Ostatnia ofiara Katynia
Mija 20 lat od zamordowania ks. Stefana Niedzielaka, wspaniałego polskiego kapłana i patrioty. Martwego proboszcza znaleziono w jego mieszkaniu na plebanii parafii św. Karola Boromeusza na Powązkach w nocy z 20 na 21 stycznia 1989 r. Do dziś nie wykryto sprawcy
– Ksiądz na ogół nie mówił o zagrożeniu, nie chciał, a ono było. Choćby te sławne listy z pogróżkami, które na naszych oczach darł, nigdy nie pokazując, co tam było napisane. Bywaliśmy często u księdza i kiedy nie mógł podejść do telefonu, prosił Piotra o odebranie. Kiedyś nie zorientowali się, że to nie ksiądz odbiera telefon. Mąż
usłyszał wtedy, poza przekleństwami: Już niedługo pożyjesz… – wspomina Krystyna Niedzielak, wdowa po Piotrze Niedzielaku, bracie księdza. Oczywiście, adresatem gróźb był ks. Stefan. Dostawał je w latach 80 przez kilka lat, a szczególnie nasiliły się, kiedy w 1984 r. ksiądz wmurował w ścianę kościoła Boromeusza pomnik w postaci krzyża z napisem Poległym na Wschodzie. 1 listopada ks. prymas poświęcił ten krzyż. Wtedy też proboszcz parafii na Powązkach umieścił tam pierwsze tabliczki z nazwiskami Polaków pomordowanych w zbrodni katyńskiej. Od tego czasu zagrożenie było coraz większe. Ksiądz zdawał sobie sprawę, był świadom, co go może spotkać. Ale nie mówił o tym, nie chciał o tym rozmawiać. Jeżeli już, to tylko z bratem, nie chciał nikogo denerwować. – Nadszedł ostatni dzień i musiały nastąpić fakty, o których on nie mówił, zapowiadające śmierć. On absolutnie zdawał sobie sprawę, że go zabiją. 20 stycznia 1989 r., w dniu zabójstwa, był w Kurii i rozmawiał z ówczesnym kanclerzem ks. Zdzisławem Królem. Powiedział mu wtedy dosłownie, ks. Król często to wspomina: Zdzisiu, boję się, oni mnie zabiją… Powiedział to w dniu zabójstwa. To była zapowiedź morderstwa. Potem był u swego przyjaciela, ks. Bernarda Niesłonego, który później opowiadał, że Stefan był bardzo dziwny, niespokojny, choć zawsze taki opanowany, swobodny, na luzie – mówi Krystyna Niedzielak. W czasie śledztwa próbowano sfingować sytuację, która miałaby niby doprowadzić do przypadkowej śmierci. – Męża, jako jedynego, wpuszczono w pewnym momencie na miejsce zabójstwa. Oni nie wiedzieli, kim Piotr jest… Mąż dzięki temu usłyszał rozmowę: Miały być kieliszki… Gdzie są kieliszki? Nie ma kieliszków. Jak to nie ma kieliszków? Miały być… Czyli ich plan był taki, że po zabójstwie mieli te kieliszki ustawić i oczywiście jakiś alkohol. Ta ich wersja, że była libacja, upił się, wszedł na fotel i z niego spadł, była niepoważna. Z miejsca została obalona, m.in. przez mec. Jana Olszewskiego. Poza tym usiłowali zrobić wszystko, by we krwi księdza był alkohol. Nie udało się, alkoholu w niej nie było, co wykazała sekcja zwłok.
Ks. Niedzielak zapłacił za to, co mówił i robił. Podzielił los katyńczyków i to dlatego ks. Król nazwał go ostatnią ofiarą Katynia. Taki też tytuł brat księdza nadał swej książce, którą wydał zaraz po zabójstwie. Kilka miesięcy przed śmiercią ks. Niedzielak założył Rodziny Katyńskie.
