Apel o bojkot festiwalu fimowego

O bojkot 36 Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni w związku z decyzją jego Jury o zaproszeniu na ten festiwal Romana Polańskiego zaapelowała Prawica Rzeczypospolitej

Prawica zwraca się w tej sprawie ‘do władz i instytucji publicznych (w szczególności do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Telewizji Polskiej S.A.)’

‘Roman Polański jest ścigany przez wymiar sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych za popełnienie jednego z najbardziej potępianych społecznie przestępstw. Wyrażamy najgłębsze ubolewanie z powodu demonstracji przygotowywanej podczas gdyńskiego Festiwalu i mamy nadzieję że nie znajdzie ona jakiegokolwiek (nawet biernego) wsparcia ze strony władz i instytucji naszego Państwa’ – można przeczytać w oświadczeniu podpisanym przez Marka Jurka i Mariana Piłkę.

zyt/rp /24.5.2011/

***

Oglądamy ‘Rytuał’

Demonologii powrót konieczny

‘Niewiara w Złego nie uchroni cię przed nim’ – to słowa jednego z głównych bohaterów filmu ‘Rytuał’ (The Rite, USA 2011, reż. Mikael Hafström)

Wypowiada je ksiądz egzorcysta, jezuita, ojciec Lukasa (Anthony Hopkins), który poucza młodego kandydata do kapłaństwa Michaela Kovaka (Collin O’Donoghue), przeżywającego kryzys wiary

Chodzi tu również o wiarę w realne istnienie osobowego zła, złego ducha, szatana, która choć nie jest na tej samej płaszczyźnie co wiara w Boga, to jest z nią ściśle powiązana. Ta konkluzja stanowi jedną z ciekawszych tez z obszaru demonologii która w tym filmie prezentowana jest wyraziście i subtelnie, choć nie zawsze w sposób doskonały.

Należy podkreślić że film ‘Rytuał’ nie jest horrorem ale powściągliwym (ograniczającym efekty specjalne) ‘thrillerem teologicznym’, osadzonym głęboko w ortodoksji katolickiej. Można tu nawet mówić o pewnej afirmacji katolickiego obrazu Boga, szatana i Kościoła (i to w pewnym związku tych trzech dogmatycznych obszarów wiary).

Z tej właśnie racji film jest godny polecenia katolikom i to nie tylko tym wątpiącym do których – być może – skierowane jest głównie intelektualne przesłanie.

Znaczenie demonologii w osobistej formacji

Zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami ‘Rytuał’ opowiada o losach ucznia seminarium duchownego Michaela Kovaka (Collin O’Donoghue), który z niechęcią i sceptycyzmem uczęszcza do szkoły dla egzorcystów w Watykanie, posłany tam przez swoich przełożonych.

Uczestnictwo w kursie z dziedziny demonologii (wzorowanym na autentycznych wykładach zainspirowanych przez włoskiego demonologa ks. Gabriele Nanniego) z założenia miało pomóc wątpiącemu alumnowi pokonać trudności w obszarze wiary i własnego powołania. Tak też się stało i jest pośrednio – w przesłaniu intelektualnym filmu – potwierdzeniem znaczenia demonologii w formacji teologicznej księży oraz świeckich.

Ta teza potwierdzona jest faktem orędzia biskupów amerykańskich którzy w 2010 r. zdecydowali o powrocie egzorcystów do diecezji (lepiej późno niż wcale) w odpowiedzi na wiele tysięcy listów z prośbą o egzorcyzmy. Interesujący jest też fakt że w 2009 r. Episkopat USA wystosował list duszpasterski ostrzegający przed okultystyczną metodą reiki której niebezpieczny duchowo charakter określiłem stanowczo (wraz z ks. prof. Andrzejem Zwolińskim oraz innymi badaczami) już w 1997 r., nie bacząc na różne protesty.

Intelektualne przesłanie filmu ‘Rytuał’ jest więc zgodne z teologiczną świadomością Episkopatu USA i stanowi jej swoistą popularyzację, co winno cieszyć także serca polskich katolików.

Realistyczny charakter tej produkcji wspiera fakt że losy głównych bohaterów, obu księży, Lukasa i Kovaka, oparte są na faktach, gdyż obaj protoplaści fabuły są aktualnie działającymi kapłanami i egzorcystami.

Walczyć o duszę z całej siły

Film ukazuje wyraźnie znaczenie ukrytych decyzji serca w kontekście wiary którą należy czujnie zachować, pośród pokus pochodzących także od szatana. ‘Chroń swoją duszę’ – mówi o. Lucas do Michaela. Następnie, przemawiając przez opętanego już ks. Lukasa, zły duch chce podkopać zaufanie do Boga młodego alumna i jego przyjaciółki, uderzając w ‘słabe punkty’ człowieka, poprzez znajomość historii ich naturalnych słabości i grzechów (pisał o tym św. Ignacy Loyola).

Odpowiedzią na ten fakt zniechęcających słabości jest wiara. Młody bohater filmu może zwyciężyć pokusy i różne ataki szatana, często potężne i przewrotne, tylko przez wiarę. Uznając osobową egzystencję szatana, paradoksalnie utwierdza swoją wiarę w osobowego Boga. Ale moc Złego posiada cały arsenał środków których nie należy w tej walce lekceważyć: zna grzechy człowieka, bo sam je prowokuje; potem zaś ‘oskarża’ człowieka (jako ‘oskarżyciel’), by doprowadzić go do rozpaczy i samobójstwa. Dysponuje też paranormalnymi mocami (np. jasnowidzenie czy zdolność materializacji), by człowieka zastraszyć i zdezorientować, sugerując kłamliwie i spektakularnie swoją rzekomą wszechmoc i wszechobecność.

Jednak bardziej niebezpieczna od zewnętrznej mocy szatana (podkreślanej w horrorach) jest wewnętrzna siła jego kłamstwa, co zostało w filmie wyraźnie podkreślone. Dawny sceptycyzm Michaela jest zwykłym kłamstwem które go osłabia. Zły jest kłamcą i zwodzicielem który chce odciągnąć człowieka od Boga, a nie ‘straszyć’. Jest też zabójcą który dąży jednak bardziej do zagłady duchowej niż fizycznej, choć i ta nie jest mu obca (śmierć opętanej dziewczyny).

Z tego powodu element paranormalny jest prezentowany w filmie powściągliwie. Ważniejsza jest psychologia postaci oraz kontekst teologiczny ich egzystencjalnych decyzji, poddawanych duchowym pokusom i próbom. Zagrożenie demonizmem idzie w głąb. Od zewnętrznego strachu – ku wewnętrznej trosce o własną duszę, gdzie decydujące są duchowe otwarcia, poprzez moralne wybory.

Zagrożenie duchowe pojawia się wtedy, gdy człowiek nie zwycięża pokusy, ale popełnia grzech i z tego powodu otwiera się na opętanie. Od pokusy – poprzez grzech – do opętania: tak wygląda nieredukcyjne spektrum nauki o grzechu które rzadko można spotkać we współczesnych katolickich opracowaniach. Niekiedy pomija się też grzech aniołów, co jest niezbywalne w ‘Ćwiczeniach duchownych’ św. Ignacego Loyoli. Te tematy powracają jednak w filmie ‘Rytuał’.

Możliwość opętania istnieje naprawdę

W omawianym filmie pokazane są trzy rodzaje opętania: dziecka, kobiety i księdza. Niestety we wszystkich przykładach jest niejasny motyw osobistej odpowiedzialności. Wina jest jakby na zewnątrz: w ludziach (gwałt dokonany przez ojca na kobiecie) czy w samym szatanie. Ten brak jasności sprzyja manichejskiej aurze o którą zwykle zabiega sam Zły, i którą przekazuje naiwnie większość horrorów posługujących się tematyką opętania. Nie byłoby dobrze gdybyśmy przeoczyli czy zlekceważyli ten motyw w recenzowanym filmowym obrazie.

W rzeczywistości opętanie demoniczne w ponad 90 procentach jest zawinione poprzez grzech osoby opętanej. Tu ujawnia się godność ludzkiej wolności. Niewielki procent to dopust Boży (ofiary czarnej magii, nigdy jednak bez jakiejś winy) czy Boży zamysł (opętanie ‘ekspiacyjne’ występujące okresowo u świętych lub inne cele Boże). W przypadku opętania księdza jest to być może utrata wiary która zawsze jest zawiniona. Film nie jest jednak z zamysłu manichejski, ale brak naukowej precyzji, jak też prawa sztuki filmowej lekko mącą tu teologiczny obraz w tej kwestii. Nie czuje się jednak zamknięcia na pogłębione dopowiedzenia. Owe niedoskonałości czy niedopowiedzenia dzieją się ponadto bez większego znaczenia dla innych – wspomnianych już – bardziej fundamentalnych aspektów teologicznej ortodoksji, ukazanych w filmie w sposób przekonywający, a miejscami wzorcowy.

