2 lata temu Bóg zabrał Kamilę
W piątek /18.2.2011/ minęły dwa lata od śmierci mistrzyni olimpijskiej w rzucie młotem z Sydney Kamili Skolimowskiej
Fundacja jej imienia pomogła w tym czasie wrócić do zdrowia 38 sportowcom
Były wśród nich znane osoby, jak Agata Wróbel (podnoszenie ciężarów), Nadia Kostiuczyk (badminton) czy Artur Noga (lekkoatletyka), ale i mniej znani sportowcy, którym na początku kariery zdarzyła się kontuzja.
– Na ich leczenie przeznaczono ponad 300 tys. zł. Fundacja systematycznie wystawia na licytacje różne sportowe pamiątki. W wielu przypadkach, by pomóc nie potrzeba wielkich kwot – powiedział ojciec Kamili i prezes fundacji Robert Skolimowski.
Działalność fundacji zapoczątkowało 200 tys. zł, za które Polski Komitet Olimpijski odkupił od rodziców Skolimowskiej złoty medal igrzysk w Sydney /2000 r./. Ambasadorami organizacji są wybitni polscy lekkoatleci: Anita Włodarczyk, Piotr Małachowski i Tomasz Majewski.
Uhonorować mistrzynię olimpijską postanowiły władze Pruszcza Gdańskiego. Podczas najbliższej (2 marca) sesji Rady Miasta jej imieniem zostanie nazwana jedna z ulic. Na tym osiedlu jest już kilka ulic upamiętniających wybitnych sportowców, m.in. Janusza Kusocińskiego i Władysława Komara. Naturalne więc było, by w ten sposób uczcić pamięć tak wspaniałej osoby, jak Kamila Skolimowska.
Kamila Skolimowska, która urodziła się 4 listopada 1982 r., zmarła niespodziewanie 18 lutego 2009 r. podczas zgrupowania w Portugalii. Przyczyną śmierci był zator tętnicy płucnej. Urna z jej prochami została złożona w grobie w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.
int.pl/pap /18.2.2011/
***
Pan Bóg się pomylił?…
Informacja o śmierci 26-letniej mistrzyni olimpijskiej Kamili Skolimowskiej, jaka nadeszła ze zgrupowania w Portugalii, była dla wszystkich wielkim szokiem i wstrząsem
Młoda i zdrowa lekkoatletka miała ambitne plany. Zamierzała walczyć o medal kolejnych igrzysk w Londynie w 2012 r. Jej nauczycielka wf. w stołecznym LO przy Sandomierskiej 12, do dziś (od 33 lat) rekordzistka Polski w pchnięciu kulą, Ludwika Chewińska, nie wytrzymała i nie powstrzymała łez. Rozpłakała się, jak dziecko.
– Kiedy dotarła do mnie ta wiadomość, zaparło mi dech. Tak mi przykro. Jako jej nauczycielka byłam dla niej koleżanką i przyjaciółką. Kamila była uczennicą przykładną, zdyscyplinowaną, obowiązkową, przygotowaną, uśmiechniętą, pogodną. Była dobrym duchem swojej klasy i przykładem dla innych, zarówno w szkole, jak i na boisku, wzorem do naśladowania. W roku olimpijskim zdawała maturę, którą zaliczyła bardzo dobrze – powiedziała Chewińska.
– Wielokrotnie przed olimpiadą w Sydney rozmawiałyśmy. Kamila prosiła mnie o radę, jak się zachowywać na tak wielkich zawodach. Radziłam jej, by zawsze wierzyła w siebie, w zwycięstwo, że stać ją na sukces – dodała Chewińska.
