Dumny i oddany do końca
Rozmowa z Grzegorzem Bronowickim, piłkarzem reprezentacji Polski i Legii
Czym dla pana jest koszulka z białym orłem, koszulka reprezentacji Polski?
Te dwa mecze w reprezentacji, to w ogóle były dla mnie wielkie chwile. Marzyłem o tym jako dzieciak. Trudno to wyrazić słowami. Jestem dumny zakładając koszulkę reprezentacji i oddany do samego końca.
Czy w Legii zagrał pan już tak dobry mecz, jak ten z Portugalią?
Od ocen jest trener, są dziennikarze, ja robię co do mnie należy. Nie zawsze wychodzi tak pięknie, jak by się chciało, ale w sporcie, jak w życiu, raz lepiej, raz trochę gorzej.
Początek meczu z Portugalią był znakomity. Dostaliście skrzydeł i grał pan bardzo ofensywnie. Tak pan chyba najbardziej lubi grać?
Tak. Zawsze, odkąd pamiętam, staram się grać bardzo ofensywnie, zaczynałem jako pomocnik. Po przesunięciu mnie na obronę tych walorów nie zapomniałem i wykorzystuję je. W meczu z Portugalią wynik się ułożył tak szybko dla nas i to pozwalało włączać się do akcji ofensywnych.
Co pan powie o Portugalczykach?
Na pewno klasowy zespół. Osiąnął już wiele i z pewnością jeszcze będzie odnosić sukcesy. Wygrane nad takim rywalem cieszą. Oni na pewno się pozbierają i dużo meczów jeszcze wygrają.
Przed meczem z Portugalią czego albo kogo najbardziej się pan obawiał?
Analizowaliśmy poziom gry Portugalczyków, wszystko o nich wiedzieliśmy. Są tylko ludźmi i mimo, że grają w wielkich klubach, można z nimi walczyć jak równy z równym i dobrze się prezentować.
Gdzieś czytałem, że modlił się pan w intencji swego zdrowia. Tak więc, jak ważne w pana życiu są Bóg, wiara, religia?
Są bardzo ważne. Chodzę do kościoła, modlę się. Przypomina mi się właśnie, jak za czasów trenera Bogusława Kaczmarka w Łęcznej przed każdym meczem chodziliśmy do kościoła.
W Legii debiutował pan 11 marca tego roku w meczu przeciw Dyskobolii w Grodzisku. Jak pan wspomina ten mecz?
Dobrze, bo wygraliśmy tam 4:0, a był to na tyle ciężki mecz, że musieliśmy się podnieść po porażce w Pucharze Polski z Koroną Kielce. Mnie też grało się dobrze.
Zagrał pan do tej pory 15 meczów ligowych w Legii. Który dał panu najwięcej satysfakcji?
Wszystkie dają satysfakcję, ale takie mecze, jak ten niedawny z Wisłą Kraków, są bardzo ważne, bo ich poziom jest wysoki i rywal wymagający, powodujący dodatkową mobilizację, koncentrację.
Dwa mecze w Legii zagrał pan w Pucharze UEFA. Chyba nie kojarzą się one panu najlepiej?
No, niestety, nie udało się nam awansować do fazy grupowej. Byliśmy blisko, ale trafił nam się akurat okres słabszej formy. Nie chciałbym się tłumaczyć, ale awans do fazy grupowej Pucharu UEFA był naszym celem i
nie osiągnęliśmy go. Trzeba jednak grać dalej.
Ma pan czteroletni kontrakt w Legii. Po udanym debiucie w reprezentacji, obecnie w drużynie klubowej też będzie chyba lepiej?
Liczę na to. Ostatnio w klubie nam nie szło. Chcemy piąć się w górę. Mam nadzieję, a w zasadzie jestem pewien, że już w niedzielę w Szczecinie wygramy i to będzie początek sukcesów.
16 lat trenuje pan piłkę nożną. Teraz ma pan bardzo dobry okres, a było kiedyś ciężko?
Jak w życiu. Raz z górki, raz pod górkę. Było źle, zwłaszcza, kiedy pracowałem w kopalni. Było ciężko, ale cieszę się, że wytrwałem, udowodniłem sobie, iż można w wielu sytuacjach iść do przodu pomimo jakichś niepowodzeń.
To trener Wojciech Wąsikiewicz usunął kiedyś pana z Górnika Łęczna. Jak pan wspomina Wąsikiewicza?
Na pewno źle, bo przyszedł wtedy do drużyny, ściągnął 12 nowych zawodników i w miesiąc zmienił całą koncepcję zespołu, poodsuwał nas wszystkich. Nic dobrego nie mogę powiedzieć o trenerze Wąsikiewiczu. Byłem zły na tego pana. Z tego, co wiem, to ci wszyscy jego zawodnicy grają teraz gdzieś w III lidze.
A co to była za drużyna Lewart Lubartów, do której pan trafił na rok z Górnika Łęczna?
To był beniaminek III ligi, w miejscowości oddalonej 30 kilometrów od Łęcznej. Zgłosili się, że są zainteresowani wypożyczeniem mnie na prawie rok i poszedłem tam ogrywać się.