Urząd Bezpieczeństwa, a później Sużba Bezpieczeństwa, uważały ks. Niedzielaka za osobę niebezpieczną dla komunistycznego ustroju. Bo wiedział o zbrodniach i potajemnych pochówkach, znał naocznych świadków, odfałszowywał historię. Według powszechnego przekonania śmierć księdza była karą za zaangażowanie w ustanowienie na Powązkach Sanktuarium Poległych na Wschodzie i za całą postawę patriotyczną w ciągu jego kapłańskiego życia.
Według ks. Króla podobno w jednym z kazań ks. Niedzielak miał też powiedzieć, że ma listę ponad 20 osób, które mordowały Polaków w stalinowskich więzieniach. Może szukano tej listy? Z mieszkania nie zginęły pieniądze, cenne obrazy, tylko… kilka sztućców. W czasie okupacji ks. Niedzielak był kapelanem AK walczącej Warszawy. Po wojnie w proteście przeciw narzuconemu siłą systemowi wstąpił do WiN. Miał wyjątkowy dar zjednywania sobie ludzi, urzekania ich sobą, umiejętność nawiązywania kontaktów, był bardzo aktywny, serdeczny, otwarty, towarzyski, pełen ufności w człowieka. Był kochany przez ludzi, uwielbiany przez dzieci, młodzież. Miał mnóstwo
znajomych i przyjaciół, nawet wśród tych sprzyjających władzy komunistycznej. Mówił, że woli mieć nieprzyjaciół blisko siebie. Był wspaniałym organizatorem. Na Powązki, do kościoła św. Karola Boromeusza, trafił już w lutym 1957 r. Ks. prymas Stefan Wyszyński wysłał go tam jako dyrektora warszawskich cmentarzy. Wtedy już zrodziła się u niego myśl upamiętnienia w jakiś sposób Polaków, którzy polegli lub zostali pomordowani na Wschodzie. W
tamtych czasach jednak nie było to w ogóle do zrealizowania. W latach 60 został przeniesiony jako proboszcz na Pragę, do kościoła MB Loretańskiej. Na Powązki wrócił w 1977 r. W międzyczasie, wielokrotnie, przy okazji świąt narodowych, jak 15 sierpnia, 11 listopada, 3 maja, 17 września, wygłaszał w katedrze i innych kościołach kazania. Były one zdecydowanie patriotyczne, mocne. Podkreślał w nich wielkość tych, których władze komunistyczne chciały pozbawić czci. Nie było to bezpieczne zajęcie. Już w latach 60 zdarzały się incydenty świadczące o zagrożeniu.

Najgorsze nastąpiło jednak w latach 70 i 80. Ksiądz był wielokrotnie fizycznie napadany. – Pół roku przed zabójstwem, 15 sierpnia, zadzwonił do nas i powiedział, żebyśmy natychmiast przyjechali do niego, do Karola Boromeusza. A miał przyjechać do nas sam, więc domyślaliśmy się, że coś złego się dzieje. Ja prowadziłam, była pusta ul. Powązkowska, gdzieś trzecia po południu. Zobaczyliśmy, że ksiądz jest wciągany do samochodu, do poloneza. Piotr wyskoczył, odciągnął księdza i dzięki temu napastnicy uciekli – opowiada o nieudanej próbie porwania Krystyna Niedzielak. Według p. Krystyny mało prawdopodobne jest, by doprowadzono do procesu i skazania sprawcy. Bo upłynęło 20 lat, a śledztwo było na początku lat 90 umorzone. Do sprawy nie wracały w zasadzie żadne władze śledcze. Dopiero gdzieś półtora roku temu p. Krystyna była w KSP i zeznawała. Otrzymałem informację z Instytutu Pamięci Narodowej na temat obecnego stanu sprawy ks. Niedzielaka: – Sprawy zabójstw księży Stefana Niedzielaka, czy Stanisława Suchowolca, są częścią większego śledztwa, które toczy się w pionie śledczym IPN od 2002 r. i dotyczy funkcjonowania w okresie od 28 listopada 1956 r. do 31 grudnia 1989 r. w strukturach MSW związku przestępczego, kierowanego przez osoby zajmujące najwyższe stanowiska państwowe. W toku prowadzonego postępowania przesłuchiwani są świadkowie, poszukiwane są w archiwach po byłym MSW dokumenty, które następnie poddawane są oględzinom i dalszej weryfikacji procesowej. Na razie materiał dowodowy, jaki zebrali prokuratorzy IPN, nie doprowadził do przełomowych ustaleń. Na obecnym etapie śledztwa nikomu nie przedstawiono zarzutów. Ale śledztwo trwa. Pewne jest, że ksiądz Stefan Niedzielak został zamordowany, i że nie był to nieszczęśliwy wypadek, a działanie innej osoby. Obecnie ponownie ustalane są okoliczności jego śmierci i ewentualny w niej udział funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa – poinformował Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN.
