Zero partyzantki

– Nie stoimy w miejscu. Mamy konkretne pomysły. Jeżeli wypalą to za dwa lata będziemy mieć budżet większy od piłkarskiego Lecha Poznań – wygrażał prezes Vive Targi Kielce Bertus Servaas po awansie piłkarzy ręcznych do Final Four Ligi Mistrzów

Rozmowa z Bertusem Servaasem

Czym jest dla pana awans do Final Four?

Spełnieniem marzeń i zwieńczeniem ciężkiej pracy wielu ludzi. Jeszcze kilka lat temu taki sukces nie był dla nas realny. Okazało się że i w Polsce znalazło się miasto które jest w stanie zaproponować najwyższy wymiar emocji sportowych. Jeszcze przed meczem rewanżowym z Metalurgiem Skopje nasi kibice zarezerwowali wszystkie dostępne bilety na finały. Nie wiem tylko jak będzie wyglądać ostateczny podział, bo chęć rezerwacji wejściówek zgłosiło ponad tysiąc osób.

Pamięta pan drugi mecz półfinału play off z Zagłębiem Lubin w sezonie 2007/08? Po jego zakończeniu omal nie pobił pan sędziów.

Pamiętam, ale nie chcę do tego wracać. Popełniłem wówczas błąd wbiegając na parkiet. Przepraszałem już za swój czyn kilkakrotnie. Ale skąd takie pytanie?

Bo dziś jest pan zupełnie innym prezesem.

Bo cały czas się uczę! Analizuję dobre i złe strony swojej pracy. Nie jestem omnibusem. Nie miałem wcześniej żadnego doświadczenia w sporcie, a to inna dziedzina życia niż biznes. Lubię słuchać mądrych podpowiedzi a z błędów wyciągam wnioski. Tak jak z tego nieszczęsnego meczu z Lubinem.

Dlatego nie jeździ już pan z kibicami jednym autokarem na mecze?

Nie, po prostu mam zbyt mało czasu. Prowadzę ogromną firmę, mam rodzinę. I tak mam szczęście że małżonka jest wyjątkowo wyrozumiała. Z nostalgią wspominam jednak takie wyprawy. Wsiadałem z 40, 50 kibicami do jednego autobusu, zakładałem żółtą koszulkę i szalik. Przez całą podróż były śpiewy, żarty, dowcipy. Droga mijała szybko. Powrotna też. Zwłaszcza kiedy wracaliśmy po zwycięstwie.

Często pan mówił że wzoruje się na działaczach THW Kiel. Nadal tak jest?

Tak. Trzeba podglądać i uczyć się od najlepszych. Rozbudowaliśmy Klub Stu. Wzorem THW Kiel wykorzystujemy też zawodników do kampanii reklamowych. Nasi szczypiorniści biorą udział w różnego rodzaju akcjach promocyjnych i charytatywnych. To przynosi efekt. Jesteśmy znani nie tylko w Polsce. Nie stoimy w miejscu. Mamy konkretne pomysły. Jeżeli wypalą to za dwa lata będziemy mieć budżet większy od piłkarskiego Lecha Poznań! Czyli ponad 45 milionów złotych!

Vive Targi Kielce są dziś zupełnie innym klubem niż w chwili kiedy pan został prezesem. Jaka jest recepta na sukces?

Zero partyzantki! Szanuję swoich poprzedników, ale oni tworzyli piłkę ręczną w innej rzeczywistości, kiedy partyzantki było sporo. Ja lubię mieć wszystko poukładane.

W zespole który prowadzi Bogdan Wenta są ciekawe proporcje. 60 procent drużyny stanowią Polacy.

Budujemy zespół z pewną koncepcją. Doszliśmy do wniosku że trzon zespołu powinni stanowić właśnie doświadczeni Polacy, ale tylko tacy którzy mogą wciąż prezentować swoje możliwości i umiejętności na najwyższym światowym poziomie. Jak widać koncepcja była słuszna.

