Salon mnie śmieszy

Rozmowa z aktorką Katarzyną Łaniewską

Przez ponad pół wieku pracy zawodowej zawsze oprócz aktorstwa było w pani życiu coś jeszcze – społeczne zaangażowanie o którym świadczą liczne nagrody państwowe, medale, krzyże zasługi, ostatni (Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski) w 2007 r. Skąd u pani ta nieobojętność na świat poza teatrem i kinem?

Z genów. Zawsze byłam społecznicą bo wywodzę się z rodziny spółdzielców. Mój ojciec był spółdzielcą w prawdziwym tego słowa znaczeniu, tuż przed wojną zakładał oddziały Społem, za co Niemcy aresztowali go już 11 listopada 1940 r., zginął w Oświęcimiu… To po nim odziedziczyłam tę pasję do działania. Byłam w harcerstwie, potem na studiach w organizacjach młodzieżowych i – niestety – także w partii… To ‘niestety’ mogę sobie, oczywiście, teraz powiedzieć bo wtedy wierzyłam w sens takiego działania.

Teraz myśli pani że nie było sensu?

Też nie do końca… W tej mojej ówczesnej aktywności utwierdzali mnie, młodą dziewczynę, moi starsi profesorowie, żołnierze AK… Byłam więc radną w Radzie Narodowej w Komisji Kultury, dzięki czemu mogłam pomagać ludziom, choćby załatwiając warszawskie meldunki… Takie były wtedy czasy.

A później były z tego powodu przykrości?

Oczywiście, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Koledzy chętnie wyciągali mi tę jakoby wstydliwą przeszłość, były anonimy i szkalujące publikacje… A władze stanu wojennego gnębiły mnie bardziej niż tych kolegów którzy wówczas przyłączyli się do naszego aktorskiego bojkotu, a nigdy wcześniej nigdzie się nie udzielali…

W jaki sposób znalazła się pani po tej dobrej stronie społecznej i politycznej barykady?

To był, oczywiście, pewien proces dojrzewania, analizy sytuacji, w wyniku czego decyzja zaangażowania się w działania opozycyjne wydała się jedyną uczciwą postawą… A niezwykłym wyzwaniem było zaproszenie przez ks. Jerzego Popiełuszkę na Msze św. za Ojczyznę. To było wtedy coś tak wielkiego jak znalezienie się na skrawku polskiej wolnej ziemi! Mówiłam w żoliborskim kościele mocne teksty, za co spalono mi samochód, tu, pod domem, na Kruczej… W ten sposób nas, aktorów bojkotujących wówczas media i występujących w kościołach, chciano zastraszyć.

Nie zastraszono jednak!

Tak, to rzeczywiście był niezwykły czas. Prawie 90 proc. całego aktorskiego środowiska brało udział w bojkocie, nawet młodzież wychodząca wprost ze szkoły teatralnej, która jeszcze nie zdążyła wejść do zawodu, nie pędziła natychmiast do telewizji po sławę i kasę. Wszyscy utrzymywaliśmy się wtedy wyłącznie z pracy w teatrach. A teatry byłe pełne, jak nigdy! Ludzie przychodzili nam dziękować, bili wielkie brawa za naszą postawę… I trzeba powiedzieć że choć niektórzy z nas nie mieli nawet porządnych butów, to mieli jakieś niezwykłe poczucie wyższych, ważniejszych wartości. Nikt nie żałował pracy, czasu, zdrowia, by wędrować po kraju z patriotycznymi koncertami. Potworzyły się takie grupy artystyczne które jeździły po całej Polsce. Podliczyłam że wraz z przyjaciółką śpiewaczką Krysią Kwasowską, z Darkiem Zawadzkim i z różnymi muzykami byliśmy z programem aż w 460 miejscach. Grało się w kościołach, w domach parafialnych, w domach prywatnych. Od katedry wawelskiej po framugę w drzwiach pewnej izby pod Kraśnikiem…

Ale swoim zwyczajem nie tylko przecież tym ‘społeczno-politycznym’ aktorstwem zajmowała się pani w owym czasie?…

Tak. Zajmowałam się mocnym knuciem w założonej przez Czesława Bieleckiego podziemnej Niezależnej Oficynie Wydawniczej CDN. Mój samochód, jeszcze przed spaleniem, służył do rozwożenia tzw. bibuły. Co tydzień woziłam Tygodnik Mazowsze z drukarni do tzw. dziupli… Wtedy też przydawały się aktorskie zdolności które dwa razy uratowały mnie przed bardzo dużą wpadką… W tę podziemną pracę wciągnięta była cała moja rodzina, mąż i córka z zięciem. CDN wydał około 100 pozycji! To była wielka przygoda.

