Polska w szponach esbeków

Byli esbecy przeniknęli w wolnej Polsce do najważniejszych sfer życia społecznego – partii politycznych, strategicznych firm, banków, organów bezpieczeństwa, uczelni, prokuratury, sądownictwa, dyplomacji, mediów. I struktur władzy

Wszędzie zapuścili głębokie korzenie i stworzyli tak rozległą sieć że nie ma już najmniejszych szans by pozbawić ich zdobytych wcześniej wpływów

Tam gdzie nie zagnieździli się osobiście swoje wpływy rozciągają często poprzez dawnych agentów, w tym także mafiosów stosujących – gdy zachodzi potrzeba – przemoc i zbrodnię. Vide – zabójstwo gen. Marka Papały.

Część publicystów nieformalne grupy powiązanych ze sobą byłych esbeków nazywa mafią. To o tyle nie do końca trafne porównanie że mafia próbuje znaleźć osłonę i oparcie w niektórych instytucjach państwa, głównie w policji, prokuraturze, sądownictwie, ale w istocie egzystuje całkowicie poza nimi. Działa od nich niezależnie. Zagrożenia jakie występują ze strony byłej tajnej policji politycznej, a także jej siła wynikają z tego że wraz ze swoimi patologicznymi atrybutami wtopiła się w żywą tkankę państwa i newralgiczne miejsca dla jego prawidłowego funkcjonowania. Wszędzie tam gdzie tylko znajduje do nich dostęp wykorzystuje je do własnych celów niczym klasyczny pasożyt.

Pozorna weryfikacja

Jest jeszcze jedna niezwykle ważna cecha która w dużym stopniu przesądziła że byli esbecy urośli w nieformalną potęgę. Tą cechą jest poczucie wspólnej więzi przejawiającej się na co dzień we wzajemnym wspieraniu się. Wyrosło ono z poczucia izolacji od pozostałej części społeczeństwa. Ten rys stanowił naturalne przedłużenie ich sposobu życia z czasów PRL. Reguły esbeckiej profesji narzucały im życie w zamkniętych enklawach.

W pierwszych latach wolnej Polski ich celem było tylko przetrwanie. Można nawet powiedzieć że jednoczył ich strach przed zagładą, zepchnięciem na margines i materialną degradacją. Po kilku latach okazało się jednak że nic takiego im nie grozi a państwo wręcz stworzyło warunki sprzyjające ich wzrostowi w siłę. I co ważne dla swoich ukrytych aspiracji znaleźli politycznych popleczników.

Dziś już rzeczą bezdyskusyjną jest że grzechem pierworodnym pierwszych dni polskiej demokracji była ‘gruba kreska’ Tadeusza Mazowieckiego. Za aktem zaniechania rozliczeń ze świeżą, pełną jeszcze ran przeszłością stawiano kolejne błędne kroki, owocujące do dziś fatalnymi konsekwencjami. Jednym z nich była osławiona weryfikacja która miała nasze służby specjalne wyprowadzić na czyste wody.

Została ona jednak tak przeprowadzona że wylądowaliśmy na wodach mętnych, gdzieniegdzie podeszłych zasiedziałym bagnem. Symbolem zabagnienia nowo tworzonych służb jest pułkownik Jan Lesiak i jego słynna szafa w której na początku lat 90 gromadził zdobywane nielegalnymi, starymi esbeckimi metodami materiały kompromitujące ówczesną opozycję polityczną.

Nie da się już teraz pewnie dojść jakie były rzeczywiste przyczyny tak przeprowadzonej weryfikacji. Na ile była to kwestia amatorszczyzny komisji, jej nieudolności, a na ile i przez kogo realizowanych świadomych zabiegów.

Nikt nie sprawdził czy w jakichś komisjach wojewódzkich nie znaleźli się działacze podziemia będący jednocześnie tajnymi współpracownikami SB. Nic dziwnego że mogli oni być sojusznikami tych esbeków którzy powinni zostać zweryfikowani negatywnie. Zamiast tego trafili do Urzędu Ochrony Państwa.

Dziesiątki jeżeli nie setki esbeków dostało się do UOP kuchennymi drzwiami. Początkowo odrzuceni przez komisje zakulisowymi działaniami zdobywali poparcie swych niedawnych ofiar. Temu zawdzięczał przyjęcie do UOP Jan Lesiak którego poparł Jacek Kuroń. W podobny sposób trafiło tam kilku oficerów z Wybrzeża którzy przed 1989 r. inwigilowali Lecha Wałęsę. To stworzyło patologiczny układ który doprowadził do tego że Lech Wałęsa bez żadnej kontroli i rygorów dostał swoje akta operacyjne Bolka.

Ponad 2 tys. byłych esbeków odrzuconych przez komisje okręgowe przywróciła do służby komisja centralna. Jej członkowie okazali się nie tylko nadzwyczaj tolerancyjnymi ludźmi. Przyznawali sobie też prawo do lepszej wiedzy o zdyskwalifikowanych wcześniej esbekach niż lokalni działacze solidarnościowego podziemia. Dodajmy jako ciekawostkę że najważniejsi wówczas członkowie centralnej komisji – Krzysztof Kozłowski, pierwszy solidarnościowy szef MSW, i Jan Widacki, jeden z jego zastępców – są nie od dziś gorącymi przeciwnikami lustracji. Już mniej zabawną ciekawostką jest to że sekretarzem centralnej komisji był Andrzej Anklewicz (dziś generał), prawa ręka rządzącego wtedy w MSW Czesława Kiszczaka. Jedną z jego powinności – nieoficjalnych – było składanie Kiszczakowi codziennych raportów z działań komisji. Czy nie mógł mieć także innych?

Zdradliwy alarm

W 1989 r. w SB pracowało 24 tys. funkcjonariuszy. Współpracowało z nimi w tym czasie blisko 100 tys. agentów. Jeszcze przed rozwiązaniem SB w 1990 r. kierujący wówczas resortem spraw wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak przeprowadził strategiczny manewr. Ponad 5 tys. esbeków przeniósł do MO. Legitymacje SB zamieniono na milicyjne.

Kolejne 5 tys. funkcjonariuszy uznało że nie mają szans i zrezygnowało z weryfikacji. Zatem weryfikacji jak już wspomniałem nienajeżonej specjalnymi przeszkodami poddało się 14 tys. osób, z których 10 tys. przeszło ją z pozytywnymi ocenami. W większości zostali zatrudnieni w nowo powstałym UOP a część w policji.

Ci którzy nie znaleźli się w nowych strukturach służb, razem z tymi którzy odeszli na tak zwaną resortową wcześniejszą emeryturę, stanowili potężną armię ludzi w pełni sił i sprawności, poszukujących nowej pracy. Wielu z nich znalazło zatrudnienie w powstających agencjach ochroniarskich i detektywistycznych. Na początku lat 90 to był prawdziwy raj dla tysięcy byłych oficerów SB.

Korzystna dla funkcjonariuszy okazała się sytuacja prawna która właściwie nie stawiała żadnych barier utrudniających założenie firmy. Koncesje na działalność gospodarczą funkcjonariusze rozwiązanej SB uzyskiwali z dziecinną łatwością. Wystarczyło złożyć wniosek i dołączyć do niego niewielką opłatę. Ustawa o działalności gospodarczej określała jedynie organ który ma prawo wydawać koncesje.

Nie przewidziano jednak żadnej kontroli nad tą działalnością. W ciągu kilku miesięcy powstało w Polsce kilkaset firm zajmujących się bezpieczeństwem publicznym. Niedługo potem działało już kilka tysięcy firm ochroniarskich i ponad 200 detektywistycznych. Ich właściciele mieli wprawdzie doświadczenie operacyjne ale nie znali prawa, nie potrafili prawidłowo prowadzić działalności gospodarczej, często więc musieli uciekać się do omijania przepisów bądź ich łamania. W codziennej pracy stosowali przemoc, przekupstwo, zakładali nielegalne podsłuchy. W wielu przypadkach właścicielami firm detektywistycznych byli oficerowie SB którzy nie przeszli weryfikacji lub do niej w ogóle nie stanęli.

Większość firm detektywistycznych współpracuje z policją i służbami specjalnymi – opowiada niedawny oficer ABW mający za sobą ponaddwudziestoletni staż w specsłużbach. – Taki układ tworzy patologiczne relacje ponieważ moi niedawni zwierzchnicy, a są to niejednokrotnie ludzie byłej SB, wykorzystują prywatne firmy jako swoje forpoczty lub komórki do specjalnych zadań tam gdzie oficjalne działanie ABW mogłoby zostać uznane za bezprawne, np. założenie nielegalnego podsłuchu – mówi.

Nie zdaje sobie pan sprawy jak firmy ochroniarskie oplatają wszystkich nieograniczonymi wręcz możliwościami zdobywania informacji – mówi z kolei specjalista do spraw technicznych pracujący w jednej z małych firm ochrony mieszczącej się na warszawskiej Ochocie. Jego zdaniem bystry ochroniarz (‘a przecież do SB nie trafiały same cepy’ – przekonuje) po roku pracy na jakiejś recepcji wie ogromnie dużo o wszystkich pracownikach chronionej firmy. Zapewnia że znajdują się zainteresowani taką wiedzą którzy gotowi są za nią płacić. Zarówno ludzie z innych firm jak i osoby prywatne.

Czy ma pan w domu alarm? – pyta. – Jeżeli tak to jest pan jakby na widelcu. Dlaczego? Bo ktoś kto chciałby wiedzieć o czym pan rozmawia w domu np. ze swoimi gośćmi, bez trudu zdobędzie takie informacje. Wystarczy że dogada się z konserwatorem alarmu. Dla niego podłożenie kilku pluskiew w pana domu nie stwarza żadnego problemu – wyjaśnia.

A czy pan wie że w większości firm komputerowych i tych wielkich, i tych całkiem małych, pracują jako specjaliści byli ludzie SB? Zwykle mają dobrych kumpli w firmach ochroniarskich instalujących alarmy. Nie muszę panu tłumaczyć że pana komputer i setki tysięcy innych nie mają przed nimi tajemnic. To tylko kwestia ceny lub potrzeby – kończy ten wątek.

Gdzie ich nie ma…

Na polskim rynku brylują jednak firmy ochroniarskie o olbrzymich dochodach i wielkim zasięgu stworzone przez ludzi dawnej SB. Najbardziej znana to firma Konsalnet która ma swoje oddziały w wielu miastach Polski. Pierwszym szefem Konsalnetu założonego w 1994 r. był Jerzy Konieczny który nieco wcześniej został odwołany ze stanowiska szefa UOP. Firma prawdopodobnie założona częściowo ze środków operacyjnych urzędu realizowała też usługi wobec wywiadu. W Konsalnecie rządzą: jako prezes Wiesław Bednarz, były oficer I wydziału (wywiad) w XI Departamencie SB (zwalczanie opozycji) i Tomasz Banaszkiewicz, również oficer SB, jako wiceprezes zarządu.