Nauka o możliwości opętania diabelskiego jest nauką teologicznie pewną (K. Rahner, Jan Paweł II). Ta możliwość wynika także z personalistycznej wizji osoby, mającej wolność wyboru dobra i zła, traktowanego w filmie jako rzeczywistość ‘poważna’ i ‘tajemnicza’ (mysterium iniquitatis). Możliwość opętania wynika z wolności ducha, a nie z praw konieczności w wymiarze natury, co dotyczyłoby choroby, np. psychozy. Te wątpliwości i dyskusje są podjęte w filmie ‘Rytuał’, na korzyść możliwości opętania diabelskiego.

Niebezpieczny redukcjonizm

Upraszczając nieco: opętanie dotyczy jakby zniewolenia ‘osoby’, a psychoza – rozpadu ‘osobowości’. Należy unikać redukcjonizmu w tym względzie i nie pozwolić by założenia teologiczne weryfikować jedynie empirycznie, jak to zostało wspomniane w omawianym filmie. Dzieje się tak w sytuacji gdy niektórzy psychiatrzy pod szyldem nauki szerzą bezprawnie – nadużywając swoich kompetencji – ideologię materializmu.

Porywają się oni ‘z tabletką na ducha’, co jest tyleż śmieszne, co i poważne, gdyż nieuprawnione i niebezpieczne.

Egzorcysta z psychiatrą może współpracować – lecz nie na równych prawach. Pierwszy bowiem decyduje autonomicznie o możliwości opętania, jak też o samej możliwości takiej współpracy. Opętanie w sensie teologicznym nie jest bowiem tym samym, co opętanie w sensie psychiatrycznym.

Człowiek który trafia do szpitala psychiatrycznego może mieć wrażenie że podlega działaniu jakiejś osoby z zewnątrz i twierdzić, że jest opętany, co może istotnie świadczyć o psychozie, ale może być też objawem rzeczywistego opętania, czego psychiatra nigdy do końca nie wie, bo nie może wiedzieć! Szuka przyczyn jego zachowania w zaburzeniach działania struktur wewnątrzpsychicznych człowieka lub w mechanizmach kulturowych, oddziałujących na jego psychikę. Stosuje więc wyjaśnienia pochodzące wyłącznie z ludzkiego, subiektywnego świata antropologii. Tymczasem opętanie w sensie teologicznym zakłada przedmiotową, czyli obiektywną przyczynę opętania, jaką jest szatan. W tym sensie jest ono związane z oceną moralną i jest bardzo niebezpieczne dla życia fizycznego i duchowego, a nawet dla zbawienia wiecznego, co ukazano w filmie bardzo wyraźnie. W ‘Rytuale’ podkreślono również że głównym kryterium opętania diabelskiego jest ‘awersja wobec sacrum’, która nie jest jednak wyrazem psychopatologii, ale szczególnej ‘patologii sacrum’. Lęk, nienawiść czy wstręt do symboli i rzeczy świętych (zwłaszcza do chętnie dziś profanowanego znaku krzyża), połączone są z wymiarem parapsychologicznym, nieznanym psychiatrii. STĄD WIELU LEKARZY PSYCHIATRÓW I PSYCHOLOGÓW, ALE TEŻ PISARZY, ARTYSTÓW, MUZYKÓW ROCKOWYCH, PRZECIWNIKÓW KRZYŻA W URZĘDACH, POLITYKÓW, STUDENTÓW, A NAWET PRZEDSTAWICIELI DORASTAJĄCEJ MŁODZIEŻY MOGŁOBY, A MOŻE NAWET POWINNO PRZEJRZEĆ SIĘ W LUSTRZE IDEI ORAZ OBRAZÓW ZAPREZENTOWANYCH W TYM GODNYM POLECENIA FILMIE. Tym bardziej że większość laickich recenzentów nie dostrzegło w tej produkcji filmowej wagi problemów teologicznych ale jakąś ‘przegadaną’ i nieatrakcyjną psychologię, co samo w sobie daje do myślenia nad zredukowaną duchowo mentalnością naszych czasów.

ks. dr hab. Aleksander Posacki SJ/nd /6.4.2011/

/autor jest doktorem habilitowanym teologii, doktorem filozofii, znawcą problematyki zagrożeń duchowych (ezoteryzm, okultyzm, sekty), publicystą i duszpasterzem. Wykłada w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej Ignatianum w Krakowie oraz na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II/

***

Na Polaka by się nie zgodzili

Peter Weir to reżyser, który doskonale wie jak mimo pracy w systemie wielkich wytwórni Hollywood odcisnąć na swych filmach autorskie piętno. Rozumie też doskonale że kino to cierpliwa sztuka kompromisu

Dlaczego w jego nowym obrazie – ‘Niepokonanych’ – zagrał nie kto inny tylko rozpoczynający wielką karierę Jim Sturgess, doświadczony Ed Harris i rozpoznawalny na całym świecie Colin Farrell – australijski reżyser opowiedział tuż po krakowskiej premierze filmu

Rozmowa z Peterem Weirem

‘Niepokonani’ są pana pierwszym filmem od czasu ‘Zielonej karty’ (1990), który zrealizował pan poza systemem wielkich hollywoodzkich wytwórni. Czy powodem dla którego zdecydował się pan na niezależnego producenta były problemy z uzyskaniem finansowania?

Dokładnie tak. ‘Niepokonani’ byli po prostu moim kolejnym pomysłem. Oczywiście zgłosiłem się z tym do dużego studia w Hollywood. Nie mam żadnych uprzedzeń z tym związanych. Dobrze jest mieć finansowe wsparcie hollywoodzkiego giganta, ale oni nie byli w ogóle zainteresowani tą historią. Powiedzieli że chętnie zobaczą gotowy produkt, ale że to nie jest kino w które mogliby się zaangażować. Zdecydowałem się więc szukać pieniędzy na własną rękę, u niezależnych producentów.

Rozumiem że obsada ‘Niepokonanych’ – zwłaszcza rozpoczynający wielką karierę Jim Sturgess w głównej roli – była wynikiem kompromisu z producentami. W pana filmie znajdziemy jednak przynajmniej dwie większe gwiazdy – Eda Harrisa i Colina Farrella. Jak wyglądało kompletowanie aktorskiej ekipy? Nie myślał pan nigdy o obsadzeniu polskiego aktora w głównej roli?

Co do obsady – nie ważne czy robisz film w Hollywood, czy poza systemem wielkich wytwórni; jednych i drugich zawsze interesują ‘nazwiska’. Jeżeli mówimy o wielkich wytwórniach: pewnie zainteresowaliby się tym filmem gdybyśmy mieli Leonardo di Caprio. Co do mniejszych producentów – im też zależy przecież na gwiazdach. Działają jednak w trochę inny sposób: myślą terytorialnie. Obsada którą zaakceptowałem przy ‘Niepokonanych’, została skompletowana w ten sposób że Jim Sturgess wydawał się odpowiednim aktorem dla rynku brytyjskiego, Ed Harris miał ‘zagrać’ na Amerykę, podczas gdy Colin Farrell to już nazwisko rozpoznawalne na całym świecie. Obsada filmu jest więc wypadkową listy życzeń producentów i mojej oceny tego co uważam za słuszne. Oni proponowali nazwiska, ja się zgadzałem lub nie. Jeżeli zaś chodzi o polskiego aktora, to gdybym nawet chciał zatrudnić do głównej roli w ‘Niepokononanych’ nieznanego Polaka, nieważne jak dobry by był, nie zgodziliby się na to. Szczerze mówiąc podobne kłopoty miałem z Jimem Sturgessem. Nie jest tak znany i rozpoznawalny jak np. Colin Farrell. Wiem jak to brzmi, ale taka jest rzeczywistość.

Jeżeli jesteśmy przy Colinie Farrellu – jego postać, rosyjski kryminalista Valka – została wymyślona przez pana. Nie ma jej bowiem w książce Stanisława Rawicza którą inspirowani są ‘Niepokonani’.

