Stare Miasto

Stare Miasto w Warszawie to nie tylko środek stolicy Polski, to centrum naszego kraju, a w szczególności jego historii. W 60 rocznicę zakończenia pierwszego etapu odbudowy ze zgliszczy wojennych Starego Miasta warto powiedzieć że zasługuje ono na miano Starego Miasta nie tylko jako świadek historii, ale także jako jej uczestnik

Wszyscy ci którzy nazywają to serce Polski pogardliwie „starówką”, wskazując na to że tak niedawno zostały wzniesione ostatnie kamienice, krzywdzą bohaterskich mieszkańców Warszawy. Nasza stolica bowiem była trzy razy w czasie II wojny światowej bombardowana i palona. Przez Niemców od 1 września i podczas oblężenia, a potem w czasie Powstania Warszawskiego za przyzwoleniem Sowietów
W Polsce jest wiele miejsc oraz symboli bohaterskiego oporu. Westerplatte, przeprawa przez Narew nieopodal Wizny, nazywana „Polskimi Termopilami”, dzielna obrona wschodnich granic przed Rosjanami przez KOP, obrona Lwowa i wiele innych. Żadne jednak z polskich miast i ich mieszkańców nie stawiło czoła najeźdźcy tak jak Warszawa i warszawiacy. W szczególny sposób w Powstaniu Warszawskim, kiedy zwykli mieszkańcy stolicy znaleźli się w kleszczach pomiędzy machiną wojenną nazistowskich Niemiec i sowieckiej Rosji. Ich powstańczy zryw dawał nadzieję wszystkim Polakom na stworzenie, po zakończeniu wojny, państwa niezależnego od Moskwy.

Tak więc budowanie Warszawy od nowa po 1945 roku to efekt jej heroicznej postawy. Niech ci którzy warszawskie Stare Miasto nazywają „starówką” lub „makietą” mają na względzie fakt że nawet najgorszym stalinowskim komunistom nie udało się zbudować „nowoczesnego, socrealistycznego” dystryktu. A były takie plany. Stare Miasto w 1953 roku powróciło do życia, a nie zostało stworzone na nowo. Wybitny architekt i intelektualista profesor Jan Zachwatowicz nadał odbudowywanemu Staremu Miastu wizerunek utrwalony przez Canaletta. Tkanka miejska starej Warszawy wciąż była żywym organizmem, a nie jedynie pomnikiem. Do dziś działają tu zakłady rzemieślnicze i usługowe rzadkich cechów.

Wbrew obiegowej opinii Stare Miasto to nie tylko kawiarnie i sklepy z pamiątkami jakie można znaleźć w każdej stolicy europejskiej. Są tu szkoły i przedszkola, szewcy i zegarmistrzowie. Przemieszana społeczność Starego Miasta z uznaniem i szacunkiem patrzy na nieprzykryte tynkiem fragmenty murów kamienic. To nieliczne pozostałości ponad 500-letniej Warszawy.

Wiem jak tętni życie Starego Miasta. Wychowywałem się tu i mieszkałem, chodziłem do przedszkola i szkoły. A teraz tu pracuję.

Nie zrozumie turysta z żadnego zakątka Polski ani świata jak szczególnym dobrem kultury i pamięci narodowej są te elewacje na których obok gotyckiego muru znajdują się motywy z lat 50 XX wieku. Trudno jest im tłumaczyć jaką symbolikę ma fakt że Zamek Królewski odbudowano dopiero w 1979 r.

Szczególnym miejscem jest archikatedra św. Jana nazywana po 11 listopada 1918 r. „katedrą Rzeczypospolitej”. Wybudowana przy głównej ulicy Starego Miasta, otoczona kamienicami była otwarta na lud, była kościołem powszechnym. To w niej odprawiane były nabożeństwa dziękczynne za wielkie polskie zwycięstwa w XVII w. Jan III Sobieski, wróciwszy spod Wiednia, powiesił jako wotum przed ołtarzem zdobytą przez polską husarię chorągiew Mahometa. Także w jej wnętrzu w sierpniu 1944 r. walczyli z Niemcami powstańcy warszawscy. Z zemsty Niemcy zrównali Warszawę z ziemią.