W Lewarcie pół roku pracował pan w kopalni. To bardzo motywowało, inaczej pan zaczął podchodzić do treningów, kiedy wyjeżdżał spod ziemi. Aż chciało się biegać i trenować – tak pan mówił. Stwierdził pan wtedy, że grając w piłkę nie będzie trzeba tak harować, jak pod ziemią. Rzeczywiście tak było?
Wyjazd z kopalni był przyjemnością, po pobycie pod ziemią. Taka była moja praca. Półtoragodzinny trening był więc później wielką frajdą, z której czerpałem dodatkową mobilizację. Wówczas w ciągu tygodnia nie było zbyt wielu rzeczy, które mnie cieszyły, a wyjazd na trening i sam trening, był wtedy czymś wspaniałym. Nie wiem, czy jest ktoś, kto cieszy się w momencie, gdy zjeżdża pod ziemię do pracy jako górnik. Dla mnie było to wtedy źródło dochodu i cieszyłem się, że mam pracę i mogę zarobić na życie, bo miałem już rodzinę na utrzymaniu.
Praca górnika jest też przecież niebezpieczna.
Kiedy zaczynałem pracować wówczas jako górnik, akurat jedna osoba tam nawet zginęła. Przeraziło mnie to trochę, ale co zrobić, takie życie, trzeba było gdzieś zarabiać.
Trenerowi Bogusławowi Kaczmarkowi chyba sporo pan zawdzięcza?
Tak, choć wielu innym trenerom też zawdzięczam dużo. Każdy coś wniósł i wnosi do moich umiejętności. Staram się odwdzięczyć grą.
Po kontuzji nie ma już śladu?
Tak. To był niezbyt groźny uraz, ale półtora miesiąca mi uciekło.
Trenował pan kiedyś zapasy?
Tak, zaczynałem od zapasów, i około 5 lat je trenowałem. Wyniki były średnie, bo w młodym wieku sporo ważyłem i ciężko mi było walczyć ze starszymi zawodnikami, ale dużo mi to dało.
Najpierw były zapasy, a później piłka?
Tak.
A dlaczego to się zmieniło?
Mnie zawsze ciągnęło do piłki.
To skąd te zapasy?
Mając 6 lat chciałem coś robić, a mieliśmy sąsiada, który był trenerem zapasów. Rodzice wszystkich nas, mnie i dwóch braci, zapisali na te zapasy. Chodziliśmy i sumiennie trenowaliśmy, ale ja cieszyłem się tylko wtedy, gdy trener przynosił nam piłkę i mówił: pograjmy.
Co dały panu zapasy?
Na pewno gibkość. Poza tym od najmłodszych lat mieć styczność ze sportem, to zdecydowanie coś bardzo dobrego. Człowiek rozwija się.
Na boisku piłkarskim przydają się jakieś chwyty zapaśnicze?
Czasami tak, ale szczerze mówiąc, to tych chwytów za dużo nie pamiętam. W meczu z Portugalią też był taki moment, kiedy trzeba było zastosować coś w rodzaju chwytu, jak w zapasach, kiedy łapie się rywala za nogi.
Kogo pan za te nogi łapał?
A już nie bardzo pamiętam, ale chyba Simao.
Mecze z Kazachstanem, zwłaszcza z Portugalią, to duże przeżycie dla pana. A jakie teraz pan sobie stawia cele?
Cały czas staram się podnosić sobie poprzeczkę. Chcę piąć się w górę, rozwijać się. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie w dobrym kierunku.
Z Legią i reprezentacją co by pan chciał osiągnąć?
Na pewno chciałbym zagrać w Lidze Mistrzów. To taki główny cel. Mam nadzieję, że w Legii uda mi się to osiągnąć. Chciałbym oczywiście częściej grać w reprezentacji. Liczę, że zagram wiele udanych meczów.
Jest pan lepszym graczem od Michała Żewłakowa?
To niech ocenia trener.
Ma pan żonę i 6-letniego syna. Kibicują pewnie panu, dopingują, cieszą się z dobrych występów.
Bardzo się cieszą z moich sukcesów. Kiedy tylko gram mecz w Warszawie, zawsze są na trybunach, syn bardzo lubi piłkę nożną, fascynuje go ten sport.
Gracie razem w mieszkaniu?
Często. Szczerze mówiąc, to syn z teorii chyba wie więcej o piłce ode mnie.
Największe pana zalety i wady jako piłkarza?
Na pewno zawsze byłem znany z charakteru. Gram zawsze do końca, daję z siebie wszystko. Moim atutem jest chyba ciąg na bramkę, dynamika, waleczność. Z minusów? Cały czas pracuję nad taktyką i dużo mi jeszcze brakuje, jeżeli chodzi o dośrodkowania.
Rozmawiał Cezary Dąbrowski
Kategoria SportComments
Masz coś do przekazania?
















































































































































