Turniej finałowy LM rozegrany zostanie 1-2 czerwca

NAJLEPSI ZAWODNICY RYWALI VIVE

Siarhei Rutenka /Białoruś, Barcelona/ – rozgrywający

32-letni Białorusin przeżywa w barwach ekipy z Katalonii drugą młodość. W rewanżu z Atletico Madryt strzelił aż 11 goli. Łącznie od sezonu 2003/04 zdobył w meczach o europejskie puchary aż 723 bramki

Daniel Narcisse /Francja, THW Kiel/ – rozgrywający

Przed sezonem 2009/10 przeszedł z Chambery Savoie do Kilonii za rekordowe w historii piłki ręcznej 1.3 mln euro! Ma w swojej kolekcji dwa tytuły mistrza olimpijskiego /Pekin 2008 i Londyn 2012/

Marcin Lijewski /Polska, Hamburg/ – rozgrywający

Starszy z braci Lijewskich w ćwierćfinałowych meczach z Flensburgiem Handewittem zdobył siedem goli bardzo przyczyniając się do awansu Hamburga. Mimo 36 lat utrzymuje się w znakomitej formie

Jakimi budżetami dysponują finaliści

THW Kiel – 9.5 mln euro
HSV Hamburg – 8.1 mln euro
Barcelona – 8 mln euro
Vive – 4.3 mln euro

mc/ps /30.IV.2013/

***

Niesamowita historia

Rozmowa z Bogdanem Wentą, trenerem reprezentacji piłkarzy ręcznych

Czy był pan wcześniej tak szczęśliwy, jak podczas tych mistrzostw świata?

Szczęśliwy? Teraz to chyba dopiero dociera do nas. W trakcie turnieju powtarzaliśmy cały czas zawodnikom, że dopiero się wszystko zaczyna. By zapomnieli, co zrobili do tej pory i zmobilizowali się jeszcze raz. Taki był system. Wygrana z Rosjanami w ćwierćfinale dała wielką radość, ale za dzień, dwa jest znów mecz, który trzeba wygrać. I zespół poradził sobie z tym, szedł szybko do przodu. Porażka z Francją nie uczyniła w nas dużo złego.

Miło jest odnosić sukcesy, choćby dlatego, że później można wrócić do kraju samolotem prezydenta RP, specjalnie po was przysłanym do Kolonii, prawda?…

Cieszymy się bardzo, że nasz występ został tak wysoko oceniony i doceniony. Nie zawsze ma się szansę uścisnąć dłoń prezydenta RP, w tym przypadku pana Lecha Kaczyńskiego, a po powrocie do Warszawy mogliśmy teżpoznać osobiście żonę prezydenta, panią Marię Kaczyńską.

Co mówił prezydent Kaczyński, wręczając medal?

Gratulował nam serdecznie, szczerze dziękował i mówił, że wykonaliśmy dobrą robotę w Niemczech.

To człowiek głodny sukcesu i to od niego aż promieniuje. Zaraża motywacją i energią. Wytworzyła się między nami silna więź. Zespół poszedłby za nim w ogień, ale on za nas dałby się pokrajać. Ufamy mu, bo on zaufał nam – kto to powiedział i o kim?

Nie wiem. Czy to są wyrywki z iluś różnych wypowiedzi?

Nie, to jedna wypowiedź.

Nie wiem, kto to powiedział.

Kapitan zespołu Grzegorz Tkaczyk o panu. Co pan na to?

Bardzo cenię Grzesia. To nie przypadek, że został kapitanem reprezentacji już przed dwu laty, czyli kiedy był jeszcze młodszy o te dwa lata. I nie należy nawet do najstarszych graczy kadry. To był wybór zaakceptowany także przez kadrowiczów, po wniosku trenerów, by to on był kapitanem. To był bardzo dobry wybór, mamy pozytywne efekty tego wyboru. Każda grupa potrzebuje swojej hierarchii. A Grzesiek będzie w reprezentacji jeszcze wiele lat. I kadra będzie miała z tego powodu dużo pożytku.

Jak wybiera się kapitana reprezentacji? Pan o tym decyduje, czy zawodnicy, czy wspólnie?

My, trenerzy, zaproponowaliśmy Grześka Tkaczyka zespołowi. Nie była to jednak jakaś odgórna decyzja. Zawodnicy mieli też swoje propozycje, uwagi. Było więc kilku kandydatów. Wytłumaczyliśmy im, dlaczego proponujemy Grześka. Jest on typem przywódcy, a jednocześnie potrafi grać na wszystkich pozycjach. I mnie, i Danielowi Waszkiewiczowi odpowiada właśnie najbardziej Grzesiek. Często jest właśnie tak, że zawodnik ze środka rozegrania jest tym przekaźnikiem na linii trener – zawodnicy, na linii ławka – drużyna. I Grześ najlepiej taką rolę wypełnia. Natomiast sam zespół cały czas dojrzewa.

A jakie jest znaczenie kapitana?

Obecnie dla IHF nie jest istotne, kto jest kapitanem. Kiedyś kapitan był przekaźnikiem w kontaktach zespół – sędziowie, zespół – stolik sędziowski, a obecnie już nie. Ale, oczywiście, każda drużyna ma kapitana, bo to jednak istotne. Kiedy są jakieś problemy, dyskusje, kapitan jest jakimś rzecznikiem zespołu, tym który pierwszy rozmawia i bierze na siebie odpowiedzialność.

