Każdy sukces cieszy coraz bardziej

Rozmowa z Adamem Małyszem, mistrzem świata w skokach narciarskich

Po zwycięstwie w Sapporo powiedział pan, że bardzo kocha pan swoją żonę i bardzo jej za wszystko dziękuje. Co by pan więcej powiedział na temat swojej żony?

Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Bardzo dużo mógłbym powiedzieć, a trudno to stwierdzić w paru słowach. Wiadomo, że pod wpływem emocji człowiek mówi to, o czym myśli, to, co jest mu najbliższe, najdroższe, najważniejsze. I to, że cały czas jestem w czołówce skoczków, to również zawdzięczam żonie w bardzo dużej mierze. Chciałem jej naprawdę za to wszystko podziękować, za to, że mnie wspiera cały czas, że jest ze mną.

Co powiedziała panu żona po zdobyciu złotego medalu?

Że wierzyła bardzo w mój sukces. A pierwsze, co powiedziała, to były słowa: A nie mówiłam?… (śmiech)

Taka żona, to skarb. Powiedział pan, że przed zawodami na skoczni K90 w Sapporo, gdzie pan zdobył złoty medal, najbardziej pomogła panu właśnie żona. Może pan powiedzieć, w jaki sposób?

Wspierała mnie bardzo. Byłem po konkursie na dużej skoczni trochę podłamany, po tym, co się tam stało. Bo czwarte miejsce, to jedno z najgorszych miejsc dla zawodnika w takich ważnych zawodach, jak mistrzostwa świata. Bo jest się tuż obok podium, ale nie jest się na tym podium. A skakałem naprawdę bardzo dobrze na treningach i liczyłem zdecydowanie na coś więcej. I nie udało się i to normalne, że zawodnik jest trochę przygnębiony z tego powodu. A żona wtedy bardzo mi pomogła. Pocieszała mnie i zapewniała, że na średniej skoczni będzie dobrze.

Po zdobyciu złotego medalu dziękował pan też Bogu. Jaką rolę w pana życiu odgrywa Bóg?

Jestem osobą wierzącą. Na pewno nie jestem tak bardzo praktykującym, jak inni, ale wierzę w Boga i Bóg odgrywa w moim życiu ogromną rolę. Myślę, że dzięki Bogu jest mi łatwiej w życiu. Bóg bardzo mi pomaga i czasem daje niesamowite lekcje.

 

Pan jest ewangelikiem, a żona katoliczką, więc jak jest na przykład z chodzeniem do kościoła?

Nie ma żadnego problemu. Chodzimy zazwyczaj razem do kościoła katolickiego, ja chodzę też do swego. Córkę wychowujemy w kościele katolickim. Wierzymy w Boga, który jest dla nas jeden. I dogadujemy się z żoną bardzo dobrze.

Co jest najważniejsze w życiu?

Najważniejsze jest zdrowie.

Czym jest dla pana rodzina?

Bez rodziny nie da się żyć.

Najbardziej ulubiona przez Adama Małysza polska pieśń?

Na pewno nasz hymn narodowy, Mazurek Dąbrowskiego.

Kiedy był pan najbardziej szczęśliwy? Może teraz, po zdobyciu tego złotego medalu w Sapporo?

W samym Sapporo najbardziej szczęśliwy byłem po tym pierwszym skoku. A tak w ogóle, to chyba nie da się powiedzieć, że kiedyś byłem najbardziej, a kiedy indziej nie najbardziej szczęśliwy. Każdy, i to nie tylko medal mistrzostw świata, ale i udany skok, czy każde zwycięstwo w zawodach, dają wielką radość. Zawodnik cieszy się w każdym takim momencie tak bardzo, jak tylko potrafi. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, że w jakimś momencie przeżywałem większą radość, a w innym mniejszą, że raz byłem bardziej szczęśliwy niż kiedy indziej. Dla mnie nie tylko zdobycie medalu, ale i wygranie innych zawodów jest czymś niesamowitym. I myślę, że podobnie podchodzą do tego wszyscy zawodnicy.

Który z wygranych konkursów był dla pana najważniejszy i dał najwięcej satysfakcji? Teraz, kiedy pan jest dojrzałym zawodnikiem, czy gdy pan zdobywał pierwsze mistrzostwo świata?

Jejku… Każde mistrzostwa świata są dla mnie bardzo ważne. Każde inaczej odbieram i z każdego sukcesu coraz bardziej się cieszę.