– Jeździłem za Kamilą wiele lat, jako szef konkurencji rzutowych w PZLA – powiedział trener Henryk Olszewski. – Byłem więc przy niej w Sydney, kiedy odniosła największy sukces. Była miła, pracowita, uczynna. Aż ciężko mówić… To szok… Więcej mógłby powiedzieć jej pierwszy trener Zbigniew Pałyszko. Kamila była wzorem sportowca. Snuła plany na olimpiadę w Londynie. Po pechowym starcie w Pekinie chciała powalczyć o kolejny medal igrzysk. Była wspaniałym sportowcem i człowiekiem. Walczyła o swoje do końca, rezolutna i konsekwentna.
– Jeszcze kilka dni wcześniej z nią rozmawiałem. Ostatnie zdjęcie zrobiłem jej, kiedy wracała z Pekinu. Ściskała się wtedy ze swoją mamą i swoim tatą. Niektórzy mówią coś o jakimś koksie, ale to bzdury, bo każdy zawodnik musi podać międzynarodowej komisji antydopingowej swoje aktualne miejsce pobytu i każdego dnia może ktoś się zjawić na kontrolę. Koks nie wchodzi więc w grę. Kamila była jajcarą. Kiedyś witając ją podszedłem i pytam: Czy to Otylia Jędrzejczak?… A ona: Tak, nie poznaje pan? Jestem przecież taka piękna i wysoka… – powiedział Leszek Fidusiewicz, znany i ceniony fotoreporter sportowy.
Wybrała pracę w policji
Kamila od pięciu lat pracowała w policji. Pytana o to, odpowiadała, że od dziecka fascynowała się bohaterami filmów kryminalnych. Kiedy w 2004 r. przechodziła z Warszawianki do Gwardii – wybrała ten zawód i zatrudniła się w KSP. Pracowała w Wydziale Doskonalenia Zawodowego. Zajmowała się szkoleniem funkcjonariuszy.
– Policjanci przyjeżdżają na dwudniowe zajęcia z samoobrony, ze stosowania środków przymusu bezpośredniego, czyli na przykład zakładania kajdanków. Tego uczyła policjantów Kamila – powiedział podinspektor Tomasz Tuszyński, jej bezpośredni przełożony w KSP.
– Była zaangażowana, sympatyczna, zawsze uśmiechnięta, nie znała słów: nie mogę. Bardzo dobrze się nam współpracowało. Świetnie sobie radziła i sport znakomicie jej w tym pomagał. Nikt z nas złego słowa o niej nie powie. Swoje plany, po olimpiadzie w Londynie, wiązała z policją. Każdemu z nas łezka się zakręciła, kiedy dowiedzieliśmy się, że nie żyje – dodał podinspektor.
Pan Bóg się nie myli
Największym autorytetem dla Kamili Skolimowskiej był nasz Ojciec Święty Jan Paweł II. Ktoś powiedział, że Pan Bóg się pomylił i nie powinien zabierać Kamili… Cóż, Pan Bóg się na pewno nie pomylił. Bo Pan Bóg się nie myli. Co się miało stać, to się stało… Śmierć Kamili, to wstrząs dla nas wszystkich. Pokazuje, jak nasze życie jest kruche.
Kamila była najmłodszą polską mistrzynią olimpijską. Kiedy zdobywała swój złoty medal, w Sydney w 2000 r., nie miała nawet 18 lat. Była też naszą najmłodszą mistrzynią i rekordzistką kraju w lekkoatletyce (osiągnęła to w wieku 13 lat). Odeszła od nas w wieku zaledwie 26 lat. Tyle jeszcze mogła przeżyć, tyle wygrać…
Takie chwile zmieniają życie
Tuż przed startem olimpijskim w Pekinie na moje pytanie: Podobno najmilszym dla ciebie wydarzeniem w życiu było tych kilka sekund spędzonych na olimpijskim podium ze złotym medalem na szyi, w Sydney, 29 września 2000 r.?, odpowiedziała: Takie chwile zmieniają życie i pozostają w pamięci do końca naszych dni.