Co ważne odnotowania, robiąc ‘Niepokonanych’ całkowicie porzuciłem wierność książkowemu oryginałowi. Było sporo kontrowersji dotyczących tego co naprawdę przytrafiło się Sławomirowi Rawiczowi na wojnie. Nie mogłem zrobić ekranizacji. Co jednak istotne – sama podróż była prawdziwa. I miałem na to dowody. Mogłem więc stworzyć fikcyjną opowieść, pożyczając od Rawicza tylko lub inspirując się kilkoma fragmentami ‘Długiego marszu’. Zmieniłem więc wszystkie nazwiska, z wyjątkiem granego przez Eda Harrisa pana Smitha, dałem też inny tytuł. Miałem więc pełną swobodę we wprowadzaniu nowych elementów. Zmieniłem zakończenie. Wymyśliłem również od nowa rodzinną historię dziewczyny, granej przez Saoirse Ronan. Wreszcie dodałem tego rosyjskiego kryminalistę Valkę – wydaje mi się że to jest istotna postać, w zupełnej opozycji do politycznych więźniów którymi jest reszta moich bohaterów.

Jim Sturgess mówi w pana filmie po polsku, Ed Harris i Colin Farrel posługują się przekonującym rosyjskim. Kto uczył ich języka na planie?

Mieliśmy specjalnych trenerów. Poza tym niektórzy z aktorów i tak mówią z wyraźnym obcym akcentem, np. Gustaf Skarsgard (grający Vossa). Ale miałem też na planie kilku polskich aktorów, których znałem jeszcze z czasów ‘Pana i władcy: Na krańcu świata’. Teraz zagrali jakieś maleńkie epizody – jeden wcielił się w postać strażnika w gułagu, reszta miała role więźniów. Oni na pewno też sporo pomogli.

Ostatnie pytanie dotyczy zakończenia ‘Niepokonanych’. Co mi się podobało w pana filmie, to jego mitologiczny, zawierający biblijne konteksty charakter. W ostatniej scenie przywołuje pan jednak historyczny aspekt historii, wmontowując w film archiwalne materiały z najważniejszych wydarzeń powojennej Europy Środkowej. Trąci to niepotrzebnym patosem.

Akcja książki Sławomira Rawicza ‘Długi marsz’, którą uwielbiam, kończy się w Indiach. Zawsze wydawało mi się jednak że to nie jest koniec tej historii. Po zakończeniu II wojny światowej wiele państw znalazło się w tzw. bloku sowieckim. Ten system przetrwał aż do 1989 r. Pomyślałem więc że ‘Długi marsz’ rozumieć można właśnie jako marsz ku wolności. On nie skończył się w momencie kiedy Rawicz zostawia swoich bohaterów w Indiach. Pomyślałem więc, zakładając historyczno-polityczną ignorancję widowni na całym świecie, że muszę w jakiś sposób zaakcentować metaforyczny wydźwięk tej historii. Ale to przecież nie wszystko. Ostatnia scena filmu to przecież ponowne spotkanie głównego bohatera z jego żoną, już po 1989 r. Mamy więc odrobinę dokumentalnej faktografii, mamy też spory ładunek emocjonalny. Obydwa te elementy – historyczny i emocjonalny – są dla mnie równie istotne.

rozm. tb/int.pl /11.4.2011/

***

Amerykanie o polskim bohaterstwie

‘Niepokonani’ – superprodukcja Petera Weira

Na Zachodzie, który na własnej skórze nie odczuł, czym był sowiecki raj, film ‘Niepokonani’ wywoła szok. Okazuje się, że w latach 1939–45 nie tylko Niemcy byli szwarccharakterami

Wiele osób w Polsce z niecierpliwością czeka na premierę ‘Niepokonanych’ Petera Weira (w kinach od 8 kwietnia). Film poprzedza bowiem fama najbardziej propolskiej i zarazem antysowieckiej zachodniej produkcji ostatnich kilkudziesięciu lat

Po obejrzeniu ‘Niepokonanych’ na pokazie prasowym mogę zapewnić, że oczekiwania te nie zostaną zawiedzione

Przyzwoity Polak

To opowieść o dzielnym oficerze Wojska Polskiego Januszu, który w 1939 r. dostaje się w sowieckie łapska. Oskarżony o szpiegostwo zostaje skazany na mocy słynnego artykułu 58 na 20 lat łagru. Trafia do białego piekła na ziemi, jakim jest obóz koncentracyjny w syberyjskiej Jakucji. Przy temperaturze spadającej do minus 40 pracuje przy wyrębie lasu i w prymitywnej kopalni.

Do tego na każdym kroku czyha na niego śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony ludzi: sadystycznych strażników z NKWD, dla których jako Polak jest z definicji ‘wrogiem ludu’, oraz urków, bezwzględnych więźniów kryminalnych terroryzujących więźniów politycznych. W łagrze panuje ogólne zezwierzęcenie, każdy myśli tylko o własnym przetrwaniu. Panują przemoc i całkowite zobojętnienie na głód, cierpienia i śmierć bliźnich.

Polak, którego cechuje ‘charakterystyczne dla jego narodu umiłowanie wolności’ oraz ‘dobroć i przyzwoitość’ (to cytaty z filmowych dialogów), nie godzi się z tym. Rzuca wyzwanie czerwonemu imperium i prowadzi grupę więźniów do brawurowej ucieczki. Pod jego dowództwem mężczyźni podejmują, wydawałoby się szaloną, próbę przedarcia się do oddalonych o 6.5 tys. km Indii…

Doprawdy, momentami film wzbudza nawet zakłopotanie, jakie musi odczuwać skromny człowiek, gdy pod jego adresem sypie się zbyt wiele komplementów. Ale skoro zachodnia kultura masowa od lat lansuje – pisząc delikatnie – niezbyt pozytywny obraz Polaków i ich postaw podczas II wojny światowej, trudno się nie cieszyć, że wreszcie ktoś przedstawił nas jako ‘good guys’.

1939 – 1989

Tragiczne losy Polski w XX wieku stanowią oś filmu. Na początku widzowie dowiadują się, że w 1939 nasz kraj został napadnięty i rozebrany między Trzecią Rzeszę a Związek Sowiecki. Dla nas rzecz oczywista, ale dam głowę, że dla wielu widzów na Zachodzie będzie to spore zaskoczenie. Potem przez cały film mowa jest o polskiej martyrologii, deportacjach i mordach dokonywanych przez sowieckiego okupanta.

Niezwykle wymowna jest również końcówka. Choć bohaterom po trwającym rok ekstremalnym marszu udaje się przedostać do brytyjskich Indii (chyba nie zdradziłem tu wielkiej tajemnicy), droga Janusza się nie kończy. Dalej maszeruje, a na ekranie pokazują się kolejno archiwalne obrazy z drugiego wkroczenia Sowietów do Polski w 1944, z węgierskiego powstania 56, praskiej wiosny 68 i karnawału Solidarności 80.

Sekwencja obrazów kończy się upadkiem komunizmu, zilustrowanym – rzecz wielce charakterystyczna – nie przez standardowy obraz walącego się muru berlińskiego, ale zdjęcia Lecha Wałęsy, Tadeusza Mazowieckiego i Okrągłego Stołu. Reżyser nie pozostawia wątpliwości, że to właśnie Polacy przyczynili się do upadku komunistycznego imperium zła. I dopiero teraz, w 1989, tragiczna droga Janusza może dobiec końca.

W ostatniej scenie polski oficer – teraz już starszy pan – wraca z emigracji i wchodzi do porzuconego w 1939 rodzinnego domu. Spotka się tam z czekającą na niego od pół wieku żoną. Koszmar tej polskiej rodziny i wielu milionów innych rodzin od Łaby po Władywostok wreszcie dobiegł końca. Komunizm przestał istnieć i to właśnie na początku lat 90 dla tych wszystkich ludzi naprawdę skończyła się II wojna światowa.

I tu uwaga krytyczna pod adresem polskiego dystrybutora. Trudno o tytuł, który lepiej oddawałby sens filmu niż oryginalny – ‘The Way Back’ (Droga Powrotna). Zamiana go na ‘Niepokonanych’ to całkowite nieporozumienie. Spłycenie całego obrazu do trywialnej, przygodowej opowieści o grupie podróżników, którzy zmagają się z wrogimi siłami przyrody. A więc opowieści, która mogłaby się odbyć wszędzie i w dowolnym momencie historii. Co kogoś podkusiło?!