I jednak wielkie ryzyko, konieczność poświęcenia się. Niektórzy spędzili ten czas bojkotu po prostu na salonowych rozmowach…

Tak, miałam świadomość ryzyka i kosztów. Bez wahania sprzedałam biżuterię po babci, ale pieniądze zabrali esbecy gdy tuż przed Wigilią przyszli aresztować męża… Teraz sobie myślę że może to wszystko robiłam jako rekompensatę za to że byłam kiedyś w partii… A może przez pamięć o Powstaniu Warszawskim które przeżyłam w Warszawie jako 10-letnia dziewczynka, może to była moja odpowiedź na ten żal że nie mogłam walczyć razem z moim starszym o cztery lata bratem który był w Powstaniu łącznikiem? Po prostu wiedziałam że nie można inaczej, że muszę, że powinnam.

Czy dziś nie jest pani czasami przykro że przepadła gdzieś tamta atmosfera wspólnego działania, że nie ma już tamtego wspólnie myślącego środowiska?

Trochę tak, ale tłumaczę to tym że aktorstwo to zawód oparty na indywidualności. I dlatego dziwię się temu dzisiejszemu stadnemu poparciu naszego środowiska dla jednej, obecnie jedynie słusznej opcji politycznej. Czasem wydaje mi się że to nasze środowisko nie jest już takie odważne jak wtedy… Że dziś taki bojkot byłby niemożliwy bo każdy jednak woli pieniądze niż ideały. Może dlatego większość środowiska aktorskiego jest dziś zdecydowanie prorządowa.

A pani wciąż w opozycji, tyle że tym razem w mniejszości!

Tak, większość kolegów się wykruszyła, a ja nadal jestem tam gdzie byłam… W swoim kościele jestem lektorem, w najbliższą rocznicę tragedii smoleńskiej mamy w naszej wiejskiej parafii specjalną uroczystość… Niestety, na palcach jednej ręki mogłam policzyć kolegów którzy zgłosili chęć udziału. Przykro.

Pani zapewne też z powodu swoich poglądów nie jest zbyt chętnie zapraszana do wielu przedsięwzięć zawodowych…

Cóż, niespecjalnie o to zabiegam… Jednak tak, coraz częściej odczuwam konsekwencje swej postawy. Przez 5 lat prowadziłam w TVP program dla dzieci Ziarno. I podpisałam list protestacyjny gdy Anitę Gargas pierwszy raz wyrzucano z telewizji… Po miesiącu usunięto mnie z programu, nikt nawet nie zadzwonił z redakcji, tak bez słowa ‘podziękowano’ mi… Babcię w Ziarnie zastąpił poprawny politycznie strażak, w dodatku obcokrajowiec źle mówiący po polsku!…

Lubi pani swoją postać w serialu Plebania?

Lubię, a właściwie lubiłam, bo obecnie z tej postaci już niewiele zostało. Lubiłam ją za mądrość życiową, za poczucie humoru które dodawałam od siebie, za to że nazywa się Józefina, jak moja babcia… Niedawno decydenci w telewizji orzekli że takich gospoś już nie ma, bo ja jestem rustykalna, a teraz musi być ktoś młody, ładny i kolorowy…

Liczy się pani z tym że babci Józi też ‘podziękują’?

Nie wiem… Już nawet próbowano to zrobić ale zostałam, choć gram już tylko ‘donosicielkę’ – donoszę do stołu i zabieram ze stołu. Na początku Plebania była bardziej rodzinna, moja postać była ważna – były córki, zięciowie, ich sprawy. To mi bardzo odpowiadało. Były mądre rozmowy z moim proboszczem, któremu jako starsza kobieta mogłam coś doradzać. A teraz to wszystko jest jakoś rozmyte, nijakie. Niemniej jednak Plebanii bardzo dużo zawdzięczam.

Środowisko aktorskie nie kryje się z prorządowymi sympatiami, za to dość namiętnie krytykuje opozycyjne PiS. Jak pani sądzi, dlaczego?

Moim zdaniem wynika to w dużej mierze z jakichś kompleksów które powodują że większość moich znakomitych kolegów podporządkowuje się regułom tzw. salonu warszawskiego, przeciwko któremu ja zawsze protestowałam i który zawsze mnie śmieszył… Najgorsze jest to że coraz trudniej znajduję z nimi wspólny język, a jakakolwiek dyskusja na ważne tematy staje się coraz mniej możliwa. Gdy mówiłam że głosowałam na Lecha Kaczyńskiego, wywoływałam zgorszenie i zdumienie!… Zazwyczaj padało bardzo intelektualne uzasadnienie tego zgorszenia: to przecież Kaczor!… Taki jest ten nasz warszawsko-artystyczny salon. Razi mnie, wprost mierzi, ten blichtr, to bezmyślne snobowanie się, ta poprawność polityczna czasami granicząca z absurdem.

To jest pani wytykana palcami jako ciemnogród!