Ale najpiękniejszą metaforę tego jak żywe jest warszawskie Stare Miasto znajdujemy u Zbigniewa Herberta, interpretując „Raport z oblężonego miasta”:
/…/ cmentarze rosną maleje liczba obrońców
ale obrona trwa i będzie trwała do końca
i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden
on będzie niósł Miasto w sobie /…/

Warszawa, a w szczególności Stare Miasto, zasługują by nieść ich historię w naszych sercach.

Filip Frąckowiak /24.VII.2013/ /autor jest dyrektorem Izby Pamięci Pułkownika Kuklińskiego

***

Już tak nie razi

Rozmowa z Hanną Szczubełek, kronikarką Pałacu Kultury w Warszawie

Ma pani w swojej kronice zapisane powiedzenie: co nam obca przemoc dała, nocą rozbierzemy?

Nie, bo kronika została wymyślona przez pierwszego dyrektora pałacu, który był jego wielkim entuzjastą. I on ukierunkował mnie, co ma być w kronice.

Pamięta pani określenie pałacu jako słonia w koronkowych gatkach?

Oczywiście. To i wiele innych. W swoim czasie słynny Gerard Philipe, będąc w Warszawie, na pytanie, jak mu się pałac podoba, powiedział: no cóż, mały, ale gustowny…

A słyszała pani, co napisał o pałacu Władysław Broniewski? Że to koszmarny sen pijanego cukiernika…

Oczywiście, że słyszałam. Ale każdy ma prawo do swoich poglądów na dany temat. Za 100 lat będziemy inaczej patrzeć na pałac.

Jak pani została kronikarką pałacu?

Byłam harcerką, prowadziłam ponad 20 lat drużynę i pisywałam artykuły z wakacji dla paru czasopism. Dyrektor zobaczył jakiś mój tekst i powiedział, że świetnie piszę, wobec tego zaproponował mi prowadzenie kroniki. Od 1960 r. odtwarzałam ją pięć lat wstecz na podstawie dokumentacji pałacowej i PAP-owskiej. I piszę ją do dnia dzisiejszego.

Jak się pracuje w pałacu i czy jest pani jego najstarszym stażem pracownikiem?

Przyszłam tu w 1960 r., mając 19 lat. Wtedy byli tu tacy, którzy pracowali jeszcze przy budowie. Teraz większość z nich powymierała, albo jest na emeryturze, mając około 80 lat. Myślę więc, że na dziś chyba jestem tu najstarszym stażem pracownikiem. Moja praca była tak ciekawa i urozmaicona, że nie mogła mi się znudzić. Tu się tyle działo. Wystawy, targi, imprezy. Zmienił się tylko przekrój socjologiczny instytucji. Kiedyś były tu głównie zakłady budżetowe na dotacjach, a potem weszły spółki, banki. Coca Cola miała tu swoją siedzibę. Teraz są więc różni użytkownicy. A imprezy pozostały. Warunki pracy są tu wspaniałe. Sto procent lepsze niż na przykład w Marriottcie naprzeciw. Oni mają niezdrową klimatyzację, szkło i aluminium. A my dębowe parapety, futryny, drzwi. Nie mamy wykładzin, a piękne podłogi. Możemy otworzyć okno i jest wspaniałe powietrze. Oni w tych wysokościowcach z klimatyzacją nie mogą otworzyć okna. My nie jesteśmy zamknięci w takim pudełku.

Pamięta pani albo ma zapisane jakieś ekscesy na terenie pałacu?

Ekscesy tu się nie zdarzały. Nie mogły. Nie było takiej możliwości. Przy oficjalnych imprezach, typu zjazdy partii, BOR tak bardzo wszystkiego pilnował, że nie było miejsca na margines fantazji. Funkcjonariusze BOR byli nawet w ubraniach robotników gospodarczych i chodzili po dachu Sali Kongresowej z miotłami, udając, że zamiatają, dla kamuflażu. Nie mogło więc tu się nic wydarzyć.

Podobno pałac został opanowany przez koty?

W piwnicach pałacowych mamy koty, które były tu od zawsze. Jest ich 25-29, różnie. Od paru lat są objęte naszą opieką, tzn. jest pani, która daje im jeść, dba też o nie weterynarz. Koty mogłyby wyjść, ale nie chcą. Ludzie nam też je podrzucają. Ale nasze stado podrzucanych nie przyjmuje.