Ale ten złoty medal był chyba najbardziej przez pana wyczekiwany? Widać było to po tym, jak się pan cieszył, kiedy Simon Ammann z Thomasem Morgensternem wzięli pana na barki, a później na podium. Widać było, że pan bardzo odetchnął, że opadło z pana wielkie obciążenie.

Na pewno. Na dużej skoczni skakałem na treningach najlepiej, wygrałem także kwalifikacje i w Polsce były bardzo duże oczekiwania, zresztą mówiło się o tym ciągle także w Japonii. I czegoś zabrakło na tej dużej skoczni, czwarte miejsce, jakby takie najgorsze dla zawodnika.

Kto najładniej panu gratulował tego złotego medalu?

Jejku… Tych gratulacji było tak dużo, że nie wiem, kto robił to akurat najładniej (uśmiech). Euforia była naprawdę niesamowita. Byłem na pewno bardzo miło zaskoczony przez Kamila (Stocha – przyp. CD), który poczekał na mnie na zeskoku i rzucił się na mnie z gratulacjami. To było bardzo fajne. Było też mnóstwo gratulacji od rywali, takich spontanicznych zachowań, bardzo szczerych. Bardzo sobie cenię wszystkie gratulacje, jakie otrzymałem, od każdego.

Jak świętował pan ten złoty medal? Jak świętowała go cała ekipa?

Polski Związek Narciarski ufundował szampana, którego wypiliśmy w ten sam dzień, w którym wygrałem. A nie miałem jeszcze okazji, by świętować tak naprawdę, bo mam właśnie kolejne starty i trzeba się do nich dobrze przygotować. Prawdopodobnie okazja będzie dopiero po sezonie.

Bernard Schoedler po zdobyciu medalu przez jego podopiecznego, czyli Ammanna, zaprasza swoich zawodników do baru i sam przygotowuje coś do zjedzenia. A jak jest z Hannu Lepistoe i innymi naszymi trenerami? Na co zapraszają po sukcesie naszych zawodników?

Na razie nas nigdzie nie zaprosili, także może dopiero coś się szykuje… (uśmiech).

Dzień przed konkursem na skoczni K90, po skoku na treningu w piątek, pierwszym naprawdę udanym od kilku dni, powiedział pan, że była w nim wreszcie energia. Skąd się bierze ta energia, od czego to zależy?

Nie powiedziałem: wreszcie. Powiedziałem, że była w nim energia taka, jaka była na treningach na dużej skoczni. Na dużej skoczni w konkursie, mimo, że skoki były dobre, nie było w nich widać tego błysku. Na średniej ten błysk się pojawił. Odskoczyłem bardzo daleko rywalom i było widać także tę niesamowitą energię.

Co decyduje, że skacze się bardzo daleko? Odbicie z progu?

Bardzo różnie. Zależy właśnie od warunków atmosferycznych. A kiedy te warunki są jednakowe dla wszystkich, to na pewno odbicie.

Co powoduje, że raz pan skacze na miejsce pod koniec pierwszej dziesiątki, a kiedy indziej, jak właśnie w Sapporo na skoczni K90, skacze pan po prostu fenomenalnie i jest nie do osiągnięcia dla innych?

A co, twierdzi pan, że miejsce w pierwszej dziesiątce, to jest jakaś tragedia?

Nie twierdzę. Pytam tylko, co powoduje, że jest taka różnica?

Jak ja bym to wiedział, to bym cały czas wygrywał… Nie da się tego stwierdzić.

Wyczytałem takie śmieszne rzeczy, że Ammann, kiedy ma wygrać, to włącza sobie po prostu turbo. Czy pan w Japonii na K90 włączył sobie też turbo?

Gdzie tam turbo. W ogóle nie myślę o takich śmiesznych rzeczach. Po prostu wykonałem bardzo dobrze pierwszy skok i wtedy wiedziałem już, że w drugiej próbie muszę tylko normalnie, dobrze skoczyć i wszystko będzie wspaniale.

Morgenstern nosi swoją formę w plecaku. Tak mówił. Pan też swoją chowa w plecaku? Oczywiście, to forma żartu.

Ja nigdy nic takiego o swojej formie nie mówiłem i trudno mi powiedzieć, co miał na myśli Morgenstern. Formę trzeba w pewnym momencie osiągnąć, wszystko robić, by była jak najlepsza i później może być taka jej eksplozja. U jednego trwa ona bardzo długo, a u drugiego mniej. Trzeba ją szanować, jak się tylko da.