A tak! Ale mało mnie to obchodzi. Skrytykowałam to przed kamerami w rozmowie z panem Janem Pospieszalskim którego spotkałam na Krakowskim Przedmieściu w owych pierwszych dniach po tragedii smoleńskiej, i wtedy dopiero się zaczęło…

…dostała pani cięgi za udział w filmie Solidarni 2010.

Tak. Ale przy tej okazji najbardziej przeraził mnie właśnie ten stan umysłów w moim środowisku. Każdy ma prawo do krytyki ale niechże ona będzie oparta jeżeli nie na wiedzy to przynajmniej na refleksji! Tę naszą Plebanię kręcimy już 11 lat i niewątpliwie poza pracą i zarobkowaniem coś nas łączy, lubimy się i dużo rozmawiamy. Dziwi mnie jednak to że koledzy z planu z jakichś powodów nie komentują ważnych dla kraju wydarzeń. W najciemniejszych latach stanu wojennego takie polityczne milczenie było nie do pomyślenia. A teraz szczytem zaangażowania politycznego są tylko niewybredne dowcipy o Kaczyńskich.

Jak pani na nie reaguje?

Nie milczę rzecz jasna. Protestuję. Zazwyczaj mówię: bardzo proszę, opowiadajcie sobie takie dowcipasy, ale nie przy mnie, a poza tym mnie to obraża.

Wie pani że taki protest na salonach wymaga dużej odwagi cywilnej. Naraża się pani!

Wiem, ale uważam że nie powinno się milczeć gdy obrażają kogoś kogo cenię. Zadziwia mnie że tych ludzi nic nie obchodzi, a co najwyżej tanie dowcipy, co jutro gramy, kiedy wypłata, a głównie to by nikomu się nie narazić… A ja rzeczywiście wychodzę na taką zołzę która się ciągle użera… Nawet byłam kiedyś zaatakowana przez młodą koleżankę że według niej obrażam Polskę.

Jak to!?

Tak to że właśnie we wspomnianym filmie powiedziałam co sądzę o salonie warszawskim, o dwulicowości. Rzeczywiście, miałam z tego powodu sporo nieprzyjemności natury towarzyskiej. Zdając sobie z tego sprawę twórcy filmu potem mnie przepraszali za te ‘niedogodności’ a ja im publicznie podziękowałam że dali mi szansę takiej wypowiedzi. I to także spotkało się ze zgorszeniem salonowego środowiska…

Czuje się pani towarzysko i zawodowo bojkotowana?

Szczerze powiedziawszy nie zwracam na to uwagi, jestem osobą niezależną, emerytką. Nie celebrytką, tylko emerytką! Jednak niezbyt miłe jest to że przyjaciele którzy kiedyś przyjeżdżali na tę moją wieś, spali, jedli, popijali wódeczkę, grali w brydża, teraz stwierdzili że poszłam do Pospieszalskiego dla pieniędzy… Miałam telefony anonimowe z pytaniem: Ile pani za to zapłacili?…

A nikt nie nazwał pani jeszcze moherem?

Tak wprost to nie ale może tak o mnie myślą i mówią zaocznie. Niech sobie myślą, niech mówią! Co miesiąc w rocznicę katastrofy smoleńskiej czytam lekcje w czasie Mszy św. w katedrze warszawskiej i widzę jak wielu tam młodych ludzi, często z biało-czerwonymi flagami. Oni także są moherami? A te wytworne i zadbane panie które przychodzą tam co miesiąc? Także są moherami?

O czym rozmawia pani ze swymi kolegami po fachu i z przyjaciółmi?

O sprawach czysto zawodowych, o pogodzie, o komarach… Smutne jest że wykruszają się te nasze koleżeństwa właśnie dlatego, że nie ma już o czym rozmawiać. Nie można rozmawiać o sprawach naprawdę ważnych, choćby że gnębi się ludzi i wyrzuca z pracy za prawdę, poeta nie może przypominać faktów i wyrażać swojej opinii. Odnoszę wrażenie że wielu moich kolegów nie chce tego rozumieć. Albo udaje albo naprawdę nie dostrzega tego nawrotu do klimatu stanu wojennego. Tylko że wtedy wszyscy byliśmy razem.

Jak środowisko aktorskie przyjęło pani decyzję o starcie w wyborach parlamentarnych?

Miałam kilka nieoczekiwanie sympatycznych telefonów, przede wszystkim od przyjaciół ze Stanów, z Anglii, ale większość moich tutejszych przyjaciół na ogół pomija tę sprawę grzecznym milczeniem. Trochę mnie to bawi, a trochę szkoda mi tych ludzi – są tacy jacyś zastraszeni, boją się szczerze rozmawiać o polityce.

Jak pani to sobie tłumaczy?