Karol Bielecki uważa, że to dopiero początek sukcesów obecnej reprezentacji. Zgadza się pan z tym?

Mam nadzieję, że Karol się nie myli i chłopcy swą grą potwierdzą jego słowa. Cieszymy się bardzo z tego, co zrobiliśmy, ale finałowy mecz z Niemcami pokazał, że jeszcze trochę nam brakuje do doskonałości. Za kilka miesięcy, za rok, są następne ważne zawody. W kwietniu gramy turniej w Paryżu, później są eliminacje mistrzostw Europy i mecze z Holendrami. Jesienią jest Puchar Świata, a potem mistrzostwa Europy, bo myślę, że z Holendrami sobie poradzimy.

Finał mistrzostw świata w niemieckiej telewizji ARD oglądało ponad 16 milionów widzów. To najwyższa oglądalność w historii niemieckiej piłki ręcznej. Szkoda, że kibice w Niemczech nie obejrzeli porażki swoich zawodników, czyli naszego zwycięstwa, prawda?

Z Niemcami rozegraliśmy w mistrzostwach dwa zupełnie inne mecze, w różnej fazie turnieju. Pierwszy mecz, w grupie, dla nas spokojny, dla nich może bardziej prestiżowy, ustawiał każdą z drużyn na dalszą fazę mistrzostw. Nasze zwycięstwo dało wygraną w grupie, dlatego mieliśmy dobre wejście do ćwierćfinału i półfinału. Natomiast finał z różnych względów nie przebiegł po naszej myśli.

Co głównie zdecydowało, że to Niemcy wygrali w finale?

Akurat w tym dniu byli od nas lepsi. W naszym zespole nie zawsze funkcjonowało to wszystko, co sobie założyliśmy. Nie mogliśmy się za bardzo przebić przez tę ich obronę. Niemiecki blok na środku i bramkarz grali bardzo dobrze. Strzelili kilka bramek po kontratakach, szczególnie w pierwszej połowie, odskoczyli nam. W drugiej połowie my szarpnęliśmy grę, ale nie byliśmy w stanie postawić kropki nad i, czyli dojść rywali i objąć prowadzenie. A taka możliwość była. I wtedy być może dalszy przebieg meczu wyglądałby zupełnie inaczej. Tak się jednak nie stało. Stało się odwrotnie i dlatego mecz został przegrany.

Z czego jest pan najbardziej zadowolony, jeżeli chodzi o grę reprezentacji?

Podczas mistrzostw świata najbardziej zadowolony byłem z gry obronnej i z poświęcenia zawodników w realizacji pewnych założeń, zadań. Z atakiem też było coraz lepiej, ale z tym zawsze było nieźle.

Trener Niemców Heiner Brand, mistrz świata jako zawodnik, po finale powiedział, że na taki moment czekał od 1978 r. Jak pan myśli, panu kiedyś taki złoty dzień też się przydarzy?

Na razie ten zespół osiągnął coś, czego jeszcze w naszej piłce ręcznej nie było, czyli srebrny medal mistrzostw świata. Wcześniej zdobyliśmy brązowy medal olimpijski i mistrzostw świata, bardzo dawno temu. Czyli teraz osiągnęliśmy następny stopień. I, oczywiście, to także zobowiązuje, ale także motywuje do dalszej pracy i kolejnych celów. Wydaje się, że zespół mamy stosunkowo młody, w porównaniu do reprezentacji innych krajów, teraz rozdających karty. A czołówka jest grupą szeroką. Jesteśmy wicemistrzem świata, ale tylko w tym momencie. Zespołów, które mogą z nami wygrać, jest dość dużo. Są przecież Chorwaci, Francuzi, Hiszpanie, eksmistrz świata. To przecież drużyny, które mogą każdego ograć. Jest Dania z brązowym medalem, jest Rosja, która w takich imprezach zawsze dochodzi do wysokiego poziomu. Są Węgrzy i Islandczycy, którzy bardzo dobrze wypadli w mistrzostwach. I w tej czołowej dziesiątce zespołów może się zdarzyć wszystko, każda kolejność na mecie.

Czyli spokojnie z tym złotym medalem?