Jaka atmosfera panowała w naszej ekipie po konkursie drużynowym?

A jaka mogła panować? Byliśmy smutni. Nikt nie miał na pewno pretensji do Roberta Matei, który przed zawodami skakał dużo lepiej niż na zawodach. Tak bywa. I nie ma na to siły. Trzeba się z tym pogodzić, natomiast nie mogliśmy się pogodzić z tym, co wypisywano na jego temat.

Co panu najbardziej pomogło albo może zaszkodziło rywalom w tej długiej przerwie między konkursem na dużej i na średniej skoczni w Sapporo, że to tak właśnie wyszło?

Na pewno to oczekiwanie było bardzo męczące, dlatego, że często odwoływano treningi. Przyjeżdżaliśmy na skocznię i oddawaliśmy czasem jeden skok, a czasem w ogóle żadnego. To było denerwujące, ale warunki były bardzo kiepskie. Na zawody one się poprawiły, no i można być z tego tylko zadowolonym.

W sumie ta przerwa panu nie zaszkodziła, skoro złapał pan w niej taką niesamowitą formę?

Złapałem?… Tego nie da się złapać… Jeżeli w danym momencie jest się w formie, to się ją po prostu ma. A czy akurat mi ta przerwa pomogła? Trudno powiedzieć. Na treningach nie skakałem tak dobrze, jak na zawodach. Na pewno warunki atmosferyczne sprzyjały, by liczył się ten, kto był akurat najlepszy.

Który skok był dla pana trudniejszy, ten pierwszy, kiedy ta pana forma eksplodowała, czy drugi, wykonywany ze świadomością, że trzeba to utrzymać, nie zepsuć, nie stracić przewagi?

Myślę, że oba były bardzo ważne, ale na pewno pierwszy był najważniejszy. Te 102 metry… Po prostu wiedziałem, że wyszedł mi superskok i w drugiej serii muszę skoczyć tylko dobrze.

Czy po skoku na 102 metry czuł pan już, że złoto jest w kieszeni, czy były jeszcze jakieś obawy?

Właśnie dziennikarze mówili, że po tym skoku czułem się, reagowałem tak, jak bym już wygrał. Ja się po prostu bardzo cieszyłem, że wyszedł mi ten skok. Dziennikarze często pytali mnie nie o to, dlaczego wygrałem, ale dlaczego z taką przewagą?

A w tym drugim skoku poszedł pan na całość, czy była jeszcze jakaś rezerwa i kontrolował pan sytuację?

Tak szczerze mówiąc, to trochę zepsułem ten skok, spóźniłem go. Ale był na tyle dobry, że skoczyłem naprawdę daleko. Moja szybkość była też bardzo dobra i należała do najlepszych. I można być optymistycznie nastawionym do kolejnych startów.

Skąd taka znakomita forma na średniej skoczni?

Wydaje mi się, że forma była i jest cały czas bardzo podobna. Ona się od początku sezonu utrzymuje. Brakowało tylko ciut, ciut jakiegoś szczęścia, właśnie takiej eksplozji. Cieszę się, że wyszło to na średniej skoczni. Na dużej skakałem dużo lepiej na treningach, później czegoś niewielkiego zabrakło na zawodach, a na średniej wyszło za to tak, jak miało.

Co zdecydowało właśnie o tej eksplozji formy?

Nie wiem, to bardzo trudno stwierdzić. Może zdecydowała jakaś pewność siebie, że zawsze na średniej skoczni byłem lepszy niż na dużej, a na dużej skakałem przecież też dobrze. Także musiałem skakać na tyle, na ile mnie było stać w tym momencie.

Czy pogoda podczas konkursu na skoczni K90 była taka, jaką skoczkowie lubią?

Dla mnie na pewno tak. I chyba raczej dla wszystkich, bo jednak równe warunki są chyba podstawą w tym sporcie. Bo gdy nie ma wiatru, jest ładna pogoda, rozbieg jest w porządku, to na pewno te szanse są dla wszystkich jednakowe i wygrywają ci, którzy są akurat w tym momencie najlepsi.

Dlaczego tę skocznię K90 w Sapporo nazywa się zwariowaną? Tak o niej powiedział Bernard Schoedler, trener Ammanna.

