:02.42)
dysk m.
3 Małachowski 61.66 (Niemiec Robert Harting 65.63)
200 k.
1 Marija Riemień (Ukraina) 23.10 … 8 Marika Popowicz 24.03
1500 k.
1 Charlene Thomas (W. Brytania) 4.06.85 … 6 Sylwia Ejdys 4.09.75
5000 k.
1 Dolores Checa (Hiszpania) 15.16.89 … 9 Wioletta Frankiewicz 16.22.81
100 ppł
1 Tatiana Dektariewa (Rosja) 13.16 … 8 Karolina Tymińska 13.51
wzwyż k.
1 Emma Green (Szwecja) 1.89 … 7 Karolina Błażej 1.80
w dal k.
1 Daria Kliszyna (Rosja) 6.74 … 8 Teresa Dobija 6.41
kula k.
1 Nadine Kleinert (Niemcy) 17.81 … 6 Paulina Guba 16.08
dysk k.
1 Katerina Karsak (Ukraina) 63.35 … 3 Żaneta Glanc (Polska) 59.29
4×400 k.
1 Rosja 3.27.17 … 9 Polska 3.35.65 Iga Baumgart, Patrycja Wyciszkiewicz, Joanna Linkiewicz, Agata Bednarek
200 m.
1 Christophe Lemaitre (Francja) 20.28 2 Kamil Kryński 20.83
3000 m.
1 Juan Carlos Higuero (Hiszpania) 8.03.43 … 12 Krystian Zalewski 8.21.61
110 pł.
1 Andy Turner (W. Brytania) 13.42 … 4 Artur Noga 13.72
3000 przeszk. m.
1 Vincent Zouaoui Dandrieux (Francja) 8.30.85 .. 7 Tomasz Szymkowiak 8.41.50
trójskok m.
1 Fabrizio Schembri (Włochy) 16.95 … 4 Hoffmann 16.78
młot m.
1 Markus Esser (Niemcy) 79.28 2 Paweł Fajdek 76.98 rek. Życiowy
Końcowa klasyfikacja po 39 konkurencjach:
1. ROSJA 375 pkt
2. Niemcy 320.5
3. Ukraina 292
4. W. Brytania 283
5. Francja 276
6. POLSKA 255
7. Hiszpania 242.5
8. Włochy 237
9. Białoruś 215
——————–
10. Czechy 204 spadek do I ligi
11. Portugalia 174
12. Szwecja 157
int.pl /19.6.2011/
***
Anna Rogowska wygrała w Eugene
Anna Rogowska wygrała konkurs skoku o tyczce podczas mityngu Ligi Diamentowej w amerykańskim Eugene. Trzecie miejsce w zawodach rzutu dyskiem zajął Piotr Małachowski który uzyskał najlepszy wynik w sezonie
Polska mistrzyni świata która w ostatnim czasie przebywała na zgrupowaniu w Stanach Zjednoczonych pokonała 4.68 metra i wyprzedziła Rosjankę Swietłanę Fieofanową oraz Brazylijkę Fabianę Murer
– Był to mój pierwszy start na stadionie w tym sezonie. Jak zwykle w takiej sytuacji pojawił się dodatkowy dreszczyk emocji. Założenia treningowe w okresie przygotowawczym zostały w pełni zrealizowane więc mam nadzieję na dobre rezultaty w tym sezonie – powiedziała Rogowska.
Najlepszy wynik w sezonie uzyskał w rzucie dyskiem Piotr Małachowski. Polak rzucił 65.95 metra co dało mu trzecie miejsce. Zwyciężył Niemiec Robert Harting (68.40). Piątą pozycję w pchnięciu kulą zajął Tomasz Majewski (21.14). Wygrał Amerykanin Reese Hoffa (21.65).
Prefontaine Classic w Eugene (USA):
mężczyźni
100 m
1. Mullings (Jamajka) 9.80 najlepszy w br. wynik na świecie
2. Rodgers (USA) 9.85
3. Carter (Jamajka) 9.92
200 m
1. Dix (USA) 20.19
2. Saidy Ndure (Norwegia) 20.26
3. Martina (Holandia) 20.39
400 m
1. Taylor (USA) 45.16
2. Wariner (USA) 45.43
3. Borlee (Belgia) 45.51
…
8. Pistorius (RPA) 46.33 (niepełnosprawny, protezy)
800 m
1. Kaki (Sudan) 1.43.68 najlepszy w br. wynik na świecie
2. Robinson (USA) 1.45.40
3. Kiplagat Lalang (Kenia) 1.45.49
110 m ppł
1. Oliver (USA) 12.94 najlepszy w br. wynik na świecie
2. Liu Xiang (Chiny) 13.00
3. Merritt (USA) 13.18
3000 m z przeszkodami
1. Kemboi (Kenia) 8.08.34
2. Pul Kipsiele Koech (Kenia) 8.10.13
3. Gary (Etiopia) 8.11.34
dysk
1. Harting 68.40
2. Alekna (Litwa) 67.19
3. Małachowski 65.95
wzwyż
1. Spank (Niemcy) 2.32
2. Silnow (Rosja) 2.32
3. Williams (USA) 2.32
w dal
1. Rutherford (W. Brytania) 8,32 (wiatr +2.1 m/s)
2. Mokoena (RPA) 8.31 (+2.6)
3. Bayer (Niemcy) 8.03 (+4.1)
kula
1. Hoffa (USA) 21.65
2. Armstrong (Kanada) 21.60
3. Cantwell (USA) 21.59
4. Michniewicz (Białoruś) 21.17
5. Majewski 21.14
kobiety
100 m
1. Jeter (USA) 10.70 najlepszy w br. wynik na świecie
2. Myers (USA) 10.86
3. Stawart (Jamajka) 10.87
400 m
1. Montsho (Botswana) 50.59
2. Dunn (USA) 51.37
3. Felix (USA) 51.41
800 m
1. Sinclair (Jamajka) 1.58.29 najlepszy w br. wynik na świecie
2. Semenya (RPA) 1.58.88
3. Jepkosgei Busienei (Kenia) 1.59.15
1500 m
1. Burka (Etiopia) 4.04.63
2. Yusuf Jamal (Bahrajn) 4.05.44
3. Uceny (USA) 4.06.32
400 m ppł
1. Demus (USA) 53.31 najlepszy w br. wynik na świecie
2. Spencer (Jamajka) 53.45
3. Walker (Jamajka) 53.56
tyczka
1. Rogowska 4.68
2. Fieofanowa 4.58
3. Murer 4.48
trójskok
1. Saładucha (Ukraina) 14.98 najlepszy w br. wynik na świecie
2. Ufodiama (USA) 14.06
3. Piatych (Rosja) 13.98
kula
1. Ostapczuk (Białoruś) 20.59 najlepszy w br. Wynik na świecie
2. Jillian Camarena-Williams (USA) 19.76
3. Cleopatra Borel-Brown (Trynidad i Tobago) 18.85
oszczep
1. Obergfoell (Niemcy) 65.48
2. Abakumowa (Rosja) 65.30
3. Spotakova (Czechy) 64.87
km/onet/pap /4.6.2011/
***
Dopiero się rozkręcam
‘Co do rekordu świata na setkę to wcale go nie wykluczam w tym sezonie ale na taki wynik stać mnie będzie najwcześniej za dwa miesiące’ – mówi Usain Bolt
‘Na razie jest początek sezonu a ja się dopiero rozkręcam. Teraz muszę więc uważać by Veronica Campbell-Brown mnie nie przegoniła…’ – żartuje sobie Jamajczyk
Rozmowa z Usainem Boltem
Gdyby w ostrawskim mityngu Zlata Tretra pobiegł pan na 100 m w granicach swego rekordu świata 9.58 s, to pan byłby bohaterem zawodów. Tymczasem swoim rezultatem przyćmiła wszystkich pana rodaczka Veronica Campbell-Brown która kilkadziesiąt minut wcześniej uzyskała 10.76 s.
Ona jest akurat w życiowej formie a mnie jeszcze do takiej daleko. Chylę przed nią czoła i muszę uważać by różnica czasowa między nami się za bardzo nie zmniejszała, bo mnie w końcu prześcignie…
W Ostrawie zmierzono panu na mecie 9.91 s a więc tyle samo co w Diamentowej Lidze w Rzymie. Czy to oznacza stagnację?
Nic podobnego. Uważam że moja ostrawska stumetrówka była zdecydowanie lepsza. Przede wszystkim szybciej wyszedłem z bloków startowych. A kiedy objąłem prowadzenie po 50 metrach, byłem już pewny zwycięstwa. Gdy jestem pierwszy po połowie dystansu to już nikt ze mną nie wygra.
Pana obecna forma nie gwarantuje jednak sukcesu w konfrontacji z największym konkurentem – Amerykaninem Tysonem Gayem.
To prawda. Nie ukrywam że w formie z 2009 i 2010 r. będzie mnie można zobaczyć dopiero pod koniec lipca. Ogromnie mi zależy na utrzymaniu tytułów mistrza świata na 100 i 200 metrów dlatego moim głównym celem w tym sezonie jest jak najlepszy występ w mistrzostwach świata w Daegu, które rozpoczną się pod koniec sierpnia. Wyznaczyłem sobie jasny cel w życiu: chcę stać się sportową legendą więc muszę powiększać medalowe żniwo.
Podczas mityngu Zlatej Tretry miał pan szalony doping publiczności która dowiedziała się z miejscowej gazety że Bolt ustanowi rekord świata…
Uwielbiam występować przed ostrawską publicznością. W tym roku najbardziej podobały mi się dziewczyny które z okazji mojego przyjazdu ozdobiły sobie twarze barwami narodowymi Jamajki. A co do rekordu świata na setkę to wcale go nie wykluczam w tym sezonie ale na taki wynik stać mnie będzie najwcześniej za dwa miesiące. Na razie jest początek sezonu a ja się dopiero rozkręcam po dziewięciomiesięcznej przerwie w startach. Wiem że kibice chcieliby bym w każdym występie osiągał na 100 m wyniki w granicach 9.7-9.8 s ale to niemożliwe. W tej chwili pracuję by się w końcówce biegu nie usztywniać. Zresztą w tym roku bardziej mi zależy na obronie tytułów mistrzowskich niż ustanawianiu rekordów.
Dlaczego tak chętnie przyjeżdża pan co roku do Czech?
Po pierwsze dlatego że organizatorzy Zlatej Tretry docenili mnie gdy byłem jeszcze juniorem i miałem niewiele zaproszeń na mityngi. Po drugie na ziemi czeskiej zawsze przygotowują dla mnie atrakcyjny program pobytu. Miałem już okazję próbować sił na samochodowym torze wyścigowym i grać w piłkę, a w tym roku stawiałem pierwsze kroki na polu golfowym koło Brna. Przekonałem się że to sport raczej nie dla mnie, chociaż jakbym się uparł to może z czasem zagroziłbym Tigerowi Woodsowi, tym bardziej że on gra coraz słabiej.
Żeby sprawić przyjemność czeskim dziennikarzom opowiedział pan im swój sen. A w tym śnie Usain Bolt gra w hokejowej reprezentacji Czech i pomaga jej pokonać Kanadę. Czy hokej rzeczywiście podoba się panu tak samo, jak piłka nożna?