Cezary Dąbrowski
**
Znacznie dłuższa wersja. Mówi Krystyna Niedzielak:
Bardzo dawno poznałam ks. Niedzielaka, kiedy byłam na pierwszym roku studiów, a on został wikariuszem w Parafii Wszystkich Świętych, to był 1950 rok. Zajmował się wówczas grupą studencką. I wtedy też poznałam brata księdza, Piotra Niedzielaka, mojego późniejszego męża (od 1954 r.). Ksiądz potrafił zjednywać sobie młodzież, swoją umiejętnością nawiązywania kontaktów, aktywną postawą, serdeczną. Organizował wycieczki, na Mazury, jego działalność była bardzo owocna. Był w tej parafii dość krótko, bo w lutym 1957 r. ksiądz prymas Wyszyński wysłał go na Powązki, do kościoła Karola Boromeusza, jako dyrektora warszawskich cmentarzy. Zajmował się tam też sprawami związanymi z tamtejszymi pomnikami i pamiętam wtedy zrodziła się u niego myśl upamiętnienia w jakiś sposób Polaków, którzy polegli lub zostali pomordowani na Wschodzie. Już wtedy więc o tym myślał, ale w tamtych czasach nie było to w ogóle do zrealizowania. Było to bardzo trudne zadanie. W latach 70 został przeniesiony jako proboszcz na Pragę, do kościoła MB Loretańskiej. W międzyczasie, wielokrotnie, przy okazji świąt narodowych, jak 15 sierpnia, 11 listopada, 3 maja, wygłaszał zarówno w katedrze, jak i innych kościołach kazania. Były one zdecydowanie patriotyczne, mocne, a więc nie było to bezpieczne. Podkreślał w nich wielkość tych, których władze komunistyczne chciały pozbawić czci. My z Piotrem podwoziliśmy najczęściej księdza na te kazania i czekaliśmy na niego przy zakrystii. Było to niebezpieczne, często mówił bowiem podczas kazań o Piłsudskim, były one nasycone elementami patriotycznymi. Już wtedy ksiądz nie był bezpieczny. W latach 60 zdarzały się różne incydenty.
Najgorsze nastąpiło jednak w latach 70 i 80. Ksiądz był wielokrotnie fizycznie napadany. W ostatnim roku życia, pół roku przed zabójstwem, zadzwonił do nas, to było 15 sierpnia, i powiedział, żebyśmy natychmiast przyjechali fo niego, do Karola Boromeusza. A miał przyjechać do nas sam, więc domyślaliśmy się, że coś się dzieje. Ja prowadziłam, była pusta ulica Powązkowska, gdzieś trzecia w południe. Zobaczyliśmy, że ksiądz jest wciągany do samochodu, do poloneza, najbardziej popularnego wtedy. Piotr wyskoczył i odciągnął księdza, napastnicy uciekli.