Tego nie wiem. Trudno powiedzieć. Na pewno jest to jakaś dziwna skocznia, jest przebudowana, bardzo dziwnie się tam skacze. Ale na olimpiadach i mistrzostwach świata skacze się na średnich skoczniach i trzeba po prostu umieć na nich skakać.

Jest pan zaskoczony postawą Stocha?

Nie. Kamil już na dużej skoczni skakał bardzo dobrze i potwierdził to na średniej. Sam był trochę zawiedziony po swoim drugim skoku na dużej skoczni, bo liczył na więcej. Trochę zepsuł ten drugi skok, ale trzeba mu pogratulować, bo skakał naprawdę świetnie i pnie się w górę. Bardzo bym chciał, by Kamil poszedł w moje ślady i zaczął skakać tak dobrze, by wygrywać zawody o Puchar Świata.

A jak się panu podoba Japonia?

Ogólnie jest całkiem fajna. Oprócz tego, że jest tam zupełnie dziwny klimat. Ci ludzie też są zupełnie inni, inaczej podchodzą do życia. I czasem ta ich uprzejmość to aż nawet przeszkadzała.

Czy Japończycy, to słabi organizatorzy, biorąc, że nie chcieli pana zawieźć do hotelu po treningu, kiedy nie chciał pan skakać w kwalifikacjach?

Był tam jakiś jeden jedyny szef zawodów i tylko on mógł podjąć decyzję. I ci Japończycy przytakiwali, mówili jeden do drugiego: Yes, yes, yes, a na końcu wyszło, że: No…

Czyli jak pan ich ocenia jako organizatorów?

Szczerze mówiąc, te mistrzostwa świata były bardzo słabo zorganizowane, bardzo słabo.

Czyli, w sumie, lubi pan startować w Japonii?

Ogólnie, lubię, bo zawsze osiągałem tam dobre wyniki.

Nastrój, strona psychiczna, jakie to ma znaczenie w skokach narciarskich?

Również jest to ważne. Na pewno nastrój powoduje, że zawodnikowi jest łatwiej się skoncentrować, łatwiej do tych skoków podejść i to jest jeden z ważniejszych elementów w tej dyscyplinie. Oczywiście, nie tylko w tej, także w innych.

Przygniatała pana presja z tej dużej skoczni po tygodniu?

Trochę tak. Analizowaliśmy później te skoki z dużej skoczni i były one dobre, nie było w zasadzie do czego się przyczepić, a brakło tylko tego błysku, jaki był dzień wcześniej. Może za dużo tych treningów było i choć te skoki były dobre, to tego odbicia idealnego brakowało.

A nie obawiał się pan o powtórkę z 2005 r. z mistrzostw świata w Oberstdorfie, kiedy też był pan szósty na początek, czyli blisko, a później się wszystko rozsypało?

Ale tam nie byłem jednym z faworytów. Musiała się zdarzyć naprawdę wielka niespodzianka, żebym wtedy wskoczył na podium na dużej skoczni. A tu moje skoki były tak dobre, że jakaś pewność siebie była, że po prostu trzeba swoje skoczyć.

Gdyby kadrę prowadził poprzedni trener Heinz Kuttin, wynik byłby podobny?

Tego nie da się przewidzieć. Ja jestem naprawdę bardzo wdzięczny trenerowi Kuttinowi, bo był to kolejny szkoleniowiec, który wniósł bardzo dużo do kadry i efekty jego pracy są widoczne do tej pory. Każdy trener wnosi coś innego i każdy ma swoje metody.

Trener Łukasz Kruczek mówił o smarach, które dostaliście od firmy Start, znakomitych smarach. Może w ogóle nie trzeba o tym mówić, może to powinna być wasza tajemnica, te znakomite smary?

Ja nie zajmuję się smarowaniem, więc ja też o tym nic nie mówię.

Najważniejszy skok w życiu do tej pory?

Nie było chyba takiego skoku. Każdy jeden skok traktuję inaczej i każdy ma dla mnie swoją wartość.

Złoto olimpijskie, to pana kolejny cel? Da się to zrobić?

Nie myślę na razie o złotym medalu olimpijskim. Za wcześnie o tym mówić.

Jeżeli zdobędzie pan złoty medal na kolejnych mistrzostwach świata lub na olimpiadzie, będzie pan w klasyfikacji wszech czasów na pierwszym miejscu. Wyprzedzi pan Birgera Ruuda z Norwegii. Tylko jedno złoto, czy aż?