A schrony atomowe?

Jeżeli ktoś nadal myśli, że PKiN ma schrony atomowe, to kategorycznie zaprzeczam. Nie ma tu takich.

Jan Pietrzak proponował, by Pałac Kultury rozebrać i odesłać w paczkach do Moskwy. Ostatnio także minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski mówił, że najlepiej go zburzyć.

Uważam, że to, co zbudowane, nie powinno być burzone. Nie dlatego, że jestem kronikarką pałacu i 48 lat tu przepracowałam. Pałac zasłużył swoją funkcjonalnością, by go nie niszczyć. Nie wspominam, że jest uznany za zabytek, co go chroni, bo to zawsze można zmienić i przestać go za taki uznawać. Oczywiście, pałac jest reliktem przeszłości. Uważam jednak, że nie należy go burzyć. A miałam duże kłopoty z powodu mojego pochodzenia i z powodu mojego ojca, który był komendantem AK na Sadybie. Zginął na forcie i jest park im. dr. Czesława Szczubełka. Mieliśmy tam przed wojną willę, więc nie mam sympatii propałacowych. Odwrotnie. Ale patrzę na to racjonalnie.

Jak pani widzi przyszłość pałacu?

Wszystko zależy od zarządu spółki i władz miasta. Ale wróżę pałacowi minimum 200 lat w dobrej kondycji. Tak, jak z tym radzieckim rowerem – toporny, ciężki, ale mocny… 10 lat bez zmiany opon i dętek… Tak samo pałac, toporny, ale solidna robota… A rozebrać? To byłyby horrendalne koszty. Tu jest 60 mln cegieł.

Łatwiej coś takiego zbudować, czy rozebrać?

Zbudować. Zdecydowanie.

Żeby pałac powstał, w Warszawie najpierw zbudowano specjalne osiedle dla robotników ze Związku Sowieckiego, którzy przyjechali go wznosić… Dla ok. 3,5-5 tys. osób!…

Tak. 3,5 tys. osób tam mieszkało. To osiedle do dziś funkcjonuje, nazywa się Przyjaźń, jest na Jelonkach, na Woli. Przyjeżdżały tu całe
rodziny. 1176 dni, czyli niespełna 3 lata, trwała budowa pałacu. Oni mieli na tym osiedlu świetlice, czytelnie, kino, basen, kuchnie, halę sportową, wszystko. Byli stamtąd dowożeni na plac budowy. Nie mieli kontaktu z warszawiakami. Owszem, były spotkania towarzyszy przodowników z zakładami pracy. Robotnicy ci podejmowali zobowiązania, że z okazji 1 maja, czy rocznicy rewolucji, bądź dla uczczenia 22 lipca, ówczesnego święta narodowego, w ogóle nie schodzili z budowy. I powiedzmy na 22 piętrze kładli słomiane maty i w tych swoich kufajkach przesypiali noce, żeby zdążyć. A efektem tego, to znaczy wypadków w trakcie budowy i pobytu w Warszawie, jest 15 grobów sowieckich robotników na prawosławnym cmentarzu wolskim. W tym dwojga niemowląt, dwu- i trzymiesięcznych. Wszyscy się dziwią, skąd niemowlęta, a przecież przyjeżdżały małżeństwa. Ciąża trwa 9 miesięcy, a oni byli tu trzy lata. Opiekujemy się tymi grobami.

Przy budowie pracowało też 4 tys. Polaków?

Tak. Były dwie załogi. Ale nie tak, że jednocześnie pracowało tu 3,5 tys. robotników sowieckich i 4 tys. Polaków. Przeróżne grupy się wymieniały. Kończyła jakaś grupa spawaczy, wchodziła inna, murarze, czy tynkarze, raz radziecka, innym razem polska. Była duża rotacja.

Jeżeli chodzi o koszt budowy pałacu, na dzisiejsze ceny, ile to by było?