Inny wyraźny przypadek próby porwania, wcześniejszy. Mąż czekał na ul. Nowotki (teraz Andersa) na taksówkę i w pewnym momencie zobaczył, że ksiądz wyraźnie uciekał przed jadącym przy krawężniku samochodem. Mąż wyskoczył z kolejki i razem uciekli do mieszkania. Wyraźnie próbowano porwać księdza w biały dzień. Kiedyś w listopadzie byliśmy zaproszeni na obiad do księdza, mąż nie mógł, pojechałam sama. Był też zaprzyjaźniony z naszą rodziną prof. Józef Kubiak. W pewnym momencie gospodyni p. Maria pokazała mi ranę na głowie księdza. Z bliska było widać cięcie, bardzo wyraźne, krwawiące jeszcze, rana nie zasklepiona. Prof. Kubiak był chirurgiem i radził natychmiast jechać do szpitala. Ksiądz nie pojechał. Na pytanie, co się stało, odpowiedział, że potknął się i upadł…
Prof. Kubiak nie uwierzył. To było od mocnego uderzenia jakimś tępym przedmiotem.
Ksiądz na ogół nie mówił o zagrożeniu, nie chciał, a było ono w bardzo różnej formie. Między innymi te sławne listy z pogróżkami, które na naszych oczach darł, nigdy nie pokazując, co tam było napisane. Bywaliśmy bardzo często u księdza i kiedy nie mógł podejść do telefonu, prosił Piotra o odebranie. Nie zorientowali się, że to nie ksiądz odbiera telefon. Mąż usłyszał wtedy, poza różnymi przekleństwami, że niedługo już pożyjesz. To były lata 80. trwało
to kilka lat, a szczególnie nasiliło się, kiedy ksiądz wmurował w kościół Boromeusza pomnik w postaci krzyża z napisem Poległym na Wschodzie. To był 84 rok. 1 listopada ks. Prymas poświęcił ten krzyż. Wtedy też ksiądz umieścił tam pierwsze tabliczki z nazwiskami pomordowanych Polaków w zbrodni katyńskiej. Od tego czasu zagrożenie było coraz większe i ksiądz niestety zdawał sobie sprawę, był świadom, co go może spotkać. Ale nie mówił nam o tym, nie chciał rozmawiać o tym. Jeżeli już, to tylko z bratem, nie chciał nas denerwować. Na moje pytania, odpowiadał: Nie ważne, nie istotne… Nadszedł ostatni dzień i musiały nastąpić te fakty, o których on nie mówił, zapowiadające śmierć. A on absolutnie zdawał sobie sprawę, że go zabiją. 20 stycznia, w dniu zabójstwa, był w Kurii i rozmawiał z ówczesnym kanclerzem ks. Zdzisławem Królem. I powiedział mu wtedy dosłownie, ks. Król bardzo często to wspomina: Zdzisiu, boję się, oni mnie zabiją. Powiedział to w dniu zabójstwa. To była zapowiedź morderstwa. Potem był u swego przyjaciela, ks. Bernarda Niesłonego, który później opowiadał, że Stefan był bardzo dziwny, niespokojny, zawsze taki opanowany, swobodny, na luzie. W czasie śledztwa, gdzie były dwie ekipy, niezależne od siebie, próbowano sfingować jakąś sytuację, która miałaby niby doprowadzić do przypadkowej śmierci. Mojego męża, jako jedynego, wpuszczono w pewnym momencie na miejsce, gdzie znaleziono martwego księdza. Oni nie wiedzieli, kim mąż jest… Mąż dzięki temu usłyszał rozmowę: Miały być kieliszki… Gdzie są kieliszki? Nie ma kieliszków. Jak to nie ma kieliszków? Miały być… Czyli plan był taki, że po zabójstwie mieli te kieliszki ustawić i oczywiście jakiś alkohol. Dowiedziałam się później, że znalazła się tam jakaś butelka wina, na której były moje odciski palców… Nie wiem, jakim cudem znalazła się taka butelka, bo to mąż raczej nalewał, kiedy byliśmy razem, ale załóżmy, że kiedyś ją przyniosłam i zostawiłam. I ta wersja, że była libacja, że upił się, wszedł na fotel i z niego spadł, była po prostu niepoważna. Z miejsca została obalona, m.in. przez mec. Jana Olszewskiego. Poza tym usiłowali zrobić wszystko, by we krwi księdza był alkohol. Nie udało się, tego alkoholu w niej nie było, co
wykazała sekcja zwłok.
