Byliśmy z Tomkiem zgrani idealnie

– Przypadkiem do łódki wsiadł Tomek Kucharski. Nagle pokonaliśmy 2000 m w absolutnie rekordowym czasie. Zaraz powtórzyliśmy to już z panem Brońcem i trener stwierdził że musimy w tym składzie popłynąć w zawodach. Od razu wiedziałem że to jest to. Po trzech tygodniach zajęliśmy trzecie miejsce w Pucharze Świata, a po siedmiu zostaliśmy mistrzami świata…

Rozmowa z Robertem Syczem, dwukrotnym mistrzem olimpijskim w wioślarstwie

Ile lat uprawiał pan wioślarstwo?

Dwadzieścia pięć.

I co pan sobie myśli spoglądając wstecz?

Że to kawał czasu, że dużo się wówczas wydarzyło, tak w życiu sportowym jak i prywatnym. Dużo dobrego.

Najpiękniejsze wspomnienia – zatrzymując się przy tych sportowych – dotyczą pewnie dwóch złotych medali olimpijskich które zdobył pan razem z Tomaszem Kucharskim. Który sprawił więcej satysfakcji?

Kiedyś myślałem że ten z Sydney. Był pierwszy, zdobyty w pięknym stylu, w wyjątkowych okolicznościach. Wygraliśmy z łatwością, nie dając rywalom szans. Dziś oba te medale cenię sobie równo. Nie tak dawno nasz były trener Jerzy Broniec zwrócił mi uwagę że w Atenach wygraliśmy po niesamowitej bitwie. Mieliśmy problemy w przygotowaniach, prezentowaliśmy poziom trochę niższy niż cztery lata wcześniej, a mimo to dzięki ambicji i waleczności znów byliśmy najlepsi.

Niektórzy uważają że po tym co pan osiągnął i zrobił dla polskiego sportu powinien pan teraz siedzieć w dużym, pięknym domu, w bujanym fotelu, popijać drogie wino, czyli odcinać kupony od sławy…

Nie, to nie dla mnie. Nigdy nie marzyłem o bujanym fotelu i popijaniu drogiego wina, tylko o podróżach na motocyklu. Kiedyś tak właśnie wyobrażałem sobie sportową emeryturę. Polskie realia są jednak jakie są, wioślarstwo nie było i nie jest dyscypliną dochodową, majątku na nim nie zrobiłem, nie stać mnie by nic nie robić tylko wypoczywać, odcinać kupony od sławy. Mam wspaniałą rodzinę, troje dzieci którymi muszę się zajmować, wychowywać i zapewnić im godny byt. Tuż po odłożeniu wioseł na półkę od razu musiałem zatem pójść do pracy.

Kiedy uwierzył pan że może wdrapać się na szczyt, zostać wioślarskim mistrzem?

Nigdy! Nigdy nie snułem takich planów, nie wyobrażałem sobie siebie nie wiadomo gdzie. Robiłem swoje, wiosłowałem najlepiej jak potrafię, a wyniki przychodziły. Miałem szczęście że trafiłem na Tomka, że razem trafiliśmy na takiego trenera jak pan Broniec. Nawet kiedy zdobywaliśmy olimpijskie medale, kiedy zostawaliśmy mistrzami świata, nie uważałem siebie za mistrza, kogoś wyjątkowego. Podobnie jak nie uważałem siebie za kogoś specjalnie utalentowanego. Prędzej za zwykłego sportowca który musi niesamowicie harować by dojść do wyników.

Ile czasu pan potrzebował by przekonać się że osada z Kucharskim to jest to?

Wystarczył jeden trening… Wcześniej pływałem z Tomkiem Fiłką który zwolnił się z tych jednych akurat zajęć, bo chciał pojechać na ślub kolegi. I przypadkiem do łódki wsiadł Tomek Kucharski, i nagle pokonaliśmy dystans 2000 m w absolutnie rekordowym czasie. I zaraz powtórzyliśmy to już z panem Brońcem i trener stwierdził że musimy w tym składzie popłynąć w zawodach. Ja od razu wiedziałem że to jest to. Czułem że łódka z nami w składzie płynie niesamowicie, że osiąga kapitalną prędkość. Tomek w niczym nie przeszkadzał tylko pomagał, a przecież nigdy wcześniej razem nie pływaliśmy, przynajmniej w takiej konfiguracji. Owszem, znaliśmy się z czwórki, ale w takiej osadzie nie sposób wyłapać że dwóch zawodników idealnie do siebie pasuje. Po trzech tygodniach zajęliśmy trzecie miejsce w Pucharze Świata, a po siedmiu zostaliśmy mistrzami świata…

Co takiego mieliście że błyskawicznie stworzyliście jeden organizm?