Kamila Skolimowska urodziła się 4 listopada 1982 r. w Warszawie. Była córką ciężarowca Roberta Skolimowskiego, olimpijczyka z Moskwy. Jej matka, Teresa, rzucała dyskiem. Największy sukces Kamili, to olimpijskie złoto w 2000 r. Była też medalistką mistrzostw Europy seniorek oraz mistrzynią świata i Europy juniorek. Ostatnio reprezentowała Gwardię Warszawa.
Cezary Dąbrowski /luty 2009/
***
Umorzono śledztwo
Prawie rok temu, 18 lutego, zmarła mistrzyni olimpijska, Kamila Skolimowska. Dzisiaj śledztwo w tej sprawie umorzyła Warszawska Prokuratura Okręgowa – poinformowała jedna ze stacji radiowych
Kamila Skolimowska zmarła niespodziewanie 18 lutego 2009 r. w czasie zgrupowania polskich lekkoatletów w Portugalii
Według informacji przekazanych PAP, zasłabła podczas treningu. Podczas transportu do szpitala w Vila Real de Santo António straciła przytomność. Mimo godzinnej reanimacji lekarzom nie udało się jej uratować. Przyczyną śmierci był zator tętnicy płucnej.
Według informacji uzyskanych w prokuraturze – nie doszło do zaniedbania osób trzecich. Prokuratura zbadała w tej sprawie dokumenty Centralnego Ośrodka Medycyny Sportowej i materiały postępowania portugalskiej prokuratury.
Stwierdzono że za śmierć Kamili Skolimowskiej odpowiada zator tętnicy płucnej i że mistrzyni przeszła wszystkie konieczne badania przed wyjazdem na zgrupowanie w Villa Real de Santo Antonio. W ciele Skolimowskiej nie wykryto zakazanych substancji ani sterydów. Nie stwierdzono też zaniechania osób trzecich – poinformowało radio.
– Sprawę umorzyliśmy z powodu braku znamion czynu zabronionego – powiedział dla radia rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Mateusz Martyniuk.
pog/r.z. /4.2.2010/
***
Takie chwile zmieniają życie
Kamila Skolimowska, najmłodsza polska złota medalistka olimpijska, urodzona w Warszawie lekkoatletka, zawodniczka Skry, mówi z Chin o swoich oczekiwaniach związanych ze startem w Pekinie, a także o pracy w policji
W 2000 r. w Sydney zdobyłaś złoty medal olimpijski w rzucie młotem, w 2004 r. w Atenach byłaś na olimpiadzie piąta. Jak będzie w Pekinie?
Dowiemy się już niebawem. Dałam z siebie wszystko przez ostatnie cztery lata, dlatego moje oczekiwania są duże. Pracuję na to, abym była jedną z najlepszych na świecie.
Zdobyłaś do tej pory trzy medale w rywalizacji seniorek. Poza złotem olimpijskim masz jeszcze srebro i brąz mistrzostw Europy. Teraz o niczym tak nie marzysz, jak o medalu w Pekinie?
Dla każdego sportowca medal olimpijski jest uwieńczeniem jego treningów. Dążymy do doskonałości w swoim fachu i w Pekinie będę walczyć z całych sił.
Jesteś najmłodszą polską mistrzynią olimpijską. Kiedy zdobyłaś złoto w Sydney, miałaś niespełna 18 lat. Teraz, po 8 latach, jest najlepszy moment, by sięgnąć znów po mistrzostwo igrzysk?
Tak. Choć jest coraz ciężej z roku na rok. Jestem coraz starsza, mam więcej pracy w mięśniach, ale z drugiej strony jestem bardziej doświadczona. Konkurencja rośnie, przybywa konkurentek.
Podobno najmilszym dla ciebie wydarzeniem w życiu było tych kilka sekund spędzonych na olimpijskim podium ze złotym medalem na szyi, w Sydney, 29 września 2000 r. Życzę w Pekinie powtórki.
Dziękuję. Takie chwile zmieniają życie i pozostają w pamięci do końca naszych dni.
Do 11 sierpnia przebywałaś razem z innymi naszymi lekkoatletami w Japonii, w Kochi. To podobno bardzo dobry, sprawdzony ośrodek.