Nie myślę o tym. Cieszę się bardzo, że zdobyłem ten złoty medal i jestem pełen optymizmu. Wielu zawodników poklepywało mnie i mówiło, że mi się to należało, więc tym bardziej czuję satysfakcję. Jestem niezmiernie szczęśliwy i tyle.

Co jest najpiękniejsze w skokach narciarskich?

Najwspanialsza jest ta przyjemność czerpania z tego.

Po konkursie drużynowym Tomasz Zimoch z Polskiego Radia strasznie niszczył Mateję. Później strasznie zaatakował trenera Kruczka. Bardzo mi się to nie podobało. Owszem, Mateja spisał się fatalnie, ale nie znaczy to, że zaraz trzeba go wdeptać w ziemię. Poza tym sport, to nie wszystko. Co pan na to?

Na pewno jest to przykre. Tym bardziej, że Tomek Zimoch jest raczej lubianym dziennikarzem i nawet nie chciałoby mi się w to wierzyć, że tak właśnie postąpił. Ale skoro tak robił, to coraz mniej mam dla niego szacunku.

Jak pan odebrał radość rywali, to ich uznanie, po pana sukcesie? Jest pan jednym z najbardziej lubianych skoczków.

Cieszę się bardzo, oczywiście. Nie myślałem o tym wiele. Oni się także cieszyli, że sami zdobyli medale. Bardzo fajnie powiedział na konferencji Ammann, że on nie przegrał złotego medalu na średniej skoczni, tylko wywalczył srebrny.

Z transmisji telewizyjnej można było odnieść wrażenie, że tam wszyscy cieszyli się z pana złotego medalu i wszyscy po cichu chyba panu kibicowali, bo widzieli, że pan się trochę męczy. Właśnie jest pan w formie, ale wiatr albo coś tam innego przeszkadza.

Rzeczywiście, było widać naprawdę, że wszyscy mi życzyli, żebym zdobył ten medal, a nie wyszło na dużej skoczni, choć przed zawodami byłem jednym z głównych faworytów. Wszyscy to widzieli, poklepywali po plecach. A na średniej skoczni na tych wcześniejszych treningach było ciężko, bo warunki były bardzo trudne, zmienne, a moje skoki przeciętne. I było znużenie tym oczekiwaniem, bo jeździliśmy wieczorami na tę skocznię, nie było czasu na to, żeby choć się gdzieś trochę przejść. A to można było skoczyć, a to w ogóle nie można było i trzeba wracać do hotelu bez żadnego oddanego skoku na treningu. I była już godzina dziewiąta wieczorem, czyli trzeba było myśleć o spaniu.

Kogo z innych skoczków lubi pan najbardziej i dlaczego?

W ostatnim czasie bardzo polubiłem Szwajcarów, z którymi się koleguję. Na pewno też do tej grupy zalicza się Morgenstern, nie licząc, oczywiście, polskich zawodników. Wszystko to są wspaniali skoczkowie, którzy już bardzo dużo osiągnęli i jeszcze bardzo wiele osiągną.

Dziś zjadł pan śniadanie z premierem Jarosławem Kaczyńskim i ministrem sportu Tomaszem Lipcem (rozmowa odbyła się 8 marca – przyp. CD). Takich śniadań, w takim towarzystwie, na co dzień się nie jada.

Była bardzo miła atmosfera. Porozmawialiśmy z panem premierem i panem ministrem głównie na temat sportu. Myślę, że panu premierowi również dobrze zrobiło to oderwanie się na chwilę od polityki.

Teraz mówi się, że będzie pan jeszcze raz walczyć o Puchar Świata. Co pan na to?

Nigdy nie twierdziłem, że nie walczę o Puchar Świata.

Jak zatem ocenia pan swoje szanse?

Szanse zawsze były i są.

Teraz będziecie skakać w Skandynawii. To rodzinne strony Andersa Jacobsena.

Zgadza się. Na pewno będzie bardzo trudno. Jacobsen będzie skakać u siebie, poza tym ma dużą przewagę w klasyfikacji. Ale trzeba się starać, próbować, a przede wszystkim dobrze skakać.

Mija radość, a w Polsce wszyscy chyba będą oczekiwać, że zdobędzie pan ten Puchar Świata.

Szansa zawsze jest. Po prostu trzeba dobrze skakać i bardzo wierzy w to przede wszystkim nasz trener Lepistoe, który powiedział: Walczymy dalej. Złoty medal jest, ale trzeba się dobrze przygotować do zawodów pucharowych i skaczmy dobrze. I tak zamierzam zrobić.