Ksiądz zapłacił za to, co mówił. Podzieli los katyńczyków, dlatego ks. Król nazwał go ostatnią ofiarą Katynia. Taki też tytuł brat księdza nadał swej książce, którą wydał zaraz po śmierci. Przeprowadza ze mną wywiady pan Zbigniew Brachan z Torunia, który napisał książki o zamordowanych ks. Zychu i ks. Suchowolcu. Teraz wydaje książkę o ks. Niedzielaku. Ma mieć tytuł: Ks. Niedzielak – ostatnia ofiara Katynia. Jakieś 1.5 miesiąca temu dostałam pismo z prokuratury zawiadamiające mnie, że są porównywane linie papilarne jednej osoby z liniami papilarnymi zostawionymi w mieszkaniu ks. Niedzielaka w dniu zabójstwa. Nawet wymienione jest nazwisko tej osoby. Jakieś 1.5 roku temu byłam wzywana do KSP. Pytano mnie o różne rzeczy. Wyjaśniono mi, że próbują przygotować materiały do procesu, choć wtedy ich zdaniem szansa była niewielka. Wynika jednak, że jednak w jakimś stopniu posuwają się do przodu. Jest też film nakręcony przez telewizję z Krakowa, przez p. Brauna z tamtejszego IPN. Widziałam wersję roboczą. Uważam ją za dobry materiał. Pan Braun często się ze mną kontaktuje. Nie wiem, dlaczego ten film do tej pory nie został pokazany. Film kończy się tak, że pukają do drzwi byłego esbeka… Dzwonili też do mnie, że w 3 nr. Tyg. Powszechnego ukaże się wkładka m.in. na temat ks. Niedzielaka, a w 4 nr. będzie płyta Świadectwo. Jeżeli to będzie ten film, to na pewno wcześniej będzie pokazany w telewizji. Według mnie mało prawdopodobne jest, by doprowadzono do procesu i skazania sprawcy. Upłynęło 20 lat. Śledztwo było na początku lat 90 umorzone. Do sprawy nie wracały w zasadzie żadne władze śledcze. Dopiero ostatnio, gdzieś 1.5 roku temu byłam w KSP i zeznawałam, jak mówiłam.
Co było najważniejsze dla ks. Niedzielaka?
Był to autentyczny ksiądz, oddany sprawie Kościoła, ale jednocześnie autentyczny patriota. Swoją działalność rozpoczął bardzo wcześnie, w czasie okupacji. Był kapelanem akowskim okręgu Łowicz. W tym czasie przewoził nawet tajne meldunki, mówił nam o tym, m.in. do kard. Sapiehy. W czasie Polski Ludowej, w 1946 r., gdy przeniesiono go z Łowicza do Warszawy, należał do WiN. Już wtedy go prześladowano i chciano aresztować, co nie udało się dzięki bratu. Był więc człowiekiem niebezpiecznym dla Władzy Ludowej. Priorytety. Wytyczył sobie cel, upamiętnić tych, których zamordowano, prześladowano, patriotów polskich, których władze PRL chciały wymazać z naszej pamięci. Nie atakował, on po prostu dokumentował, mówił. Jego bronią było słowo, słowo prawdy o tych, których prześladowano i mordowano. To było dla niego priorytetem. Pamięć o poległych i pomordowanych, i dlatego w pewnym momencie skoncentrował się na tych, którzy zostali zamordowani w Katyniu. Wiem, że jako jeden z pierwszych te sprawy zaczął poruszać. Wtedy, kiedy większość społeczeństwa była przekonana, że to zrobili Niemcy, bo tak władz PRL głosiły, Stefan wyraźnie mówił, że to nieprawda. Wiedział o Katyniu stosunkowo wcześnie. I tę prawdę upowszechniał. Dlatego, według mojego męża i moim zdaniem, za to zapłacił. Zapłacił życiem za Katyń. Za lata 80 przede wszystkim. Bo wcześniejsza działalność księdza była dla PRL także bardzo niepokojąca, ale tych ostatnich lat nie mogli mu już darować. Tak jak mówił ks. Król, określając go ostatnią ofiarą Katynia. Tak jako pierwszy określił go ksiądz Król. Kilka miesięcy przed zabójstwem założył Rodziny Katyńskie, które uważają go niemal za swojego patrona. W miejscu, gdzie mieszkał ksiądz i gdzie został zamordowany, jest obecnie miejsce modlitwy zakonnic, którym proboszcz dobudował kaplicę. Nazwano to miejsce Domem Modlitwy
Ks. Stefana Niedzielaka.