Byliśmy tam przed mistrzostwami świata w 2007 r. Kochi jest małą miejscowością. Było miło, sympatycznie, spokojnie, cicho. Rok 2007 był próbą generalna przed igrzyskami, sprawdziliśmy obiekty i hotel, dlatego bez ryzyka tam pojechaliśmy, wiedząc czego można się spodziewać. Mieliśmy do dyspozycji trzy stadiony dosłownie minutę od hotelu Haruno.
11 sierpnia przenieśliście się do wioski olimpijskiej. Startujesz 18 sierpnia w eliminacjach, a 20 sierpnia masz finał. Jak jest z formą?
Forma powoli zwyżkuje, według planu. Przechodziliśmy aklimatyzację, każdy w swoim indywidualnym czasie.
Kiedy rozmawialiśmy poprzednio bardzo chwaliłaś swego trenera Piotra Zajcewa z Białorusi. Pewnie nadal masz o nim bardzo dobrze zdanie. Co więc myślisz o decyzji Szymona Ziółkowskiego, także mistrza olimpijskiego z Sydney, który zrezygnował ze współpracy z Zajcewem?
Czas się zmienia, ludzie się zmieniają i pojawiają się nowe sytuacje. Spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu, mamy ponad 270 dni obozowych w roku. Można zaryzykować stwierdzenie, że w każdym dobrym małżeństwie są kłótnie i nieporozumienia.
Twój rekord życiowy 76.83 m osiągnęłaś 11.05.2007 r. w Katarze. Czy to najlepsze miejsce na dalekie rzuty, lepsze niż na przykład Pekin?
Nigdy w Pekinie nie miałam okazji startować, więc nie wiem, jak się tu rzuca. Niebawem zobaczymy… W Katarze rzeczywiście dobrze się rzuca. Są takie ulubione miejsca, gdzie człowiek świetnie się czuje i tam młotek lata daleko.
Podobno kuchnia polska jest twoją ulubioną? Wobec tego, jak jest z jedzeniem w Japonii i Chinach?
W Kochi mieliśmy akcenty polskiej kuchni, ponieważ w naszym hotelu był kucharz, który praktykował w Polsce. Jeżeli chodzi o wioskę olimpijską, to tu obowiązuje kuchnia z całego świata.
Co robisz w wolnych chwilach przed startem olimpijskim, jeżeli takie masz?
Odpoczywam, czytam książki, oglądam filmy i staram się, bym sobie nic złego nie zrobiła, czyli chucham i dmucham na zimno. Unikam zwiedzania i wycieczek. Na to przyjdzie czas po starcie.
Czy to prawda, że twoją największą zaletą jest konsekwencja?
Tak, ale i wadą, ponieważ czasami szkodzi, jak się zrobi za dużo, trzeba umieć to wypośrodkować. Praca dla pracy nie ma sensu. Każdy rzut i każde ćwiczenie jest ważne. Trzeba być maksymalnie na nim skupionym i wiedzieć, jakie daje pozytywy.
A największą wadą, że jesteś… pyskata i, przepraszam, czasem leniwa?
Tak, jestem pyskata. To wada, ale umiem z tym żyć. Czasami muszę się gęsto tłumaczyć i są śmieszne sytuacje. Bardzo nie lubię, gdy ktoś mnie lekceważy. Nie pozwolę się też obrażać, bo znam swoją wartość. Potrafię też czasami dogryźć… Uwielbiam leniuchować w łóżeczku i zawsze nastawiam budzik z poprawką na drzemkę.
Największym autorytetem dla ciebie był i jest Jan Paweł II?
Tak, bo był niezwykłym człowiekiem – osobowość wśród osób.
Kiedy planujesz założyć rodzinę i czy nad tym pracujesz?