Niewolnicy Gułagu

Już po obejrzeniu fragmentów filmu pisałem, że największe wrażenie wywołuje w nim niezwykle realistyczne przedstawienie sowieckich łagrów (Gułag w superprodukcji, rp, 12.2.2011). Rzeczywiście konsultantom naukowym Petera Weira: polskiemu historykowi z Kalifornii Zbigniewowi Stańczykowi i dziennikarce Washington Post Anne Appelbaum należą się gratulacje.

‘Niepokonani’ są pierwszym amerykańskim filmem, w którym ukazano system Gułagu i zrobiono to bez najmniejszego retuszu. Wszystko – konstrukcje baraków, wieżyczek i druty kolczaste, stroje więźniów i strażników, pożywienie, żelazne piecyki i tatuaże urków – zostało drobiazgowo odwzorowane na podstawie historycznych dokumentów: wspomnień, listów, zdjęć i fotografii.

Ukazano bezwzględność komunistycznej machiny, która w imię utopijnego projektu przebudowy świata ścierała na proch dziesiątki milionów niewinnych ludzkich istnień. Na ekranie pojawia się amerykański inżynier, który przyjechał budować Sowietom metro, a został skazany za szpiegostwo na rzecz imperialistów (syn którego zabrał ze sobą do ‘raju robotników i chłopów’, dostał kulę w tył czaszki).

Inny więzień, aktor, dostał 10 lat obozu za to, że w jednym z sowieckich filmów grał arystokratę. Niestety, za bardzo wczuł się w rolę i oskarżono go o gloryfikację ‘zgniłej warstwy społecznej’. Jeszcze inny, turysta z Jugosławii, przyjechał z wycieczką do Moskwy i nieopatrznie sfotografował Kreml. Oczywiście artykuł 58, paragraf 6 – szpiegostwo. I powolna śmierć w obozie koncentracyjnym.

Albo nastolatka Irena Zielińska, która w tajdze dołącza do uciekinierów. Jej rodzice byli członkami KPP, którzy w latach 30 uciekli z Warszawy do Moskwy. Wraz z innymi komunistami obcokrajowcami zajadali się kawiorem w luksusowym hotelu należącym do partii. Aż nadszedł rok 1937. Oboje zostali zamordowani, a ich dziesięcioletnie dziecko trafiło najpierw do sowieckiego sierocińca, a potem wylądowało na ulicy.

Charakterystyczna jest również scena rozgrywająca się w kopalni. Do końskich chomąt nadzorcy zaprzęgają dwóch wycieńczonych więźniów. Mają wyciągnąć na powierzchnię wagonik pełen odłamków skał.

– Dokładnie tak niewolnicy budowali piramidy w starożytnym Egipcie – mówi jeden z nich.

– Skąd możesz to wiedzieć?

– Byłem profesorem egiptologii na uniwersytecie w Leningradzie.

Między Wschodem a Zachodem

Tylko jedna scena budzi wątpliwości. Jest nią nagły wybuch sowieckiego patriotyzmu u Walki – urki, który bierze udział w ucieczce. Ów rosyjski kryminalista ma wytatuowane na piersi podobizny Stalina i Lenina – mówi, że ich ‘podziwia’ – a gdy uciekinierzy docierają do granicy sowiecko-mongolskiej, Walka zawraca. Nie chce opuszczać ojczyzny, woli siedzieć w łagrze w Sowietach, niż korzystać z wolności za granicą.

To dość mało prawdopodobne. Więźniowie kryminalni rzeczywiście często mieli na piersiach podobizny wodzów rewolucji. Spowodowane to było jednak wiarą, że dzięki temu unikną rozstrzelania. Żołnierze z plutonów egzekucyjnych mieli bowiem rzekomo nie ośmielać się ‘strzelać do Lenina i Stalina’. Tatuaże nie miały więc nic wspólnego z miłością do systemu. Wystarczy zajrzeć do jakichkolwiek wspomnień łagrowych, by się przekonać, jak straszliwą, zwierzęcą nienawiścią kryminalni pałali do czerwonych.

Dla widzów na Zachodzie – którzy raczej mają niewielkie pojęcie o sowieckich zbrodniach – ‘Niepokonani’ będą zapewne szokiem. Z filmu jasno wynika bowiem, że obraz II wojny światowej kształtowany od kilkudziesięciu lat przez tamtejszą kulturę masową jest fałszywy. Okazuje się, że w latach 1939–45 nie tylko Niemcy byli szwarccharakterami. A alianci zachodni, by pokonać diabła, sprzymierzyli się z szatanem.

W krajach Europy Wschodniej – która znajdowała się pod sowieckim jarzmem i doskonale wie, czym były Sowiety – ‘Niepokonani’ odniosą zapewne sukces i staną się filmem kultowym. Zawsze przyjemnie się przekonać, że ktoś na świecie pamięta o naszych cierpieniach. A gdy jeszcze w takiej  antykomunistycznej opowieści grają gwiazdy tej miary co Ed Harris czy Colin Farrell – trudno nie odczuwać satysfakcji.

Prawdziwą zagadką jest jednak, jak ‘Niepokonani’ odebrani zostaną w Rosji. Czy jako ‘obrzydliwy paszkwil na bohaterski Związek Sowiecki, który tak dzielnie walczył z faszystami’ czy też może jako prawdziwy obraz ukazujący również nieszczęsny los narodu rosyjskiego? Narodu który przecież najdłużej znajdował się pod komunistycznym jarzmem i najwięcej pod nim wycierpiał. Warto śledzić reakcje Rosjan na ‘Niepokonanych’, bo wiele powiedzą, w jakim kierunku podąża to państwo.

pz/rp /30.3.2011/

***

To nadal żywa historia

W Ameryce zauważono niezwykłą historię uciekinierów z sowieckiego łagru, opisaną przez Sławomira Rawicza. W 1956 r. na emigracji ukazała się jego książka ‘The long walk’ /Długi marsz/. Publikacja została przetłumaczona na 25 języków i zyskała wielką popularność

Okazało się jednak, że Sławomir Rawicz przywłaszczył sobie historię tej ucieczki. W 2009 r. autentyczność opowieści Rawicza podważył brytyjski dziennikarz John Dyson. W rzeczywistości uciekinierem był Witold Gliński.

Jak się okazało to właśnie Witold Gliński z grupą więźniów wydostał się z łagru nad rzeką Leną w 1941 r. Pokonali ponad 6 tys. kilometrów przez syberyjską tajgę, mongolską pustynię Gobi, wyżynę Tybetu i Himalaje. Dotarli do brytyjskich Indii i dopiero tam mogli poczuć się wolni.

Witold Gliński przed wojną mieszkał w miejscowości Głębokie na Wileńszczyźnie. Sowieci wywieźli go z całą rodziną w głąb Rosji. Później trafił do więzienia na Łubiance. W 17-tym roku życia otrzymał wyrok 25 lat ciężkich robót. Pracował przy wyrębie tajgi w północnej Jakucji. Więźniowie umierali na skutek głodu, zimna, chorób, wycieńczenia.

Ucieczka

W 1941 r. Gliński zorganizował ucieczkę z łagru. Naprawił radio żonie komendanta obozu za co otrzymał ciepłe ubrania i buty. Podczas ucieczki towarzyszyli mu: amerykański inżynier, Ukrainiec, Jugosłowianin i trzech Polaków – byłych żołnierzy.

W filmie Petera Weira jedną z głównych ról zagrał m. in. znany w Polsce Colin Farrell /Alicja Bachleda-Curuś/. Kina na całym świecie mają szansę pokazać mało znany, niezwykle tragiczny okres II wojny światowej, kiedy to wielu Polaków i przedstawicieli innych narodów trafiło do sowieckich łagrów.

Przez lata komunizująca inteligencja w krajach zachodnich uciekała od prawdy o łagrach. Bagatelizowano losy zesłańców żyjących w tragicznych warunkach, w surowym klimacie zmuszanych do ciężkiej pracy, bez jedzenia i możliwości odpoczynku. Najbardziej znana w Polsce publikacja Gustawa Herlinga-Grudzińskiego ‘Inny świat’ opisująca losy zesłańców nie doczekała się ekranizacji w naszym kraju.

Dziś wiedza o zbrodni ludobójstwa przedostaje się do opinii publicznej za pośrednictwem internetu. Film Weira jeszcze bardziej rozpowszechni dzieje zesłańców i przedstawi system sowieckich łagrów.