Jakim był człowiekiem i kapłanem?
Miał wyjątkowy dar urzekania sobą, zjednywania ludzi, był absolutnie otwarty, pełen zaufania. Kiedyś brat mówi mu, Stefan, nie otwieraj tak drzwi wszystkim, którzy do ciebie pukają. A on na to, że jest księdzem i nie może nie otworzyć. Poza tym wierzył ludziom, mimo, że zdawał sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa. Był bardzo
towarzyski, chętnie przebywał z rodziną, utrzymywaliśmy z nim bardzo bliskie kontakty, blisko siebie mieszkaliśmy. Kontakty rodzinne były bardzo serdeczne. Uwielbiały go dzieci. Miał mnóstwo znajomych i przyjaciół.
Jak wspomniałam cała ogromna rodzina prof. Kubiaka. Pani księżna Eugenia Massalska, jej córka Julia, właśnie dzwoniła do mnie i rozmawiałyśmy o zbliżającej się rocznicy, syn Janusz Nassalski, który długo był w Londynie. Te kontakty miał bardzo różne i serdeczne. Umiał sobie zjednać ludzi. Urzekał też zwykłych ludzi, swą prostotą, sposobem nawiązywania kontaktu. Bywali wokół niego też ludzie sprzyjający władzy komunistycznej. Na uwagi na ten temat mówił, że woli mieć nieprzyjaciół blisko siebie.
Pogrzeb
Zanim doszło do niego miały miejsce trochę humorystyczne sytuacje. Znaleziono u księdza sejf. Władze ówczesne wyczekiwały z napięciem, co też w tym sejfie jest… Kilka dni przed pogrzebem grupa milicjantów, prokuratorów itd., czekała na otwarcie tego sejfu. Nie było klucza. Klucz o ile pamiętam był chyba u nas. Ale mąż nie chciał im ułatwiać sprawy. Młotem walili w ten sejf… Żeby nie mieć sposobu na otwarcie sejfu… I co znaleźli w tym sejfie? Grudkę ziemi katyńskiej, największy skarb księdza. To obiegło wtedy Warszawę. Później wymyślili, że ksiądz miał handlować tą ziemią… Sam pogrzeb był ogromną manifestacją. Wielkie tłumy ludzi. Pogrzeb był bardzo
uroczysty, był ks. Prymas, biskupi, mnóstwo księży, ale przede wszystkim było środowisko warszawskie, środowisko związane z Kresami Polskimi, bo oni nawiązywali kontakty z księdzem, wwiedzieli, jak bardzo leży mu na sercu pamięć o pomordowanych, przyjechali ze sztandarami. Były piękne przemówienia mówiące o człowieku niezłomnym, który świadomie mówił to, co uważał za swój obowiązek zachowania dobrego imienia Polaków. Wspaniała uroczystość. Wielokrotnie w różnych sytuacjach do tej uroczystości nawiązywano.