Wolne żarty, dużo lepiej czuję się na trawie lub tartanie niż na lodzie i nie zamierzam iść w ślady tych reprezentantów Jamajki którzy startowali na zimowych igrzyskach olimpijskich w bobslejach. A poza tym – jeżeli już mam w coś grać to włączam sobie w pokoju PlayStation.
rozm. mp/ps /1.6.2011/
***
Rekord życiowy Kszczota
Adam Kszczot w wielkim stylu wygrał bieg na 800 m który kończył XI Europejski Festiwal Lekkoatletyczny Enea Cup Bydgoszcz 2011
Halowy mistrz Europy wynikiem 1.44.30 o ponad 0.7 s poprawił rekord życiowy, pokonując mistrza kontynentu Marcina Lewandowskiego – 1.44.61
Czas Kszczota to zdecydowanie najlepszy w tym sezonie rezultat w Europie i czwarty na świecie
Dopiero na piątej pozycji metę minął mistrz świata, reprezentant RPA Mbulaeni Mulaudzi.
W trójskoku klasą dla siebie był mistrz Europy Phillips Idowu który wygrał wynikiem 17.52 przy zbyt silnym wiatrem, a 17.32 miał z dopuszczalnym. Jednak Brytyjczyk był wściekły gdyż w trzeciej próbie wylądował znacznie dalej, ale… sędzia najpierw pokazała czerwoną chorągiewkę oznaczającą skok spalony – a po chwili białą. Było już za późno gdyż obsługa zdążyła zatrzeć ślad na piasku…
W rzucie młotem pracujący dopiero nad formą Szymon Ziółkowski był szósty (74.77) i drugi raz w tym sezonie przegrał z młodszym od siebie o 13 lat Pawłem Fajdkiem (75.94). Zwyciężył Węgier Krisztian Pars (78.41).
Bardzo dobrze spisały się Polki na 800 m. Triumfowała Angelika Cichocka uzyskując swój najlepszy w tym sezonie rezultat 2.01.60. Tuż za nią były Ewelina Sętowska-Dryk (2.01.93) oraz Danuta Urbanik (2.01.95). Na 5 miejscu uplasowała się Brytyjka Marilyn Okoro, medalistka mistrzostw Europy i świata w sztafecie 4×400 m.
Dramatyczny przebieg miała rywalizacja na 3000 m z przeszkodami. Na 300 m przed metą prowadzący ze sporą przewagą Jacob Araptany uderzył w belkę; w tym momencie minął go Tomasz Szymkowiak. Jednak Ugandyjczyk szybko się podniósł i mimo bólu wyprzedził Polaka o ponad sekundę.
Wyniki XI Festiwalu Lekkoatletycznego Enea Cup:
młot mężczyzn
1. Pars 78.41
2. Esser (Niemcy) 78.22
3. Litwinow (Rosja) 76.83
4. Sokolovs (Łotwa) 76.60
5. Fajdek (KS Agros Zamość) 75.94
6. Ziółkowski (AZS Poznań) 74.77
4×100 m kobiet
1. Polska III 43.99 /Jeschke, Jędrusińska, Korczyńska, Popowicz
2. Polska II 44.40 /Kiełbasińska, Opoń, Suchowiecka, Wedler/
dysk kobiet
1. Karsak (Ukraina) 63.52
2. Sendriute (Litwa) 62.00
3. Wioletta Potępa (WKS Śląsk Wrocław) 58.68
w dal kobiet
1. Moguenara (Niemcy) 6.53
2. Bauschke (Niemcy) 6.47
3. Anna Jagaciak (MKS Juvenia Puszczykowo) 6.47
100 m kobiet (wiatr +2,4 m/s)
1. Durst (USA) 11.39
2. Weronika Wedler (KS AZS AWF Wrocław) 11.43
3. Jeftimowa (Bułgaria) 11.46
kula mężczyzn
1. Łyżyn (Białoruś) 20.43
2. Siemienow (Ukraina) 20.02
3. Kurthy (Węgry) 19.65
4. Kamil Zbroszczyk (KKL Kilece) 19.40
5. Damian Kusiak (KS AZS-AWF Biała Podlaska) 19.06
400 m ppł kobiet
1. Rabczeniuk (Ukraina) 55.54
2. Wilson (Jamajka) 55.84
3. Child (W.Brytania) 56.08
4. Leach (USA) 56.28
5. Tina Polak (AZS AWF Katowice) 56.40
400 m ppł mężczyzn
1. McFarlane (Jamajka) 49.37
2. Williams (W.Brytania) 49.60
3. Mielnikow (Ukraina) 49.62
..
8. Rafał Ostrowski (AZS AWF Katowice) 51.25
800 m kobiet
1. Cichocka (ULKS Talex Borzytuchom) 2.01.60
2. Sętowska-Dryk (AZS AWF Warszawa) 2.01.93
3. Urbanik (KKS Victoria Stalowa Wola) 2.01.95
3000 m kobiet
1. Birca (Rumunia) 8.56.79
2. Wioletta Frankiewicz (KS AZS AWF Kraków) 9.05.28
3. Matyla Szlęzak (KS AZS AWF Kraków) 9.07.73
110 m ppł
1. Brown (USA) 13.26
2. Akins (USA) 13.43
3. Brathwaite (Barbados) 13.54
4. Kiss (Węgry) 13.565. Dominik Bochenek (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) 13.69
100 m ppł
1. Felicien (Kanada) 12.94
2. Denby (USA) 12.99
3. Skrobakova (Czech) 13.12
4. Karolina Tymińska (SKLA Sopot) 13.39
oszczep mężczyzn
1. Kosinski (Ukraina) 80.42
2. Łukasz Grzeszczuk (AZS AWF Warszawa) 75.51
3. Krzysztof Szalecki (KS Podlasie Białystok) 74.38
trójskok mężczyzn
1. Idowu (W.Brytania) 17.52
2. Fiodorow (Rosja) 16.91
3. Karol Hoffmann (MKS Aleksandrów Łódzki) 16,87
3000 m z przeszkodami mężczyzn
1. Araptany (Uganda) 8.24.22
2. Szymkowiak (LUKS Orkan Września) 8.25.52
3. Krystian Zalewski (UKS Barnim Goleniów) 8.27.55
200 m kobiet (wiatr +2,3 m/s)
1. Weronika Wedler (KS AZS AWF Wrocław) 23.28
2. Madison (USA) 23.46
3. Marika Popowicz (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) 23.46
tyczka mężczyzn
1. Mazuryk (Ukraina) 5.72
2. Gripicz (Rosja) 5.52
3. Łukasz Michalski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) 5.42
4. Paweł Wojciechowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) 5.42
800 m mężczyzn
1. Kszczot (RKS Łódź) 1.44.30
2. Lewandowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) 1.44.61
3. Solomon (USA) 1.46.29
4. Ananenka (Białoruś) 1.46.44
5. Mulaudzi (RPA) 1.46.59
6. Bartosz Nowicki (WKS Śląsk Wrocław) 1.47.43
int.pl/pap /4.6.2011/
***
Forma powinna rosnąć
Adam Kszczot, halowy mistrz Europy i brązowy medalista mistrzostw Starego Kontynentu na otwartym stadionie na 800 m podczas mityngu w Ostrawie pobił rekord Polski na nietypowym dystansie 1000 m
Od wtorku 21 maja 2011 wynosi on 2.16.99 s
Rozmowa z Adamem Kszczotem
Bieg na nietypowym dystansie 1000 metrów był bardzo dobry w pana wykonaniu ale chyba i trudny?
Rzeczywiście – myślę że to był bardzo dobry bieg. Nie ukrywam też że był bardzo trudny. Przede wszystkim pod względem taktycznym, po drugie pacemaker nie wykonał wszystkich założeń.
Mimo tego pobił pan rekord Polski.
Zgadza się. Wprawdzie został on nieznacznie poprawiony ale bardzo z tego powodu się cieszę, choć kiedy zobaczyłem wynik zwycięzcy obawiałem się że może trochę zabraknąć.
Świetnie rozpoczął pan ten sezon. Najpierw wygrana w Hengelo na 800 m w czasie bardzo zbliżonym do rekordu życiowego, a teraz druga lokata w biegu na 1000 m okraszona rekordem Polski.
Mam nadzieję że jeszcze będę mieć okazję pobiegać 1000 metrów w biegu bardziej ułożonym z mniejszą liczbą przepychanek. I może wówczas uda się jeszcze ten wynik wyśrubować. Start w Hengelo z kolei jest bardzo dobrym prognostykiem. Przygotowania do tego sezonu były na wysokim poziomie. Pierwsza część mojego sezonu ma obfitować w starty.
Jakie są zatem najbliższe plany?
W piątek (3 czerwca) wystartuję w Bydgoszczy a potem pokażę się kibicom w Krakowie. Prawdopodobnie wezmę też udział w Memoriale Janusza Kusocińskiego. Tam jednak rywalizować będę na 400 m. Miejmy nadzieję że dopiszą kibice na stadionach.
Najważniejsze w tym sezonie będą jednak mistrzostwa świata w Daegu (26 sierpnia – 4 września). Pan zaczął nas przyzwyczajać że przywozi medale z najważniejszych startów. Urasta pan zatem do roli jednego z naszych faworytów.
Czas pokaże. Na razie jesteśmy w pierwszej fazie przygotowań. Mam nadzieję że druga, kiedy jest zaplanowany mocniejszy trening, będzie równie udana. Spodziewam się progresji wyników. Żeby tylko zdrowie dopisało.
Mistrzostwa świata są dopiero za trzy miesiące. Trudno będzie utrzymać tak wysoką formę do startu w Daegu?
Na pewno nie będzie łatwo. Wydaje mi się jednak że forma na Daegu powinna być zdecydowanie wyższa. Zobaczymy tylko czy starczy zdrowia.
rozm. tk/onet /1.6.2011/
***
Czy ‘Ziółkowski’ poleci daleko?…
Podczas 13 mistrzostw świata w Daegu w Korei Południowej (27 sierpnia – 4 września) młociarze będą mogli rzucać sprzętem sygnowanym przez mistrza olimpijskiego z Sydney Szymona Ziółkowskiego (AZS Poznań). Sprzęt otrzymał już certyfikat IAAF
Ziółkowski współpracuje z firmą Polanik która jest jednym z partnerów Polskiego Związku Lekkiej Atletyki
– Każdy element młota, zarówno głowica, jak również uchwyt i cięgło, zostały od podstaw zaprojektowane na nowo, z uwzględnieniem moich uwag. Dopracowanie każdego detalu na wszystkich etapach produkcji gwarantuje dłuższy lot przy podobnej technice rzutu. Każdy milimetr, każdy gram przekłada się na metry i centymetry, a te z kolei decydują o zwycięstwie – mówi o nowym sprzęcie mistrz świata z Edmonton 2001.
W skład linii sygnowanej ‘Ziółkowski’ wchodzą: młoty (złoty, srebrny i czarny), uchwyt oraz linka. Do tego są jeszcze rękawiczki.