W większości polskich miast działają różnej wielkości firmy ochroniarskie w których przeważającą część kadry kierowniczej stanowią byli esbecy, niejednokrotnie znani ze swojej bezwzględności i brutalności wobec opozycji z lat 80. Znany w Krakowie esbek Adam Wypasek który potrafił w nocy dzwonić do ks. Adolfa Chojnackiego i grozić mu śmiercią, po 1990 r. znalazł szybko pracę w firmie ochroniarskiej Kerberos. Jeszcze do niedawna był szefem ochrony jednego z krakowskich hipermarketów.

Nie mogą na swój los narzekać esbecy z centrali resortu. Wspomniany już wcześniej gen. Andrzej Anklewicz najpierw pracował w UOP, później został szefem zespołu doradców premiera Józefa Oleksego, a następnie szefem Generalnego Inspektoratu Celnego i dyrektorem ds. bezpieczeństwa w Orlenie. Ankiewicz nie jest wyjątkiem.

Przeszłość nie przeszkodziła w karierze Tadeuszowi Sułkowskiemu. Był on jednym z najbardziej wyróżniających się funkcjonariuszy tajnej sekcji D (o której wiadomo że z założenia była komórką przestępczą) w Krakowie. Jego specjalnością były fałszywe donosy mające doprowadzić do konfliktów wśród krakowskiego duchowieństwa.

Podjudzał jednych księży przeciw drugim, zarzucając im kontakty z prostytutkami, malwersacje finansowe itp. Zweryfikowany pozytywnie w 1989 r. dochrapał się w UOP stanowiska głównego archiwisty na którym pozostał do 2003 r. Dziś jest przyzwoitym emerytem na państwowym garnuszku. Ostatnio tylko nieco mniejszym ale ciągle większym niż jego ofiary.

Blisko współpracująca z kapitanem Sułkowskim Barbara Szydłowska uczestniczyła w prowokacji wymierzonej w ks. Andrzeja Bardeckiego. Dziś żyje dostatnio. Jest nauczycielką tańca i zajmuje się wychowaniem młodzieży. Nie może też narzekać na swój los kapitan Zygmunt Majka, wieloletni szef krakowskiej sekcji D. Oceniony negatywnie podczas weryfikacji prowadził drobne interesy. Jeszcze kilka lat temu był szefem fundacji Panaceum działającej w krakowskim szpitalu MSW. Fundacja zbiera pieniądze na specjalistyczne leczenie osób przewlekle chorych.

Ze znanych dwóch łódzkich esbeków jeden jest dziś radnym SLD, jeszcze do niedawna był we władzach łódzkiego Banku Przemysłowego, którym kierował inny funkcjonariusz SB Krzysztof Janicki. Zdaniem łódzkich działaczy Solidarności z którymi ostatnio rozmawiałem – esbecy znaleźli sobie miejsce w różnych radach nadzorczych, urzędach skarbowych i bankach.

Mój dobry znajomy z czasów opozycji Tadeusz Wołyniec z Koszalina swego prześladowcę sprzed lat, niejakiego Andrzeja Wojtalika, spotkał w miejscowej galerii Emka której jest dyrektorem. W stanie wojennym kpt. Wojtalik wraz z innym esbekiem wywieźli Wołyńca do lasu, a tam Wojtalik krzyczał że zgnoi go i całą jego rodzinę jeżeli nie zdradzi mu pozostałych wrogów Polski wydających bibułę.

Z kolei w Gdańsku kpt. Antoni Domański który specjalizował się w walce z Ruchem Młodej Polski – jest dziś właścicielem dwóch sklepów spożywczych na terenie Trójmiasta.

Policja przechowalnią esbeków

Największą przechowalnią w oficjalnych strukturach państwa byłych funkcjonariuszy SB stała się policja. Do dziś nikt nie ustalił czy pracuje tam 2 czy może ponad 3 tys. esbeków. Głównym rozprowadzającym w policji był przez lata Roman Kurnik który osiągnął nawet stanowisko zastępcy komendanta głównego. To jedna z najbardziej wpływowych czarnych postaci z punktu widzenia opisywanych spraw. Rozpoczął karierę w MSW pod koniec lat 70.

Do SB trafił w połowie lat 80 kiedy zastępca ówczesnego szefa MSW Kiszczaka Władysław Pożoga – kierujący wywiadem – wyłowił Kurnika z działu kadr i skierował na kurs dla szyfrantów. W lutym 1990 r. Kiszczak mianował go zastępcą szefa kadr SB. Po kilku miesiącach przeniósł Kurnika do Komendy Głównej Policji gdzie został szefem kadr. To z jego rekomendacji obsadzano stanowiska kierownicze w komendach wojewódzkich, ale także w KGP. To on wytypował na szefa polskiej policji gen. Marka Papałę. Po zwycięstwie AWS w wyborach 1998 r. odszedł z policji i stworzył własną firmę.

Kiedy trzy lata później do władzy doszedł SLD – Kurnik został mianowany doradcą w gabinecie politycznym MSWiA Krzysztofa Janika. Choć wiceministrem odpowiadającym za policję z ramienia ministerstwa jest Zbigniew Sobotka, prawdziwą władzę nad policją ma Kurnik razem z drugim wpływowym esbekiem – Józefem Semikiem. To Kurnik i Semik kierowali policją a nie jej szef Antoni Kowalczyk. Choć nie mieli do tego prawa wzywali szefa policji i żądali podawania szczegółów operacyjnych najważniejszych śledztw oraz operacji specjalnych.

Działania Kurnika i Semika w policji doprowadziły do jej całkowitej degrengoladyuważa Marek Biernacki, szef resortu spraw wewnętrznych w rządzie AWS.

Kolejną czarną postacią polskiej policji był gen. Zbigniew Chwaliński. Podczas gdy Kurnik dbał o sprawy kadrowe i polityczne w policji, Chwaliński nadzorował sprawy finansowe. Wcześniej należał do najbardziej zaufanych ludzi Czesława Kiszczaka. W SB do jego zadań należała inwigilacja innych funkcjonariuszy tajnej służby, m.in. przy wykorzystaniu podsłuchów. Był w kilkutysięcznej puli esbeków którzy zostali zainstalowani w policji tajną decyzją Kiszczaka z końca 1988 r.

Po 1989 r. Chwaliński objął stanowisko szefa Biura Informatyki w Komendzie Głównej Policji. Dzięki temu miał dostęp do całej bazy policyjnych danych odziedziczonych w archiwach po pionach kryminalnych ale także po SB. A jak trafnie zauważył najwybitniejszy w Polsce znawca służb specjalnych prof. Andrzej Zybertowicz, po 1990 r. informacja stała się niezwykle cennym towarem.

Chwalińskiego który odpowiadał w Komendzie Głównej za zakupy i przetargi interesował także towar w dosłownym tego słowa znaczeniu. Okazało się że pod jego okiem w KGP działała grupa przestępcza która ustawiała przetargi na samochody. Większość tej grupy stanowili esbecy. Mechanizm był następujący: wcześniej dobierano takie kryteria według których tylko umówiona firma mogła wygrać przetarg. Cenę zakupu samochodu uzgadniano wcześniej. W ten sposób do policji trafiło sto rumuńskich radiowozów z różnymi usterkami. Sprawa ta miała miejsce latem 2006 r. Kilka lat wcześniej nazwisko Chwalińskiego było wymieniane przy szemranej transakcji zakupu przez policję volkswagenów, na sprzedaż których przetarg wygrała firma Jana Kulczyka. Chwaliński rok jeździł luksusowym volkswagenem a potem kupił go po niskiej cenie. Te przekręty namierzyło za czasów rządów PiS Biuro Spraw Wewnętrznych, czyli policja w policji. Wtedy właśnie ówczesny komendant główny gen. Marek Bieńkowski postanowił oczyścić policję z byłych esbeków.

Nie było to proste bo w aktach mieli wyczyszczoną esbecką kartę. W tej sytuacji gen. Bieńkowski polecił przygotowanie ankiety w której każdy funkcjonariusz policji miał podać cały przebieg swojej drogi zawodowej. Początkowo podniosło się wiele głosów protestu ale w końcu wielu policjantów ujawniło swoje dawne związki z SB. Byli to głównie dawni oficerowie z departamentów: IV (walka z Kościołem), III (walka z inteligencją) i V (gospodarka). Kilkudziesięciu którzy mieli już od dawna uprawnienia emerytalne nie wypełniło ankiety i poprosiło o zwolnienie ze służby. Przegląd ten ujawnił ciekawą rzecz. Większość byłych esbeków opanowała trzy piony – logistykę (a więc zaopatrzenie, zakupy, przetargi, czyli to miejsce, gdzie w grę wchodzą pieniądze), koncesje i informatykę. Zdecydowano się część tych funkcjonariuszy zwolnić a część przenieść do innych wydziałów. Akcja pozbywania się esbeków z policji została przerwana w 2007 r. po objęciu rządów przez PO.

Ludzie Kwaśniewskiego

O przemożnym wpływie ludzi dawnej SB na sytuację w kraju świadczy fakt objęcia stanowiska prezydenta przez człowieka zarejestrowanego jako tajny współpracownik SB. Czy można się dziwić że wtedy gdy pełnił on rolę pierwszego obywatela w państwie najbardziej wpływowymi jego współpracownikami byli ludzie SB?

Co prawda sąd lustracyjny w 2000 r. orzekł że Aleksander Kwaśniewski został zarejestrowany przez SB jako TW Alek ale jednocześnie uznał że kandydat na drugą kadencję prezydentury złożył prawdziwe oświadczenie lustracyjne, gdyż nie ma wystarczających dowodów potwierdzających jego współpracę z SB. W czasie swoich dziesięciu lat urzędowania w Pałacu Prezydenckim stworzył on wokół siebie krąg osób związanych ze służbami specjalnymi PRL. Najbliższym

współpracownikiem Kwaśniewskiego był jego dawny dobry znajomy z czasów pracy w tygodniku ITD major Marek Ungier. W kancelarii objął funkcję szefa gabinetu prezydenta. Był podejrzewany o współpracę z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. Oczywiście sam przeczył związkom z tajnymi służbami, a kiedy Danuta Waniek powiedziała swego czasu że wykluczyć tego nie można, Ungier odparł że jego koleżanka z kancelarii oszalała. W raporcie o aferze Orlenu podkreślono że to Marek Ungier był pomysłodawcą sprzedaży polskiego sektora naftowego rosyjskim przedsiębiorcom. Z jego inicjatywy miała zostać zmieniona rada nadzorcza Orlenu w lutym 2002 r. Konsekwencją tego było bezprawne zatrzymanie Andrzeja Modrzejewskiego przez ABW.