Co mówiono? Reakcje
Mimo wszystko, łudziliśmy się, że tego starego księdza nie zabiją… Przypominam sobie spotkanie naszych księży, kilka dni przed śmiercią, kiedy on już był świadom sytuacji, w jakiej się znajduje. Pamiętam pożegnaliśmy się, ja już byłam przy Powązkowskiej, ksiądz stał na zewnątrz i zawołał jeszcze brata Piotra, mojego męża, myślałam, że coś mu chce jeszcze przekazać, serdecznie objął go… On się z nim po prostu żegnał… Oni całe życie byli razem. Od 15 roku życia mój mąż był u księdza, mieszkali razem, sami sobie radzili, bo nawet na gosposię ich stać nie było, związani byli bardzo. Tę scenę ostatnią, ten uścisk, który tak bardzo zapamiętałam, to było pożegnanie… W sobotę 21 stycznia mąż wyszedł rano na zakupy i telefon zadzwonił. Ks. Król chciał rozmawiać z Piotrem. Piotra nie było. Długo nie chciał mi tego powiedzieć… W końcu mówi, że ma złą wiadomość… I powiedział mi, że zamordowano Stefana, przyjeżdżajcie natychmiast. Dla męża był to cios straszliwy… Kiedy mu powiedziałam, on zemdlał… To było dla Piotra czymś nie do przyjęcia. Trudno mu. W międzyczasie ściągnięto na Powązki naszego syna, także Stefana, ale musieliśmy tam jechać, bo Piotr musiał tam być. Początkowo nikogo tam nie wpuszczali. To był ogromny szok dla męża. To co się stało z księdzem Niedzielakiem, mąż przypłacił swoją naprawdę niepotrzebną wczesną śmiercią. Przeżył to strasznie. To omdlenie było zapowiedzią czegoś złego. Po trzech latach, w naszym mieszkaniu umiera przyjaciel ks. Niedzielaka, z lat okupacji, kapitana AK. To znów jest ciężki cios dla męża. Kilka dni później było coś w rodzaju małego udaru. Traci przytomność, pogotowie zabiera go do szpitala. To wszystko męża bardzo kosztowało. W końcu udar, po którym żył jeszcze 15 miesięcy. Mąż był wysportowany, zdrowo się odżywiał, niewiele palił, nawet przestał, ale to wszystko go wykończyło.
Postawa i życiu księdza
Uważam, że tak powinien był postępować, jak postępował. Od początku swego życia miał cel, dlatego świadomie pracował w AK, później świadomie należał do WiN i świadomie wybrał drogę prowadzącą do upamiętnienia tych, chciano wykreślić z kart historii. To była jego świadoma droga. Tak jak kapłaństwo było drogą, na którą wkroczył mając to powołanie, autentyczne powołanie, to był autentyczny ksiądz. Miał bardzo dużo przyjaciół wśród młodych ludzi, wśród ministrantów. Na przykład ten skwer który nazywamy imieniem ks. Stefana Niedzielaka, to była inicjatywa byłych ministrantów MB Loretańskiej. Skwer nazwano tak w 2008 r. Ci ministranci czują tę więź do dzisiejszego dnia. Jego droga była trudna, bo takie były czasy. Ksiądz podejmował się działać w tych trudnych czasach świadomie. Wiedział co mu grozi, ale uważał, że ktoś musi pewne prace uświadamiające prowadzić. Miał bardzo charakterystyczny sposób mówienia na kazaniach, nie potępiał, nie osądzał, starał się pokazać fakty, prawdę, dlatego miał wielu zwolenników, którzy po prostu przyjeżdżali do niego na kazania. Kiedy zmieniał parafię, wierni z poprzednich parafii przyjeżdżali do nowej, gdzie był obecnie. Coś tych ludzi pociągało. Ta więź była żywa.