Właśnie, zupełnie nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Może nie potrafią, bo nie mają argumentów i wolą milczeć. Zastanawiam się nad tym często, analizuję zachowania bliższych i dalszych kolegów i nadziwić się nie mogę. Naprawdę rzadko zdarza się by ktoś tak wprost zaatakował mnie za moje poglądy, choć widzę jak brutalnie potrafią atakować innych, najchętniej jednak zaocznie, na odległość. Wtedy ci kulturalni ludzie potrafią być agresywni i nietolerancyjni.

Dlaczego zdecydowała się pani kandydować do parlamentu?

Kiedy prezes Pis-u zwrócił się do mnie z propozycją kandydowania do Senatu z listy tej partii, w pierwszym odruchu powiedziałam że jestem za stara… Po przemyśleniu jednak doszłam do wniosku że jeżeli się mogę jeszcze przydać do tego by coś zdziałać, choćby w małych sprawach, to nie powinnam kapitulować. Uważam że w Polsce bardzo potrzebna jest właśnie teraz żmudna, pozytywistyczna praca. Tak się składa że wszędzie poza tym naszym artystycznym salonem spotykam ludzi myślących podobnie jak ja. A więc – może jednak powinnam działać właśnie dla tych ludzi?

Co by pani chciała zdziałać w polityce?

Chciałabym żeby spełniły się słowa piosenki Janka Pietrzaka: ‘żeby Polska była Polską’.

Co to znaczy?

Chodzi mi o małe ale ważne sprawy, np. by nie zamykać małych sklepów bo bez nich życie w miastach jest naprawdę trudne. Tu wszędzie je pozamykano bo pani prezydent nałożyła wysokie czynsze i w śródmieściu Warszawy starsze panie nie mają gdzie kupić ziemniaków… Nie ma szewca, dobrego krawca, bo uznano, że to niepotrzebne. Wszystko co było nasze, tutejsze, zostało zlikwidowane… Nagle Polska oszalała że musi jeść sushi a jak się chce zjeść przyzwoite polskie danie to trzeba długo szukać… Wszędzie banki albo SPA. Martwi mnie że zanika czystość polskiego języka, że polskie szkoły oduczają samodzielnego myślenia i zabijają wyobraźnię. I dlaczego filmy dla dzieci są pełne agresji!? Dlaczego nie szanujemy polskości, tradycji, kultury!? Co się stało z naszymi teatrami? Czy np. Teatr Polski nie ma lepszych pomysłów artystycznych i koniecznie musi wystawiać Szekspira w bikini? Przeraża mnie że ludzie w moim kraju się nie śmieją, tylko rechocą. I wmawia się im że takiej byle jakiej kultury sami chcą! To nieprawda!

Mówi pani jak błędny rycerz.

Jak moher! Wierzę w Boga i wierzę że On czuwa i że coś wreszcie się u nas zmieni. Wierzę że większość ludzi jednak podziela te moje małe marzenia.

rozm. wl/niedz. /35/2011/

***

Mówmy o Polsce, a nie o pierogach

Rozmowa z Katarzyną Łaniewską, aktorką

Marzę by Polska była Polską, by nasze rzeczy się liczyły – mówi aktorka

Nie jestem namiętnym widzem seriali telewizyjnych, ale nawet takiemu laikowi jak ja przy pobieżnym rzucie okiem na Plebanię babcia Józia jawi się jako połączenie ciepła i herszt baby.

Plebanię gramy już od 11 lat. Na początku babcia Józia była osobą pełną ciepła, która scalała całą rodzinę i dbała o wszystko wokół. Ale niestety zmieniają się wymogi telewizji. Wszyscy chcą, by na ekranie pojawiały się młode osoby, obrazki piękne i kolorowe.A babcia Józia nie może być ani młoda, ani piękna. I teraz tak piszą scenariusze. To znaczy, w serialu pojawia się wszystko, co jest ‘w modzie’, i wiele negatywnych rzeczy. To ksiądz pokazany negatywnie, to jakieś szwindle. Rola ciepłej babci jest marginalizowana.

W myśl bezwzględnej zasady, że dla masowego odbiorcy zła wiadomość to dobra wiadomość.

Oczywiście że zło również nas otacza, nie tylko dobro. Ale nas przez telewizję karmią niemalże samymi negatywnym rzeczami. To samo stało się z serialem, w którym gram. Te tradycyjne wartości gdzieś się zagubiły. I babcia Józia te wartości stara się przywracać.

Zostawmy serial. Chytrze zacząłem od studium babci Józi jako ciepłej, ale jednak herszt baby, bo to określenie przyszło mi do głowy, gdy zobaczyłem i usłyszałem, jak po 10 kwietnia wypowiadała się pani w dokumencie Solidarni 2010. Na Krakowskim Przedmieściu była pani w tamtych dniach kilkakrotnie.