Nie mniej ważnym współpracownikiem Kwaśniewskiego był szef zespołu doradców Andrzej Gdula, w PRL zasłużony pracownik MSW, jak sam mówił, robił tam karierę dzięki ‘swojemu przyjacielowi’ Czesławowi Kiszczakowi. Gdula, będąc w KC PZPR, nadzorował służby specjalne PRL, w tym działanie tajnej sekcji D (dezintegracji i dezinformacji) w IV Departamencie MSW. Kolejnym prezydenckim ministrem był działacz PZPR, redaktor naczelny Trybuny Dariusz Szymczycha. Został on we wrześniu 1988 r. zarejestrowany w Departamencie III SB jako tajny współpracownik o ps. SM. Był wówczas dziennikarzem Sztandaru Młodych, stąd pewnie wybór takiego pseudonimu. Wykreślono go z ewidencji rok później kiedy SB już dogorywała.

Do ścisłej trójki najbliższych współpracowników prezydenta obok Ungiera i Gduli należał Marek Siwiec, nominowany przez Kwaśniewskiego na szefa BBN. Na swego zastępcę w BBN Siwiec powołał oficera wywiadu wojskowego PRL, a w III RP szefa WSI Marka Dukaczewskiego. Według dokumentów IPN Marek Siwiec został zarejestrowany przez SB jako współpracownik o ps. Jerzy. Wykreślono go z rejestru dopiero w roku 1990. On również zaprzeczył współpracy z SB. Kolejną ważną postacią w otoczeniu Kwaśniewskiego był Marek Belka, były premier, a od czerwca 2010 r. prezes NBP. W aktach IPN został zarejestrowany jako kontakt operacyjny Belch.

Tę listę można wydłużyć co najmniej o siedmiu kolejnych współpracowników prezydenta Kwaśniewskiego którzy w przeszłości byli na usługach SB.

Z prasy

Zdumiewała mnie duża aktywność medialna Pawła Deresza, męża tragicznie zmarłej Jolanty Szymanek-Deresz. I ton jego publicznych wypowiedzi. Nie chodzi nawet że usprawiedliwia w pełni działania rządu w sprawie Smoleńska ale że pozwala sobie na wysuwanie niepopartych niczym oskarżeń wobec śp. Lecha Kaczyńskiego. W jakimś stopniu usprawiedliwia go ból jaki przeżywa po stracie żony. Czy jednak wszystkie jego słowa można rozgrzeszyć motywem cierpienia?

Kiedy zastanawiałem się z jakich powodów m.in. publicznie zarzucił zmarłemu prezydentowi że jechał do Katynia by tam rozpocząć wyborczą kampanię prezydencką, natknąłem się na materiał który wpisuje się w postesbecki układ III RP i w dużej mierze wyjaśnia jego obecną postawę. Wprawdzie Paweł Deresz w tej historii jest postacią główną, ale nie jedyną.

Od początku swej kariery był dziennikarzem. Na początku lat 70 pracował w redakcji Kuriera Polskiego gdzie oprócz obowiązków dziennikarskich pełnił funkcje II sekretarza partii. W sierpniu 1973 r. 36-letni wówczas Deresz został zwerbowany do tajnej współpracy z kontrwywiadem SB. Ponieważ formalnie SB nie mogła werbować funkcyjnych członków partii na tajnych współpracowników, zarejestrowano go jako ‘kontakt operacyjny’. Jego zadaniem w tamtym czasie było donoszenie na swojego znajomego, korespondenta zagranicznego z RFN przebywającego w Warszawie. Deresz miał wybadać czy jego niemiecki kolega nie jest związany z tajnymi służbami zachodnimi. Brak istotnych informacji oraz niechętny stosunek do współpracy z SB spowodowały że po pięciu latach został skreślony z listy agenturalnej SB. Krótko potem został wysłany za granicę jako korespondent Interpressu będącej praktycznie agendą naszego wywiadu.

Po powrocie w połowie lat 80 Deresz wrócił do macierzystej redakcji Kuriera Polskiego gdzie objął funkcję zastępcy redaktora naczelnego. W marcu 1987 r. wywiad wojskowy powiadomił MSW że Paweł Deresz jest w jego zainteresowaniu na tak zwaną wyłączność. Dalszych śladów materialnych kontaktów Pawła Deresza z wojskowymi służbami nie znalazłem. Są natomiast inne fakty które pozwalają snuć przypuszczenia o niejawnej współpracy Deresza z wojskowymi służbami.

Pomijając nawet bliską znajomość z późniejszym szefem wojskowych służb gen. Markiem Dukaczewskim, trudno zachować milczenie w sprawie współpracy Pawła Deresza z periodykiem Przegląd Międzynarodowy. W 1994 r. dla celów wywiadowczych WSI stworzyła nowy tytuł prasowy wydawany jako dodatek do gazety codziennej Trybuna Śląska. Była to decyzja ówczesnego szefa WSI Konstantego Malejczyka. Bezpośredni nadzór nad tym pomysłem sprawował wówczas jeszcze płk Marek Dukaczewski.

Redaktorem naczelnym oraz wydawcą Przeglądu został Jerzy Tepli, wieloletni agent wywiadu wojskowego w PRL (ps. Eureka) i współpracujący również z WSI w nowej Polsce. Oprócz niego w skład redakcji weszli m.in. Paweł Deresz oraz inni wybitni współpracownicy wywiadu wojskowego: Grzegorz Woźniak (ps. Cezar), wieloletni dziennikarz TVP, Krzysztof Mroziewicz (ps. Sengi), dziennikarz PAP, Polityki, a także TVP oraz Edyta Matula-Gąsior (ps. Krystyna), oficer wywiadu pracująca pod przykryciem jako dziennikarka Trybuny Śląskiej.

Dla Przeglądu pisał także Andrzej Bilik (ps. Gordon), współpracownik wywiadu PRL od połowy lat 60 a następnie WSI, były redaktor naczelny Dziennika Telewizyjnego. Po wydaniu kilku numerów Przegląd skończył swój żywot w 1998 r. Jako ciekawostkę dodajmy że Grzegorz Woźniak który przez pierwsze dwa lata pełnił funkcję sekretarza Przeglądu został w 1995 r. pełnomocnikiem kampanii telewizyjnej Aleksandra Kwaśniewskiego na urząd prezydenta. Był też opłacany przez WSI z funduszu operacyjnego kwotą 1200 marek miesięcznie. Czy ten epizod może zaważyć na dzisiejszych wystąpieniach Pawła Deresza? Byłbym za.

Wspólny wróg a cherlawa demokracja

Nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg. Tę banalną prawdę potwierdzają esbecy tworząc Związek Byłych Funkcjonariuszy Służb Ochrony Państwa.

Osobną całkiem sprawą jest że związek miał siedzibę w pomieszczeniach ABW przy Rakowieckiej. W kompleksie rządowych budynków. I to całkowicie bezpłatnie. Zgodę na korzystanie z pomieszczeń ABW dał Andrzej Barcikowski, w latach 2002–05 szef agencji.

Związek co zrozumiałe niezwykle ostro krytykuje obniżenie emerytur esbekom. Twierdzi że było ono bezprawne. Być może dla powstrzymania grożących im ciągle zmian, głównie ze strony PiS, pod auspicjami związku byłych esbeków stworzono Federację Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP. W jej skład oprócz byłych funkcjonariuszy SB wchodzą emeryci wojskowi, policyjni, straży pożarnej i służby więziennej.

W czasach PRL-u zarówno w straży pożarnej jak i wśród klawiszy roiło się od agentury SB.

O tym że esbecy z pewnością nie czują się w III RP jak zagubione i bezbronne owieczki świadczy ich nienotowana wcześniej aktywność i mobilizacja przed najbliższymi wyborami parlamentarnymi. Zapowiadają więc gremialne pójście do urn wyborczych wraz z całymi rodzinami i znajomymi. Co przy ich liczebności – federacja samych członków liczy ponoć ponad 100 tys. – stanowi potężną grupę wyborców. Informują że będą wspierać tylko kandydatów wywodzących się ze środowiska mundurowego. Jeżeli takiego w danym okręgu nie znajdą będą głosować tylko na kandydata który daje rękojmię że będzie bronić ‘słusznych interesów służb mundurowych’.

Być może tę myśl powinienem wypowiedzieć na początku. Ale i w tym miejscu zachowuje ona swą gorzką wymowę. Służby specjalne ze swej natury mają we krwi skrytość, podstęp, kamuflaż, intrygę, dezinformację. Narzędzia które są przeciwieństwem jawności i otwartości, stanowiących fundament rozwoju i funkcjonowania zdrowej demokracji. Czy możemy się więc dziwić że nasza demokracja jest taka cherlawa?

Jerzy Jachowicz /22.8.2011/

***

Biznesy esbeków

Esbecy są wszędzie. Czy byli pozytywnie zweryfikowani w latach 90 czy też nie (a tych drugich była dosłownie garstka) – wszyscy żyją dziś dostatnio

Byli esbecy robią pieniądze na bankowości, nowoczesnych technologiach, handlu, czy usługach związanych z bezpieczeństwem publicznym i edukacją

Sama informacja o ustawieniu się tysięcy byłych funkcjonariuszy SB i ich działalności na styku polityki i biznesu specjalnie nie zaskakuje. Niemniej rzadko wymieniało się w tym kontekście personalia oraz nazwy instytucji i firm. Jeden z tygodników postanowił to zmienić. Rzuca nazwiskami i funkcjami które sprawują dziś byli esbecy. A skala zjawiska jest porażająca. Tym bardziej że opływający dziś w luksusach dawni oprawcy często spotykają na ulicach swe ofiary…

Przykład pierwszy z brzegu: Tadeusz Wołyniec z Koszalina swego prześladowcę sprzed lat, niejakiego Andrzeja Wojtalika, spotkał w miejscowej galerii Emka której były esbek jest dyrektorem. W stanie wojennym kpt. Wojtalik z innym esbekiem wywieźli Wołyńca do lasu, a tam Wojtalik krzyczał że zgnoi go i całą jego rodzinę jeżeli nie zdradzi mu pozostałych wrogów Polski wydających bibułę – napisał tygodnik.

Gen. Andrzej Anklewicz (swego czasu prawa ręka Czesława Kiszczaka) był dyrektorem ds. bezpieczeństwa w Orlenie.

Jeden ze znanych łódzkich esbeków jeszcze do niedawna był we władzach łódzkiego Banku Przemysłowo Handlowego którym kierował inny funkcjonariusz SB Krzysztof Janicki – podał tygodnik.

Pieniądze można też robić – jak sugeruje pismo – wciąż działając w policji. Większość byłych esbeków opanowała trzy piony – logistykę (a więc zaopatrzenie, zakupy, przetargi, czyli miejsce gdzie w grę wchodzą pieniądze), koncesje i informatykę.