Nikt tego nie wie. Sowieci zabrali dokumentację. Choć było to liczone i była szacowana wartość pałacu. Wtedy, kiedy za prezydentury Stanisława Wyganowskiego miał on być przekazany niejakiemu Johnowi Kowalczykowi, obywatelowi amerykańskiemu, który wniósł stosowny aport do Urzędu Miasta i miał zagospodarować część wysokościową jako biurowiec. Ta część biurowa miała być w jego gestii. To tzw. strefa A, według alfabetu rosyjskiego, bo oni to tak nazwali. Nie doszło to jednak do skutku, choć prace były już dość zaawansowane. Ten Kowalczyk zamierzał na przykład zabudować cztery baszty na 15 piętrze. Nic z tego ostatecznie nie wyszło z powodów zupełnie prozaicznych. Mianowicie teść Kowalczyka pochodził z Teksasu i przeczytaliśmy tylko w gazetach, że starającego się o wpływy w pałacu… zastrzelono z dubeltówki. A powodem była zdrada małżeńska… Teść, facet z Teksasu, złapał strzelbę i zastrzelił zięcia. Tak się skończyła sprawa sprzedania części pałacu Kowalczykowi z USA.

Umowa o budowie pałacu była niby dwustronna, niby z wielkiej przyjaźni, niby wszystko za darmo…

Sprawa jest złożona, bo Związek Sowiecki rzeczywiście miał pokryć wszystkie koszty. Było jednak inaczej. Nie było tak, że to Polacy ponieśli pełne koszty i nie było tak, że Stalin płacił za wszystko. Mówienie natomiast, że budowa była sprawą spontaniczną, to oczywiście nieprawda. 5.4.52 r. podpisano umowę, a już 12 maja zaczęły nadchodzić transporty ze Sowietów. Pociągami przywożono sprzęt i materiały budowlane. Z całego Sojuza zjeżdżali komsomolcy.

Dar od Stalina, oczywiście, nazwany jego imieniem, największy, najwyższy, 230 m wysokości. To był wtedy drugi co do wysokości budynek w Europie?

Tak, drugi co do wysokości w Europie. Był to budynek nam narzucony. Nie jest prawdą, że centrum Warszawy było wtedy morzem ruin i tylko wywieziono gruz. Tu stało kilkanaście kamienic czynszowych, zasiedlonych. Ludzie zostali przesiedleni. Dlatego szybko m.in. powstały Muranów, Młynów itd. Bo coś z tymi ludźmi trzeba było zrobić. Wyburzono zupełnie dobrą substancję budowlaną po to tylko, by opróżnić teren pod pałac. Wykop pod fundament miał 9 metrów. PKiN został solidnie wzniesiony. Mocna jest konstrukcja stalowa. On będzie stał i 200 lat. Nawet elewacja zewnętrzna nie jest z piaskowca, jak niektórzy twierdzą. To okładzina ceramiczna, wypalane płytki. W Estonii wtedy specjalnie do tego celu uruchomiono Azeryjską Fabrykę Ceramiczną im. Wszechzwiązkowego Komsomołu. I stamtąd między innymi pochodzi ta pałacowa elewacja.

Stalin postanowił wybudować to świństwo, ten symbol sowieckiego zniewolenia Polski, w samym centrum Warszawy, nie pytając nas o zdanie.

Starsze pokolenia warszawiaków, jeszcze tych przedwojennych, tych którzy przeżyli i mają dziś już po 80-90 lat, do tej pory nienawidzą tego pałacu. Architektonicznie nie pasował do warszawskiej architektury na pewno. Obecnie, mając dookoła tyle tych wieżowców, wysokościowców, pałac jakoś się wtopił i panorama Warszawy od strony Pragi już tak nie razi.

Najpierw była umowa z 5.4.52 r., w której rząd sowiecki zobowiązuje się zbudować w Warszawie własnymi siłami i środkami Pałac Kultury i Nauki, a koszty bierze na siebie. Wszystko niby z wielkiej przyjaźni… Wielki dar od wielkiego zbrodniarza Józefa Stalina dla narodu polskiego…