Poszłam tam spontanicznie, z potrzeby serca. Chcę podkreślić, że pan prezydent Lech Kaczyński był moim prezydentem. Głosowałam na niego, miałam zaszczyt być przez niego odznaczona za swoją działalność w stanie wojennym. Dwukrotnie spotkałam się również z panią Marią Kaczyńską. Ona naprawdę zasługiwała na miano Pierwszej Damy. A te inne ‘damy’ to niech sobie dalej chodzą i pokazują, jak się na przykład powinno jeść bezę. Bardzo cenię tych ludzi i te idee, które prezydent Kaczyński reprezentował. Dlatego w naturalny sposób poszłam na Krakowskie Przedmieście. Nie miałam siły stanąć w kolejce do Pałacu Prezydenckiego, a przebijanie się ze swoją znaną twarzą byłoby zwyczajnie nie na miejscu. Widziałam jak pan Jan Pospieszalski z kamerą rozmawia z ludźmi. Wszystko działo się bardzo spontanicznie. Podeszłam i pytam, czy ja też mogę coś powiedzieć. Od siebie. Bo ciągle mówię słowami napisanymi dla mnie. Nawet jak są jakieś wywiady do kolorowej prasy, kiedy się zastanawiam, czy być celebrytką, czy emerytką, to rzadko jestem pytana o rzeczy ważne. Przeważnie są to pytania o głupoty, na przykład o lepienie pierogów albo jak się kiedyś myło okna…

…o pierogach może innym razem. Ale jak się kiedyś myło okna?

Trybuną Ludu. Tylko że w tzw. prasie bulwarowej taka odpowiedź się nie podoba.

Niektórym mediom, w tym skrajnie lewicowej Gazecie Wyborczej, niezbyt podobała się również pani wypowiedź z Krakowskiego Przedmieścia. Co pani wtedy powiedziała?

Najpierw chcę zaznaczyć, że mówiłam dużo dłużej i formułowałam ostrzejsze opinie niż zostało to zaprezentowane w filmie pani Ewy i pana Jana. Zaczęłam od tego, czym obecnie jest telewizja. Stopniowo znikają wartościowe programy i w zasadzie nie wiadomo, co ona nam serwuje. Ludzie są odcinani od ważnych informacji. Tego wtedy nie mówiłam, ale nawet Janusz Rewiński, który żartem godził w rządzącą partię, stracił pracę w TVP. Wokół się trąbiło, że telewizja jest pisowska, tylko tak się dziwnie złożyło, że z twarzami Lisa i Żakowskiego. W wypowiedzi do Solidarnych 2010 pytałam również, dlaczego znani politycy, znani dziennikarze czy właśnie wspominani przez nas celebryci szkalowali prezydenta Kaczyńskiego.

To chyba obrała pani dobry kierunek, by zostać wyklętą przez aktorskie środowisko?

Czym się przejmować? Skoro rozmawiam ze znajomymi i zadaję proste pytanie: Dlaczego wam się nie podoba nasz prezydent (mówię o panu Lechu Kaczyńskim), przecież jest Polakiem, wykształconym, profesorem prawa, patriotą, katolikiem, państwowcem?, moi koledzy mają na to tylko jedną odpowiedź: Bo to Kaczor… Ale ten Kaczor…. I to jest jedyna rzecz, którą ma do powiedzenia ten cały ‘salon warszawski’.

Z jednej strony ludzie są odcinani od informacji, z drugiej tworzy się coś na kształt drugiego obiegu. Chyba można znaleźć jakieś ostoje przyzwoitości?

Wiadomości oglądam tylko w Telewizji Trwam. I do tego dokładam Polski punkt widzenia, też z Trwam. Tam dostrzegam prawdę i solidną porcję wiadomości o sprawach ważnych. Wiadomości w TVP 1 wystarczy tylko włączyć i zobaczyć od czego się zaczynają. Później można już tylko wyłączyć. Ponadto dzisiejszy język polski jest strasznie zubożony i ja to traktuję w kategoriach szkody narodowej. Każde pokolenie miało swój język. Ale dziś nawet wśród aktorów, nie mówiąc już o pseudoaktorach, słowo jest na ostatnim miejscu.

Narzeka pani na brak rzeczowej dyskusji. Wokół dokumentu Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego także nie toczyła się rzeczowa dyskusja, było za to oszczerstwo o wynajętych aktorach.

Następnego dnia po emisji tego dokumentu kręciliśmy serial, a ja od rana miałam telefony od różnych ludzi na moją prywatną komórkę. I natarczywe pytania: po co tam poszłam, ile mi zapłacili…

Kto o to pytał? Dziennikarze? Koledzy? Aktorzy?

Padały nazwiska, ale one nic mi nie mówiły. Ktoś mnie pytał, dlaczego w filmie nie było ludzi o innych poglądach, inaczej myślących. A odpowiedź jest prosta – mówiłam – bo innych tam nie było. Albo nawet jeżeli ktoś jest, to się ukrywa. Nikt nie przyznałby się, że jest z Gazety Wyborczej, bo nie miałby tyle odwagi. Oprócz tego reakcje mojego środowiska. Ludzie, którzy u nas bywali, korzystali z naszej gościnności, po emisji dokumentu rozpowiadali, że chyba zwariowałam. Albo że za mało mi pieniędzy i poszłam za pieniądze się sprzedać.