Polacy na drugim planie

Niestety polski wątek nie jest w filmie wyeksponowany. Colin Farrel zagrał Ukraińca, a inny popularny aktor Ed Harris Amerykanina. Polacy w tej produkcji zostali  zepchnięci na dalszy plan, a bez Glińskiego tej ucieczki by nie było. Nikt się nie zwrócił do niego przy konsultacji scenariusza. Ukrainiec był w łagrze więźniem kryminalnym. Gliński wspomina go jako człowieka bezwzględnego, który dokonał morderstwa nawet podczas prawdziwej ucieczki.

Historia jest jednak poruszająca. Przedstawia uciekinierów, którzy bez map i kompasu, wyposażeni w siekierę i nóż maszerowali po 20 kilometrów dziennie. Najpierw musieli zmierzyć się z syberyjskim mrozem, później upałem nad mongolskimi pustyniami, a następnie trudami wspinaczki i szlaków górskich Tybetu i Himalajów. Musieli przetrwać w dzikiej przyrodzie. Jedli to co znaleźli, najmowali się do dorywczej pracy za żywność. W rejonie jeziora Bajkał do grupy dołączyła 17-letnia Polka Krystyna, która również zbiegła z zesłania. Szli 17 miesięcy. Do Indii dotarło 4 uciekinierów.

Gdy Witold Gliński dostał się do Anglii, wstąpił do formujących się tam Polskich Sił Zbrojnych. W 1944 r. wziął udział w lądowaniu Polaków w Normandii. Do Polski nie wrócił. Bardzo długo nikomu nie opowiadał o pobycie w łagrze i ucieczce.

Nie udało się ustalić, jak to się stało, że historię Glińskiego opowiedział Rawicz i to na podstawie jego historii powstała książka ‘Długi marsz’. Rawicz był zesłany na Syberię i przebywał w sowieckim łagrze, lecz po zwarciu układu polsko-sowieckiego został zwolniony z łagru i trafił do Armii Polskiej pod dowództwem gen. Władysława Andersa. Historia ucieczki z łagru dotyczyła tak naprawdę Glińskiego, który przez długie lata nie ujawniał tej historii. Trzymał by ją nadal w tajemnicy, gdyby nie dziennikarskie ustalenia.

rp/dz /wyd.4(62)2011/

***

Opowieść o brawurowej ucieczce

Francuski dziennik Le Figaro w recenzji filmu ‘Niepokonani’ w reż. Petera Weira przypomina o losach polskich więźniów gułagów

Gazeta pisze obszernie o książce Sławomira Rawicza, będącej podstawą scenariusza filmu

Zrealizowany w koprodukcji z Polską amerykański obraz ‘Niepokonani’, opowiadający o brawurowej ucieczce polskiego żołnierza i jego towarzyszy z innych krajów z syberyjskiego gułagu, w wersji francuskiej nosi tytuł ‘Drogi wolności’ (Chemins de la liberte).

W recenzji filmu Le Figaro podkreśla, że dzieło Weira jest hołdem dla tych, którzy zdecydowali się na desperacką ucieczkę z sowieckiej niewoli, gdyż ‘skoro mieli umrzeć, woleli umrzeć wolni’. Według gazety, Peter Weir ‘pragnął wiernie oddać tę epopeję wolności, ale niezupełnie mu się to udało’. W opinii Le Figaro film zachwyca wspaniałymi pejzażami, ale główni aktorzy: grający polskiego zbiega Janusza – Jim Sturgess oraz kreujący inną postać filmu – Ed Harris, ‘są zbytnio zadbani i w dobrej formie, przez co tracą nieco na wiarygodności’ w roli syberyjskich uciekinierów. ‘Można powiedzieć, że reżyser obawiał się posunąć zbyt daleko w opisie tych doświadczeń’ – zaznacza dziennik, twierdząc, że w ‘Niepokonanych’ zdarzają się ‘dłużyzny’ i sceny pozbawione siły wyrazu.

Oprócz recenzji filmu Le Figaro poświęca osobną stronę książce ‘Długi marsz’ Sławomira Rawicza, która posłużyła za inspirację twórcom filmu. Wspomnienia oficera armii gen. Andersa i sowieckiego więźnia, wydana po angielsku w połowie lat 50, stała się światowym bestsellerem i została przetłumaczona na 25 języków.

Le Figaro relacjonuje spór wokół autentyczności losów opisanych w książce. Gazeta przypomina, że kilka lat temu brytyjscy dziennikarze, badając biografię Rawicza, doszli do wniosku, że Rawicz mógł opisać w książce nie tylko własne przeżycia, ale także innych więźniów syberyjskich. Według badaczy, w rzeczywistości pierwowzorem głównego bohatera ‘Długiego marszu’ był prawdopodobnie żołnierz Polskich Sił Zbrojnych, Witold Gliński.

Francuska gazeta podkreśla, że książka Rawicza, wznowiona nad Sekwaną w 2002 r., odbiła się szerokim echem także we Francji. Zachwycony nią znany pisarz i podróżnik Nicolas Bouvier zrecenzował ją lakonicznie: ‘To nie literatura, to być może coś dużo lepszego’.

Pod wpływem lektury ‘Długiego marszu’ dwóch francuskich podróżników Sylvain Tesson i Cyril Delafosse-Guiramand odbyło – pierwszy w 2003, drugi w 2006 r. – wędrówkę śladami uciekinierów z gułagu. Tesson opisał następnie swoje przeżycia w wydanej we Francji książce ‘L’Axe du loup’ (Wilcza oś. Z Syberii do Indii tropami uciekinierów z gułagu).

pap /26.1.2011/

/film we Francji wszedł do kin w styczniu 2011/

Trzeba obejrzeć ‘Czarny czwartek’

Tego nie dowiesz się ze szkoły, nie usłyszysz od rodziców lub dziadków – by poczuć atmosferę grudnia 1970 roku trzeba zobaczyć film ‘Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł’

‘Pochodzę z Zielonej Góry i na naszych terenach niewiele się mówiło o Grudniu 70. Wiedziałam że były wystąpienia robotnicze ale o wszystkich najgorszych i najpotworniejszych rzeczach dowiedziałam się przy pracy nad filmem’

‘Kiedy pierwszy raz czytałam scenariusz, razem z moją mamą płakałyśmy. Nie mogłam uwierzyć, że to wszystko się wydarzyło’

‘Nocne pogrzeby, próba wywiezienia ludzi do jakiegoś obozu, by się o tym nie mówiło, no a przede wszystkim to że strzelano do bezbronnych ludzi. Do tej pory nie mieści mi się to w głowie’

Z tymi słowami Marty Honzatko, odtwórczyni głównej roli kobiecej w filmie ‘Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł’, po jego obejrzeniu, zgodzi się wiele osób. Doskonale opisują one również moje wrażenia. Film oddaje atmosferę i znaczenie wydarzeń Grudnia 70, z całym ich tragizmem i beznadzieją tamtych czasów. ‘Czarny czwartek’ zmienia patrzenie nie tylko na przeszłość, ale i na teraźniejszość i już teraz można go zaliczyć do kinowych wydarzeń roku.

Żywa lekcja historii

Trudno powiedzieć czy reżyser Antoni Krauze nakręcił film fabularny czy dokumentalny. Najtrafniejszym słowem określającym ‘Czarny czwartek’ jest chyba paradokument. Nie tylko dlatego, że realizatorzy wykorzystali archiwalne taśmy z obrazami z tamtych dni, ale także ze względu na przyjętą konwencję fabuły – na podstawie losów jednej rodziny pokazali to, co przeżyły setki innych i wręcz zrekonstruowali wydarzenia, nie dodając nic, co mogłoby wypaczyć ich obraz.

Akcja filmu rozgrywa się w ciągu kilku dni grudnia 1970 r., chociaż rozpoczyna go scena, która ma miejsce rok wcześniej przed tymi wydarzeniami. To wigilia Bożego Narodzenia 69, podczas której widzowie poznają rodzinę Drywów – małżeństwo Stefanię (Marta Honzatko) i Brunona (Michał Kowalski) oraz trójkę ich dzieci Romka, Mariolę i Gabrysię.

Właśnie dowiedzieli się, że dostali przydział na wymarzone mieszkanie w Gdyni. Po przeprowadzce Stefania cieszy się, że mąż będzie miał bliżej do pracy w stoczni, a więc więcej czasu będzie mógł spędzać z dziećmi. Młodzi, zakochani w sobie ludzie, planują zbliżające się święta Bożego Narodzenia roku 1970, rozmawiają o zakupie mebli i prezentów dla dzieci. Cieszą się życiem tak bardzo, jak tylko było to możliwe w PRL-u.