Pewnie. Nie można też budować sobie jakiegoś fałszywego obrazu, fałszywej euforii. Jesteśmy realistami. Cieszymy się bardzo ze srebra, że daliśmy swoją grą dużo radości Polakom. Ważne, że mamy drużynę z wieloma dobrymi graczami. Nie tak, jak kiedyś, kiedy mówiono o nas, że mamy indywidualistów, a drużyny nie mamy. Teraz na mistrzostwach ciągle słyszeliśmy, że polski zespół prezentuje się jako właśnie zespół. I to jest największy plus.

Ale chyba marzenia wspaniałe są, żeby ten złoty medal zdobyć?

Po to pracujemy każdego dnia z zespołem, po to się jest zawodnikiem, po jest się trenerem. Po to zawodnicy przychodzą na treningi, to są ich ambicje sportowe, nasze marzenia. I następny krok, następny cel, to wywalczenie awansu olimpijskiego.

A jeżeli zdobywamy srebro mistrzostw świata, to ta drużyna jest wstanie też wygrać i całe mistrzostwa świata, czy olimpiadę?

Zdobywa się ogromne doświadczenie. Mecz z Rosjanami, ostatnia bramka,  rzucona przez Karola Bieleckiego, była najważniejszą od 25 lat dla polskiej piłki ręcznej. Bramka, która otworzyła nam grę w półfinale mistrzostw świata, co się zdarzyło pierwszy raz od 25 lat. Także, nie zapominajmy, jaka waga tego wszystkiego była. Następnie gra w półfinale i zdobycie ogromnego doświadczenia. Nikt z tych zawodników nie był wcześniej tak wysoko. A ja, oczywiście, wcześniej nigdy nie zaszedłem jako trener tak daleko. To wielkie doświadczenie, wielkie przeżycie. Wygrana w półfinale, potem finał, to po prostu dla mnie i tej drużyny niesamowita historia. I będą naprawdę z tego duże efekty, z tego bogactwa doświadczeń. Kwestia tylko, jak to potrafimy wykorzystać. Nie możemy chodzić z głowami w chmurach, bo rywale będą nas teraz traktować coraz bardziej poważnie.

Nowy lekarz reprezentacji okazał sie chyba dobrym fachowcem?

Maciek Nowak wprowadził trochę świeżej krwi i we współpracy z fizjoterapeutami, psychologiem, miał bardzo dużo pracy w trakcie mistrzostw. Cały sztab medyczny był bardzo obciążony regeneracja drużyny, wszystkimi przeziębieniami, wirusem, który nas zaatakował w Hamburgu, gdzie sześć osób chorowało, w tym i ja. Po meczu z Duńczykami miałem ponad 39 stopni gorączki. Były sytuacje stresowe, bo to duży stres. Poza tym lekarz musiał także kontrolować kuchnię, bo posiłki też mają wpływ na regenerację zawodników i Maciek Nowak to wszystko robił dobrze. Widać było u niego duże rozeznanie w podejściu do sportowca i cały zespół obdarzył go chyba sporym zaufaniem. To było zauważalne, bo jeżeli zawodnicy przychodzili do niego z problemami, to znaczy, że wierzyli w jego metody. A przedtem tak nie było.

Czyli właściwy człowiek na właściwym miejscu?

Jak najbardziej. Po mistrzostwach Europy w Szwajcarii mówiłem wielokrotnie, że ten fragment reprezentacji, czyli sztab medyczny, jest na imprezie takiej rangi w ogóle najważniejszy. Podczas takich zawodów nie trenuje się już dużo, raczej myśli się tylko o taktyce nako lejny mecz. I okres między meczami, to czas intensywnej pracy fizjoterapeuty i lekarza.

Zawodników te mistrzostwa kosztowały dużo zdrowia, a pan ile go zostawił w Niemczech w trakcie turnieju?

(uśmiech) Zdrowia może nie za dużo, poza jakimś przeziębieniem, jakimś bronchitem, który mnie złapał. Natomiast są to zawody najwyższej rangi i jeżeli dochodzi się aż do finału, to ma się też z tego powodu zadowolenie i wiarę w to, co się robi, satysfakcję i motywację na przyszłość, a jednocześnie odwagę. Bo największym sukcesem tego zespołu jest to, że chłopcy wierzą w to, co robią. I to jest nasz potencjał na przyszłość i z tego będą owoce. Także nie ma co mówić o zdrowiu, tylko cieszyć się wielkim sukcesem.

Co pan powie o gospodarzach mistrzostw? Co było dobrze, a co źle?