Mam stałego partnera już prawie od 2 lat, który rozumie i akceptuje moje zajęcie. Rozmawiamy o przyszłości. Planuję trenować do olimpiady w Londynie, w 2012 roku. Będę mieć wtedy 30 lat. Sądzę, że wówczas nadejdzie czas na powiększanie rodziny.
Twój ojciec, Robert Skolimowski, to były sztangista, medalista mistrzostw świata. Na olimpiadzie nie zdobył medalu, więc pewnie ci bardzo zazdrości tego złota z Sydney?
Zdobył medal na zawodach Przyjaźń 84, więc również zasłużył na emeryturę olimpijską. Rodzice są moimi największymi kibicami. Zawsze są ze mną i mnie wspierają, w radosne i mniej radosne dni.
Od kilku lat pracujesz jako policjantka. Na czym polega twoja praca, czy chwalisz ją sobie i wiążesz z nią swoją przyszłość?
Bardzo chwalę sobie pracę w policji. Jestem oddelegowana do Wydziału Doskonalenia Zawodowego w Tomicach. Oczywiście, że wiążę swoją przyszłość z policją. Kiedyś nadejdzie taki dzień, gdy będę mogła w pełni poświęcić się służbie policyjnej.
Dlaczego akurat policja?
Ponieważ daje ona możliwość rozwoju. Poza tym, ta praca jest zbliżona do formy treningu. Jest przełożony, czyli… trener. Wykonywanie zleconych zadań można porównać do wykonywania planu treningowego. Mimo wszystko jest wiele podobieństw.
Brakuje ci Warszawy, bliskich, znajomych?
Teraz już nie. Kiedyś, gdy zaczynałam treningi, bardzo mi brakowało rodziny i znajomych. Po dwunastu latach treningów można się przyzwyczaić do ciągłych rozstań. Poza tym, w dobie internetu kontakty są znacznie łatwiejsze, zawsze można poplotkować na Skypie.
rozm. Cezary Dąbrowski /14.8.2008/
***
Nie biorę młota do ręki
Marzysz o wakacjach?
Jak najbardziej. Na początek dwa tygodnie w Tunezji. Pierwszy raz PZLA załatwia nam na koniec sezonu wyjazd za granicę. A po Tunezji jadę do Egiptu, gdzie zrobię sobie kurs nurkowania.
Byłaś już w Egipcie?
Byłam, bodaj trzy lata temu i wtedy złapałam bakcyla nurkowania.
Przygotowujesz się do wakacji?
Tak i muszę też te moje młotki wyrzucić z bagażnika, bo mam tam ponad 70 kilogramów złomu. Wszystko co mi przypomina rzut młotem chowam głęboko.
30 tysięcy dolarów za zwycięstwo w drużynowym Pucharze Świata w Atenach, to twoja najwyższa premia za wygrane zawody?
Tak. Wcześniej za złoty medal olimpijski zdobyty w Sydney w 2000 r. dostałam 90 tysięcy zł i na tamte czasy było to też dużo.
Na co wydasz te ciężko zarobione pieniądze?
Nie zastanawiałam się jeszcze nad tym. Z tych pieniędzy i tak dla mnie będzie tylko połowa, bo jest przecież podatek, a trenerowi i menedżerowi też należą się gaże. To co zostanie prawdopodobnie zainwestuję, by w przyszłości było z czego żyć.
Jestem nieco zszokowany, że dostaniesz tylko połowę z tych 30 tysięcy dolarów.
Ta połowa też bardzo cieszy. W mojej konkurencji jest trudno zarobić większe pieniądze, nie są to niestety biegi czy skoki. Rzut młotem rzadko jest umieszczany w programie dobrze płatnych zawodów, więc młociarze nie zarabiają tak, jak inni, ale mimo wszystko nie możemy narzekać. Cieszę się z tego, co mi się udało zarobić w tym sezonie. Na pewno zapewni mi to jakąś przyszłość.
A za mistrzostwa Europy, gdzie zdobyłaś brązowy medal, ile płacili?