Jak mocne są podziały w środowisku aktorskim? Na ile odzwierciedlają one bieżące podziały polityczne?

A to ciekawe pytania. Na moim środowisku nie zawiedliśmy się w stanie wojennym. Ogromna większość liczących się aktorów bojkotowała wszelkie środki społecznego przekazu, z wyjątkiem teatru, który gromadził nabite widownie i dawał możliwość porozumienia się z widzem często poza cenzurą. Nawet przez jakieś emocje. Bardzo wielu kolegów włączyło się we Msze św. za Ojczyznę organizowane przez ks. Jerzego Popiełuszkę. Za jedną z takich Mszy św. mnie oraz Kazimierzowi Kaczorowi ‘nieznani sprawcy’ spalili samochód. Były osoby wśród nas, które się takiej zemsty przestraszyły. Ale to były wyjątki. Dostawaliśmy anonimowe groźby. Ale nie było to przeszkodą, by organizować kilkuosobowe grupy i jeździć po Polsce z występami. Później je podliczyłam i wyszło, że razem z moją przyjaciółką, śpiewaczką Krystyną Kwasowską i Darkiem Zawadzkim daliśmy 460 takich występów. Bardzo często graliśmy w prywatnych domach, a ludzie przyjmowali nas entuzjastycznie i gościli, choć samym im się nie przelewało. O nich dziś niemalże nikt nie mówi. Mało tego, jak nastała ta nasza Polska, to pojawili się inni opozycjoniści, inne twarze znalazły się przy kościołach, w centrum zainteresowania.

Dostrzegam krytyczny stosunek do okrągłego mebla…

Bo nie o taką Polskę walczyliśmy w tej wojnie polsko-jaruzelskiej.

Występy, Msze św. za Ojczyznę to nie były pani jedyne aktywności w PRL.

Razem z mężem pracowaliśmy w drugoobiegowym wydawnictwie Ciąg Dalszy Nastąpi (CDN), które wydało ok. 100 pozycji, ręcznie wydawanych książek. Naszym szefem był wówczas Czesław Bielecki, kandydat w ostatnich wyborach na prezydenta Warszawy. Bardzo żałuję, że w tej kampanii nie udało mu się przeskoczyć pani bufetowej. Z wykształcenia architekt, ale oprócz tego jest bardzo sprawny w zarządzaniu.

Ma też pani osobiste przeżycia i wspomnienia związane z beatyfikacją ks. Jerzego Popiełuszki.

Sama świadomość, że się miało do czynienia ze świętym, jest cudowna. Pochodzę z katolickiej rodziny. Ale na studiach to moje życie toczyło się jakoś inaczej. Mama chciała mnie trochę oszczędzać, nie mówiła mi wszystkiego. Sama byłam radną w stołecznej Radzie Narodowej w PRL. Można powiedzieć, że trochę służyłam temu reżimowi. Wtedy nie wiedziałam, że tak naprawdę to największą krzywdę wyrządzam sobie. Nie byłam blisko Kościoła. Pewnego razu ks. Jerzy przez Romę Szczepkowską, matkę Joasi, a żonę mojego przyjaciela Andrzeja Szczepkowskiego, zaprosił mnie na Mszę za Ojczyznę. Chciałam pójść, ale – jak wspomniałam – nie byłam wtedy związana z Kościołem i nie wiedziałam, czy po prostu wypada mi iść. Roma powiedziała: No to się spotkajcie.

Wtedy pierwszy raz rozmawiała pani z ks. Jerzym?

Tak. Roma już wcześniej go znała. Umówiliśmy się na rynku Starego Miasta. To było po jakiejś demonstracji, ławki powywracane. Wyskoczył taki młody chłopak w dżinsach, czerwonej koszuli w kratę. Powiedziałam mu o swoich wątpliwościach, a on mnie tylko zapytał, czy chcę. Odpowiedziałam twierdząco. I tak się zaczęło. Warto podkreślić, że na Żoliborzu działał i rządził wówczas ks. prałat Teofil Bogucki. Nie byłoby ks. Jerzego, gdyby nie było ks. Boguckiego. To był taki kasztelan. Do ubeków, którzy go nachodzili, mówił krótko: Tu mieszka Bóg i ja. A wracając do ks. Jerzego, od razu uderzało jego ogromne zatroskanie o ludzi.

Ci, którzy zetknęli się z ks. Jerzym, wspominają, że ten prosty kapłan ujmował intelektualistów, z którymi chwytał jakąś naturalną nić porozumienia.