Panu będzie chyba teraz prościej, bo ten medal po latach chudszych pan zdobył, a jak nie wygra pan Pucharu Świata, to się nic nie stanie, bo i tak wszyscy będziemy pana na rękach nosić. A Jacobsen musi obronić tę przewagę, bo mu mistrzostwa nie wyszły. A będzie skakać u siebie, jest więc pod presją. Pan jest na fali, będzie panu może łatwiej?

Ale jest też jeszcze Ammann i pozostali rywale, którzy też chcą na pewno wygrywać. Zarówno Jacobsen jak i Gregor Schlierenzauer w mistrzostwach nie skakali, jak by chcieli, ale nie można o nich zapominać i przekreślać ich szanse, bo to są naprawdę w tym sezonie najlepsi zawodnicy w Pucharze Świata i z pewnością będą się chcieli do końca liczyć. Trudno powiedzieć, dlaczego oni w mistrzostwach skakali tak, a nie inaczej. Może było to spowodowane tymi naprawdę wielkimi oczekiwaniami, że są tak dobrzy, że muszą zdobyć medale i nie wyobrażano sobie, by mógł to zrobić ktoś inny. Także oni mogą w Pucharze Świata zupełnie inaczej skakać. Ja mogę mieć tylko nadzieję, by skakali tak, jak w mistrzostwach (uśmiech).

Ma pan jakieś szczególne wspomnienia z którejś ze skandynawskich skoczni?

Na pewno z Oslo, bo tam wygrałem cztery razy i nikomu się to do tej pory nie udało. Na pewno czuję jakiś sentyment do tej skoczni.

Jest z wami w kadrze nowy, młody kolega, niespełna 16-letni Maciej Kot. Czy Maciek będzie pełnić rolę takiego przysłowiowego młodego?

No, zobaczymy… (śmiech). Na pewno będzie pełnić rolę młodego, bo po prostu jest najmłodszy (śmiech).

Co pan myśli o takiej decyzji trenera Lepistoe? I jaką pan widzi przyszłość przed Maćkiem Kotem?

No, to była trudna decyzja trenera. Nie wiem, czy ja bym się na coś takiego odważył. Chłopak na razie nie startował nawet w Pucharze Kontynentalnym i od razu jedzie na Puchar Świata, ale miejmy nadzieję, że sobie poradzi. Z drugiej strony, trzeba młodym dawać szansę, żeby się oswajali z tymi wielkimi zawodami.

A co pan powie o samym Maćku Kocie? Jakim jest zawodnikiem?

Do tej pory nie miałem z Maćkiem żadnego kontaktu, więc nie znam go jako zawodnika. Ze względu na różnicę wieku nigdy z nim nie trenowałem. Ale z tego, co do mnie dociera, Maciek bardzo dobrze sobie radzi, zresztą tak samo jego brat. Życzę mu serdecznie, by startował w Pucharze Świata i wygrywał.

Jak przebiegała powrotna podróż z Japonii?

Podróż była bardzo męcząca. Bardzo mało spałem. Zazwyczaj mało śpię w samolocie. Spałem tylko godzinę. Chyba ponad 25 godzin trwała ta podróż powrotna do Polski. To jedzenie w samolocie też jest nie za dobre, także człowiek się bardzo męczył.

Ile wywiadów pan udzielił po zdobyciu złotego medalu?

Nie wiem, bardzo dużo, byłem bardzo tym wszystkim zmęczony, a do hotelu wróciłem dopiero przed jedenastą. Po konferencji prasowej mieliśmy jeszcze kontrolę antydopingową, a podczas niej, pierwszy raz jak skaczę, badanie krwi. Tego w skokach jeszcze nie było, więc trochę się żeśmy tam usiedzieli.

Co pan robi najchętniej w wolnych chwilach?

Spędzam czas z rodziną i majsterkuję w domu lub ogrodzie. Jeżdżę też sobie niekiedy na kładzie.

Co pan powie kibicom?

Dziękuję bardzo kibicom, że wierzyli we mnie, kibicowali, trzymali kciuki i oby tak dalej.

Rozmawiał Cezary Dąbrowski

Kategoria Sport

Comments

Notice: ob_end_flush(): failed to send buffer of zlib output compression (0) in /home/czarkod/public_html/zp/wordpress/wp-includes/functions.php on line 4615