– Sprzęt otrzymał już certyfikat IAAF. Tym samym będzie można go używać m.in. w mistrzostwach świata. Od czasu kiedy uprawiam tę konkurencję nie spotkałem żelaznych kul które byłyby sygnowane nazwiskiem jakiegoś sportowca – dodał Ziółkowski.
pl/pap /16.5.2011/
***
Angelika Cichocka trzecia
Angelika Cichocka zajęła trzecie miejsce w biegu na 800 m wynikiem 2.01.75 podczas zawodów z cyklu Diamentowej Ligi w niedzielę w Szanghaju
Oprócz Cichockiej wystartowały jeszcze dwie reprezentantki Polski. Renata Pliś (2.02.67) była piąta, a Ewelina Sętowska-Dryk (2.03.00) szósta
Najszybsza na tym dystansie była reprezentantka Wielkiej Brytanii Jennifer Meadows (2.00.54). Na drugim stopniu podium stanęła Marokanka Malika Akkaoui (2.01.45)
Dzięki wywalczeniu trzeciego miejsca Angelika Cichocka zajmuje trzecią pozycję w klasyfikacji generalnej z jednym punktem. Do końca rywalizacji w konkurencji biegu na 800 m w Diamentowej Lidze pozostało sześć imprez.
wd/onet /15.5.2011/
***
PKN Orlen nadal z lekkoatletami
PKN Orlen przedłużył o kolejne 12 miesięcy umowę o współpracy z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki. Koncern wesprze reprezentację kraju w przygotowaniach do mistrzostw świata w Korei Południowej, a także wszystkie imprezy organizowane przez związek
Pierwszym zawodnikiem z którym w 2008 r. zawarto kontrakt sponsorski był mistrz olimpijski w pchnięciu kulą Tomasz Majewski. W 2009 dołączyli do niego Anita Włodarczyk – mistrzyni i rekordzistka świata w rzucie młotem oraz Piotr Małachowski – wicemistrz olimpijski i świata w rzucie dyskiem.
– Polski Związek Lekkiej Atletyki został naszym partnerem z początkiem 2010 r., a po sierpniowych mistrzostwach Europy w Barcelonie do grupy sponsorowanych lekkoatletów włączeni zostali medaliści w biegu na 800 m – złoty Marcin Lewandowski i srebrny Adam Kszczot – powiedział prezes PKN Orlen Jacek Krawiec.
/22.4.2011/
***
Skoczy na urodziny do Las Vegas
Nie chce się wierzyć że Anna Rogowska wkrótce skończy 30 lat. Mistrzyni świata w skoku o tyczce ma nadzieję że urodziny będą odskocznią od najlepszych osiągnięć
– A wypadną podczas zgrupowania w Kalifornii. Mam już obiecany prezent od Jacka, mojego męża i trenera w jednym. To dwudniowa wycieczka do Las Vegas. Będziemy tańczyć, grać w ruletkę i dobrze się bawić – zdradziła tyczkarka z Sopotu
30-latkowie mówią że życie zaczyna się po trzydziestce. Ustanowiony w marcu absolutny rekord Polski (4.85 m) nie powinien długo przetrwać.
– Na treningach wszystko wskazuje że będę skakać wyżej. Szybkość i wytrzymałość są na bardzo wysokim poziomie. Wkrótce przedłużę rozbieg z 16 do 18 kroków. Mój cel na lato to 4.90 m i jest to w moim zasięgu – uważa Rogowska.
– Jak dotąd tyle skoczyły dwie tyczkarki na świecie (Rosjanka Isinbajewa i Stuczynski z USA – przyp. red.). Byłoby miło gdyby Polka była tą kolejną. Czuję że mam swoje pięć minut, skakanie sprawia mi ogromną przyjemność i mogę wykorzystać swoje doświadczenie.
Od pewnego czasu na każdym zgrupowaniu i zawodach towarzyszy jej fizjoterapeutka. To przywilej członkini tzw. Klubu Polska 2012.
– Jest ogromna różnica w regeneracji po treningu. Nic mi nie dolega i liczę że wszystkie kontuzje są już za mną. Wykorzystuję całą energię na skakanie a nie walkę z dolegliwościami – dodała mistrzyni świata.
dch/su. /21.4.2011/
***
Anna Rogowska mierzy w 5 metrów
Władysław Kozakiewicz jest zachwycony Anną Rogowską
Złoty medal Anny Rogowskiej w halowych mistrzostwach Europy przypomniał o pięknej tradycji polskiej tyczki
Anna Rogowska miała w Paryżu łatwo, nie tylko dlatego, że nie było Jeleny Isinbajewej. Nie pękła przecież jej tyczka – jak Pawłowi Wojciechowskiemu, ani nie atakowali jej terroryści
Tymczasem w 1977 r., podczas halowych mistrzostw Europy w San Sebastian, sam truchlałem ze strachu, gdy dążący do oderwania się od Hiszpanii separatyści baskijscy zeszli nagle z trybun i zablokowali całą lekkoatletyczną arenę, a policja i wojsko rozstawiły wokół karabiny maszynowe. Reprezentujący nas wtedy Władysław Kozakiewicz nie bał się wszakże ani demonstrujących Basków, ani konkurentów i wygrał skok o tyczce jak chciał.
Minęło sześć lat
W ostatnią niedzielę Kozakiewicz oglądał paryskie mistrzostwa w telewizji i był zachwycony występem Rogowskiej: – Skakała naprawdę przepięknie, a co najważniejsze, ma tak wielkie możliwości, że trzeba się spodziewać jej kolejnych, oszołamiających rekordów – ocenił dawny mistrz olimpijski i rekordzista świata (5.78 m).
Anna Rogowska skacze wprawdzie o metr niżej od Władysława, ale wynikiem 4.85, osiągniętym w paryskiej Bercy, wyrównała rekord życiowy swego męża i trenera zarazem – Jacka Torlińskiego.
Najbardziej cieszy jednak, że po raz pierwszy w walce o medale skoczyła ponad 4.80 i po 6 latach poprawiła należący do niej rekord Polski (4.83 m).
– Pewnie pobiłabym ten rekord dużo wcześniej, gdyby nie seria prześladujących mnie nieustannie kontuzji – powiedziała zawodniczka SKLA Sopot. – W hali Bercy nastąpiła wreszcie kumulacja wszystkich elementów, koniecznych do wykonania rekordowego skoku. Ustawienie stojaków i przygotowanie rozbiegu było idealne, trafiłam też dobrze z doborem tyczek, a używałam tym razem najtwardszych w karierze, gdy przyszło do atakowania 4.80, 4.85 i 4.91 – dodała nowo kreowana mistrzyni Europy, która ma teraz w kolekcji komplet medali halowych mistrzostw Europy: srebro z Madrytu (2005), brąz z Birmingham (2007), no i złoto z Paryża.
Pokona pięć metrów
W Bercy występ Anny obserwowali przedstawiciele Nike i Herbapolu, czyli firm, które ją sponsorują. Zawodniczka oczekiwania spełniła z naddatkiem, nie chce jednak zdradzić wysokości premii, jakimi zostanie nagrodzona.
– To tajemnica handlowa – powiedziała uśmiechając się.
Trener Edward Szymczak, w którego tyczkarskiej szkółce na Wybrzeżu zaczynała wielką karierę i który towarzyszył jej jeszcze na letnich mistrzostwach świata 2003 – nomen omen – w Paryżu, uważa, że ostatni sukces pozwoli Annie i Jackowi nabrać wiary we własne siły. Uważa, że jeszcze w tym roku ta niezwykle utalentowana tyczkarka może skoczyć pięć metrów.
Rogowska ma najszybszy rozbieg na świecie, czemu trudno się dziwić, skoro kiedyś zaczynała sportową karierę jako płotkarka. Z jej wielkich osiągnięć ogromnie cieszy się Andrzej Krzesiński, weteran wśród polskich trenerów tyczki, wychowawca mistrza olimpijskiego Tadeusza Ślusarskiego. W latach pięćdziesiątych Krzesiński stał się pierwszą tyczkarską gwiazdą sopockiego klubu. – Gdy wspomnę, że ojciec Jacka, Kazimierz Torliński, był moim wychowankiem, to łza mi się w oku kręci – powiedział pan Andrzej.
Piękny gest mistrzyni Europy
Wzruszenie ogarnęło nie tylko sędziwego trenera, bo Anna Rogowska zdobyła się zaraz po wylądowaniu w Warszawie na piękny gest, ofiarując swoją złotą tyczkę na aukcję organizowaną przez fundację im. Kamili Skolimowskiej.
– Chcielibyśmy przekazać tyczkę Fundacji im. Kamili Skolimowskiej. To jedna z kompletu, na których Ania skacze. Jest wyjątkowa, bo w kolorze złotym. To jedyna taka na świecie i będzie do wylicytowania w najbliższym czasie. Ona przyniosła szczęście Ani, więc mamy nadzieję, że teraz komuś innemu też da szczęście – powiedział mąż i trener brązowej medalistki ateńskich igrzysk Jacek Torliński.
– Przede wszystkim chciałbym bardzo podziękować. Trofea i najprostsze rzeczy, które sportowcy oddają nam z dobrego serca, bardzo nam pomagają. Tak jak ostatnio statuetka ze zwycięstwa w cyklu Diamentowej Ligi mistrza świata w rzucie dyskiem Piotra Małachowskiego, czy teraz tyczka Ani, na pewno przyczynią się, by kontuzjowani sportowcy znaleźli pomoc, by wyremontować i dostosować ich do ciężkich treningów, a potem do wielkich sukcesów – powiedział ojciec zmarłej mistrzyni olimpijskiej Robert Skolimowski.
mp/ps/pap /7-8.3.2011/
***
Z wiarą dokonujemy rzeczy wielkich
W niedzielę w Paryżu nie tylko została pani halową mistrzynią Europy, ale i ustanowiła nowy rekord Polski. Co sprawiło więcej radości?
Cieszę się i z tytułu, i z rekordu, trudno mi te sprawy rozgraniczać. Jedno i drugie było moim marzeniem, a zrealizowane na jednej imprezie, tak ważnej, radość jeszcze wzmogło.
Jacek Torliński, mąż i zarazem trener, tego wyniku troszkę nie zazdrościł?
(uśmiech) W tej chwili mamy identyczne rekordy życiowe… Ale śmieję się, że wszystko zostaje w rodzinie. Nie, mąż nie zazdrości, przecież ten medal i wynik nie był tylko moim sukcesem, ale naszym wspólnym. Razem na niego pracowaliśmy.
Sukces, podwójny sukces, był zatem niezwykle cenny, a co chyba warto zauważyć, rzadko na zawodach najwyższej rangi rywalizacja o medale toczy się na podobnych wysokościach. Najczęściej presja i stres powodują, że zawodniczki skaczą poniżej, nieraz sporo, swych potencjalnych możliwości.
Zgadza się. Ale też w mistrzostwach świata czy Europy nie jest ważne, ile ktoś skoczy, tylko by poszybować najlepiej ze wszystkich. Dlatego medale zdobywane przy słabszych nawet wynikach nie są gorsze czy mniej cenne. Ale ma pan rację, paryski konkurs pod wieloma względami był wyjątkowy. Zresztą już dzień wcześniej wiedziałam, że w hali Bercy będzie można bardzo wysoko skakać, wszak zawody mężczyzn Renaud Lavillenie wygrał z rewelacyjnym rezultatem 6.03 metra. Ja w swej najlepszej próbie pokonałam 4.85, ale wcześniej udało mi się przeskoczyć 4.75 i 4.80. Te wszystkie skoki były dla mnie niezwykle ważne, bo walka o medale zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym okazała się szalenie wyczerpująca. A jednak podołałam.
W zasadzie można było odnieść wrażenie, że cały czas ma pani zawody pod kontrolą, imponując spokojem i pewnością siebie. Tak faktycznie było?