Rzeczywiście to był fenomen. Absolutnie sam przygotowywał homilie, kazania, inne rozważania. Ksiądz Jan Sochoń, kuzyn ks. Jerzego, wspomina, że Jurek czasami przynosił mu do zaopiniowania jakiś tekst. Ale ks. Jan nigdy mu nic nie zmieniał. Najwyżej coś sugerował. Ksiądz Popiełuszko miał niesamowite wyczucie. Łączył Ewangelię ze sprawami Ojczyzny i jednocześnie nie było to żadne politykowanie.

Obecnie środowisko aktorskie zdaje egzamin?

Wtedy był prosty układ: my i oni. A teraz jesteśmy my, są oni, oni, jeszcze jacyś oni… Bardzo dobrze pamiętam, jak w trakcie pracy teatralnej więzi między aktorami się zacieśniały, były żywe dyskusje. Teraz np. po kręceniu Plebanii wszyscy się zbierają, ewentualnie ktoś opowie stary i głupi dowcip. O polityce praktycznie nie ma mowy. Jeżeli po katastrofie smoleńskiej aktorzy nie rozmawiają o rzeczywistości społeczno-politycznej, to ja tego nie rozumiem. Po emisji Solidarnych 2010 jedna osoba z ekipy podeszła do mnie, mówiąc, że mi gratuluje. A jedna z młodszych koleżanek zaatakowała mnie – że jakim prawem obrażam Polaków.

Pewnie jedna z tych koleżanek, która zaszczyciła swoją obecnością komitet honorowy Bronisława Komorowskiego. W Łazienkach Królewskich mogliśmy się przekonać, że ludzie kultury wysokiej często prezentują bardzo niski poziom kultury osobistej. Niektórzy z moich znajomych dziwili się np., jaką niechęcią do inaczej myślących pałał Andrzej Wajda.

Okazuje się jednak, że nie są to świeże problemy. O Wajdę to się nawet kłóciłam z mężem. Bo mój mąż twierdzi, że Wajda od dawna był dyspozycyjny. I kiedy po latach obejrzałam film Kanał o Powstaniu Warszawskim, podzieliłam tę opinię. Wtedy byliśmy oszołomieni, że pozwolono nam na taki obraz. Ale tam pokazano alkoholika, który walczył, prostytutkę, która pomagała, obłąkanego, który walczył, bo musiał. Co to za przedstawienie powstańców? Uważam że pan Andrzej był takim dyspozycyjnym wentylem. A on funkcjonuje jako człowiek z opozycji!… Albo Człowiek z żelaza… Moim zdaniem to były filmy na zamówienie. Tak samo z opozycjonizmem Andrzeja Seweryna podyskutowałabym sobie. Pierwszy raz był aresztowany w czasie nauki w Szkole Teatralnej. Miał dziewczynę Żydówkę, ona miała jakieś ulotki. Złapali ich razem, jego też aresztowali. Wykupił go z tego więzienia jego opiekun prof. Jan Świderski, który podkreślał szykany wobec Andrzeja. Tylko że paszport do Francji dostawał jakoś bez problemu. Później zniknął i pojawił się w Teatrze Ateneum, gdy powstawała Solidarność. Takie grube dwuznaczności. A po tej hecy w Łazienkach to najśmieszniejsze i jednocześnie najsmutniejsze były tłumaczenia. Wspomnę Annę Nehrebecką i Majkę Komorowską, z którymi w opozycji grałyśmy w jednej drużynie, a teraz znalazły się po drugiej stronie. Majka Komorowska tłumaczyła, że musiała tam pójść, bo to kuzyn. Jaki kuzyn? I czy to coś zmienia?

Niektórzy z aktorów na długo zostaną zapamiętani za swoje zasługi. Na przykład Joanna Szczepkowska, która uroczyście ogłosiła, że skończył się komunizm.

(śmiech) Tak, ale kto miał przekazać tę frazę ‘skończył się komunizm’, jeżeli nie ona?… Przecież była związana z panem Michnikiem, a pan Drawicz był wtedy szefem telewizji. Dlatego sądzę, że tak to było uzgodnione. Wiem też jak było w trakcie naszej konspiracji. Działał w niej głównie jej ówczesny mąż Mirosław Konarowski.

Ciekaw jestem, ile się z tych historii ostoi przy autoryzacji?

Ja już długo żyję na tym świecie, to znaczy często bardziej świadomie patrzę na ludzi, na to co się dzieje. Na ten napływ straszliwego ‘dziennikarstwa’, jakie prezentuje na przykład pani Monika Olejnik. Ona zwyczajnie napada na ludzi o innych poglądach. Dlaczego mam tego nie mówić, skoro to prawda? Tak samo jak ewidentny zanik odwagi cywilnej. Teraz nie ma odwagi mówienia o swoich poglądach, bronienia ich oraz dyskutowania. I tutaj aktorów i dziennikarzy dotyka to samo, część z nich pewnie się boi, że straci pracę, a tu kredyty i takie historie…

Można panią aktualnie oglądać w którymś z warszawskich teatrów?