Organizacja była pod każdym względem bardzo dobra. Olbrzymie, nowoczesne hale. Dla mnie i dla IHF największym plusem jest to, że były to chyba pierwsze mistrzostwa świata z tak ogromną widownią, największą do tej pory widownią. Obojętnie, czy grała drużyna niemiecka, czy nie, hale zawsze były pełne. I to hale o pojemności od 5-8 tysięcy osób do 15tysięcy. To był największy sukces tych mistrzostw. Natomiast trzeba było trochę się najeździć autobusami, bo organizatorzy tutaj akurat bardzo forowali swój zespół. I to chyba jedyny mały minus mistrzostw.

Największy sukces w historii polskiej piłki ręcznej stał się udziałem drużyny trenera Wenty. Przed mistrzostwami wierzył pan w taki piękny sukces?

Cele tej drużyny były jasne. Staraliśmy się, choćby w mediach, podchodzić do tych mistrzostw spokojnie, nie rozbudzać wielkich nadziei, by odciążyć zespół. Ale w rozmowach z zawodnikami mieliśmy konkretne cele, to znaczy każdy mecz trzeba wygrać. I przede wszystkim celem było wygrywanie z tymi najlepszymi, by wpoić w drużynę wolę zwycięstwa, mimo przeciwności, zmęczenia, bólu, czy klasy rywala. Dlatego wszyscy powinni myśleć: i tak wygramy. By rywal po meczu zapamiętał nas jako równorzędnego przeciwnika. I to było chyba najbardziej pozytywne w rozwoju zespołu. To zabraliśmy na ten turniej i pokazaliśmy. Szczególnie kiedy było trudno, po przegranej z Francją.

Można mieć też jakąś satysfakcję z tego, że kiedy Niemcy zaczęli tracić przewagę w finale i popełniać koszmarne błędy, w ich oczach było widać przerażenie. To samo było widać w oczach ich trenera. Widział pan to?

Oczywiście. Ja w tym momencie sygnalizowałem zawodnikom, że mamy ich. Niestety, tych dwóch dobrych sytuacji rzutowych, które mieliśmy, nie zakończyliśmy rzutem, bramkarz rywali potrafił obronić te piłki i ta przewaga bramki się utrzymała. A ta przewaga bramki miała ogromna wagę psychologiczną, tak jak my mieliśmy w meczu z Rosjanami w ćwierćfinale. Później na konferencji mówili, że sobie założyli, że jak złamią nas i dojdą nas na tę jedną bramkę, to my pękniemy. I nie udało się im ani razu. Ta bariera psychiczna tej jednej bramki też właśnie ich złamała w końcówce. Jest to więc bardzo istotne.

A czy wierzy pan w pecha, bo mecz finałowy od początku układał się dla was po prostu fatalnie. I mimo, że trzymaliście już później niemal Niemców za gardło, jednak nic z tego nie wyszło.

Nie wierzę w żadne szczęście. W szatni w przerwie meczu półfinałowego z Duńczykami jeden z chłopaków mówił, ile to mamy szczęścia. Natychmiast ripostowałem, że szczęście pomaga temu, kto rzeczywiście pracuje, ryzykuje, kto jest po prostu lepszy. Nie ma nic na takiej zasadzie, że ten wygrał, kto miał szczęście. To jest sport, w sporcie trzeba wszystko wypracować, wytrenować, a jednocześnie całkowicie się zaangażować w to, co się robi. W półfinale chłopcy później to zrobili i wygrali. W tym meczu było kilka sytuacji, kiedy Duńczycy trafili piłką w słupek, bramkarza, czy poprzeczkę, ale to nie ma nic wspólnego ze szczęściem. Chodzi o sytuacje, kiedy zawodnik rzucający musi w ułamku sekundy podjąć decyzję i w tym dniu nie były to akurat decyzje prawidłowe. Albo, przykładowo, zawodnik wyszedł za wcześnie do przodu, nie przekazał swego rywala partnerowi w obronie, rywal dostawał piłkę na linii sześciu metrów i oddawał skuteczny rzut. To nie ma nic wspólnego ze szczęściem. A często właśnie operujemy takimi sloganami, pomagamy sobie w ten sposób, by samych siebie usprawiedliwiać, szukamy wytłumaczenia, ale są to tylko słowa. Oczywiście, w sporcie często się mówi, że szczęście jest potrzebne. Naturalnie, że jest potrzebne. Dla mnie jednak najważniejsze jest, że po mistrzostwach jesteśmy zmęczeni fizycznie i psychicznie, ale wszyscy nasi zawodnicy wrócili ogólnie rzecz biorąc zdrowi. Czy też to, że kondycyjnie nasz zespół zaprezentował się bardzo dobrze.

Ktoś nazwał już pana cudotwórcą ze Szpęgawska. To pana rodzinna miejscowość?

Tak. Leży w gminie Starogard Gdański.