Starałam się wyłączyć z tego, co dzieje się wokół, a jeżeli już coś zwracało moją uwagę, to odbierałam to w sposób pozytywny. Mąż po wszystkim przyznał, że zauważył u mnie maksymalną koncentrację od początku do końca, niezwykłą motywację. Wydaje mi się, że lata spędzone na treningach i zawodach procentują, owocuje doświadczenie, jakie przez ten czas zbierałam. Mam za sobą starty w wielu imprezach mistrzowskiej rangi, każdy czegoś mnie nauczył.
W Paryżu osiągnęła pani najwyższą formę w karierze?
Na pewno wyższą niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Ogromnym zastrzykiem energii było dla mnie mistrzostwo świata wywalczone w 2009 r. w Berlinie. Od tego sukcesu pracuję ciężej niż wcześniej, ale wszystko przychodzi mi łatwiej, a i na wkładany wysiłek reaguję inaczej. Często nawet łapię się na tym, że codzienna harówka sprawia mi najzwyklejszą przyjemność. W ubiegłym roku, podobnie jak w 2009, oddałam dużo więcej skoków niż w latach wcześniejszych. Wtedy miewałem drobne problemy ze zdrowiem, które wpływały zarówno na starty w zawodach, jak i treningi. A wiadomo, że w mojej konkurencji tylko skacząc, i to jak najwięcej, podnosi się swoje umiejętności. Wtedy, gdy borykałam się z kontuzjami, nie byłam w stanie wyszkolić odpowiedniej techniki, brakowało pewności siebie. Teraz jest inaczej, wreszcie jestem zdrowa, co pozytywnie wpływa na moją formę i nastawienie. Cieszę się każdym oddanym skokiem, a nie jest tajemnicą, że pozytywne myślenie odgrywa w sporcie, jak i w życiu, ogromną rolę.
Wspomniała pani o ‘drobnych’ problemach ze zdrowiem, a tymczasem tak naprawdę zabrały one pani ładnych parę lat kariery. Wszystko to, co dzieje się od Berlina, traktuje pani jako swego rodzaju wynagrodzenie?
Czy ja wiem? W sporcie zdarzają się zwycięstwa i porażki, chyba nikt nie przeszedł przez swoją karierę, odnosząc same tylko sukcesy. Najważniejsze by po niepowodzeniu jak najszybciej się podnieść, nie oglądać się za siebie, nie rozpamiętywać ran. Trzeba myśleć, co mnie czeka, co jeszcze mogę zdobyć i osiągnąć. Zatrzymywanie się przy sprawach przeszłych niczemu nie służy. Pewnie że w tych trudnych momentach, gdy walczyłam nie tyle z rywalkami, ile z kontuzjami, było sporo łez, ale też cały czas wierzyłam, że przyjdzie moment, gdy będę się cieszyć.
Co nas nie zabije, to nas wzmocni?
Walcząc z urazami, starałam się ze wszystkich sił nie dopuścić do jednego – poważnej operacji, która różnie mogła się skończyć. To się udało i było już jednym wielkim plusem. Skupiałam się, by się całkowicie wyleczyć i móc myśleć tylko o treningu, skakaniu. Gdy było źle, nie zwątpiłam, zresztą nie pozwoliliby na to ludzie, których miałam wokół. Mąż, rodzina, przyjaciele nieustannie dodawali otuchy, przekonując, że wszystko się ułoży. A to nastawienie, które tak często podkreślam, jest jednym z głównych kluczy do sukcesu. Wiele, jeżeli nie wszystko, rozpoczyna się przecież w głowie. Wierząc, mocno wierząc, jesteśmy w stanie dokonywać rzeczy wielkich i pokonywać różne przeszkody.
W stolicy Francji osiągnęła pani jeden z największych sukcesów w karierze, jednak to, co w 2011 r. najważniejsze, dopiero przed panią. W mistrzostwach świata, bo o nich mówię, będzie trudniej nie tylko z racji większej wagi zawodów, ale i szalenie mocnych rywalek, które start w Korei zapowiadają w komplecie.
Mam tego świadomość, mistrzostwa świata są moją, i nie tylko moją, imprezą docelową, główną. Do Korei przyjadą Jelena Isinbajewa, Jennifer Suhr, również inne znakomite zawodniczki, każda z myślą, by stanąć na podium, najlepiej na najwyższym stopniu. Ale mnie to specjalnie nie interesuje, nie myślę o tym, nie skupiam się na nich, tylko na sobie. Zrobię wszystko, by na te zawody zbudować optymalną formę, a co podczas nich się wydarzy, to się okaże.
Złoto i rekord z Paryża to dwa zrealizowane tegoroczne cele. Kolejnym będzie medal mistrzostw świata?
Tak, ale na razie celem numer jeden będzie przeskoczenie wysokości 4.90. Do tej pory tylko dwójce dziewcząt na świecie udało się pokonać tę granicę. Chciałabym być trzecią.
rozm. ps/nd /10.3.2011/
***
Złoty medal i rekord Rogowskiej!
Anna Rogowska zwyciężyła w skoku o tyczce w halowych mistrzostwach Europy w Paryżu! Adam Kszczot zdobył złoty, a Marcin Lewandowski srebrny medal w biegu na 800 metrów
Pięć medali: złoty Rogowskiej (tyczka) i Kszczota (800 m), srebrny Lewandowskiego (800 m) i brązowe – Lidii Chojeckiej (3000 m) oraz Bartosza Nowickiego (1500 m) to dorobek polskich lekkoatletów w 31 halowych mistrzostwach Europy
Rogowska (SKLA Sopot), która do stolicy Francji, jechała jako faworytka i liderka ekipy, nie tylko stanęła na najwyższym stopniu podium, ale poprawiła także o dwa centymetry absolutny rekord kraju (4.85)
W hali do tej pory mistrzyni świata z Berlina najwyżej skoczyła w ubiegłorocznym mityngu Pedro’s Cup w Bydgoszczy (4.81). Na stadionie w 2003 r. w Brukseli pokonała 4.83. Teraz za cel stawia sobie granicę 5 metrów.
– To wspaniały dla mnie dzień. Gdy stawałam do konkursu w głowie miałam tylko jedno: zwycięstwo. Byłam bardzo skoncentrowana na tym jednym celu i nie obchodziło mnie co dzieje się wokół. Nie zwracałam uwagi na inne dziewczyny. Teraz chciałabym w końcu złamać granicę 5 metrów. Oczywiście wiem, że najpierw muszę pokonać 4.90, więc po kolei – powiedziała brązowa medalistka ateńskich igrzysk.
O medale mieli walczyć także Kszczot (RKS Łódź) i Lewandowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz). Nie zawiedli kibiców i zapewnili im wiele emocji. Finał ułożył się po myśli Biało-czerwonych. Nie dali się zamknąć i zaatakowali na ostatnim okrążeniu. Na prowadzenie wyszedł Kszczot, za nim ruszył Lewandowski. W takiej kolejności dobiegli też do mety. Podopieczny Stanisława Jaszczaka uzyskał wynik 1.47.87, a trenujący ze swoim bratem Tomaszem – Lewandowski 1.48.23.
– Nie jestem zawiedziony srebrnym medalem. Tak naprawdę tydzień przed zawodami zdecydowałem, że jednak w nich wystartuję. Nie przygotowywałem się do hali, dlatego to dla mnie świetny rezultat – ocenił Lewandowski.
– Na bieżni jesteśmy rywalami, a poza nią potrafimy się kolegować. Obaj chcieliśmy wygrać, ale złoto jest tylko jedno – powiedział Kszczot.
A gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki Mazurka Dąbrowskiego, zaprosił Lewandowskiego na najwyższy stopień podium.
Niespodziankę sprawił Bartosz Nowicki (WKS Śląsk Wrocław), który do kadry wdarł się przebojem i nawet prezes PZLA Jerzy Skucha był pozytywnie zaskoczony jego tegorocznymi wynikami. Podopieczny Marka Adamka i Roberta Leszczyńskiego 13 lutego w mityngu w Karlsruhe ustanowił halowy rekord Polski (3.38.9), a w Paryżu udowodnił, że jego forma jest już stabilna.
– Miałem nadzieję na miejsca 4-6, a medal to dla mnie ogromna niespodzianka. W tym roku moje życie się całkowicie zmieniło – mam nowego szkoleniowca i partnera treningowego, uzyskałem tytuł magistra i w końcu uporałem się z kontuzjami. Jestem bardzo wdzięczny za pomoc jaką otrzymałem z mojego klubu Śląska – powiedział 27-letni zawodnik.
Szczęśliwa i ze łzami w oczach z bieżni schodziła Lidia Chojecka, która zdobyła kolejny w karierze, szósty medal halowych mistrzostw Europy. Dystans 3000 m pokonała w niedzielę w 8.58.3. Do srebra zabrakło jej 1.61 s. 34-letnia lekkoatletka Warszawianki po raz ostatni na podium stała w hali w Birmingham w 2007 r. Wywalczyła wówczas dwa złote medale – na 3000 i 1500 m.
– Bieg nie był idealny. Końcówka była dla mnie bardzo trudna, bo byłam już zmęczona i nie miałam takiej szybkości jak rywalki. Moim celem są igrzyska w Londynie; po nich zadecyduję, co będę robić dalej. Mam jeszcze w sobie potencjał, a trener Jean-Marc Leandro ze względu na mój wiek koryguje trochę trening – powiedziała Chojecka.
int.pl/pap /6.3.2011/
Medaliści trzeciego dnia i miejsca Polaków:
Mężczyźni
60 m
1. Francis Obikwelu (Portugalia) 6.53
2. Dwain Chambers (Wlk Brytania) 6.54
3. Christophe Lemaitre (Francja) 6.58
800 m
1. Adam Kszczot (Polska) 1.47.87
2. Marcin Lewandowski (Polska) 1.48.23
3. Kevin Lopez (Hiszpania) 1.48.35
1500 m
1. Manuel Olmedo (Hiszpania) 3.41.03
2. Kemal Koyuncu (Turcja) 3.41.18
3. Bartosz Nowicki (Polska) 3.41.48
4×400 m
1. Francja 3.06.17
(Marc Macedot, Leslie Djhone, Mamoudou Hanne, Yoan Decimus)
2. Wielka Brytania 3.06.46
3. Belgia 3.06.57
4. Rosja 3.06.99
5. Polska 3.09.31
(Mateusz Fórmański, Marcin Marciniszyn, Łukasz Krawczuk, Jakub Krzewina)
trójskok
1. Teddy Tamgho (Francja) 17.92 – rekord świata
2. Fabrizio Donato (Włochy) 17.70
3. Marian Oprea (Rumania) 17.62
siedmiobój
1. Andriej Krauczanka (Białoruś) 6282 pkt
(60 m-7.09/w dal-7.49/kula-15.04/wzwyż-2.09/60ppł-8.04/tyczka-5.20/1000m-2.39.80)
2. Nadir El Fassi (Francja) 6237
3. Roman Sebrle (Czechy) 6178
Kobiety
60 m
1. Olesja Powg (Ukraina) 7.13
2. Maria Rjemjen (Ukraina) 7.15
3. Ezinne Okparaebo (Norwegia) 7.20
800 m
1. Jewgienia Sinurowa (Rosja) 2.00.19
2. Jennifer Meadows (Wlk Brytania) 2.00.50
3. Julia Rusanowa (Rosja) 2.00.80
3000 m
1. Helen Clitheroe (Wlk Brytania) 8.56.66
2. Olesja Syrewa (Rosja) 8.56.69
3. Lidia Chojecka (Polska) 8.58.30
4×400 m
1. Rosja 3.29.34
(Ksenia Sadorina, Ksenia Wdowina, Jelena Migunowa, Olesja Krasnomowiec)
2. Wielka Brytania 3.31.36
3. Francja 3.32.16;
wzwyż
1. Antonietta di Martino (Włochy) 2.01
2. Ruth Beitia (Hiszpania) 1.96
3. Ebba Jungmark (Szwecja) 1.96
w dal
1. Daria Kliszina (Rosja) 6.80
2. Naide Gomes (Portugalia) 6.79
3. Julia Pidłusznaja (Rosja) 6.75
tyczka
1. Anna Rogowska (Polska) 4.85 rekord Polski
2. Silke Spiegelburg (Niemcy) 4.75
3. Kristina Gadschiew (Niemcy) 4.65
int.pl/pap
***
Małachowski marzy o rekordzie
Piotr Małachowski jest w trakcie przygotowań do nowego sezonu. Ciężko pracuje by dobrze wypaść w mistrzostwach świata w koreańskim Daegu. Zamierza tam walczyć o medal
Nasz dyskobol ma już medale z wszystkich wielkich imprez ale ciągle ma przed sobą wyzwania.