(śmiech) Nie, bo ja jestem Emeryta Hayworth. Pan się śmieje, bo wie, kim była Rita Hayworth. Ale panu wytłumaczę, że czasami to nawet i żartem można się wpędzić w rozpacz. Była taka dziennikarka, która przychodzi do mnie i mówi: ‘Chciałabym z panią wywiad zrobić, ale pani, przepraszam, jak się nazywa? I najlepiej jakby mi to pani przez telefon powiedziała’. Odpowiedziałam że przez telefon to jej mogę powiedzieć: ‘dzień dobry’ i ‘do widzenia’. Przyszła ta panienka (nawiasem mówiąc – spóźniła się) i ja też użyłam tego żartu: Emeryta Hayworth. Potem czytam w tym pisemku, że jestem z wysokiego, ostrego świata czy coś takiego. Bo tak jej się usłyszało: ‘haj world’. Bladego pojęcia nie miała, że jest taka amerykańska aktorka. Sam pan widzi, że trzeba ostrożnie z żartami.

Pani jest Emerytą, podczas gdy w Warszawie w ostatnich latach namnożyło się teatrów…

Tylko że to są takie teatry, w których się przeważnie goliznę pokazuje…

I tak znów wróciliśmy do Joanny Szczepkowskiej.

Tak. Ona niby pokazała to na znak protestu. Ale takie pokazywanie jest wpisane w konwencję ‘nowoczesnego’ teatru. Stało się to tak powszechne, że nie wiadomo, czy publiczność jest tak słabo wyedukowana w dziedzinie anatomii ludzkiej, iż trzeba obnażać się na scenie. Ja jestem stara, ale mam dorosłych wnuków (26 i 19 lat). Pytam ich, czy im to odpowiada, czy chcą to oglądać. Pytam, czy odpowiada im ten język – niedbały, wulgarny. I odpowiedź jest krótka: Nie.

Są potworki językowe, za które mogłaby pani przyłożyć wałkiem do ciasta?

(śmiech) Nie wiem czy od razu wałkiem. Ale bardzo mnie denerwuje, gdy ludzie starsi, w średnim wieku, chcą się przypodobać młodszym i mówią tym slangiem: no to nara, no to śmara, spoko, super. Albo że ‘biorą to na klatę’. Zawsze wtedy pytam: ‘Co bierzesz na klatę?’. A te moje dzieci w Ziarnie, jeszcze jak prowadziłam program, to za każde słowo ‘super’ płaciły mi po 50 groszy.

Jaka jest Polska pani marzeń?

Mam takie marzenie, by rząd Tuska upadł i by ich rozliczyli. By Polska była Polską. By nasze rzeczy się liczyły. I byśmy jako Naród nie byli tak ślepo zapatrzeni w świat zachodni i kopiowali z niego wszystkie niemal wzorce i negatywne zachowania. By była odpowiedzialność za dobro wspólne i nie było ucinania: ‘To nie moja sprawa’. A prywatnie w życiu to chciałabym dożyć roli prababci.

Konkretne te marzenia – muszę przyznać.

Nie wiem, co takiego się stało, że ludzie są tak zaślepieni. Politycy wpatrzeni w kłamliwe słupki sondażowe. Gdyby afera hazardowa, chaos na kolei, to co oglądaliśmy w trakcie obecnych rządów Platformy, działo się za rządów PiS, to hałas stworzony przez media byłby tak duży, że pewnie groziłaby nam jakaś wojna… A tymczasem nie ma winnych, odpowiedzialnych, ważne, by te słupki rosły. Bezkarny jest wicemarszałek Niesiołowski. On za swoje słowa, za swoją agresję, dawno powinien zostać odsunięty.

Henryk Wujec, jeden z doradców obecnego prezydenta, uważa nieco inaczej. Nie wiadomo gdzie, ale znalazł różnicę między Niesiołowskim a Palikotem. Mówi też, że np. Michnikowi czy Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu dałby order, ale pomysłodawcy KOR Antoniemu Macierewiczowi już by nie dał.

To jest to, o czy mówiliśmy. Nie ma dyskusji i zdrowego patrzenia, tylko szufladkowanie. Ale Wujec był normalnym, mądrym facetem. Brałam udział w tych pierwszych wyborach. Jeździliśmy po Polsce z kandydatami. Byłam również gdzieś z Wujcem w okolicach Lublina. Nawet wymyśliłam mu hasło: ‘By nie rządził nami Urban albo inny trujec – nasz kandydat to Henryk Wujec’. Teraz tak myślę: I po co ci to było? Trzeba było lepiej siedzieć i jakąś dobrą książkę przeczytać.

rozm. mm/nd /5.2.2011/

Kategoria Kultura, Polska

Comments