W Szpęgawsku wszyscy są z pana dumni. Nadal ma pan tam rodzinę?

Nie, w Szpęgawsku nie ma już nikogo z mojej rodziny, jedynie krewni. Matka mieszka w Tczewie, razem z moją siostra i siostrzenicą, a pozostali z mojej rodziny są w Gdańsku. W Szpęgawsku się urodziłem, ale większą część życia spędziłem w Tczewie i Gdańsku.

Pana kuzyn Krzysztof Wenta powiedział, że urodził się pan niemal z piłką w rękach…

No, jak kuzyn tak mówi, to pewnie tak było… (śmiech). Od najmniejszego bawiłem się w sport, lekkoatletyka, piłka nożna. Piłka ręczna była trochę później. Wracając jeszcze do tego cudotwórcy, oczywiście nie ma to nic wspólnego z czynieniem cudów. Tworzymy w kadrze zespół, tak samo jest sztab szkoleniowy. Nigdy nie zapominam, kto ze mną współpracuje. To jest Daniel Waszkiewicz i z nim zaczęliśmy tę pracę przed dwu laty. I pewnie będziemy za jakiś czas wspólnie ją kończyć. Mam nadzieję, że skończymy na olimpiadzie z pozytywnym efektem. Bo to jest nasz największy cel, nasz i całej naszej grupy. Ale jeżeli ktoś sobie cel wyznacza, to musi pokazać, że do tego celu dąży. Pokazaliśmy to na mistrzostwach świata. I jeżeli się dąży do jakiegoś dużego celu, to na drodze muszą być kolosalne trudności, ból, wyczerpujący wysiłek, zwątpienie. Ten cel musi być też czymś absolutnie najważniejszym. Ten cel, to olimpiada, największe marzenie każdego sportowca i trenera. Ale nie zapominam, że to jest grupa i prowadzimy ją w dwójkę, wspólnie z Danielem Waszkiewiczem. I nie jestem żadnym cudotwórcą, tylko ciężko pracujemy.

Pana 79-letnia mama Helena mówi, że w czasie, kiedy był pan uczniem szkoły średniej, prosiła, by pan przestał grać w piłkę ręczną. To prawda, że odpowiadał pan wtedy: mamusiu, muszę jeszcze zrobić coś dla Polski?

Pamiętam, że musiałem dojeżdżać 50 km do Gdańska. Wracałem do domu z Gdańska, z technikum i po pół godzinie, po obiedzie, następnym pociągiem jechałem na trening. A w domu byłem gdzieś koło północy. Następnego dnia trzeba było wstać o 5.45 i do szkoły… Trwało to rok, a potem sytuacja się zmieniła, bo mieszkałem w internacie. Dostałem też pomoc stypendialną z klubu GKS Wybrzeże i dzięki temu mogłem mieszkać w tak zwanym służbowym, wspólnym dla trzech zawodników, mieszkaniu. To znaczy, każdy z trójki miał swój pokój. Wtedy było już dużo łatwiej. Jeżeli mama namawiała mnie do rezygnacji z piłki ręcznej, to pewnie dlatego, że treningi miały wpływ na moje oceny w pierwszym roku technikum. Te lata kosztowały mnie bardzo dużo.

Pana siostra Ewa mówi, że ogląda każdy mecz naszej reprezentacji i czasem emocje są takie, że można, to jej słowa, wykorkować z nerwów… Pana mama podobno wtedy się uśmiecha i modli się do Matki Boskiej?

(uśmiech)

Czy pan także, jak pana mama, zwraca się do Opatrzności w sprawie jakichś intencji?

Tak. Myślę, że jak każdy z nas, Polaków. Jesteśmy katolikami. Zwracanie się do Boga, prośby do Najwyższego, modlitwy, są pomocne dla każdego z nas. To zrozumiałe wśród Polaków, narodu, którego ponad 90 procent stanowią katolicy. Jesteśmy wierzącymi i szukamy pomocy z każdej strony. Ta chwila rozmowy z Bogiem jest także dla sportowca bardzo potrzebna i pomocna.

Pana mama bardzo pana chwali. Mówi, że jest pan bardzo dobrym synem, jest pan twardy, ale i wrażliwy i we wszystko, co pan robi, wkłada całe serce. Mama chyba wie, co mówi?