Gen. Zbigniew Chwaliński (jak utrzymuje tygodnik – jeden z najbardziej zaufanych ludzi Kiszczaka) po 1989 r. objął stanowisko szefa Biura Informatyki w Komendzie Głównej Policji. Jego nazwisko było wymieniane przy transakcji zakupu przez policję volkswagenów na sprzedaż których przetarg wygrała firma Jana Kulczyka. Chwaliński rok jeździł luksusowym volkswagenem a później kupił go po niskiej cenie – napisał tygodnik.

Sieć oplata nie tylko duży biznes ale – jak twierdzi tygodnik – także mały i średni. Barbara Szydłowska, blisko współpracująca ze znanym krakowskim esbekiem Tadeuszem Sułkowskim (funkcjonariusz sekcji D który nękał kler) zajmuje się edukacją młodzieży, uczy tańca. W działalność fundacyjną w krakowskim szpitalu MSZ zaangażował się Zygmunt Majka, wieloletni szef owej sekcji D, którą wielu nazywa dziś przestępczą komórką w SB. Esbek Adam Wypasek który w latach 80 miał wykazać się szczególną brutalnością działa w firmach zajmujących się bezpieczeństwem, a kpt. Antoni Domański z Gdańska wziął się za handel detaliczny.

mp/f /22.8.2011/

***

Jerzemu Urbanowi dajemy 4700 zł!

Skandal! Ludzie nie mają za co żyć, co do garnka włożyć. Na starość żyjemy za grosze. A on? – to treść jednego z wielu listów, które otrzymała jedna z gazet po ujawnieniu wysokości emerytury Jerzego Urbana

Czytelnicy mają za złe byłemu rzecznikowi komunistycznej władzy i wydawcy skandalizującej gazety że na starość żyje mu się wygodniej niż tym którzy w pocie czoła harowali przez lata

Urbana ataki jednak nie wzruszają. – Lubię to. To mnie śmieszy – powiedział dziennikarzowi.

Urban zaczął pobierać prawie 5 tys. zł emerytury! Ale i bez niej prowadził do tej pory dostatnie życie. Mieszka w bogato urządzonej willi pod Warszawą i jeździ luksusowym samochodem. Jeszcze kilka lat temu był notowany na liście najbogatszych Polaków, z majątkiem szacowanym na ok. 120 mln zł.

Zwykli ludzie którzy po latach ciężkiej pracy na starość dostają od państwa marne ochłapy, nie mogą zrozumieć dlaczego emerytura Urbana jest taka wysoka. On natomiast ma na to odpowiedź w charakterystycznym dla siebie stylu.

Taką mi wyliczono. Przyjmuję do wiadomości że to ludzi denerwuje. Że ktoś ma wyższą emeryturę niż oni. Co mogę poradzić? Niech stworzą własną partię i proponują zrównanie emerytur – zakpił z Polaków w rozmowie z dziennikarzem.

I jak wyjaśnia – ludzie powinni mieć pretensje sami do siebie. – Ja służyłem systemowi który z założenia chciał zlikwidować nierówności społeczne ale ten system upadł. Nowy ustrój natomiast powiększa nierówności. Dlatego uważam że ci którzy popierali zmiany ustroju, a wcześniej Solidarność, powinni z pokorą przyjmować skutki narastania nierówności – pożartował sobie jeszcze Urban.

17 LAT NIE MYŚLAŁ O EMERYTURZE…

Choć ma prawo do emerytury od 17 lat dopiero teraz zdecydował się ją pobierać z ZUS. Czyżby Jerzego Urbana dopadł kryzys i dlatego dołączył do grona polskich emerytów?

Od prawie ośmiu lat nie gości już na liście 100 najbogatszych Polaków. Jak się okazuje, powód jest inny. – Powiedziano mi kiedyś że emerytura mi się nie należy – powiedział naczelny tygodnika ‘Nie’

Znienawidzony rzecznik stanu wojennego nie bieduje. Przez lata zgromadził na tyle spory majątek że znalazł się w zestawieniu ‘100 najbogatszych Polaków’ jednego z tygodników. W 2004 r. wyceniano Urbana nawet na 120 mln zł. Był 98 na liście.

Ale od tamtego czasu więcej się już na niej nie pojawił. Czy jest aż tak źle i dlatego poszedł do ZUS po emeryturę? Nie. W wywiadzie dla jednego z portali Urban przyznał że w sprawie emerytury został wprowadzony w błąd. – Mój doradca mylnie mi powiedział że po pierwsze emerytura mi się nie należy bo za dużo zarabiam, a po drugie poinformowano mnie że jest ona tak mała że nie warto się po nią fatygować – wyjaśnił.

Teraz jednak za sprawą swojej żony Małgorzaty Daniszewskiej, która niedawno sama przeszła na emeryturę, Urban zorientował się że może dostawać od nas całkiem niezłą kasę. – Nie wiem dokładnie ile ale jest to gdzieś ok. 4700 zł – powiedział w rozmowie z dziennikarzem jednej z gazet. Czyli prawie 2.5 raza tyle ile wynosi przeciętna polska emerytura.

Jerzy Urban zalicza się więc do bardzo małego grona najbogatszych polskich emerytów bo tylko 5 proc. krajowych seniorów pobiera ponad 3.5 tys. zł emerytury. Naczelnemu ‘Nie’ pomaga fakt że na swoją emeryturę pracował aż 60 lat!

Emerytura należy się redaktorowi ‘Nie’ jak sobie wyliczył już od 17 lat. – Przez ten czas uzbierałaby się niezła sumka – przyznał. Ile? Gdyby przez ten czas dostawał te 4700 zł uzbierałby aż 958 tys. zł. Pewnie 17 lat temu Urban miałby emeryturę nieco mniejszą. Ale i tak koło nosa przeszło mu przynajmniej kilkaset tys. zł!

kd/an/su /28-29.6.2011/

Parę zdań komentarza: – To taki mężczyzna który zasypia w krawacie – by rano budząc się odróżnić dupę od twarzy – powiedział kiedyś Jan Pietrzak o Jerzym Urbanie. – Bardzo szkodliwy typ, nienawidzący wszystkiego co dobre dla Polski. Intelektualny guru Polski ubeckiej – czyli oszustów, złodziei i przestępców. Filar umysłowy tego towarzystwa – dodał Pietrzak.

To nie do wiary! 4700 zł emerytury płacimy co miesiąc komuś takiemu! Tyle co miesiąc płacimy jako Polacy osobie /delikatnie to ujmując/ która tak wiele lat niszczyła Polskę i Polaków!… Robiła wszystko przeciw Polsce i Polakom… Szkalowała Polskę i Polaków… Okradała nas, zamykała do więzień, mordowała, wyrzucała z pracy… Jak to możliwe?!… Jak to możliwe że Polacy to robią?… Czy Polacy kompletnie zgłupieli?…

A – jak wypowiadali się niedawno podczas konferencji stowarzyszeń osób represjonowanych w stanie wojennym: ‘nasi członkowie /czyli ci represjonowani/ nie mają żadnych dodatków do emerytur czy do rent, a trzeba wiedzieć że te emerytury często wynoszą 600-700 zł. Represjonowani w stanie wojennym czują się upokorzeni sytuacją że 22 lata po tzw. transformacji ustrojowej ich oprawcy ze Służby Bezpieczeństwa mają wielokrotnie wyższe emerytury’…

‘Niedawno w Częstochowie funkcjonariuszka SB która znęcała się nad nami w stanie wojennym, w czasie procesu dosłownie śmiała się z kobiet internowanych, gdy okazało się że wiele z nas ma emerytury 600-700 zł, a jej dochodziła do 4 tys. zł’ – mówiła Anna Rakocz w czasie XI Krajowej Konferencji Represjonowanych.

‘Do dziś ci którzy walczyli i cierpieli za wolną i demokratyczną Polskę nie są uznani za kombatantów a status ten przysługuje wielu utrwalaczom władzy komunistycznej którzy po II wojnie światowej mordowali i wsadzali do więzień niewinnych ludzi’ – inny cytat z konferencji.

‘A przecież to w końcu myśmy wywalczyli władzę dla tych którzy ją obecnie sprawują. Gdy zwracamy się do nich z naszymi propozycjami patrzą na nas z przymrużeniem oka. Tak jakby się dziwili: to wy jeszcze żyjecie? Chyba dla nich najlepiej by było żebyśmy już poumierali’ – mówiła z goryczą podczas tej konferencji Rakocz.

Totalną władzę w Polsce ma premier Donald Tusk i jego Platforma Obywatelska. Tusk i jego współtowarzysze mogą zrobić dziś w Polsce wszystko. To dlaczego ktoś taki jak Urban dostaje co miesiąc z naszych pieniędzy 4700 zł emerytury?!… Ale często niestety słyszę też że – poza totalną władzą – Tusk i jego współtowarzysze uprawiają w Polsce totalitaryzm… Jeżeli obecny premier i rząd mogą wszystko, a Urban ma taką emeryturę, to czy Tusk i jego koledzy, to Polacy?… Czy Tusk i jego kumple różnią się czymkolwiek od Urbana i jemu podobnych?…

Kiedy jedna z gazet napisała niedawno że Urban dostaje od Polski taką ogromną emeryturę za to że wiele lat niszczył i prześladował Polskę i Polaków, zwróciłem się o komentarz w tej sprawie do jednego z legendarnych opozycjonistów – Krzysztofa Wyszkowskiego. A bardzo szanowałem i ceniłem Wyszkowskiego. Odmówił komentarza na temat Urbana… Bardzo się zdziwiłem. Co się dzieje z Krzysztofem Wyszkowskim?… Jest zmęczony? Czuje się bezsilny? Nie wierzy już w nic? Mam nadzieję że nie.

Cezary Dąbrowski /11.7.2011/

***

Donosił na kolegów za pieniądze

Aktor Tomasz Dedek, znany z seriali ‘Rodzina zastępcza’, ‘M jak miłość’ czy ‘Kryminalni’, donosił na kolegów Służbie Bezpieczeństwa! Przyznał się do swojej czarnej przeszłości

‘Byłem TW (tajnym współpracownikiem). Pamiętam że miałem pseudonim Papkin. Nie zamierzam walczyć z faktami. Zrobiłem podłą rzecz i nie będę szukać usprawiedliwienia’ – to oświadczenie Dedka dla prasy

Zaczął na studiach

Dedek współpracę z SB rozpoczął na pierwszym roku studiów w Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. W grudniu 1977 r. wracając z alkoholowej imprezy zasnął w pociągu. Gdy się obudził stwierdził że został okradziony i zgłosił się na milicję.

Po kilku dniach spotkał się z oficerem SB. Jak podał jeden z tygodników Dedek dokładnie opisał esbekowi sytuację na uczelni.