W tym czasie w stoczniach Gdańska i Gdyni rozpoczynają się strajki, które są odpowiedzią na podwyżki cen żywności. Bruno nie jest szeregowym robotnikiem, więc nie strajkuje i dostaje wolne. Po kilku dniach protestów i pierwszych aresztowaniach władze apelują do ludzi, by wrócili do pracy, jednocześnie planując, że z samego rana, gdy robotnicy będą jechać do stoczni, wojsko i milicja wyjadą na ulice obu miast i w razie dalszych protestów będą strzelać do robotników.

Robotnicy w swej naiwności i ufności następnego dnia rano wsiadają do pociągów, które wiozą ich do pracy. Nie są świadomi, że większość z nich jedzie na pewną śmierć. Przed oczyma staje wtedy jeden, jakże podobny obraz – ludzi wiezionych do obozów koncentracyjnych, nieświadomych faktu, dokąd jadą, i dodatkowo oszukiwanych w kwestii prawdziwego celu ich podróży.

Gdy tylko pasażerowie wysiadają z pociągów, rozlegają się strzały, padają pierwsi ranni. Wojna polsko-polska trwa – strzały do maszerujących ulicami studentów i robotników, mordercze przesłuchania, szpitale, które nie nadążają z przyjmowaniem rannych i zabitych, są na porządku dziennym. Do KC PZPR w Warszawie docierają informacje o nielicznych ofiarach…

Atmosfera strachu

Trudno opowiadać dalszy ciąg fabuły, bo ‘Czarny czwartek’ po prostu trzeba zobaczyć, a właściwie poczuć i wspólnie z bohaterami filmu przeżyć każdą scenę. Dzięki temu można naprawdę zrozumieć, co się wtedy działo na polskim Wybrzeżu. Pomagają w tym materiały archiwalne – wideo i nagrania, wplecione w film oraz bardzo dobra gra aktorów młodego i starszego pokolenia.

Niezwykle przejmująca jest kreacja Marty Honzatko, wcielającej się w rolę Stefanii Drywy, która bardzo przekonująco pokazuje charakter kobiety żyjącej w tamtych czasach. Na uwagę zasługuje też rola Piotra Fronczewskiego, który wcielił się w postać Zenona Kliszki. Nie jest to duża rola, ale zapada w pamięć, szczególnie słowa wypowiadane z kamienną twarzą: ‘Z kontrrewolucją się nie rozmawia. Do kontrrewolucji się strzela’.

Aktorom udało się wiarygodnie przekazać emocje, które towarzyszyły uczestnikom tamtych wydarzeń – strach, oczekiwanie, radość z początkowych strajkowych sukcesów, rozpacz, smutek, żałobę, ból i wiele innych, czasami trudnych do nazwania.

Obraz dopełniony

Trudno znaleźć element prawdziwych zdarzeń, który nie zostałby w filmie uwzględniony – są obrady politycznej ‘wierchuszki’, strajki, życie codzienne, rosnące ceny, brutalne przesłuchania, pobicia młodych ludzi, a w końcu niezawiniona śmierć, rozpacz po stracie najbliższych.

Film pokazuje, że w całym okrucieństwie władz w kontekście wydarzeń Grudnia 1970 r. istnieli też ludzie, którzy chcieli pomóc innym, którzy trafili do partii czy do urzędów nie zawsze z własnej woli, albo niekoniecznie wierząc w taki komunizm.

Bez wątpienia ‘Czarny czwartek’ to film ważny, wstrząsający i poruszający we wszystkich możliwych wymiarach. Oddziałuje na zmysły widza i długo po wyjściu z kina nie pozwala zapomnieć o tym, co się zobaczyło na ekranie.

Nie jestem z pokolenia, które pamięta PRL, ani tym bardziej, które cokolwiek przeżyło w PRL-u. Jednak idąc do kina, byłam przekonana, że wiem o tamtym okresie dużo – słuchałam przecież o tym na lekcjach historii. Od rodziców i dziadków wciąż dowiaduję się o szczegółach obyczajowości, o codziennym wymiarze polityki tamtych czasów. Okazuje się, że nawet to nie wystarczy, by poznać prawdę.

Film Antoniego Krauze na pewno nie kończy kompozycji i treści tego obrazu PRL-owskiej układanki w mojej głowie, ale stanowi jego ważny element, a być może teraz nawet najważniejszy.

js/pk /6.3.2011/

***

Oglądamy ‘Czarny czwartek’

‘Do kontrrewolucji się strzela’

Fabularna rekonstrukcja autentycznych wydarzeń z grudnia 1970 r. w Gdyni jest godna polecenia zarówno pokoleniom z ‘tamtych lat’, jak i wykształciuchom z większych miast, którzy nie zdążyli poznać historii własnego kraju i bywają zainfekowani szczęśliwą młodością rodziców spędzoną w PRL

Poruszające dzieło, które przekonuje autentyzmem. Opowiada prawdziwą historię o ludziach, którzy sprzeciwili się totalitarnej władzy i – niestety – zapłacili straszną cenę

Film ‘Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł’ przywraca pamięć o Powstaniu Grudniowym. Jego przebieg zakłamywano kilka dekad na osobiste polecenie i w interesie własnym generała Jaruzelskiego.

Nie trudnię się krytyką filmową. Na premierę ‘Czarnego Czwartku. Janek Wiśniewski padł’ wybrałem się jako autor czterech książek o Grudniu 70. A także jako Polak, który 40 lat temu przeżył szarżę milicyjną na tłum cywilów w Gdańsku. Miałem szczęście – uniknąłem kuli.

Zwyczajna rodzina

Niewielu reżyserów podejmuje temat współczesnej historii. Chwała Antoniemu Krauze za jego dzieło. Lejtmotywem filmu jest wyimek autentycznej historii kaszubskiej rodziny. Stefania zajmuje się wychowaniem trojga dzieci. Jej mąż, Brunon Drywa, pracuje jako robotnik w gdyńskim porcie. Przyszłość jawi im się optymistycznie. Banalny początek wieńczy zgoła niebanalny finał.

Rodzinę poznajemy przed Bożym Narodzeniem 1969 r. Wieczerzę wigilijną umila im wieść o przydziale mieszkania w Gdyni, więc za rok… Brunon (Michał Kowalski, aktor Teatru Wybrzeże) dojeżdża do pracy z kaszubskiej wsi. Dzieci widują go rzadko. Jeszcze śpią, gdy wychodzi z domu. Wraca często, gdy już śpią, nadgodziny!

Akcja filmu przenosi nas w przedświąteczny okres grudnia 1970 r. Oglądamy znaną starszym szarość egzystencji gomułkowskich czasów. Nieosiągalną w zwykłej sprzedaży pralkę bohaterowie pożyczają na godziny od sąsiadki. Drywowie mają już mieszkanie w bloku. Martwią się, jak je spłacić. Planują zakup mebli na raty. Żyje im się ciężko. Ale Bruno jest optymistą. Przytula żonę i mówi: Damy radę, Stefa.

Nagle szok. Władze wprowadzają drastyczną podwyżkę żywności. ‘To aż tyle podrożało’, dziwi się Stefania, gdy płaci za kawałek salcesonu w sklepie, z nazwy mięsnym, który obrazują ‘nagie haki’.

Maria Honzatko (debiut filmowy), odtwórczyni głównej roli, jest poruszająco zwyczajna. Oszczędna w słowach i gestach. Szczera, budząca sympatię niepozornością. Jakże profesjonalnie oddaje dramat przeżyć Stefanii. Zachwycająco piękna rola, niby banalnej, autentycznej postaci.

Gdynia wie o ofiarach i spaleniu Reichstagu, jak nazywano siedzibę partii w Gdańsku. Najpierw strajkuje Stocznia im. Komuny Paryskiej i port. Drywa nie orientuje się w sytuacji. Akurat ma wolne, ale wieczorem już wie o strajku, bo słucha przemówienia wicepremiera Kociołka wzywającego wszystkich do pracy.

Nazajutrz, 17 grudnia, o świcie, Stefa przygotowuje mężowi kanapki. Jak zwykle. Całują się czule na pożegnanie. Jak zwykle. Bruno jedzie do portu Szybką Koleją Miejską. Na przystanku Gdynia Stocznia nie jest już jak zwykle.