– Chcę rekordu świata. Żartuję oczywiście choć marzy mi się, a jakże. Tak samo chciałbym mieć kolejny medal olimpijski. Jeżeli zdrowie pozwoli na pewno go zdobędę. A może nie tylko w Londynie mnie zobaczycie – powiedział Małachowski.
– Na Diamentową Ligę tak bardzo się nie nastawiam. Jeżeli będzie forma to powalczę. Jeżeli nie – wtedy pięć, sześć startów i dziękuję. Zabiorę się do solidnej roboty przed kolejnymi zawodami. W lipcu, jeszcze przed Koreą, mam mistrzostwa świata wojskowych w Rio de Janeiro. Jestem mundurowym, muszę godnie reprezentować Polskę. Do Daegu jadę po medal, jak każdy z faworytów. Od igrzysk w Pekinie każde ważne zawody kończę na podium. Mam nadzieję że w 2011 roku to się utrzyma – dodał Małachowski.
wd/gw /2.5.2011/
***
Mistrz dysku dał się podpuścić
Jeszcze rok temu było zupełnie inaczej. Po sezonie Piotr Małachowski odpoczywał, nie myślał o sporcie. Teraz nie chce odpoczywać. Niedługo mistrz Europy w rzucie dyskiem rozpocznie przygotowania do… Biegu Sylwestrowego w Brzozie
A tam spotka się na trasie z mistrzem świata na żużlu Tomaszem Gollobem. Start… Pierwszy kilometr to euforia, drugi też…
Po piątym łapią kurcze, zaczynają boleć mięśnie. Pojawiają się chwile zwątpienia. I o to chodzi. To jest przyjemne, to jest wyzwanie! Zwłaszcza dla Małachowskiego – człowieka ważącego 130 kg, przez 11 miesięcy w roku trenującego zupełnie inaczej.
Dał się podpuścić
W rzucie dyskiem Małachowski został wicemistrzem olimpijskim (2008) i wicemistrzem świata (2009). W tym roku nie było na niego mocnych – triumfował w mistrzostwach Europy i w cyklu Diamentowej Ligi. Sezon zakończył na początku września. – Blisko dwa tygodnie temu miałem operację przepukliny, teraz przechodzę rehabilitację. Kiedy wydobrzeję, ruszę na trasy biegowe – zapowiada dyskobol.
Do niedawna nie lubił biegać. Truchtanie przed treningiem ograniczał do jednego okrążenia stadionu, czyli 400 metrów. Czasami tych metrów było tylko dwieście. Wszystko zmieniło się rok temu.
– Zadebiutowałem w Biegu Niepodległości w Warszawie – opowiada Małachowski. – Dałem się podpuścić mojemu kumplowi Tomkowi Gąsiorkowi. On mówił, że nie dam rady przebiec 10 km. Więcej – że rzut dyskiem nie jest męczący! Dzisiaj powiem tak – ja dychę przebiegłem. I to dwa razy. A on na moim treningu jeszcze się nie pojawił. Ani siłowym, ani rzutowym, ani sprawnościowym. Wciąż czekam…
Trójka na mecie
Po Biegu Niepodległości dyskobol wystartował w Biegu Sylwestrowym w Brzozie, organizowanym przez Gąsiorka. – Zimno było, mróz. Naprawdę trudne warunki. Źle zacząłem, źle rozłożyłem siły. Mój fizjoterapeuta Krawiec (Andrzej Krawczyk, były dyskobol) debiutował na tym dystansie i miał na trasie małe problemy – opowiada Małachowski.
– Obok nas biegła pani, mniej więcej 50-letnia, może trochę młodsza. Stwierdziliśmy że dotrzemy do końca razem z nią. Wbiegła między mnie i Krawca, wzięła nas za ręce, podniosła je i w trójkę minęliśmy linię mety. Miejsce? Jedno z ostatnich, ale to nie jest ważne. W bieganiu najważniejsze, że po pracy ludzie nie lądują w barze nad piwem albo na kanapie przed telewizorem. Ubierają się w dres i zasuwają do lasu. W swoim wolnym czasie chcą się zmęczyć. Jestem za.
Na wózku ze sparaliżowaną ręką…
Podoba mu się także, co dzieje się trasie. Jak ludzie walczą ze swoimi słabościami, z ułomnościami. – Biegłem obok człowieka jadącego na wózku. Jedną nogą próbował się odpychać od asfaltu, jedną ręką kręcił kołem, bo drugą miał sparaliżowaną. I jak mógł próbował dotrzeć do mety. To są nieprawdopodobne historie. Mnie było bardzo ciężko, ale facet tuż obok walczył na całego! To jest bardzo inspirujące. Mnie łapią kurcze, chętnie bym się zatrzymał, choć na chwilę… – przyznaje Małachowski.
sports.pl /6.10.2010/
***
100 procent nie wystarczy….
Rozmowa z Marcinem Lewandowskim. Lekkoatleta Zawiszy Bydgoszcz został pierwszym w historii polskim mistrzem Europy na 800 m. 23-latek do Barcelony jechał z najlepszym wynikiem sezonu w całej stawce rywali. Od wielu tygodni powtarzał, że jest bardzo mocny. Trzeba to było tylko potwierdzić złotym medalem.
Jaka była taktyka na finał?
Inna niż w eliminacjach i półfinale. Sprawdziła się w 100 proc. Była prosta: trzymać się czuba, a na ostatnich 200 m przyspieszyć. Wolałem biec na zewnątrz, nawet nadrabiać te 2 metry na okrążeniu, niż być zamknięty przy krawężniku. Zacząłem biec nieco szybciej już wcześniej, gdzieś na 300 m przed metą, że tak powiem – zacząłem rozkręcać tę imprezę. Trochę poczekałem, obserwowałem rywali. Gdy zaatakował Rimmer, byłem przygotowany.
Gdyby tempo od razu było mocne, dałby pan radę z tym finiszem?
Nie wiem, co by się wtedy stało. Wiem, że w tym konkretnym biegu dałem z siebie 110 proc. Jeżeli chce się zdobywać medale, tak właśnie trzeba robić, 100 proc. nie wystarczy. Trzeba robić rzeczy niemożliwe.
Widział pan, co robi Kszczot?
Szczerze mówiąc, nie widziałem Adama ani przez moment. Na temat taktyki wcześniej nie rozmawialiśmy. On był dłużej z tyłu, ja od razu z przodu. Nigdy nie rozglądam się podczas biegu, koncentruję się na wydarzeniach przede mną.
Jak wyglądały ostatnie chwile przed startem?
Przygotowanie przed biegiem na wielkiej imprezie zawsze wygląda tak samo. To trochę tak, jakbyśmy szli na wojnę. Ze stadionu rozgrzewkowego idziemy 500 m tunelami na stadion główny. Każdy ma głowę spuszczoną, nikt się nie odzywa. Czasami z Adamem próbujemy coś powiedzieć, rozluźnić atmosferę, jednak to tylko na pokaz – żeby rywale widzieli, że jesteśmy pewni swego, że czujemy się mocni.
Teraz, już po sukcesie, wie pan, dlaczego udało się panu zdobyć ten tytuł?
W tym roku zdecydowanie poprawiłem ostatnie 200 m, dojrzałem fizycznie i dlatego mam większą szybkość na finiszu. Trenuję spokojnie, budujemy formę jak dom, najpierw muszą być mocne fundamenty, nie przeskakujemy koniecznych etapów i każdy rok przynosi postęp. Dzięki rozsądnej pracy, bez popędzania, unikam też kontuzji. Już jest pięknie, ale jestem pewien, że będę biegał jeszcze szybciej.
Kiedy zacznie pan wygrywać z Afrykanami?
Można z nimi wygrywać. Już to czasem robiliśmy. Na razie, to prawda, jeszcze uczymy się od nich. Zdecydowałem się nawet na wyjazdy do Kenii. Jest tam ciężko ze względu na klimat i warunki życia, ale skoro cały świat jeździ do Afryki na zgrupowania i wielu świetnych biegaczy tam mieszka, to coś w tym musi być. Trzeba się od nich uczyć.
Na czym polega trening w Kenii?
Przede wszystkim trudno się oddycha, mięśnie są niedotlenione. Jest też zagrożenie malarią i innymi chorobami tropikalnymi. Oczywiście trzeba się szczepić, ale jak słyszałem komara, zaraz zarzucałem kaptur na głowę. Wody z kranu pić nie wolno, ę kupowaliśmy ją w sklepie, choć jest bardzo droga. Mieszkałem u mistrza olimpijskiego Wilfrieda Bungei, on jako sława sportu ma nawet w domu prąd, a tam to jest luksus. Zresztą nawet u niego czasem brakowało elektryczności, nie było ciepłej wody, wtedy kąpaliśmy się w misce wody zagrzanej nad ogniem. Jako goście mistrza mieliśmy u niego dość dobrą kuchnię, sam gotował nam czasem ryż lub makaron, jakby po europejsku, ale podstawą jedzenia jest w Kenii ugali – kasza kukurydziana zmieszana z wodą, jedzą to cztery razy dziennie. Strasznie to suche i trudne do przełknięcia. Chodziliśmy też do restauracji, ale tam trzeba długo czekać, ognisko wolno się rozpala.
I tak jak Kenijczycy biegał pan godzinami po ich płaskowyżu?
To jest płaskowyż, ale nie ma tam naprawdę płaskich terenów. Biega się ciągle z górki i pod górkę. Kenijczycy nie trenują z ciężarami, oni zdobywają siłę naturalnie na swych wzniesieniach. I widzę po sobie, że to przynosi rezultaty.
To będzie stały punkt programu pańskich przygotowań?
Tak, choć na razie trudno mi przeżyć w Kenii dłużej niż miesiąc. Ale pojadę znów zimą na trzy tygodnie, gdy jeszcze nie trenuje się w kolcach na tartanie. Zrobię mnóstwo kilometrów, podbudowę do sezonu.
Jeszcze tego lata chce pan pokonać granicę 1.44 minuty?