Rodzina jest czymś bardzo ważnym, chyba w ogóle najważniejszym. Podczas tych mistrzostw bardzo istotny był dla nas właśnie kontakt z naszymi rodzinami. Były żony u zawodników, na króciutko co prawda, bo czas mistrzostw jest czasem ciężkiej pracy przede wszystkim. Nawet obcokrajowcy zauważyli, że wyglądało to dobrze, miało to ręce i nogi, żony rozumiały doskonale sytuację i pozostawały w cieniu. Ale to bardzo pomaga zawodnikowi, jeżeli widzi swoją rodzinę blisko, dzieci. To duże wsparcie, dające uczucie, że ktoś najbliższy stoi za tobą. Tak samo moja żona była u mnie podczas mistrzostw. I kontakt z całą rodziną jest bardzo istotny, z rodzicami, mój ojciec niestety już nie żyje, siostrą, teściami.

Pana nauczycielka z podstawówki Danuta Zawadzka mówi, że był pan najlepszym uczniem, zawsze przygotowany, nigdy nie wagarował. Był pan najlepszym uczniem, później najlepszym zawodnikiem, a teraz jest pan najlepszym trenerem?

To zbyt wygórowane oceny. Jestem normalnym człowiekiem. To zawodnicy są podstawą, Grześ Tkaczyk, oni robią historię. Pracuję wspólnie z Danielem Waszkiewiczem. Oczywiście, jestem pierwszym trenerem reprezentacji, ale także ewentualna krytyka spada na mnie i moja odpowiedzialność jest największa. Ale na ten sukces nie pracuje tylko Wenta, a cała grupa, a przede wszystkim zawodnicy. Lekarze, masażyści też są bardzo ważni. Wracając do szkoły podstawowej, faktycznie, skończyłem ją z samymi piątkami, ale w następnej szkole dotarła do mnie nagle inna rzeczywistość. W Technikum Budowy Okrętów w Gdańsku okazało się, że piątki z podstawówki mogą już tu niewiele znaczyć. To, co ze sobą zabrałem z podstawówki nie miało już wielkiej wartości. Wymagania znacznie wzrosły i te piątki musiały zamienić się w trójki. Ale po 2-3 latach, kiedy kończyłem technikum, mój poziom wiedzy był już dobry. Dużo mnie to kosztowało, ale skończyłem szkołę bez czyjejś pomocy. Człowiek uczy się cały czas, także tego, że zawsze ktoś może być ode mnie lepszy, że nie można spoczywać na laurach. Ten medal mistrzostw świata, to już historia, to już się skończyło w niedzielę po finale. Teraz mamy z tego satysfakcję, jakieś profity, uznanie prezydenta RP, władz, mediów. Cieszymy się z tego bardzo, oczywiście, ale to tylko chwila. Bo następne zawody mogą wszystko skorygować. Za rok może już nikt nie będzie pamiętać o tym, jaki był ten finał w Kolonii. Za dziesięć lat będą pamiętać o tym już może tylko sami zawodnicy i trenerzy. Nie da się tym żyć wiecznie. Taki sukces to też wyzwanie.

Czyli to już historia i trzeba myśleć o następnych zawodach?

Duża radość, wielka przyjemność, wspaniały wynik, ale i wielka motywacja, mobilizacja. Nie można dać się uśpić. Nie można pozwolić, by ten srebrny medal nas zaślepił swym blaskiem.

Mówi pan, że to zawodnicy pracują na taki wynik, cały sztab, nie tylko Wenta, ale jak nie było Wenty, nie było wspaniałego sukcesu.

Może akurat wszystko w tym momencie zaskoczyło, może ludzko i mentalnie wszystko się akurat w tym czasie dopasowało. Może to, że porozumienie z zawodnikami było łatwiejsze, bo znam osobiście tylu zawodników. A może efekt tego, że z Danielem Waszkiewiczem znamy się od ponad 30 lat. Graliśmy razem. Może potrafiliśmy wypracować skuteczną formę współpracy z zawodnikami, wymagania od nich, ale i premiowania. Może to tym zawodnikom odpowiada i mamy piękne efekty. Oby tak dalej, bo my chcemy więcej. Zdobywa się mistrzostwo Polski i potem chce się zdobyć następne mistrzostwo Polski, prawda? Tak jest w sporcie. Pytają mnie często, który sukces, który  medal najbardziej cieszył. A to jest tak, że ten ostatni sukces, ostatni medal, ostatnie mistrzostwo cieszy najbardziej, jest najważniejsze. Bo jeżeli mój pierwszy tytuł mistrza Polski, przykładowo, był najważniejszy, to po co walczyć o następny, prawda? Czyli ostatni sukces i następny są  najważniejsze.

Jak przeżywały mistrzostwa żona i dzieci? Mieszkacie w Niemczech?