Pociąg ze zmierzającymi do pracy ludźmi ostrzeliwuje z broni ręcznej wojsko. Kule przebijają szyby i wpadają do przedziałów. Brunon Drywa tak jak inni próbuje salwować się ucieczką na peron. Tam jest jeszcze gorzej. Chce skryć się w wagonie. Niestety. Upada przy wejściu ciężko postrzelony na wysokości 9 żebra. Przewieziony do szpitala w Gdyni Redłowie nie przeżywa operacji. Umiera w następstwie zapalenia otrzewnej i opłucnej, odnotowuje lekarz.

To władza strzela

‘Czarny czwartek’ jest fabularyzowanym dokumentem. Czarno-białe archiwalne zdjęcia oddają grozę walk toczonych w Gdańsku, pokazują palący się budynek KW PZPR. Manifestanci w Gdyni niczego nie podpalają ani nie niszczą. Natomiast strajkują. A to niedobrze.

Z punktu widzenia władz reżimu jest jeszcze gorzej. Strajkujący formułują postulaty. Przewodniczący rady narodowej Jan Mariański podejmuje negocjacje z delegacją strajkujących. I – zgroza! – podpisuje ‘jakieś’ porozumienie. Słowem – jak w demokracji. Mariański jedzie na obrady komitetu strajkowego. Biada mu. Z bandytami zachciało ci się rozmawiać, witają go w sztabie kryzysowym. Już po tobie, grozi sekretarz miejski partii.

Wbijają w fotel sceny pacyfikacji komitetu strajkowego obradującego w Domu Kultury Portu Gdynia. Oddział specjalny osiłków MO rozbija drzwi. Przyzwoleniem dla bestialstwa jest hasło zastępcy komendanta miejskiego MO w Gdyni ds. SB ppłk. Kazimierza Dudka: sp…ć!

Krauze nie pozostawia wątpliwości. Granica między dobrem a złem jest wyraźna. Epizod z milicjantem konwojującym Stefanię po godzinie milicyjnej do szpitala, w poszukiwaniu męża, nie jest przerysowany. Ale to jedynie incydent na tle porażającego, realistycznego bestialstwa tzw. sił porządkowych. Nieuświadomionego często w odbiorze społecznym. To, co dotąd znali jedynie badacze Grudnia 70, Krauze pokazuje publiczności. Obudźcie się! Taki był PRL!

W filmie jest jeszcze więcej skrywanej prawdy. Prawdy negliżującej fanatyków bratania się z oprawcami. Amatorów bruderszaftów, pijackich nominacji na ludzi honoru barbarzyńców, których miejsce jest w więzieniu, a nie na salonach III RP.

Rekonstrukcja scen z milicyjnej katowni urządzonej w piwnicy budynku rady narodowej odwzorowuje znane z historii miejsca kaźni NKWD, gestapo i stalinowskiego UB.

Kolejną autentyczną ofiarą pokazaną w filmie jest 17-letni wówczas Wiesław Kasprzycki. Legitymuje go patrol MO. Uczeń zawodowej szkoły stoczniowej! Znaczy się – bandyta! Kasprzyckiego wloką do katowni. Ile liter w nazwisku, tyle razów pałami milicyjnymi.

Porywanych w łapankach robotników sadystycznie torturują pochodzący z ludu młodzi milicjanci. Biją pałkami, kopią. Bagnetami ścinają włosy. Przy okazji wyrzynają płaty skóry. Brutalne, drastyczne sceny wymuszone realizmem. Tak było naprawdę.

Czytelny jest w filmie wątek prowokacji. To scena z wiceadmirałem Ludwikiem Janczyszynem chcącym zapobiec dramatowi przez wstrzymanie ruchu pociągów do Gdyni. Dowódca Marynarki Wojennej ma jednak niewiele do powiedzenia na lądzie. – Wy, towarzyszu, nie wtrącajcie się – słyszy głos nieznanego decydenta.

Pominięty Kociołek

Klamrą spinającą scenariusz jest jednostkowy dramat przeciętnej rodziny. Ani Stefania, ani Brunon nie przewidują swojego losu. Nie mogą. Przesądzająca jest arogancja przywódców partii robotniczej z nazwy. Dla nich protestujący to zbuntowani robole, którym – jak mówią między sobą – chce się wciąż więcej żreć. Strajkujący początkowo krzyczą: Chcemy chleba!

Kiedy padają pierwsi ranni i zabici, wołanie o chleb zastępuje skandowanie adekwatne do sytuacji: Mordercy! Gestapo!.

Protestują, są więc wrogami władzy ludowej, kontrrewolucjonistami. Czyli osobistymi przeciwnikami Gomułki, Kliszki, Cyrankiewicza e tutti quanti. No, a co partia robi z wrogami? Kontrrewolucjonistami? – Do kontrrewolucji się strzela – wyjaśnia prostą frazą Zenon Kliszko. Tu świetna rola Piotra Fronczewskiego. Nie maska Kliszki. Autentyk. Oklaski dla aktora za rolę epizodyczną, a wyrazistą.

W filmie słabiej wypadają sekwencje partytury pisanej w warszawskim Białym Domu. Ograniczone do gabinetu Gomułki. Wojciech Pszoniak przeszarżował, zwłaszcza w parodiowaniu starczego tembru głosu pierwowzoru. Gomułka nie był takim głupkiem, jak Pszoniakowi się wydaje. Jeżeli aktor deklaruje w wywiadach ‘nienawiść’ do postaci historycznej, to może mieć trudność z ‘zagraniem’.

Jednak decyzji o użyciu broni z ostrą amunicją nie podejmował osobiście Gomułka. To kompetencje wielkiego nieobecnego w filmie. Nazwisko – Jaruzelski. Wtedy minister obrony, który decydował kto, gdzie i przeciw komu będzie strzelał.

Realizatorzy sprawnie zarządzają masami statystów. Widać profesjonalizm ekipy operatorskiej. Zmiksowanie kolorowych zdjęć z archiwalnymi sprzed 40 lat, stylizowane na szare i zamazane grudniowe taśmy, stwarzają realistyczny, a jednocześnie ściskający gardło obraz milicyjnych szarż i strzelania żołnierzy z wieżyczek czołgów i pistoletów maszynowych do rzucającej kamieniami gdyńskiej młodzieży i dzieci.

Przejmujące są sekwencje starań Stefanii o ustalenie losu męża. Gehenna zabiegów – daremna – o wydanie jego zwłok. Dramat potęguje upiorna sceneria nocnego budzenia rodziny i szantaż natychmiastowym pogrzebem. – Albo pojedziecie z nami, albo pogrzeb będzie bez was – grozi ponury esbek w skórzanym płaszczu.

Porusza scena przywracania świadomości Stefanii. Pogrążona w wywołanym szokiem letargu wdowa powraca do życia dopiero wtedy, gdy lekarz grozi, że władza odbierze jej dzieci.

Wszystko mnie boli – mówi moja żona po spektaklu. Co mam jej powiedzieć. Mnie też boli. Miałem 22 lata i byłem wtedy w Gdańsku. Strasznie się bałem.

Dlatego schylam głowę. ‘Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł’ przywraca pamięć o Powstaniu Grudniowym. Jego przebieg zakłamywano kilka dekad, na osobiste polecenie i w interesie własnym generała Jaruzelskiego. Grudzień 70 to nie były żadne ‘wypadki’ ani ‘zamieszki’, jak plotą niedouczeni dziennikarze, a i goście mediów z cenzusami naukowymi. Wypadek może być np. samochodowy.

Powstała z zamysłu gdańskich dziennikarzy Mirosława Piepki i Michała Pruskiego fabularna rekonstrukcja autentycznych wydarzeń w Gdyni jest godna polecenia zarówno pokoleniom z ‘tamtych lat’, jak i wykształciuchom z większych miast, którzy nie zdążyli poznać historii własnego kraju i bywają zainfekowani szczęśliwą młodością rodziców spędzoną w PRL.

Film powinni zobaczyć – może na sali sądowej – oskarżeni w sprawie Grudnia 70. Chociaż oskarżony Stanisław Kociołek może mieć pretensję, że w filmie go pominięto.

Nie dziwi patronat nad filmem Instytutu Pamięci Narodowej ani osoba konsultanta, niekwestionowanego znawcy tematu, prof. Jerzego Eislera. Natomiast zdumiewa patronat Bronisława Komorowskiego. Zanim został prezydentem, nawoływał do zlikwidowania IPN i wyrzucania z pracy ‘popłuczyn endecji’, a teraz podejmuje w Belwederze Jaruzelskiego, nr 1 na wokandzie grudniowego procesu.