Wątpliwości rodzą się wśród słuchaczy pierwszych roczników, zwłaszcza gdy słyszy się o działalności Studenckiego Komitetu Solidarności przy Uniwersytecie Warszawskim, wspierającego Komitet Samoobrony Społecznej KOR – mówił Dedek.

Złamali go esbecy

Aktor Jerzy Gudejko, kolega ze studiów Dedka, nie jest zaskoczony jego wyznaniem.

Był młody, niedojrzały. Szkoła była dla niego całym światem. Zagrożono mu że mogą go wylać z uczelni. Tak go złamali – przekonywał Gudejko. – O kontaktach Tomka z SB wiedziałem już w 1981 albo 1982 r. Sam mi o tym powiedział. Gdy dostałem do obejrzenia swoją teczkę z IPN, zobaczyłem że miał pseudonim Papkin, co mnie zresztą ubawiło (Papkin w ‘Zemście’ Aleksandra Fredy był tchórzem i samochwałą – przyp. red.).

Gudejko nie ma żalu do kolegi. Jest przekonany że Papkin nigdy mu nie zaszkodził.

Tomek był dobrym chłopakiem. Nie dość ‘że opowiadał esbekom głupoty, to jeszcze mu za to płacili’. Tak mówił – podsumował Gudejko.

Jednak z ujawnionych informacji wynika że rozmowy Dedka z bezpieką nie były wcale takie niewinne. W trakcie jednego ze spotkań z esbekiem podał przykłady ludzi którzy nie zgadzają się ze słuszną linią partii. Mówił że należeli do nich Ryszard Peryt i Krzysztof Zaleski z wydziału reżyserii PWST.

Tomasz Dedek przekazywał też SB informacje o innych aktorach – Krzysztofie Kolbergerze czy Piotrze Grabowskim. Z agentem SB spotykał się w warszawskich kawiarniach ‘Nowy Świat’ i ‘Zapiecek’. TW Papkinem przestał być dopiero w 1989 r.

Jest mi przykro

Adam Ferency (aktor): – Nie wiem co powiedzieć. Czuję się niezręcznie bo znam Tomka od dawna. W czasach studenckich był niejako moim uczniem. Jest mi bardzo przykro. Będzie mi teraz trudno patrzeć na niego. Każdy widz musi teraz sam ocenić jak dalej postrzegać Tomka.

Teraz jest inny

Krystyna Janda (aktorka): – Pamiętam Tomka z dawnych czasów. Był wtedy bardzo młodym człowiekiem. Był chłopcem który dopiero zaczynał przygodę z aktorstwem. Dlaczego zdecydował się na współpracę z SB? Różne mogły być powody. Był młody, przestraszony, przyjechał z prowincji do Warszawy. Teraz jest zupełnie innym człowiekiem. Minęło tyle lat. Chyba nie warto do tego wracać.

On jest w porządku

Piotr Machalica (aktor): – Tomek był moim kolegą z roku. Jestem przeciwnikiem rozdmuchiwania takich informacji. Trzeba się raczej zająć tymi którzy kilkadziesiąt lat temu dręczyli i zmuszali do współpracy, robiąc ludziom potworną krzywdę. Myślę że nie będziemy długo czekać kiedy ludzie zaczną się targać na życie, bo nie wytrzymają tego wszystkiego. Dzisiaj jest to niepotrzebne bo mamy inne problemy. A jeżeli cokolwiek mnie w tym wszystkich interesuje to ci którzy ludzi wkręcali w tę machinę. Ich chciałbym zobaczyć a nie ludzi którzy byli zaszczuci i szantażowani. Znam Tomka całe lata. To bardzo w porządku człowiek.

tn/su /4.11.2007/

***

Bandyci z SB mają lepiej

Niedawno w Częstochowie funkcjonariuszka SB która znęcała się nad nami w stanie wojennym, w czasie procesu dosłownie śmiała się z kobiet internowanych gdy okazało się że wiele z nas ma emerytury 600-700 zł, a jej dochodziła do 4 tys. złmówiła Anna Rakocz w czasie XI Krajowej Konferencji Represjonowanych

Do dziś ci którzy walczyli i cierpieli za wolną i demokratyczną Polskę nie są uznani za kombatantów a status ten przysługuje wielu utrwalaczom władzy komunistycznej którzy po II wojnie światowej mordowali i wsadzali do więzień niewinnych ludzi

Rozgoryczenie i poczucie zdrady ideałów Solidarności towarzyszyło wielu wypowiedziom jakie padły w czasie spotkania w Kęble

Pieniądze na przyjazd do Kębła zbierali wiele miesięcy. Żyją z głodowych emerytur, ich oprawcy – byli funkcjonariusze komunistycznego aparatu represji – korzystają z wielokrotnie wyższych świadczeń

Dwadzieścia dwa lata po tzw. transformacji ustrojowej sytuacja w Polsce – w opinii osób represjonowanych – pozostawia wiele do życzenia. Niepokoją zwłaszcza próby eliminacji lidera opozycji i ataki na o. Tadeusza Rydzyka, dyrektora Radia Maryja.

Przeciw niedemokratycznym praktykom obecnej koalicji rządzącej protestowali uczestnicy XI Krajowej Konferencji Represjonowanych którzy obradowali w Kęble k. Lublina.

W spotkaniu wzięło udział kilkudziesięciu przedstawicieli osób represjonowanych, zrzeszonych w dziesięciu stowarzyszeniach na terenie całego kraju. Gośćmi represjonowanych byli posłanka Gabriela Masłowska i senator Stanisław Gogacz. Zgromadzeni zapowiedzieli obronę Radia Maryja i jego założyciela o. Tadeusza Rydzyka.

‘Będziemy bronić niezależnych mediów społecznych, w tym Radia Maryja i jego założyciela ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka’ – mówili.

Uczestnicy konferencji wyrazili oburzenie z powodu oddania Federacji Rosyjskiej badania przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem. Wytknęli rządowi Donalda Tuska że do dziś Rosja nie przekazała wszystkich dokumentów i dowodów dotyczących tej sprawy. Ich zdaniem osoby odpowiedzialne za tę sytuację powinny być postawione przed Trybunałem Stanu.

Represjonowani działacze NSZZ Solidarność którzy często kosztem kariery zawodowej poświęcili najlepsze lata życia walce z komunistycznym totalitaryzmem, nie kryli rozgoryczenia i żalu z powodu poniżającej sytuacji materialnej w jakiej przyszło im teraz żyć.

Żeby przyjechać na tę konferencję niektórzy z nas od dawna zbierali pieniądze, pożyczali od znajomych – powiedziała Anna Rakocz, przewodnicząca Ogólnopolskiej Federacji Stowarzyszeń Osób Represjonowanych w Stanie Wojennym.

– Każde ze stowarzyszeń osób represjonowanych w stanie wojennym utrzymuje się ze składek członków wynoszących średnio po dwa-cztery złote miesięcznie. Nie otrzymujemy od państwa żadnych subwencji ani dofinansowania. Nasi członkowie nie mają żadnych dodatków do emerytur czy do rent, a trzeba wiedzieć że te emerytury często wynoszą 600-700 zł. Represjonowani w stanie wojennym czują się upokorzeni sytuacją że 22 lata po tzw. transformacji ustrojowej ich oprawcy ze służby bezpieczeństwa mają wielokrotnie wyższe emerytury.

A przecież to w końcu myśmy wywalczyli władzę dla tych którzy ją obecnie sprawują. Gdy zwracamy się do nich z naszymi propozycjami patrzą na nas z przymrużeniem oka. Tak jakby się dziwili: to wy jeszcze żyjecie? Chyba dla nich najlepiej by było żebyśmy już poumierali – mówiła z goryczą.

Rozgoryczenie i poczucie zdrady ideałów Solidarności z 1980 r. towarzyszyło wielu wypowiedziom w czasie konferencji.

– Rozpoczęliśmy walkę z systemem totalitarnym ponieważ chcieliśmy żyć w Polsce wolnej, demokratycznej i niepodległej. A okazało się że wielu którzy przyłączyli się do nas – było albo agentami, albo nas oszukało i zawiodło – mówił legendarny przywódca lubelskich strajków na kolei z 1980 r. Czesław Niezgoda.

Jesteśmy bardzo rozczarowani. Widzimy jak Polska topnieje i ginie. Żyjemy już prawie jak na Białorusi.

Niezgoda ma wielki żal do klasy politycznej III Rzeczypospolitej że do dziś ci którzy walczyli i cierpieli za wolną i demokratyczną Polskę, nie są uznani za kombatantów a status ten przysługuje wielu utrwalaczom władzy komunistycznej którzy po II wojnie światowej mordowali i wsadzali do więzień niewinnych ludzi.

– Minęło 31 lat od naszego solidarnościowego zrywu i wielu naszych kolegów odeszło już z tego świata. My żyjemy i jesteśmy żywą historią tych czasów. Jeszcze za rządów AWS i PiS byliśmy zapraszani do szkół na spotkania z uczniami. Chcemy nadal wpajać młodemu pokoleniu nasze ideały ale dzisiejsza szkoła już nie chce uczyć historii – mówił.

Szacuje się że liczba represjonowanych w stanie wojennym sięga ok. 40 tys. osób. Zaledwie 10 proc. z nich otrzymało od Skarbu Państwa odszkodowania i zadośćuczynienia z tego tytułu.

ak/nd /28.6.2011/

***

Esbecy uciekają na rentę

Byli oficerowie Służby Bezpieczeństwa chcąc uciec przed ustawą ograniczającą im emerytury przechodzą na renty zdrowotne. Jest ich tysiące – ujawniła jedna z gazet

Po wejściu w życie ustawy dezubekizacyjnej kilka tysięcy byłych funkcjonariuszy PRL-owskich służb zgłosiło się na komisje lekarskie

– Wniosków było tak wiele, że musieliśmy wystąpić o przeznaczenie dodatkowo blisko miliona złotych na pokrycie kosztów – przyznał dyrektor Zakładu Emerytalno-Rentowego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Artur Wdowczyk

– Prawo jest bowiem tak skonstruowane, że nie można nikomu odmówić stanięcia przed komisją lekarską

Większość byłych esbeków uzyskała orzeczenie o takim stopniu niepełnosprawności, że może pobierać renty. Według szacunków rządowych ekspertów na renty mogło przejść nawet 70 proc. tych, których objęła ustawa dezubekizacyjna.

Są to ludzie w takim wieku, że znalezienie dolegliwości, która kwalifikuje do podwyższenia grupy inwalidzkiej, nie jest trudne – powiedział Wdowczyk. – Większość schorzeń to wady kręgosłupa i układu krążenia, np. nadciśnienie tętnicze.