Technikę, idealnie zgraną. Nie byliśmy już młodzi, mieliśmy za sobą lata spędzone w osadach z innymi partnerami. Tymczasem okazało się że pływamy stylem absolutnie takim samym, wręcz co do ułamka sekundy. To chyba ewenement na skalę światową, bo nie znam przykładów że dwóch ludzi którzy tak długo się mijali, nagle się spotkało, wsiadło do łodzi i płynęło identycznie. Byliśmy niesamowicie zgrani, dopasowani do siebie. Wiele osad na brzegu, w ergometrze, czy w jedynkach uzyskiwało dużo lepsze czasy, ale nie potrafiło przełożyć tego na dwójkę. Wszystko dlatego że wypracowaliśmy perfekcyjną technikę wiosłowania, idealnie dopasowując ją do naszych możliwości fizycznych.

Po wspaniałym początku niewiele jednak brakowało by historia osady tak szybko jak się zaczęła, tak samo szybko dobiegła kresu…

Prawda. Rok 1999, bo pewnie o nim pan wspomniał, był dla nas niesamowicie trudny. Przyplątały się kontuzje, uciekło nam mnóstwo treningów, pojawiły się problemy z wagą. I nie wyszły nam mistrzostwa świata. Po powrocie do kraju zostaliśmy wręcz zlinczowani; media nie zostawiły na nas suchej nitki. Byłem tak zdruzgotany że chciałem kończyć karierę!… Ba, byłem na sto procent pewny że tak zrobię, ale zmieniłem zdanie po rozmowie z prezesem mojego klubu, Bydgostii. Po pewnym czasie nabraliśmy ogromnej chęci udowodnienia krytykom że się mylili, udowodnienia że stać nas na bardzo dużo. Ogłosiliśmy gigantyczną mobilizację. Zdobyliśmy kwalifikację na regatach ostatniej szansy, a w Sydney… Cóż, to była bajka. Wygraliśmy w stylu kapitalnym, bezstresowym, z wielką przewagą. A teoretycznie nie mieliśmy szans, bo w wioślarstwie nie da się w ciągu jednego sezonu zrobić dwóch szczytów formy. A my jeden przygotowaliśmy wcześniej na zdobycie kwalifikacji…

Potrafi pan wymienić jeden wyścig który był i jest dla pana najważniejszy?

Fantastycznych wyścigów było kilka, na równi stawiam przynajmniej cztery; zwycięskie z igrzysk i mistrzostw świata.

Miał pan swoją receptę na sukces?

Nie, w sporcie nie ma czegoś takiego jak recepta na sukces. W naszym przypadku każdy miał po 33.3 procent udziału w medalach – myślę o Tomku, trenerze Brońcu i o sobie.

Ile musiał pan poświęcić by zostać mistrzem olimpijskim, mistrzem świata?

Na sport postawiłem już w bardzo młodym wieku, w szkole podstawowej. Podczas kiedy koledzy przykładali się do budowania swojej przyszłości zawodowej, ja spędzałem godziny trenując w pocie czoła. Nie z lenistwa, nie z niechęci do nauki. Po prostu chciałem pływać, marzyłem o tym. Do dziś płacę za to cenę, bo wciąż męczę się na uczelni ze studiami. Wioślarstwo wymaga ogromnych nakładów pracy. To dyscyplina bardzo wymierna, bardzo fair. Każdy ma swoją łódkę, swój dystans do pokonania, nie ma niedomówień, jeżeli chodzi np. o oceny sędziowskie, bo takowych nie ma. Wygrywa ten kto pierwszy osiąga metę, a czyni to najlepiej przygotowany i wytrenowany. Mówiąc o kosztach nie sposób nie wymienić zdrowia. Ja do 30 roku życia nie za bardzo je szanowałem. Trenowałem chory, z urazami, bo liczył się wynik. Dopiero z wiekiem dojrzałem do tego że kiedyś skończę karierę i będę musiał jakoś żyć. I zacząłem trochę się oszczędzać.

Co dalej? Jaki ma pan pomysł na swoją przyszłość po zakończeniu czynnej kariery?

Kiedyś będę chciał przekazać nabytą przez lata wiedzę młodzieży, ale to dosyć odległa przyszłość. Na razie pracuję jako specjalista od marketingu w Bydgostii.

**

ROBERT SYCZ jest jednym z najbardziej utytułowanych polskich sportowców. Razem z Tomaszem Kucharskim w wioślarskiej dwójce podwójnej wagi lekkiej zdobył po dwa złote medale olimpijskie (2000, 2004) oraz mistrzostw świata (1997, 1998). Trzy razy w mistrzostwach świata był drugi (z Kucharskim), raz trzeci (z Pawłem Rańdą). Karierę zakończył 22 października br.

rozm. nd /20.XI.2012/

Kategoria Sport

Comments

Notice: ob_end_flush(): failed to send buffer of zlib output compression (0) in /home/czarkod/public_html/zp/wordpress/wp-includes/functions.php on line 4615