Dzieło Antoniego Krauze obala lansowaną natarczywie tezę, jakoby Marzec 68 był najbardziej dramatycznym wydarzeniem w rodzimych dziejach. Różnica jest zasadnicza. W Marcu traktowano buntowników pałkami (nikt nie zginął), a w Grudniu pociskami z broni palnej, dlatego jest co najmniej 45 ofiar. W samej Gdyni 17 grudnia 1970 r. poniosło śmierć od postrzałów z broni palnej 18 osób. Najmłodsze ofiary to 15-, 16-letni uczniowie. Najstarszy – Brunon Drywa, lat 34. Jego żona Stefania, lat 29, pozostała z trojgiem osieroconych dzieci.

To obraz surowy, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Akcja filmu trzyma w napięciu. Dwie godziny mijają niepostrzeżenie. Dzieło wieńczy świetnie wykonana przez Kazika Staszewskiego ‘Ballada o Janku Wiśniewskim’. Wzruszająca interpretacja. Na szczęście całkiem inna niż nadmiernie ekspresyjna ze zwiastunu filmu.

 

Zbigniew Branach

Zbigniew Branach – dziennikarz; zajmuje się literaturą faktu. Autor czterech książek o Grudniu 70: Grudniowe wdowy czekają, Pierwszy Grudzień Jaruzelskiego, Oskarżony Jaruzelski i inni oraz Polityka strzelania.

nd /28.2.2011/

***

Janek Wiśniewski padł

Wydarzenia Grudnia 70 dotąd pozostawały bez filmowego komentarza. Pełnometrażowy film ‘Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł’ wreszcie wypełnia tę lukę

Film, w stosunku do grudniowej prapremiery, został poprawiony przez realizatorów

Film Antoniego Krauze jest rekonstrukcją dramatycznych wydarzeń w Gdyni, zakończonych brutalną pacyfikacją manifestantów przez oddziały wojska i milicji w 1970 r.

Obraz opowiada tragiczną historię Brunona i Stefanii Drywów, jednej z rodzin, która najbardziej ucierpiała podczas wydarzeń grudniowych.

Produkcja, reklamowana jako ‘jedna z największych i najbardziej oczekiwanych polskich produkcji od czasu filmu ‘Popiełuszko. Wolność jest w nas’’ nie może przejść bez echa. Zostanie zgłoszona do wielu festiwali w Polsce i na świecie.

Film zgłosimy na Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, Warsaw Film Festival i prawdopodobnie też na Camerimage. ‘Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł’ już został zgłoszony na Festiwal Filmowy w Cannes, a jeżeli nie zostanie do niego zakwalifikowany, to zgłosimy go także na Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Karlowych Warach – powiedziała Natalia Beer z firmy Nordfilm, która zajęła się produkcją filmu.

– Zależy nam też na tym, by dotrzeć do Polonii w USA i Kanadzie. Chcemy pokazać film na wszystkich zagranicznych festiwalach kina polskiego, m.in. w Los Angeles, Chicago, w Nowym Jorku. Staramy się o dystrybucję filmu w tamtejszych kinach.

‘Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł’ nieco różni się od wersji prezentowanej podczas grudniowej premiery dla rodzin i bliskich ofiar. Związane jest to z długim czasem postprodukcji, który zmusił producentów do przesunięcia dystrybucji na luty.

W grudniu pokazano bardzo surową wersję filmu. Woleliśmy wprowadzić film na duży ekran nieco później, ale za to w możliwie najlepszej wersji. Zaszły niewielkie zmiany. Michał Lorenz postanowił wprowadzić poprawki w muzyce. Dopiero teraz ukończona została korekcja barwna obrazu, więc film będzie wyglądał jeszcze lepiej – zapewniła Beer.

W filmie wystąpiło ok. 100 aktorów, w tym wielu związanych z Trójmiastem, m.in. Michał Kowalski (Brunon Drywa), Cezary Rybiński, Marta Klamus-Jankowska, Grzegorz Wolf, Grzegorz Gzyl, Wanda Skorny, Karolina Piechota, Bogdan Smagacki, Dorota Lulka, Bernard Szyc, Rafał Ostrowski czy znany performer Krzysztof ‘Leon’ Dziemaszkiewicz. Zaangażowano 500 statystów i wynajęto ok. 60 pojazdów z tamtych lat, w tym czołgi.

Realia 1970 r. odtworzono z najmniejszymi detalami. W grudniu 1970 r. na ulicach był jedynie szron, a w czasie tworzenia filmu (luty-marzec 2010) leżał śnieg, więc przez wiele godzin odgarniano go z ulic, na których kręcono zdjęcia.

Obraz Antoniego Krauze wszedł do kin 25 lutego, jednak już 24 lutego film pokazało Multikino Gdynia. Uroczysta premiera skończonego obrazu miała miejsce 21 lutego w Teatrze Polskim w Warszawie. 23 lutego odbył się specjalny pokaz filmu w sejmie RP.

/24.2.2011/

Janek Wiśniewski

Janek Wiśniewski nie jest postacią historyczną – jest nią Zbigniew Godlewski, zastrzelony w trakcie starć w rejonie stacji Szybkiej Kolei Miejskiej Gdynia Stocznia. Jego ciało zostało przeniesione na czele pochodu ulicami Czerwonych Kosynierów, Dworcową, gdzie z baraku wyrwano drzwi, na których następnie niesiono zwłoki, 10 lutego i Świętojańską pod siedzibę Miejskiej Rady Narodowej przy ulicy Czołgistów (dzisiaj Piłsudskiego). Autor ballady, nie znając prawdziwego nazwiska poległego, nazwał go Janek Wiśniewski.

/28.2.2011/

***

Do kontrrewolucji się strzela

‘Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł’ jest przejmującym połączeniem fabularnej rekonstrukcji autentycznych wydarzeń z rodzinnym dramatem

‘Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł’ Antoniego Krauze pozwala nie tylko zrozumieć historię, ale także ją poczuć

Wielu z nas mgliście pamięta schyłek komunizmu. O grudniu 1970 r. – jak o innych ważnych datach z dziejów PRL – wielu mogło jedynie czytać w podręcznikach. Ale nawet najlepsze książki, naszpikowane relacjami świadków i rozmaitymi kontekstami, nie są w stanie tak szarpnąć emocjami jak kino

Reżyser Antoni Krauze świetnie wpisał autentyczny dramat jednej z robotniczych rodzin w polityczno-społeczne tło Grudnia. Powstał film prosty, ale chwytający za gardło. Tak jak przewodnia piosenka ‘Ballada o Janku Wiśniewskim’, którą śpiewa Kazik Staszewski.

Wydarzenia na Wybrzeżu oglądamy z perspektywy małżeństwa Brunona i Stefanii Drywów (Michał Kowalski i Marta Honzatko). On jest robotnikiem w stoczni gdyńskiej. Ona zajmuje się domem i wychowaniem trójki dzieci. Właśnie dostali mieszkanie. Brunon nie ma w sobie nic z temperamentu buntownika. Marzy o spłaceniu rat za nowe lokum, zakupie mebli. Chce żyć normalnie. Gdy wybuchają protesty spowodowane drastycznymi podwyżkami cen, zostaje w domu. Cieszy się, że może spędzić czas z dziećmi.

W czwartek, 17 grudnia, zachęcony wezwaniem władz, wraca do pracy. Nie spodziewa się, tak jak setki jego kolegów, że u bram stoczni przywitają ich kule z żołnierskich karabinów.

Równolegle z losami Drywów Krauze rekonstruuje przebieg strajków i krwawej rozprawy służb mundurowych z robotnikami. Oklaski należą się Jackowi Petryckiemu, którego stalowoszare zdjęcia znakomicie oddają atmosferę tamtych dni. Na tym tle słabiej wypadły sceny z narad partyjnej wierchuszki z Gomułką (Wojciech Pszoniak) i Kliszką (Piotr Fronczewski) na czele. Pszoniak niemal każdym gestem podkreśla despotyzm i prostactwo towarzysza Wiesława. Pierwszy sekretarz jest przez to bardziej śmieszny niż straszny.

Natomiast Kliszko w wykonaniu Fronczewskiego budzi lęk. ‘Z kontrrewolucją się nie rozmawia. Do kontrrewolucji się strzela’ – mówi o robotnikach. Beznamiętny sposób, w jaki wypowiada to zdanie, jakby miał maskę zamiast twarzy, odsłania mentalność aparatczyków i bezduszność tamtego systemu.

Film ‘Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł’ w kinach od 25 lutego.

rś/rp /23.2.2011/

Kategoria Kultura

Comments