Średnia emerytura funkcjonariusza po ustawowej obniżce to ok. 2300 zł. A średnia renta resortowa – jak wynika ze statystyk MSWiA – wynosi dziś ok. 2500 zł (średnia renta wypłacana przez ZUS to ok. 1300 zł).

gb/rp /12.3.2011/

***

Byli esbecy się rozchorowali

Tysiące byłych, wysokich oficerów SB uniknęło obniżki emerytur uciekając na renty zdrowotne – ujawniła jedna z gazet

Po wejściu w życie ustawy ograniczającej emerytury byłym funkcjonariuszom PRL-owskich służb, ok. 40 tys. osób obniżono pobory z ZUS. Jednak wielu z nich nie chciało się z tym pogodzić i wymyśliło sposób na zachowanie wyższych dochodów

Zaczęli mianowicie masowo zgłaszać się do komisji lekarskich z wnioskami o przyznanie rent. Zgodnie z prawem, każdy wnioskodawca musi być przebadany. Tylko w samej stolicy pochłonie to dodatkowo prawie milion zł.

Ten sposób może wykorzystać nawet 70 proc. osób, które obejmowała ustawa dezubekizacyjna. A że wiele z nich jest już w podeszłym wieku, nietrudno znaleźć u nich choroby kwalifikujące do uzyskania grupy inwalidzkiej. Ciężko natomiast udowodnić, że dolegliwość nie ma związku ze służbą.

Pytani posłowie deklarują konieczność szybkiej zmiany ustawy, by skutecznie zapobiec procederowi przechodzenia byłych funkcjonariuszy SB na renty inwalidzkie.

pap /12.3.2011/

***

Esbecki sposób na rentę

Tysiące byłych wysokich oficerów SB uniknęło obniżki emerytur. Jak? Uciekając na renty zdrowotne. Ustawa, która obniżyła emerytury ok. 40 tys. byłych funkcjonariuszy służb specjalnych PRL, nie objęła rent

Przy okazji dyskusji o reformie OFE rządowi eksperci odkryli, że ustawa ograniczająca emerytury byłym funkcjonariuszom PRL-owskich służb nie działa tak, jak się spodziewano. Na czym polega problem? Esbeccy emeryci znaleźli sposób na uniknięcie obniżek świadczeń – masowo przechodzą na renty.

Po wejściu w życie ustawy dezubekizacyjnej, która objęła ok. 40 tys. osób, kilka tysięcy byłych funkcjonariuszy zgłosiło się na komisje lekarskie.

– Wniosków było tak wiele, że musieliśmy wystąpić o przeznaczenie dodatkowo blisko miliona złotych na pokrycie kosztów – przyznał dyrektor Zakładu Emerytalno-Rentowego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Artur Wdowczyk. – Prawo jest bowiem tak skonstruowane, że nie można nikomu odmówić stanięcia przed komisją lekarską.

Większość byłych esbeków uzyskała orzeczenie o takim stopniu niepełnosprawności, że może pobierać renty. Według szacunków rządowych ekspertów na renty mogło przejść nawet 70 proc. tych, których objęła ustawa dezubekizacyjna.

Są to ludzie w takim wieku, że znalezienie dolegliwości, która kwalifikuje do podwyższenia grupy inwalidzkiej, nie jest trudne – powiedział Wdowczyk. – Większość schorzeń to wady kręgosłupa i układu krążenia, np. nadciśnienie tętnicze. Dyrektor dodaje, że dowiedzenie, iż schorzenia nie mają związku ze służbą, jest bardzo trudne.

Średnia emerytura funkcjonariusza po ustawowej obniżce to ok. 2300 zł. A średnia renta resortowa – jak wynika ze statystyk MSWiA – wynosi dziś ok. 2500 zł (średnia renta wypłacana przez ZUS to ok. 1300 zł).

Politycy chcą zamknąć tę furtkę esbekom. Na razie trwają nieoficjalne konsultacje w sprawie nowelizacji ustawy dezubekizacyjnej. Miałaby obniżyć też resortowe renty.

To kwestia bardzo drażliwa, bo zbliżają się wybory, a emeryci resortowi i ich rodziny to pokaźna grupa wyborców – powiedziała osoba związana z rządem. – Jednocześnie trudno przypuszczać, by stanowili elektorat PO, która głosowała za obniżką emerytur byłych funkcjonariuszy. Głosów na PiS nie przerzucą, bo ta partia opowiada się za rozwiązaniami jeszcze bardziej radykalnymi.

Poseł PO Andrzej Halicki zastrzegł, że nie wie nic o nieoficjalnych konsultacjach. Sam opowiada się za zaostrzeniem przepisów. – Jeżeli esbecy rzeczywiście korzystają z takiej furtki, to trzeba ją czym prędzej zamknąć – powiedział. – Nie może być tak, że w demokratycznym państwie wyższymi świadczeniami nagradzane są osoby, które były filarem totalitarnego reżimu.

Ustawa dezubekizacyjna jest mocno niedoskonała. Poprzemy każdą nowelizację, która ją zaostrzy – zadeklarował Zbigniew Girzyński, poseł PiS. – Ofiary komunizmu biedują i nie stać ich na leki, a oprawcy opływają w dostatki.

Girzyński opowiada się za tym, by ustawa objęła nie tylko funkcjonariuszy cywilnych, ale również wojskowych służb specjalnych oraz członków Wojkowej Rady Ocalenia Narodowego. – Mam nadzieję, że prezydent Bronisław Komorowski, który afiszuje się z gen. Wojciechem Jaruzelskim, tej ustawy nie zawetuje. Chociaż pewien nie jestem – zaznaczył Girzyński.

Dodał że Sejm powinien też znaleźć sposób na ograniczenie świadczeń tym funkcjonariuszom służb specjalnych, których akta przechowywane są w tzw. zbiorze zastrzeżonym IPN. Ponieważ wszystkie dane znajdujące się w tym zasobie są tajne, nie wiadomo nawet, ilu funkcjonariuszy ocaliło dzięki temu świadczenia.

Przechodzenie na renty stało się dla byłych esbeków jedyną drogą do ocalenia pieniędzy, gdy stracili ostatnio nadzieję na obalenie ustawy na drodze prawnej w Polsce. A w lutym 2010 r. Trybunał Konstytucyjny uznał, że przepisy te są zgodne z konstytucją. 3 marca tego roku Sąd Najwyższy, odpowiadając na pytanie sądu apelacyjnego w sprawie byłej funkcjonariuszki SB, uznał że ograniczenie jej świadczeń na mocy ustawy dezubekizacyjnej było zgodne z prawem.

Funkcjonariusze służb specjalnych PRL składają teraz skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

cg/rp /12.3.2011/

***

Śmiechy byłych esbeków

Za każdy rok służby w organach bezpieczeństwa z lat 1944-90 przelicznik wymiaru emerytury wynosi 0.7 proc. – potwierdził Sąd Najwyższy. Nie podzielił on opinii esbeków, że mogą zachować prawo do 40 proc. podstawy wymiaru świadczeń za okres 15 lat służby. Dawni funkcjonariusze nie dali sędziemu dokończyć uzasadnienia wyroku krzycząc, śmiejąc się i opuszczając salę.

Tak troje sędziów Izby Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych SN odpowiedziało na pytanie prawne Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który nabrał wątpliwości, czy ustawa dezubekizacyjna pozwala na zachowanie esbekom prawa do tych 40 proc. podstawy wymiaru.

Decyzja SN oznacza, że nie będzie rewolucji w obliczaniu emerytur, które od początku ub.r. – na mocy ustawy autorstwa PO – obniżono ok. 25 tys. oficerom cywilnych służb specjalnych PRL. Gdyby SN uznał ich argument, że ustawa nie pozwala na odebranie prawa do 40 proc. uposażenia po 15 latach służby (do czego mają dziś prawo emeryci służb mundurowych RP), esbeckie emerytury musiałyby być obliczane od nowa; mogliby oni odzyskać ok. 30 proc. świadczeń.

Sprawa Ewy Cz.

Pytanie dotyczyło sprawy Ewy Cz. – funkcjonariuszki z pionu obserwacji od 1979 r., po 1990 r. w policjiktórej emeryturę zakład emerytalno-rentowy MSWiA obniżył z 1.9 tys. zł do 1.4 tys. Utrzymał to w 2010 r. Sąd Okręgowy w Warszawie, uznając że ustawa pozbawia wszystkich esbeków prawa do 40 proc. podstawy. Rozpatrując odwołanie Cz., Sąd Apelacyjny spytał SN, czy ustawa oznacza zachowanie prawa do 40 proc. podstawy. SA nie kwestionował przelicznika 0.7 proc. Za poszczególne lata służby, ale zarazem pytał, czy można dopuszczać podstawę 40 proc.

Radca prawny reprezentujący Cz. Stanisław Mikulski argumentował w SN że MSWiA zastosowało ustawę ‘niezgodnie z wolą ustawodawcy’, bo bezpodstawnie pominięto prawo do zachowania 40 proc. podstawy wymiaru.

Gdyby ustawodawca chciał to zabrać, to wyraźnie by to zapisał w ustawie – dodał. Podkreślił że było to zasadą już w II RP, a ‘nie było wymysłem PRL’. W SN nie stawił się nikt z MSWiA ani z prokuratury.

– Ustawa nie daje podstaw do stosowania wyższego przelicznika niż 0.7 za każdy rok służby w organach bezpieczeństwa totalitarnej Polski z lat 1944-90 – mówił sędzia SN Zbigniew Myszka w uzasadnieniu uchwały. Podkreślił że sądy powszechne nie mogą dokonywać wykładni ustawy w sposób podważający jej ‘wyraźne brzmienie’ i wyrok Trybunału Konstytucyjnego o jej konstytucyjności.

Zachowanie byłych esbeków

Sędzia dodał, że SN unika ‘wchodzenia w podłoże polityczne’, ale powiedział zarazem, że demokratyczne państwo prawa nie może utrzymywać przywilejów emerytalnych dla osób dobrowolnie pełniących służbę w organach, które przeciwdziałały powstaniu tego państwa. – Przelicznik 0.7 wcale nie jest niekorzystny… – zaczął sędzia, ale wypełniający szczelnie salę SN dawni esbecy nie dali mu dokończyć, krzycząc, śmiejąc się i opuszczając salę. W tej sytuacji SN zakończył rozprawę.

rc/pap /3.3.2011/

***

Esbecy nie dostaną wyższych emerytur

Byli esbecy, którym obniżono emerytury na mocy ustawy dezubekizacyjnej, nie mogą skorzystać z bardziej opłacalnego przelicznika, który podniósłby ich świadczenia – stwierdził Sąd Najwyższy. Zgromadzeni na sali byli funkcjonariusze bezpieki PRL powitali to orzeczenie okrzykami i śmiechem i zaraz wyszli z sali.