Umowa była wynikiem wcześniejszej wizyty ministra spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa, który był w Polsce i spotkał się m.in. z naszym naczelnym, znanym wówczas, architektem, Józefem Sigalinem, Polakiem z przedwojennej rodziny. Bolesław Bierut był już uprzedzony, że pytanie o budowę PKiN padnie i tak samo wiedział o tym wcześniej Sigalin. Mołotow przyjechał ze ścisłymi wytycznymi. Sigalin był więc przygotowany i Mołotow zapytał go: Jak byście towarzyszu widzieli budynek o jakimś znaczeniu kulturalnym? Z tym, że sama geneza PKiN była trochę inna. W ramach reparacji powojennych Sowieci mieli nam zbudować metro, ewentualnie osiedle mieszkaniowe, ale Stalin z góry przesądził, że w centrum Warszawy stanie gmach wysokościowy. Sigalin odpowiedział, że oczywiście z radością przyjmujemy propozycję… Następstwem było podpisanie wspomnianej umowy 5.4.52 r. Ze strony polskiej podpisał ją premier Józef Cyrankiewicz, a sowieckiej minister Sobolew.

Decyzję o lokalizacji PKiN w tym właśnie miejscu, czyli samym centrum Warszawy, podjęli też w jakiejś części Bierut, Minc, Berman?

Niezupełnie. Oni zaakceptowali naszych architektów, którzy mieli także wpływ na wysokość pałacu. Na lokalizację też. Wszystkim chodziło, by to było centrum. Było to z góry przesądzone.

Projekt jest autorstwa Lwa Rudniewa, głównego projektanta Uniwersytetu Moskiewskiego im. Łomonosowa.

Uniwersytet Moskiewski wygląda trochę inaczej. Natomiast Rudniew był pierwszym architektem po Rewolucji Październikowej, któremu Sowieci pozwolili odwiedzić USA. I był pod wielkim wrażeniem Ameryki. Potem Lenin i Stalin uważali, że skoro w Ameryce są ogomne wieżowce, to muszą je mieć także oni. A Rudniew był zafascynowany tymi wysokimi budynkami. Do tej pory wiele osób mówi, że skopiował on w jakiejś mierze nowojorskie wysokościowce. Inspirował się nimi na pewno. Oczywiście Rudniew wymyślił tylko sam zarys sylwetki, natomiast wnętrze, zagospodarowanie, projektował cały zespół architektów, jak Chriakow, Nasonow.

Pałac Kultury to symbol komunizmu, zniewolenia Polski przez Stalina i Sowietów. Teraz już jednak tak nie dominuje, jak kiedyś…

Tak, ze względu na rozbudowę centrum Warszawy i całego miasta. Powiem jednak ciekawostkę. Mnóstwo osób podnosiło, że jak to jest, by pałac przyćmił prawdziwy symbol stolicy, czyli Syrenkę. A w jednej z encyklopedii La Rousseau’a Warszawa była symbolizowana przez Pałac Kultury, a nie przez Syrenkę…

Plusy i minusy pałacu kiedyś i teraz?

Zawsze się bronił funkcjonalnością. A do dzisiaj nie mamy w Warszawie przyzwoitej sali. Będzie remont Sali Kongresowej, bo się wszystko powycierało, choć były kiedyś wymieniane obicia foteli. Ale jest w niej wąsko, ciasno. Trzeba ją wyremontować, a praktycznie tylko raz była odnawiana, jeżeli chodzi o ściany. Ale czy mamy w stolicy jakąkolwiek inną salę, która mogłaby Kongresową zastąpić jako reprezentacyjną i odpowiadającą wymogom akustycznym, technicznym itd. Na basenie w pałacu odbywało się mnóstwo zawodów, mistrzostw Polski, bo ma on normy olimpijskie, ma trampolinę. Odbywały się tu także kongresy eucharystyczne, kongresy rodzin itd. Minusem można uznać to, że pałac w ogóle tu jest… Bo są ludzie, którzy uważają, że nie powinno go tu w ogóle być, że nie powinien tu w ogóle być wybudowany…

Budowa rozpoczęła się 12 maja 1952 r.?

Tak. Są fotokopie z MSZ.

Dowcipy na temat pałacu?

Najbardziej popularny był taki: skąd jest najpiękniejszy widok w Warszawie? Z tarasu na 30 pietrze PKiN. Dlaczego? Bo nie widać Pałacu Kultury…

Rozmawiał Cezary Dąbrowski

Kategoria Warszawa

Comments

Masz coś do przekazania?