Mieszkamy w Niemczech, bo pracuję w Magdeburgu. Żona strasznie to przeżywała, bo w Niemczech w moją osobiście stronę popłynęło dużo krytyki. Różnie komentowano prowadzenie przeze mnie zespołu polskiego, nie wszystkim to się podobało. Ale w Niemczach cały czas podkreśla się, że jestem z Polski. I to mnie cieszy. Na pewno dla nich jest ta sytuacja czasem trudna do przełknięcia. Odbija się to czasem na mojej rodzinie, na moim synu, który jest w wieku ucznia. Żona w pracy przed finałem spotykała się z wrogimi nawet reakcjami. Kiedy Niemcy wygrali finał, wtedy już Wentowie byli ich najlepszymi przyjaciółmi, było wszystko dobrze, ale po meczu grupowym było odwrotnie. Mówiono żonie, że twój mąż to, albo tamto… I nie było to proste. Próbujemy nasze rodziny chronić, ukryć, odciążyć. Dlatego jedna z moich zasad, to: nie zabieraj swojej pracy do domu. Nie do końca się to da zrobić. Żona też ma dużo wspólnego ze sportem, pracuje w klubie, w marketingu.

Pierwszym pana trenerem był Leon Wallerand. Czego pana uczył?

Był moim nauczycielem wychowania fizycznego w Conradinum i trenerem. Przede wszystkim uczył dyscypliny (uśmiech). Ja chciałem grać w piłkę nożną, a w zasadzie zostałem zmuszony przez pana Walleranda do treningów piłki ręcznej. W bardzo prosty sposób, postawił mi parę złych ocen, kazał obciąć włosy. Okazuje się, że to też może być sposób na zrobienie z kogoś piłkarza ręcznego (śmiech). Z czasem piłka ręczna mi się spodobała. W wieku 17 lat zostałem powołany już do reprezentacji Polski juniorów, a to było spore wyróżnienie. A wieku 19 lat debiutowałem już w pierwszej reprezentacji Polski, za trenera Zygfryda Kuchty. To był chyba decydujący moment dla mnie. Poznałem wtedy, co to jest autorytet człowieka, jaki miał wtedy Zygfryd Kuchta, jeszcze niedawno zawodnik Anilany Łódź. Mnie, 19-letniemu szczeniakowi, pozwalał dużo grać. Doskonale wiedziałem wtedy, gdzie jest moje miejsce i czułem się wspaniale. Grałem z tak wspaniałymi  zawodnikami, jak nieżyjący już Jurek Klempel, czy Jerzy Kałużyński, Marek Panas, przez którego szkołę przeszedłem w Wybrzeżu, i któremu bardzo dużo zawdzięczam. No i Daniel Waszkiewicz, mój partner z boiska i przyjaciel. To była wielka przyjemność grać z nim osiem lat w jednym zespole i uczyćsię od niego. To było chyba coś najlepszego, co mnie w życiu sportowym spotkało, to mnie jako zawodnika ukształtowało i pokazało drogę.

Co pan powie o okresie swojej gry w reprezentacji Niemiec?

Zdecydowały o tym również względy polityczne. Miałem pojechać na dwie olimpiady. Obie mi zabrano. Jedną ze względów politycznych. Nikt z naszego ówczesnego rządu wtedy nie pytał nas, sportowców, czy jesteśmy towarzyszami, braćmi Związku Sowieckiego. To było dla mnie największe rozczarowanie, dla najmłodszego wtedy razem ze Zbyszkiem Blechociem zawodnika reprezentacji. Tak samo było to wielkie rozczarowanie dla najstarszego wtedy Andrzeja Szymczaka, który kończył karierę reprezentacyjną. To był koszmar. Później kontakt ze związkiem został przerwany, bo jeżeli powiedziano mi, że w wieku 34 lat jestem za stary do reprezentacji, to nie miałem zamiaru komuś się narzucać. Zaistniała możliwość gry w reprezentacji Niemiec, miałem paszport niemiecki, otworzyła się szansa wyjazdu na olimpiadę i skorzystałem. Tak więc jako zawodnikowi nie dano mi szansy gry z polską reprezentacją na olimpiadzie, a olimpiada jest czymś najważniejszym, najwspanialszym przeżyciem wżyciu każdego sportowca. Być na olimpiadzie jest czymś wspaniałym, a jeszcze coś zdobyć, to szczęście niebywałe. Samo uczestnictwo, obecność w wiosce olimpijskiej, kontakt z najlepszymi sportowcami świata, możliwość rozmowy z nimi. I razem z obecną reprezentacją chcę coś takiego przeżyć już jako trener.

rozm. Cezary Dąbrowski /luty 2007/

Kategoria Sport

Comments