Taki mam plan, czemu nie. Tylko myślałem, że zapyta pan o 1.43…
kr/Rp /2.8.2010/
***
Droga po złoto wiodła przez Kenię
W 2007 r. Lewandowski został młodzieżowym mistrzem Europy. Rok później pojechał na swoje pierwsze igrzyska, na których zajął 20. miejsce. Mówiono o nim wówczas jako o wielkim talencie. W ubiegłym roku wystartował w mistrzostwach świata w Berlinie. Tam zajął 8. miejsce.
Przed tym sezonem postanowił spróbować innowacyjnej metody przygotowań. Jako pierwszy polski lekkoatleta wyjechał na zaproszenie mistrza olimpijskiego Wilfrieda Bungei na ciężkie treningi do Kenii.
Tryb moich przygotowań sprawdził się w stu procentach. Jeżeli cały świat ucieka na wysokogórskie zgrupowania sportowe właśnie do Kenii, to znaczy, że coś musi w tym być. Jestem jeszcze bardzo młodym zawodnikiem i ciągle się uczę. Jeżeli najlepsi zawodnicy na świecie mieszkają właśnie tam, to znaczy, że coś tam jest. Trzeba zatem próbować trenować tak jak oni. Tylko dzięki temu można zbliżyć się do nich – mówi Ledwandowski, który ciężkiej pracy się nie wystraszył, choć w przeszłości wyglądało to różnie.
Kiedyś było ciężko pracować z Marcinem. Gdy dojrzewał, przyszedł okres buntu i to było ciężkie doświadczenie dla nas obu. Nie można było do niego trafić. Twierdził, że jako młody człowiek może się bawić i szaleć, jak jego rówieśnicy. Kiedy tylko udało się do niego dotrzeć, zrozumiał, że tylko pełny profesjonalizm w życiu sportowym i prywatnym, przyniesie efekty. Teraz już nie mamy żadnych problemów – opowiada Tomasz Lewandowski, straszy o 6 lat brat Marcina, a zarazem jego trener.
W Kenii, gdzie zaczęła się droga na europejski szczyt przebywali w grudniu. Warunki nie były najlepsze. Do tego trzeba było uważać, by nie zarazić się jakąś trudną do wyleczenia tropikalną chorobą.
Nie są to łatwe zgrupowania, bo panują tam ciężkie warunki, nie tylko atmosferyczne, ale także mieszkalne. Teraz jednak przyszły efekty tych wyrzeczeń. Jestem w świetnej formie – tłumaczy mistrz Europy.
Bracia Lewandowscy mieszkali w domu samego Bungei. Mieli tam dobre warunki. Był nawet prąd, co dla wielu tamtejszych rodzin jest luksusem.
Obawiałem się malarii i różnego rodzaju chorób. Przed wyjazdem szczepiłem się, ale mimo wszystko wciąż się bałem. To zostaje potem w głowie. Do tej pory, kiedy słyszę bzyczenie komara to od razu zakładam kaptur i stosuję środki odstraszające – przyznał młodszy z braci.
Oczywiście nie można pić tam wody z kranu. Wodę, która zresztą jest tam bardzo droga, kupowaliśmy w sklepie. Czasami zdarzało się tak, że u Bungeia w domu też nie było wody. Nieraz myliśmy się w misce. Gotowali nam wodę w garnku i kąpaliśmy się. To była prawdziwa szkoła przetrwania – mówi.
W Kenii podpatrywali, jak trenują tamtejsi zawodnicy, uważani za najlepszych średnio- i długodystansowców na świecie.
Kenijscy zawodnicy prawie w ogóle nie robią siły. Mają ją dzięki ciągłemu bieganiu z górki i pod górkę. Ja też tak trenowałem. Na takiej wysokości (blisko 2000 m n.p.m – przyp. red.) na jakiej byliśmy, bardzo ciężko się oddycha. Mięśnie są niedotlenione i bardzo ciężko się przez to biega. Strasznie to odczułem, ale nie żałuję, bo bardzo mi to pomogło. Teraz zbieram żniwa tej pracy – wyjaśnia.
Byłem gościem Bungeia i on starał mi się dogodzić, jeżeli chodzi o jedzenie. Często przyrządzano nam europejskie potrawy, a także tradycyjne kenijskie jedzenie, jak na przykład ugali. To mąka lub kasza kukurydziana ugotowane na wodzie lub mleku na bardzo gęstą papkę. Jest to bardzo suche i źle się to je. Ale to ich tradycyjna potrawa. Często też stołowaliśmy się w restauracjach, ale na podanie dania czeka się tam bardzo długo. Czasami nawet do dużo ponad godzinę, bo muszą rozpalić ognisko, by podpiec np. kurczaka. To zajmuje jednak trochę czasu – mówi.
Nasz mistrz Europy ma problemy z dietą. Jest trochę wybredny. Nie je mięsa i niektórych produktów potrzebnych organizmowi. To niewątpliwie był problem, bo trzeba było aplikować mu w jakiś inny sposób aminokwasy i żelazo, których Lewy – jak mówią na niego koledzy – nie dostarcza organizmowi.
-Szukaliśmy pomysłu na to, co zrobić, by poprzez jakąś dietę forma wciąż rosła, a nie spadała. Przyszedł on sam podczas pobytu w Kenii. Tam odkryliśmy pewną miksturę. Zauważyliśmy też, że oni praktycznie nie jedzą śniadań, a mimo to mają niesamowitą energię. Stwierdziliśmy, że coś w tym musi być.
I rzeczywiście. Dieta to jedna z naszych głównych rzeczy. Musimy jej dokładnie pilnować. Wciąż nad nią pracujemy . Jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli, to produkty, które Marcin dostarcza swojemu organizmowi, będzie można spokojnie znaleźć na polskim rynku. Wtedy najcięższy trening będziemy mogli wykonywać bez utraty zdrowia – przyznaje Tomasz Lewandowski, który jest trenerem młodszego brata od początku kariery.
Kiedy byłem jeszcze na studiach – osiem lat temu – to bardzo dużo wspierał mnie w myśli treningowej mój były trener Piotr Kiedrowicz ze Słubic. Z każdym rokiem i każdym miesiącem widział dojrzewaliśmy przy nim. W pewnym momencie to ja wziąłem na swoje barki ciężar przygotowań Marcina. Do tej pory jesteśmy przyjaciółmi z Piotrem i jeżeli mamy tylko jakieś problemy treningowe, to służy radą i pomocą – mówi.
Obaj bracia otwarcie przyznają, że zagubili gdzieś braterską więź.
Więź typowo braterska bardzo szybko zakończyła się między nami. Tomek jako młody chłopak wyjechał do internatu do Słubic. Ja też szybko uciekłem z domu do internatu. Tomek udał się potem na studia. Ciągle się zatem mijaliśmy. Nigdy nie było między nami tak, jak u prawdziwego rodzeństwa. Chyba dlatego teraz nasze relację są bardzie jak trenera z zawodnikiem niż brata z bratem – otwarcie mówi Marcin.
Potwierdza to także jego starszy brat, przytaczając zabawny przykład z niedzielnego, rodzinnego obiadu.
– Udaliśmy się kiedyś do rodziców na niedzielny obiad. Mieszkają oni w parterowym budynku, gdzie są zimne kafelki na podłodze. Marcin wykąpał się, po czym usiadł przy stole. Zauważyłem wówczas, że nie ma skarpetek ze sobą. Gdyby zachorował, żal byłoby mi całej tej pracy, którą wykonaliśmy. Po prostu wygoniłem go od stołu, mówiąc, żeby szanował naszą pracę i założył skarpetki. Marcin od razu odparł: Tomek, ty nawet przy stole nie możesz być dla mnie bratem.
Myślę, że taki układ się sprawdza właśnie dlatego, że nie ma między nami typowo braterskiej więzi. Gdybym Tomka traktował tylko jak brata, to pewnie treningi wyglądałyby zupełnie inaczej. Kiedy byłbym zmęczony, pewnie odwróciłbym się do niego plecami i zakończył trening – wtrąca Marcin, który studiuje dziennie na Uniwersytecie Szczecińskim.
Jestem chyba dla Marcina bardziej stróżem i trenerem niż bratem. Mam jednak nadzieję, że kiedy zakończy on karierę sportową, nasze relacje wrócą na dawne, dobre tory i będziemy prawdziwymi braćmi, już na zawsze – mówi Tomasz.
Kiedy pytam czy medal jest bardziej Marcina, czy Tomasza, ten ostatni odpowiada: – To nasz wspólny medal. Obaj włożyliśmy w ten sukces tyle samo sił. On na bieżni, a ja poza nią. I przyznaje, że kompletnie nie denerwował się podczas biegu finałowego.
Wiedziałem, że kiedy dojdzie do rozgrywki na finiszu i Marcin będzie w czołówce, to odbije każdy atak, a na dodatek sam zaatakuje. Nie pomyliłem się. W tym roku mieliśmy takie założenie, by poprawić skuteczność na finiszu. Udało się. Marcin jest niesamowicie waleczny i zdeterminowany. Po biegach w Barcelonie widać, że każdą taktykę jest w stanie zrealizować – mówi.
Obaj nie napalają się na sukces. Chcą stopniowo osiągać poszczególne etapy w karierze.
Założenia treningowe były zawsze układane stopniowo. Nie robiliśmy niczego na siłę. Jeżeli chcesz wybudować pierwsze piętro w bloku, najpierw musisz postawić fundamenty. Nie można zacząć budowy od drugiej kondygnacji. Dokładnie tak to wyglądało w moim treningu. Wszystko było na swoim miejscu. Można było przeskoczyć pewne poziomy, ale prędzej czy później, nie wyszłoby to na dobre. Na razie unikamy wszelkich kontuzji i drobnych urazów. Nic mi nie dokucza. To jest spowodowane tym, że ta praca jest systematyczna – tłumaczy złoty medalista z Barcelony, który po igrzyskach olimpijskich w Pekinie sprawił sobie tatuaż na ścięgnie Achillesa. Widnieje na nim napis Beijing 2008 oraz motto igrzysk napisane po chińsku One world, one dream.
Teraz przed braćmi Lewandowskimi kolejne cele, w tym ten najważniejszy – medal igrzysk olimpijskich.
To cały czas chodzi nam po głowie. Od paru lat. Złoty medal mistrzostw Europy utwierdził nas w tym, że jesteśmy blisko i jesteśmy w stanie to zrobić. To był tylko jeden ze środków do celu – mówi trener.
Wszystko wskazuje na to, że droga do tego celu znów będzie wiodła przez Kenię. Nie będzie to jednak już tak długi wyjazd
Będę jechał zimą na trzy tygodnie. To bardzo bezpieczny dla mnie okres, bo wtedy nie robię jeszcze żadnych treningów w kolcach na tartanie. Po prostu robię olbrzymią ilość kilometrów. To taka podbudowa do sezonu – kończy Marcin Lewandowski.
TK /1.8.2010/
***
Mazurek dla Małachowskiego!
Piotr Małachowski (WKS Śląsk Wrocław) został w Barcelonie mistrzem Europy w rzucie dyskiem. Złoty medal zagwarantowała mu druga próba, w której uzyskał 68.87 m, co jest najlepszym wynikiem w historii tych zawodów. Drugi był Niemiec Robert Harting 68.47, a trzeci Węgier Robert Fazekas 66.43.