– Ustawa nie daje podstaw do stosowania wyższego przelicznika niż 0.7 za każdy rok służby w organach bezpieczeństwa totalitarnej Polski z lat 1944-90 – stwierdził sędzia SN Zbigniew Myszka w uzasadnieniu uchwały.

Zaznaczył iż SN unika wchodzenia w podłoże polityczne, ale stwierdził, że demokratyczne państwo prawa nie może utrzymywać przywilejów emerytalnych dla osób dobrowolnie pełniących służbę w organach, które przeciwdziałały powstaniu tego państwa. Gdy sędzia kontynuował uzasadnienie, podkreślając, że przelicznik 0.7 wcale nie jest niekorzystny…’, licznie zgromadzeni na sali esbecy nie dali mu go dokończyć, przyjęli je okrzykami, śmiechem i szybko wyszli z sali. Ze względu na zaistniałą sytuację sędzia Zbigniew Myszka zakończył rozprawę.

Konsekwencją decyzji SN jest to, że byli esbecy, którzy na mocy ustawy dezubekizacyjnej pobierają od zeszłego roku mniejszą emeryturę, nie otrzymają jej według nowego przelicznika. Wówczas byłaby ona większa o ok. 30 proc. od dotychczasowej. – Dobrze się stało, że zapadło takie orzeczenie SN – skomentował to poseł Arkadiusz Mularczyk (PiS). – Sytuacja, że w wolnej Polsce byli esbecy otrzymywali uprzywilejowane emerytury, bulwersowała polskie społeczeństwo – dodał.

Sąd Najwyższy zajmował się wczoraj pytaniem sądu apelacyjnego, czy w konkretnej sprawie funkcjonariuszki SB z pionu obserwacji (pracowała od 1979 r., a w 1990 r. przeszła do policji) Ewy Cz. można dopuszczać podstawę 40 proc. naliczenia emerytury za okres 15 lat służby. Takie uprawnienia mają obecnie emeryci służb mundurowych.

Jak argumentował jej pełnomocnik, radca prawny Stanisław Mikulski, MSWiA, obniżając jej emeryturę z 1.9 tys. zł do 1.4 tys., zastosowało ustawę ‘niezgodnie z wolą ustawodawcy’, właśnie z uwagi na pominięcie prawa do zachowania 40 proc. podstawy wymiaru. – Gdyby ustawodawca chciał to zabrać, to wyraźnie by to zapisał w ustawie – wskazywał mecenas.

SN stwierdził, że sądy powszechne nie mogą dokonywać wykładni ustawy w sposób podważający jej ‘wyraźne brzmienie’ oraz wyrok Trybunału Konstytucyjnego o jej zgodności z Konstytucją.

Zdarzały się przypadki, że były rozbieżności między Sądem Najwyższym a Trybunałem Konstytucyjnym, ale tutaj Sąd Najwyższy nie zakwestionował wykładni dokonanej przez TK – podkreślił z satysfakcją poseł Grzegorz Karpiński (PO), który bronił tej ustawy przed TK. – Wydaje się, że to wcześniejsze orzeczenie TK i obecne SN zamykają tę sprawę – dodał.

Zgodnie z ustawą dezubekizacyjną ok. 25 tys. osób z cywilnych służb specjalnych PRL obniżono świadczenia emerytalne. Obecnie ich średnia emerytura wynosi ok. 2.5 tys. zł, ale nadal jest wyższa niż zwykłego emeryta – 1.6 tys. zł. W lutym ub.r. ustawę uznał za zgodną z Konstytucją Trybunał Konstytucyjny.

Niezadowoleni z takiego obrotu sprawy byli esbecy licznie wystąpili z pozwami do sądów powszechnych. Według informacji Sądu Okręgowego w Warszawie – wpłynęło w sumie 13.8 tys. skarg na decyzje o obniżeniu świadczeń. W ciągu roku zakończono ponad 1.7 tys. spraw, z których pozytywnie uwzględniono 109. Chodziło głównie o skargi na obniżenie świadczeń wdowom po funkcjonariuszach. Esbecy wykorzystali także możliwość składania skarg do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Część funkcjonariuszy, którym przysługiwały uprawnienia do rent inwalidzkich, przeszła na te świadczenia, uciekając w ten sposób od niekorzystnych dla nich rozwiązań.

zb/nd /4.3.2011/

***

Esbecy żądają wyższych emerytur!…

Esbecy poszli na skargę do Strasburga! O swoje bajońskie emerytury walczą z taką samą zaciętością, z jaką prześladowali polskich patriotów walczących z komunizmem

Byli esbecy zarzucili pozwami polskie sądy, a nawet poszli do Trybunału w Strasburgu, skarżąc ustawę dezubekizacyjną, która obniżyła im dochody

To niesłychana bezczelność! Ci oprawcy i tak dostają kilkakrotnie wyższe świadczenia niż ich ofiary – skomentował Zbigniew Romaszewski, wicemarszałek Senatu i współpomysłodawca ustawy

Esbecy mają za nic nawet wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który uznał, że obcięcie im gigantycznych emerytur jest zgodne z prawem. Skrzyknęli się i masowo skarżą do Trybunału w Strasburgu i polskich sądów na ustawę dezubekizacyjną. Pozwy złożyło już 15 tysięcy z prawie 40 tysięcy członków komunistycznych służb. We wnioskach zarzucają Polsce naruszenie zapisów konwencji praw człowieka. Sądy na razie po kolei oddalają pozwy, uznając je za bezzasadne. Nie wiadomo jednak, co zrobi Trybunał w Strasburgu.

Po wprowadzeniu nowych przepisów średnia esbecka emerytura z 2735 zł zmalała do 2351, czyli zaledwie o ok. 14 proc. A na przykład taki płk. Adam P. (72 lata), odpowiedzialny za śmierć księdza Jerzego Popiełuszki na ustawie stracił tylko 600 zł miesięcznie. Jego gigantyczne świadczenie zmalało z ok. 4.5 tys. zł do ok. 3.9 tys. zł!

Tą ustawą chcieliśmy wprowadzić zwykłą, ludzką sprawiedliwość. Funkcjonariusze PRL, którzy prześladowali osoby walczące z komunizmem, mają kilkakrotnie wyższe emerytury od swoich ofiar. Dziwię się że teraz mają czelność dopominać się o wyższe emerytury – powiedział Romaszewski.

Do akcji skarżenia ustawy zachęca Stowarzyszenie Emerytów i Rencistów Policyjnych. – Złożenie odwołania w wielu wypadkach spowodowane jest nierzetelnością IPN i Zakładu Emerytalno-Rentowego, gdyż wydano decyzje zaliczające do organów bezpieczeństwa państwa np. pracę w Centralnym Biurze Adresowym – wyjaśnił Zdzisław Czarnecki, prezes Stowarzyszenia. Tyle że odwołują się także zwykli esbeccy oprawcy.

Nie będę tej sprawy komentować. Nikt nas nie pytał o zdanie, jak przyjmowano ustawę – powiedział krótko generał Wojciech Jaruzelski (87 lat). Jego emerytury nie ruszono jednak ani o grosz, bo Trybunał Konstytucyjny ochronił przed ustawą kilku generałów z Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego!…

js/f. /28.7.2010/

***

Ofiarom bieda, esbekom luksus

Milicja zabiła jej syna, była straszona, grożono jej śmiercią. Za walkę o wolną Polskę została w stanie wojennym internowana, ponad pół roku spędziła w więzieniach

Dziś Zenobia Łukasiewicz ma 77 lat i 850 zł emerytury. Jej kaci mają dziś wille, samochody, dacze na Mazurach i gigantyczne emerytury, po kilka tysięcy złotych

To skandal że oprawcom żyje się o niebo lepiej niż ich ofiarom – powiedziała pani Zenobia.

Szef komunistycznej bezpieki Czesław Kiszczak nie ma takich problemów. Opływa bowiem w luksusy. Wysokie świadczenia wypłaca mu państwo! Pani Zenobia Łukasiewicz działała w opozycji i była prześladowana. Dziś ledwo wiąże koniec z końcem…

Gehenna Zenobii Łukasiewicz zaczęła się w 1978 r. Samotnie wychowywała w Łodzi syna i córkę. Zarabiała skromnie jako maszynistka. W październiku musiała wyjechać za granicę. Po powrocie czekała na nią straszliwa wiadomość: jej syna, 22-letniego Piotra zabrała milicja i od pięciu dni nie wrócił do domu. Ze strzępów informacji odtworzyła wydarzenia tej nocy. Milicja wyciągnęła Piotra z mieszkania w samych majtkach. Znalazła go w szpitalu. – Miał tętniaka. Ci oprawcy go zabili – powiedziała połykając łzy kobieta.

Chciała odnaleźć morderców. – Powiedzieli mi, że mój syn był pijany. Ale on nigdy nie pił. Śledztwo umorzyli.

Zaczęła działać w Komitecie Obrony Robotników, w biurze interwencyjnym prowadzonym przez Zbigniewa i Zofię Romaszewskich. Pomagała pobitym przez milicję i SB. – Zobaczyłam jak wiele jest takich spraw jak moja – powiedziała. Stała się wrogiem ustroju. – Dręczono mnie, straszono, śledzono. Któregoś wieczora byłam pewna, że chcieli mnie zabić – dodała Zenobia Łukasiewicz.

Brała udział w procesach opozycjonistów, zatrzymywała ją SB, w 1980 r. wywlekli ją z mieszkania Jacka Kuronia, a jej uwolnienie było jednym z sierpniowych postulatów.

12 grudnia wracałam ze spotkania w Warszawie, w przedziale kolejowym opowiadałam ludziom o zbrodniach, jakich dopuszcza się władza. Wtulony w bok przedziału siedział tajniak. Po północy ktoś zadzwonił do drzwi. To byli oni. Szarpali za włosy, przewrócili. Zabrali mnie na komendę, potem do więzienia w Łęczycy, później do Olszynki Grochowskiej i Gołdapi – dodała o koszmarze stanu wojennego.

Była internowana do 22 lipca 1982 r. Dopiero po miesiącu od zatrzymania podali jej powód internowania: ‘bo zamierza podjąć działania bezpośrednio godzące w porządek prawny i zasady ustrojowe PRL’.