Postąpił słusznie, tak powinien był postąpić. Potrafił zorganizować ludzi wokół siebie. Między innymi kontakty z mec. Janem Olszewskim, z którym był zaprzyjaźniony, Wojciechem Ziembińskim, mec. Siłą-Nowickim. Pamiętam uroczystość odznaczenia Krzyżem Virtuti Civili ks. Niedzielaka, mec. Olszewskiego, mec. Siły-Nowickiego i pośmiertnie ks. Popiełuszki w 1985 r. Byłam tam z mężem. Odznaczał ich Waksmundzki, siostrzeniec Piłsudskiego, związany z Krakowem. W 2008 r. prezydent RP zaprosił mnie do Stoczni Gdańskiej, by odebrać odznaczenie przyznane księdzu pośmiertnie – Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, najwyższe nasze odznaczenie poza Orłem Białym. Nie zapomniano więc o kapłanie, który podzielił los katyńczyków.
Bolesne wspomnienie
Dla mnie wspomnienie o księdzu jest bardzo bolesne. Mam kontakty z wieloma ludźmi, którzy chcą tę pamięć o księdzu w jakiś sposób zachować i ja za to drogo płacę, po prostu przeżywam to od nowa… Bo był to ktoś bardzo bliski dla mojego męża. To był przykład braterskiej miłości. Rozumieli się bez słów. Mieszkali razem u księdza od 15 roku życia Piotra, aż do chwili, kiedy się pobraliśmy. A kiedy się pobraliśmy, utrzymywali nieustannie kontakt, mogli być ze sobą codziennie. Nie potrafili bez siebie istnieć. W dniu, kiedy zamordowano księdza, ktoś nieodpowiedzialny powiedział do Piotra, trzeba było nie mieć serca, by coś takiego powiedzieć: To przez ciebie Stefan zginął, bo nie potrafiłeś go upilnować… Mąż to straszliwie przeżył. Co on mógł zrobić?…
Pamiętam, że tego dnia, kiedy wieczorem zamordowano księdza, ksiądz miał się spotkać z trzema osobami: Henrykiem Łapieńskim, ks. Kazimierzem Ignaczukiem i z kimś jeszcze. I teoretycznie później to rozważaliśmy, czy gdyby się spotkał z tymi ludźmi, gdyby przyszły wtedy do księdza, czy one podzieliłyby los księdza, czy może uratowałyby go albo choć odsunęły moment zabójstwa? Później rozmawiałam z tymi osobami. Każdy z tych ludzi napotkał wtedy jakąś przeszkodę, by przyjść do księdza.
Śmierć ks. Niedzielaka była bardzo bolesną tragedią i dla kapłaństwa, bo wydaje mi się, że był naprawdę oddanym kapłanem, i dla Polski, bo miał odwagę mówić prawdę. Nie tylko miał odwagę mówić, ale jednocześnie i robić, bo to sanktuarium które założył, było dowodem jego ogromnej odwagi wtedy. Pamiętam jak wtedy powiedział: – Muszę postawić taki pomnik, którego nie zniszczą i nie zabiorą. Na Powązkach Wojskowych zabrano krzyż katyński i on ten swój krzyż później postawił. Dlatego ja ten krzyż wtopię w ścianę kościoła i tego nie zniszczą i będą musieli zaakceptować, bo kościoła nie wysadzą. Jeżeli zniszczą krzyż, to zostanie ślad. I miał rację, bo nikt nie próbował go zniszczyć.
O mężu, Piotrze Niedzielaku
Piotr był ekonomistą, kierownikiem działu adm.-gosp. w urzędzie wymiany zagranicznej poczty (zmarł w wieku 76 lat).
Krystyna Niedzielak – historyk literatury, córka ekonomistka, syn z kolei, jak Krystyna, skończył polonistykę.
(Stefan i Piotr mieli jeszcze jednego brata Pawła)
Zanotował Cezary Dąbrowski
Kategoria PolskaComments
Masz coś do przekazania?
















































































































































