To trzeci medal Małachowskiego na wielkiej imprezie lekkoatletycznej. W 2008 r. w Pekinie został wicemistrzem olimpijskim, a przed rokiem w berlińskich mistrzostwach świata przegrał tylko z Hartingiem. Doczekał się więc już i upragnionego złota!
W Barcelonie polscy lekkoatleci zdobyli 9 medali – 2 złote, obok Małachowskiego – Marcin Lewandowski na 800 m, 2 srebrne i 5 brązowych.
Mistrz olimpijski w pchnięciu kulą Tomasz Majewski był najlepszą motywacją dla Małachowskiego przed finałowym konkursem 20. mistrzostw Europy. Jakbym nie zdobył złota, nie miałbym gdzie spać – przyznał zawodnik Śląska.
Tomek, gdy wychodziłem na stadion, powiedział mi, że jak nie zdobędę złota, to mam nie przychodzić do pokoju. Tak się wystraszyłem, że musiałem to zrobić…. – powiedział z uśmiechem wicemistrz olimpijski.
Uznał, że konkurs nie był najlepszy w jego wykonaniu. – Ale najdłuższy rzut należał na szczęście do mnie. Nie byłem zestresowany, ale za to bardzo skoncentrowany, bo wiedziałem, że może się powtórzyć sytuacja z ubiegłorocznych mistrzostw świata, kiedy w ostatniej próbie przegrałem złoto.
Może teraz przyczepi się do mnie jedynka i już tylko będę wygrywał? – zastanawiał się. – Zawsze moim marzeniem było wysłuchać Mazurka Dąbrowskiego. W końcu się udało, z czego bardzo się cieszę.
Po konkursie mistrz świata Niemiec Robert Harting nawet nie podszedł do Polaka, by mu pogratulować. Parę dni przed zawodami w jednym z wywiadów ocenił, że w Barcelonie nie ma sobie równych przeciwników, a Małachowskiego nie uznał za godnego rywala.
Teraz przeszedł obok mnie i tyle. On nie podał mi ręki, a ja jej też w jego kierunku nie wyciągnąłem. A, mam to po prostu gdzieś. Z drugiej strony w kole rywalizujemy, ale po zawodach zawsze można sobie podać rękę. Jesteśmy normalnymi ludźmi i nie musimy robić z tego trzeciej wojny światowej, dlatego nie rozumiem takiego zachowania. Jego wypowiedź mnie na początku zdenerwowała, bo myślałem, że jest moim bardzo dobrym kolegą. Uważałem go za równego faceta, okazało się, że tak nie jest – powiedział podopieczny Witolda Suskiego.
Złoty medal mistrzostw Europy postawił na równi ze srebrnym mistrzostw świata. – Igrzyska to jednak całkiem inna bajka. Najważniejsza impreza, więc i najważniejszy medal – dodał.
PAP /2.8.2010/
***
IGRZYSKA SĄ WAŻNIEJSZE
Rozmowa z mistrzem Europy Piotrem Małachowskim
To pierwsze wymarzone zwycięstwo w wielkiej imprezie. Nie był pan po nim w wielkiej euforii…
Wymarzone, ale wymęczone. Tylko jeden rzut za linię 68 metrów. To raczej nie był najlepszy z moich konkursów.
Był za wielki stres, czekanie na wielki rzut Niemca?
Nie byłem wcale zdenerwowany, stres mnie nie zżerał. Jak raz się poznało taką sytuację jak w Berlinie, to wiadomo, że może się powtórzyć. Byłem na to przygotowany. I po drugim rzucie także nie myślałem, że wygrałem, przecież wiadomo, że to się zaraz mogło zmienić.
Miał pan wrażenie, że rywale patrzą na pana jak na głównego kandydata do złota, że się może trochę boją?
Na pewno wiedzieli, że jestem mocny, wiedzieli, że rzuciłem prawie 70 metrów podczas mityngu Diamentowej Ligi, że dużo i mocno trenowałem.
A naprawdę niczego pan się nie obawiał, śliskiego koła, pogody, kontuzji?
Jeśli czegoś się bałem, to tego, że Tomasz Majewski po konkursie nie wpuści mnie do pokoju, jeśli nie zdobędę złota. Tak mi obiecał.
Rywalizacja z Robertem Hartingiem to teraz osobista sprawa?
Nie, zupełnie nie. Raz kiedyś nie podaliśmy sobie ręki, on coś tam powiedział do gazet, ale przeszliśmy obok tego i nie ma problemu. To jest nasz zawód, coś, co lubimy robić i na tym zarabiamy, nie ma powodu robić z tego innej sprawy. Jesteśmy normalnymi ludźmi. Pewnie, że szkoda, że Niemiec nie jest takim fajnym kolegą, za jakiego kiedyś chciałem go uważać, za kumpla. Okazało się, że to nie taki człowiek.
Ostatni rzut miał być tylko na pokaz?
Nie, na koniec też chciałem rzucić daleko, ale obawiałem się trochę o palec, ponieważ lekko mi się oderwała skóra, a mam jeszcze przed sobą kolejne zawody.
Będzie pan atakować granicę 70 metrów jeszcze w tym roku?
Oczywiście, że będę próbować. Wciąż jest taka szansa, chciałbym ją wykorzystać, najlepiej w jakimś wielkim mityngu. Zobaczymy, czy mi się to uda. Na razie jednak myślę, że będzie mi ciężko, bo zwykle jest duże rozluźnienie po wielkiej imprezie. Tak się teraz czuję. Może przejdzie, świętowania na razie na pewno nie będzie.
Zmęczony pan jest po konkursie?
Tak, czuję się zmęczony. To wbrew pozorom ciężka praca.
Czy tylko jeden tytuł mistrza w rzutach, to nie objaw lekkiej zadyszki w tej polskiej specjalności?
Mamy w trzech konkurencjach trzy medale każdego koloru, więc o co chodzi? Trzymamy się mocno. Anita Włodarczyk przegrała tak naprawdę z kontuzją pleców. Tomek Majewski przy odrobinie szczęścia mógł być pierwszy. Wciąż stanowimy grupę, która może przywieźć z każdych zawodów trzy złote medale.
Ma pan też własną grupę dyskobolowi? Ćwiczyć w grupie, to najlepszy sposób na ciężki trening?
Tak. Tworzymy z trenerem Suskim fajną grupę, są w niej również młodzi. Myślę, że któryś z nich będzie bardzo daleko rzucać, że jest tu mój następca.
Jak ważny jest dla pana ten pierwszy złoty medal z Barcelony?
Ważne przede wszystkim jest to, że wciąż jestem na podium, że trzeci rok utrzymuję równą formę.
To gdzie pan umieści ten sukces, za czy przed srebrem z Pekinu i Berlina?
Na równi z medalem mistrzostw świata, ale za medalem olimpijskim.
Igrzyska są ważniejsze.
kr/rp /2.8.2010/
***
Kupi sobie mercedesa
Ostatni miesiąc był wyjątkowy dla Piotra Małachowskiego: zdał za pierwszym razem egzamin na prawo jazdy, pobił rekord Polski, kupił sobie BMW X5, zdobył upragniony złoty medal mistrzostw Europy i wygrał jeszcze zakład o mercedesa klasy R.
Założyłem się o mercedesa z Tomaszem Gąsiorkiem, dilerem spod Bydgoszczy, u którego kupiłem to upragnione BMW X5. Nie wierzył, że zdobędę w Barcelonie złoto. Zdobyłem i będę teraz miał dwa luksusowe auta – mówi mistrz Europy w rzucie dyskiem. – Ale pieniądze i samochody to nie wszystko. Liczy się satysfakcja z sukcesu – podkreśla Małachowski.
Konkurs w Barcelonie był najlepszy w pana karierze?
Nie, najlepszy był na mistrzostwach świata w Berlinie przed rokiem, gdzie zdobyłem srebro. Miałem tam serię równych, dalekich rzutów, a sam konkurs był ciekawy do ostatniej kolejki. Tutaj natomiast rozstrzygnął się już w drugiej kolejce.
Ten zwycięski rzut był idealny?
Nie, był średni. Nie było wyraźnego wyjścia ciałem w przód i do góry przy wyrzucie. Rzut poszedł tylko z ręki, bez nóg, muszę poprawić technikę obrotu.
Co jeszcze można poprawić, choćby w sylwetce?
O tak, mam za duży brzuszek (śmiech). Ważę teraz 136 kilo, o 10-11 za dużo. Lubię dobrze zjeść. Tutaj w Barcelonie nie za bardzo mogłem, bo patrzyli mi w talerz (śmiech).
Takiego chłopa chyba nikt nie zaczepi?
Zdarzają się zaczepki słowne, w pociągu czy tramwaju. Staram się jednak nie reagować, bo wiem, że rękę mam ciężką, a z natury jestem łagodny. Ale nie zawsze tak było. To przyszło po latach.
Jakieś niedoskonałości w charakterze?
Dużo jem, za dużo śpię i jestem leniwy.
Kiedyś grał pan na trąbce…
Ojej, już nie pamiętam, kiedy to było ostatni raz. Dostałem tę trąbkę od orkiestry strażackiej w Bieżuniu za medal olimpijski. Ale obiecuję, po tym sezonie zabieram się do grania.
DC /3.8.2010/
***
Czas pokonać 70 metrów
Rozmowa z Piotrem Małachowskim, rekordzistą Polski w rzucie dyskiem
Co pan czuł, gdy w Gateshead posłał Pan dysk na 69.83 m, bijąc rekord Polski?
Powinienem pewnie powiedzieć, że euforię, ale byłem tak zmęczony ostatnimi intensywnymi startami, że nawet nie miałem siły się cieszyć. Poza tym na ten rekord byłem przygotowany, wiedziałem, że prędzej czy później go ustanowię.
Kiedy zatem zrobi pan kolejny krok do przodu i przekroczy 70 metrów?
Mam nadzieję, że niedługo. Jeśli tylko będę miał swój dzień, będę wyspany i wypoczęty, w doskonałej formie fizycznej i na dodatek trafię na korzystne warunki, to powinienem te 70 m pokonać. Może ze sporym naddatkiem.
Forma jest, wygrywa pan najważniejsze zawody. Gdzie tkwi tajemnica?
W dwunastu latach ciężkiego treningu. Ciężkiego i uczciwego, który musi przynosić konkretne efekty. Nie odpuszczam, nie oszukuję trenera i siebie, robię, co do mnie należy, i to jest droga do sukcesów.
Co oznacza ciężki trening?
Tak naprawdę tylko zawodnik i jego trener dobrze wiedzą, ile kosztuje dojście do pewnego poziomu. Do rekordu, o którym pan na początku wspomniał. To masa różnych wyrzeczeń, litry potu wylane podczas zajęć, pojawiające się raz na jakiś czas urazy, kontuzje, ból. Kibice, a także dziennikarze, czasem nawet działacze, siedzą w domu i oceniają, nie zdając sobie sprawy z tego, jak wiele poświęcamy i jak bardzo pracujemy. Gdy coś komuś nie wyjdzie, od razu pojawia się krytyka i złorzeczenie, a to jest tylko i aż sport. Każdy ma prawo do słabszego dnia, tak samo lekkoatleta i księgowy. Teraz, latem, trenuję lekko, po cztery, pięć godzin dziennie, zajęcia są przyjemne, dysk lata daleko. Lekko w porównaniu z tym, co robimy w zimie. Wtedy wstajemy o 7, o 8 jemy śniadanie, od 10 do 12.30 mamy pierwszy trening, podczas którego oddajemy 45-50 rzutów. W zimie na dworze, niezależnie od tego, czy pada śnieg, czy deszcz, czy jest zimno, siarczysty mróz. Potem czekają nas ciężkie zajęcia siłowe, ciężkie i niebezpieczne, bo niewłaściwie wykonane mogą skutkować kontuzją, urazami. Tygodniowo przerzucamy 60 ton, jeśli ktoś ma czas i ochotę, może to sobie przeliczyć na liczbę podnoszeń. To jest ten właśnie trening.