Gdy przeszła na emeryturę miała wypracowane 27 lat. Dziś ma 850 zł emerytury. Plus dodatek pielęgnacyjny – jak powiedziała z gorzkim uśmiechem – za starość. Denerwuje się, kiedy musi oszczędzać na ogrzewaniu, a czyta, jakie kokosy mają jej oprawcy. Ale nadal chce pomagać – wszystkim którzy są w gorszej od niej sytuacji. – Czuję taką potrzebę – zakończyła.

mm/f. /20.1.2010/

***

Tłuste emerytury esbeków

Czesław Kiszczak będzie dostawać teraz 4 tys. emerytury. Dawni oprawcy z komunistycznej bezpieki znów śmieją się w twarz uczciwym ludziom. Specjalna ustawa miała obciąć ich gigantyczne emerytury, a odebrała im jedynie grosze…

Dotarliśmy do danych zakładu emerytalnego MSWiA, z których wynika, że esbeccy generałowie brali dotąd średnio co miesiąc aż 9570 zł, a teraz – po ustawowej obniżce – mają… 8590 zł! Przy tak szokująco wysokich emeryturach to dla nich niewielka strata…

Ustawa deubekizacyjna miała położyć kres niesprawiedliwości, gdy esbeccy prześladowcy dostają wielokrotnie wyższe emerytury niż ich ofiary. Od stycznia kaci mieli stracić te przywileje. Stracili, ale niewiele. Po zmianach średnia esbecka emerytura z 2735.89 zł zmalała do 2351.49 zł, czyli zaledwie o ok. 14 proc. To nadal prawie tysiąc złotych więcej niż średnie dochody zwykłych emerytów.

I tak świadczenie pułkownika Adama Pietruszki (72 lata), odpowiedzialnego za śmierć księdza Jerzego Popiełuszki, z ok. 4.5 tys. zł zmalało do ok. 3.9 tys. Podobnie niewielkie cięcia są u ok. 41 tys. funkcjonariuszy służb specjalnych PRL, których objęła nowa ustawa.

Dlaczego, mimo hucznych zapowiedzi, esbecy stracili tak niewiele? Bo zarabiali na etatach bardzo duże pieniądze, a emerytury przeliczono im według znacznie wyższego przelicznika, niż zwykłemu obywatelowi. Ustawa dezubekizacyjna zmniejszyła tylko ten przelicznik, a nie podstawę wymiaru emerytury, w dodatku za lata przepracowane wyłącznie na etacie esbeckim, a nie np. w milicji, wojsku czy gdziekolwiek później.

Proponowaliśmy by oni otrzymywali najniższe emerytury – powiedział Zbigniew Romaszewski, wicemarszałek Senatu z PiS. Ale twórcy ustawy bali się, że takie rozwiązanie obali Trybunał Konstytucyjny.

Bardziej restrykcyjne założenia mogły być od razu odrzucone – wyjaśnił Grzegorz Karpiński z PO. Ale i tak ustawa nie spodobała się lewicy, która ją zaskarżyła. Sędziowie Trybunału wciąż się zastanawiają, czy jest ona zgodna z prawem.

Dużo więcej straciło tylko 9 członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Jak poinformował MON, przeciętne ich świadczenie z 8495 zł zmalało do 4143 zł. Skąd taka dysproporcja? Ludziom tym, np. gen. Czesławowi Kiszczakowi (85 lat) zmniejszono przeliczniki za każdy rok służby.

js/f. /19.1.2010/

***

Bez wysokich emerytur, ale z rentami

Blisko 5 tys. byłych esbeków, którzy wreszcie stracili wysokie emerytury na mocy ustawy dezubekizacyjnej nadal będzie pobierać wysokie świadczenia? To niestety możliwe. Mają bowiem uprawnienia rentowe, które ustawie nie podlegają

Wydawało się że sprawiedliwość wreszcie ich dosięgła. Teraz jednak wygląda, że przez niedopatrzenie prawodawców i dziurę w ustawie – byli funkcjonariusze komunistycznej bezpieki znowu wyjdą cało z opresji.

Jak to możliwe? Otóż z blisko 40-tysięcznej armii esbeków, których dotknęła ustawa dezubekizacyjna, aż 5 tys. posiada uprawnienia rentowe. Te zaś ustawie nie podlegają. Oznacza to ni mniej ni więcej, że zgodnie z przepisami automatycznie będą im wypłacane wyższe świadczenia. – Jeżeli ktoś ma prawo do renty inwalidzkiej i do emerytury, to my automatycznie wybieramy to wyższe świadczenie – poinformowała Małgorzata Woźniak, rzeczniczka MSWiA.

Posłowie opozycji zaś wnoszą, że wiele z tych uprawnień byli funkcjonariusze komunistycznej bezpieki mogli nabyć niezgodnie z prawem.

mieś/nd /18.1.2010/

***

Niższe emerytury dla esbeków

Podlegli Czesławowi Kiszczakowi funkcjonariusze dostaną teraz mniej pieniędzy. Koniec z absurdalnie wysokimi emeryturami dla esbeków i członków WRON. Od dziś zaczyna obowiązywać ustawa deubekizacyjna

Emerytury byłych esbeków będą od stycznia liczone według wskaźnika 0.7 proc. podstawy wymiaru za każdy rok służby w latach 1944-90. Tymczasem jeszcze do grudnia podstawa ta wynosiła aż 2.6 proc. podstawy wymiaru. To oznacza, że emerytury funkcjonariuszy służb specjalnych zmniejszą się o ok. tysiąc zł.

Tak samo liczone będą świadczenia dla członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Do tej pory przeciętna emerytura dla tych wojskowych wynosiła 8495 zł, a teraz będzie to 4123 zł.

Nowe przepisy dotkną w sumie ok. 41 tys. byłych funkcjonariuszy bezpieki. Jednak może się okazać, że nie wszystkich od razu. W listopadzie 2009 r. szef IPN Janusz Kurtyka stwierdził, że instytut nie może wydać akt z zastrzeżonego zbioru. A tam znajdują się dokumenty ok. 2 tys. funkcjonariuszy.

13 stycznia natomiast obowiązujące już przepisy ma zbadać Trybunał Konstytucyjny. Sędziowie sprawdzą, czy ustawa deubekizacyjna nie wprowadza odpowiedzialności zbiorowej i czy zgodna jest z ustawą zasadniczą.

kka/f. /4.1.2010/

***

Esbecy zamordowali nie tę?

TO OKRUTNA ZBRODNIA SPRZED LAT. Małgorzata Targowska-Grabińska zginęła w swoim domu na Saskiej Kępie w Warszawie. Morderca poderżnął jej gardło i zadał kilka ciosów nożem. Nie zostawił żadnych śladów

Mąż pani Małgorzaty twierdzi, że oprawcą był funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, a celem miała być synowa pełnomocnika rodziny ks. Jerzego Popiełuszki. Kobieta nosiła takie samo nazwisko i mieszkała kilka domów dalej

Pani Małgorzata na co dzień zajmowała się tłumaczeniem książek. Przetłumaczyła między innymi Igłę – słynny bestseller Kena Folletta. Mieszkała razem z mężem w domu na Saskiej Kępie w Warszawie. Oboje planowali wkrótce przeprowadzić tam remont. 9 maja 1985 r. życie pani Małgorzaty zostało jednak brutalnie przerwane.

Zadzwoniła, jak zwykle wesoła i radosna, Powiedziała że przyszedł ktoś, kto mówił, że ma dla mnie jakieś farby. Odezwał się jakiś mężczyzna o takim bardzo spokojnym, inteligentnym głosie – opowiada Aleksander Grabiński, mąż zamordowanej Małgorzaty.

Był to młody mężczyzna w wieku około 30 lat. Być może pan Grabiński rozmawiał wtedy z zabójcą – zastanawia się Bartosz Tymosiewicz, prokurator z Instytutu Pamięci Narodowej.

Ok. 17.30 wróciłem do domu i w pokoju znalazłem ją leżącą na ziemi. Miała poderżnięte gardło – mówi mąż pani Małgorzaty.

Pan Aleksander rozmawiał z mordercą około 2 minut. Pani Małgorzata zginęła zaraz po tym, jak odłożył słuchawkę. Umierała w ogromnym bólu. Dokładnie tak jak bohaterka najsłynniejszej przetłumaczonej przez nią powieści Igła. Oto te fragmenty:

Zadał pierwszy cios, ale nie trafił w serce. Musiał zacisnąć dłoń na jej gardle, by zdławić krzyk. Uderzył jeszcze raz, ale ona znowu się poruszyła. Otworzyła usta w przeraźliwym krzyku.

Uderzyła o drewno z głuchym łoskotem. Ścisnął mocniej jej szczękę i zadał cios, który rozerwał całe gardło. Odsunął się gwałtownie, by uniknąć zalania krwią.

Wyobrażam to tak, że po rozmowie telefonicznej ze mną on spokojnie z nią rozmawia. W odpowiednim momencie bierze sznur, zaciska na szyi z tyłu, po czym, jak już jest podduszona, jeszcze dobija nożem, dla pewności. Fachowa robota – mówi pan Aleksander, mąż zamordowanej tłumaczki.

Morderca pani Małgorzaty nie zostawił żadnych śladów. Nie splądrował też domu w poszukiwaniu pieniędzy i kosztowności. Zabrał jedynie łańcuszek i obrączkę, które miała na sobie ofiara. Kilka godzin później, milicja rozpoczęła śledztwo.

Dokonano oględzin miejsca zdarzenia, zabezpieczono ślady, powołano biegłych, przesłuchano wielu świadków. Niestety, nie doprowadziło to do wykrycia sprawców – mówi Bartosz Tymosiewicz.

Dwóch było gości: jeden dobry, drugi zły. Jeden płaską ręką bił mnie po twarzy, drugi go hamował. Zmuszali mnie, bym się przyznał. Po kilku dniach wujek Małgosi przyniósł wiadomość, że to nie ona miała zginąć, że to była pomyłka ubecji – opowiada pan Aleksander.

W czasie w którym zamordowano panią Małgorzatę kilka ulic od jej domu mieszkała kobieta o tym samym nazwisku. Była synową mecenasa Andrzeja Grabińskiego – pełnomocnika rodziny księdza Popiełuszki. 4 lata później, zamordowano matkę mecenasa Krzysztofa Piesiewicza – drugiego z pełnomocników. Wszystko przebiegło niemal identycznie.

– Oni wszyscy na sobie czuli oddech służb specjalnych. Otrzymywali znaki które w tamtych warunkach były oczywistym ostrzeżeniem: posuniesz się za daleko, to może cię coś przykrego spotkać – mówi Jerzy Jachowicz, dziennikarz śledczy.

Po roku od morderstwa pani Małgorzaty śledztwo zostało umorzone z powodu braku wykrycia sprawców. Kilka lat temu na nowo próbowało je podjąć policyjne Archiwum X. W latach 80 podobnych zabójstw było jednak aż kilkadziesiąt. W tle wszystkich przewijają się funkcjonariusze SB.

Mają wysokie emerytury i żyją sobie świetnie. Czy wyrzuty sumienia u takiego człowieka mogą grać rolę? Nie wiem. Sprawa przedawni się za 5 lat. Mnie już nawet nie chodzi o karę, tylko by prawda wyszła na jaw, to jest najważniejsze – mówi pan Aleksander.

rz /26.7.2010/

Kategoria Polska

Comments