Zatrzymując się na chwilę przy temacie zdrowia – z pana palcem, operowanym jesienią, wszystko już w idealnym porządku?
Zdrowie jest (śmiech). To znaczy byłoby zbyt pięknie, gdyby nic mnie nie bolało, mam przerośnięte ciało Hoffy w kolanie, czuję go, ale da się z tym wytrzymać. Najważniejsze, że palec jest w pełni sprawny, mogę daleko rzucać. A przypomnę, iż z tym palcem był poważny problem, bo uszkodziłem więzadło palca wskazującego, najważniejszego, podkręcającego dysk i nadającego mu rotację. Niby mogłem z tym rzucać, ale 4-5 metrów bliżej niż normalnie, poza tym istniało ryzyko pogłębienia urazu. Operacja była koniecznością i – jak widać – po niej jestem w niezłej formie.
W ciągu ostatnich 2 lat przywoził pan medale z najważniejszych zawodów, igrzysk i mistrzostw świata. Cel na zbliżające się mistrzostwa Europy musi być zatem jeden…
Tak, ale proszę pamiętać, że dla dyskoboli mistrzostwa Europy są niemal jak mistrzostwa świata czy igrzyska. W czołówce jest tylko jeden Amerykanin, reszta to zawodnicy ze Starego Kontynentu. Poziom zmagań w Barcelonie na pewno będzie wysoki, nie mam co do tego żadnych wątpliwości, a sześciu, nawet siedmiu chłopaków będzie w stanie powalczyć o medal. Ja oczywiście znam swoją wartość, nie pojadę tam w roli chłopca do bicia, lecz niczego nie obiecam. Aktualnym mistrzem olimpijskim jest Estończyk Gerd Kanter, mistrzem świata Niemiec Robert Harting, i wychodzi na to, że to ja wciąż mam kogo gonić. A to, nie ukrywam, dobra pozycja.
I w Pekinie, i w Berlinie, zdobył pan srebro, w Barcelonie ucieszy pana medal w każdym kolorze czy tylko ten złoty?
Spokojnie, każdy medal mnie ucieszy. W rzucie dyskiem poziom jest szalenie wysoki, jeden z najwyższych w lekkoatletyce. Oczywiście marzy mi się złoto, ale 3 miejscem też nie pogardzę (śmiech).
Gdzie dostrzega pan rezerwy, które można wyzwolić, by rzucać jeszcze dalej, ponad 70 metrów?
Najważniejsza jest technika. Siłę, motorykę, można wypracować, ale technikę bardzo ciężko. W dysku o wszystkim decydują niuanse, niedostrzegalne dla zwykłego kibica, kogoś nieobeznanego z tajnikami tej konkurencji. O wyniku może przesądzić minimalne ustawienie ręki, inne ustawienie stopy, setne sekundy spóźnienia biodra. Dlatego trzeba pracować i pracować, by dojść do pewnej powtarzalności rzutu. Jeśli podczas treningu człowiekowi uda się rzucić 30-40 razy w mniej więcej podobnej technice i podobnej odległości, to znaczy, że osiągnął pewną stabilizację. Nie ma jednak jednej skutecznej metody, jak to zrobić. Wszystko zależy od człowieka. Jedni potrzebują 5, inni 10 lat, jeszcze inni nigdy nie dojdą do takiego stanu. A moje rezerwy? Wiem, że jest jeszcze parę spraw właśnie technicznych, które mogę poprawić, i mam nadzieję, iż stanie się to szybko. Na razie brakuje mi trochę rzutów, mam jeszcze zaległości po operacji i przerwie, a ostatnie tygodnie spędzam na walizkach, jeżdżąc z zawodów na zawody.
Przed Barceloną planuje pan jeszcze jakieś starty?
Na razie spokojnie trenuję w Spale, a przed mistrzostwami wystartuję w mitingu Diamentowej Ligi w Monako. Pasują mi te zawody, poza tym jestem liderem cyklu, więc wypada pokazać się z dobrej strony.
Rozmawiał PS /ND/ /15.7.2010/
***
Bez Suskiego nie byłoby sukcesów
Rozmowa z Piotrem Małachowskim
Kto panu na olimpiadzie w Pekinie najbardziej kibicował?
Szymon Ziółkowski, Tomasz Majewski, Andrzej Krawczyk, Maciej Gwizdek, to osoby które na mnie stawiały. Plus oczywiście moja mama, rodzina.
Kiedy był pan liderem w konkursie olimpijskim, a później Kanter pana wyprzedził, co pan przypuszczał?
W trzeciej próbie rzuciłem bardzo źle. Po późniejszym przeanalizowaniu okazało się że ten rzut był nieudany technicznie a dysk poleciał aż na 66.94 m. Spodziewałem się że będzie jakieś 63-64 m. Byłem zdziwiony tym dobrym wynikiem. Gdybym ten rzut wykonał dobrze technicznie to myślę że rywale trochę by się przestraszyli i miałbym złoty medal. Ale oczywiście jestem bardzo zadowolony ze srebra. A konkurs był naprawdę bardzo trudny, przerywany dekoracjami, prezentacją biegaczek. Było trudno, długo i gorąco.
W Sydney były dwa złote medale olimpijskie dla Polski w rzucie młotem. Teraz mamy dwa medale w kuli i dysku. Polscy trenerzy rzutów są bardzo dobrzy?
Tak. Mamy bardzo dobrych trenerów w rzutach. Miotacze na wielu ważnych zawodach zajmują wielokrotnie wysokie miejsca. Ale brakuje właśnie ludzi takich jak lekarze, masażyści, fizjoterapeuci.
Poznał pan jakichś ciekawych ludzi na olimpiadzie?
Cieszę się bardzo że poznałem Leszka Blanika bo wcześniej nie miałem takiego szczęścia. Zawsze chciałem go poznać.
Najlepiej rzuca się dyskiem przy przeciwnym wietrze?
Tak – bo wtedy dysk dostaje noszenia. Powstaje też poduszka powietrzna. Około 2-3 metrów może polecieć dzięki temu dalej.
Rekord Polski pobił pan dyskiem Alekny?
Ten obecny pobiłem swoim, bardzo dobrym dyskiem polskiej firmy Polanik. Natomiast poprzedni rekord – tak. Pasował mi do tamtych warunków dysk Alekny, ciężki, fajny. Pożyczył mi. Alekna jest w porządku.
Natomiast Niemiec Lars Riedel który już nie startuje – nie był tak bardzo w porządku?
Kiedyś mi nie podał ręki i od tamtej pory nie rozmawialiśmy ze sobą.
Czym jest dla pana reprezentowanie barw narodowych?
To wielki zaszczyt. Jako sportowiec poprzez moje sukcesy i godne zachowanie mogę sławić naszą ojczyznę.
Jak się odżywia dyskobol?
Normalnie. Jem wszystko co jest zjadliwe, w granicach rozsądku, oczywiście. Kolega Andrzej Krawczyk jest moim nadwornym kucharzem (śmiech).
A można zaryzykować stwierdzenie że sport uratował panu życie?
Nie. To jakieś głupie plotki, bez sensu. Jestem normalnym człowiekiem, a że czasem ktoś chciał się ze mną sprawdzić i wtedy nie opuszczałem rąk, walczyłem?… Nie wiem dlaczego ktoś pisze takie rzeczy.
Ma pan 25 lat więc przed panem jeszcze wiele sukcesów?
Myślę że tak. Miejmy nadzieję że pojadę na olimpiadę w Londynie, po drodze będą mistrzostwa świata, Europy. I że wszystko będzie się rozwijać w dobrym kierunku. Jeżeli będę zdrowy, będą właściwi ludzie do pomocy, o co będę prosił PZLA i mojego przyszłego sponsora, to ja dołożę wszelkich starań by w najważniejszych zawodach walczyć o najwyższe podium dla Polski.
Jest pan katolikiem? Wierzy pan w Boga?
Tak. Przed każdym rzutem robię znak krzyża. Tak zostałem wychowany.
Ma pan 193 cm wzrostu, 128 kg wagi. To bardzo dobre warunki dla dyskobola?
Tak, ale moje warunki nie są wcale takie fantastyczne. Moi najwięksi rywale – Kanter i Alekna – mają dużo lepsze. Przede wszystkim jeżeli chodzi o zasięg ramion. Moje warunki są więc raczej średnie.
Da się coś zrobić by wygrywać na ważnych zawodach z tymi zawodnikami z krajów nadbałtyckich, bo Kanter jest z Estonii, a Alekna z Litwy?
Jest to na pewno w moim zasięgu. Wygrywałem już z oboma. W jednym konkursie na ważnej imprezie jeszcze nie. Muszę mieć jeszcze tylko dobrego lekarza i fizjoterapeutę. W tym roku tego zabrakło na początku okresu przygotowawczego, przyplątały się też kontuzje. Jeżeli więc pod tym względem będzie tak jak trzeba, to myślę że poprawię moje wyniki.
Ze swoich młodszych lat co pan wspomina najmilej, grę na trąbce w orkiestrze strażackiej w Bieżuniu, gdzie pan mieszka?
Tak. Były to bardzo fajne lata, zwiedzałem z orkiestrą całą Polskę, była niezła zabawa. Tak – ten okres był najfajniejszy bo później bywało gorzej.
Jest pan zawodowym żołnierzem. Dostał pan już awans po tym sukcesie olimpijskim? Jest pan już kapitanem, czy pułkownikiem?
Nie, niestety, nie dostałem żadnego awansu. Tylko minister może dać mi awans…
Minister sportu? Ten pewnie by dał…
(śmiech) Nie, minister obrony. Trzeba czekać…
Co pan robi na treningach, poza rzucaniem dyskiem?
Dźwigam dużo ciężarów i robię przebieżki których… nienawidzę.
Najważniejsza w rzucie dyskiem jest szybkość?
Nie. Musi być wszystko odpowiednio połączone, to znaczy siła, szybkość i technika. Kiedy to wszystko się uda zgrać na jednych zawodach to wtedy jest dobry wynik.
Witold Suski to chyba supertrener? Zarówno pan jak i Tomasz Majewski dużo mu chyba zawdzięczacie?
Tak. To człowiek który nas obu znalazł gdzieś na zawodach podwórkowych w Ciechanowie. On nas poprowadził i wielkie dzięki dla niego. Bez niego nie byłoby naszych sukcesów.
rozm. Cezary Dąbrowski
Kategoria Sport

















































































































































