Nic nie płacili. Medal i tyle. Ani federacja międzynarodowa, ani nasze władze nie dały zarobić za brąz mistrzostw Europy specjalnych premii. Premie pieniężne są tylko za mistrzostwa świata, wtedy płaci IAAF, i za olimpiadę, wówczas nagradza kraj medalisty.
Ale dla stałego miesięcznego finansowania zawodnika, jakichś stypendiów, medal mistrzostw Europy ma znaczenie?
Tak, oczywiście. W tym przypadku to ma znaczenie, bo na początku tego roku weszła nieszczęsna ustawa, która pozbawiła wielu zawodników stypendiów i sporo z nich zastanawia się, czy nie skończyć ze sportem wyczynowym. Kryteria są obecnie takie, że jak się nie zdobędzie medalu, nie ma się stypendium.
Rodzice przyczynili się w jakimś stopniu do tego fantastycznego rekordu Polski 75.29 m, pobitego w Atenach?
Rodzice mnie niesamowicie wspierają, bo bywają przecież naprawdę ciężkie chwile i zawsze w jakiś sposób starają się pomóc. Czasami nawet nie chcę tej ich pomocy, bo bywa to dla mnie nieco męczące, ale zawsze cokolwiek by nie robili, chcą przecież mi ulżyć, chcą bym miała spokój, mobilizują mnie. Jedną z form takiej mobilizacji był zakład, który zawarliśmy na początku sezonu. To było dla mnie ogromne wyzwanie, bo chodziło o poprawienie rekordu Polski i rzut na odległość powyżej 75 metrów. A nagrodą dla mnie od rodziców za wygranie zakładu miała być właśnie wspomniana już wycieczka do Egiptu. To była na pewno jakaś mobilizacja, bo cały czas podświadomie myśli się jednak o tym. A w Polsce nie mam niestety konkurencji, nie mam rywalek na podobnym poziomie, które by trenowały razem ze mną.
Chyba że tą rywalką będzie sam Szymon Ziółkowski?
Właśnie, chyba że Szymon Ziółkowski. Jest jednak problem, bo on rzuca siódemką, a ja czwóreczką. Potrzebny jest jednak ktoś do bezpośredniej rywalizacji, czwórka do czwórki, na przebieżkach, na płotkach i tak dalej. Potrzebna jest osoba, z którą można potrenować, ale i do której można by się też na przykład pożalić. Zupełnie inaczej się przecież rozmawia z dziewczyną, inaczej z mężczyzną. Bardzo więc brakuje i mi, i Szymonowi zresztą, takich osób, które byłyby w stanie razem z nami trenować, rozwijać się i jednocześnie sobie pomagać. Pozostaje więc współpraca na treningach, obozach, zgrupowaniach właśnie z Szymonem. Bardzo potrzebna jest grupa osób, która razem z nami by trenowała i podejmowałaby ten trud, a to przecież ciężka praca.
Jak już jesteśmy przy Szymonie Ziółkowskim, to co się z nim stało? Przed mistrzostwami Europy był najlepszy na świecie, wygrywał wszystko, a później to w zasadzie lepiej nie mówić…
Może za bardzo chciał wygrać mistrzostwa Europy, bo to czasem gubi zawodników, to obciążenie. Wszyscy twierdzili, że on już ten medal ma i tylko problem, by wyszedł i rzucił. Trudno jest być faworytem i on na pewno odczuł to na swoich barkach. A był fantastycznie przygotowany. Gdzieś popełnił jakiś mały błąd, bardzo bolesny dla niego, bo został bez medalu, a potrzebował tego medalu tak samo, jak ja. Takie błędy bolą, ale takie kopniaki od życia uczą i gdyby nie one, człowiek nie miałby mobilizacji, by sie podnieść.
A ty po prostu wiedziałaś kiedy wygrać, w Atenach, w najważniejszych zawodach?
W moim przypadku ten sezon wyglądał troszeczkę inaczej niż u Szymona. On miał bardzo ładną pierwszą część sezonu, a ja miałam ją niewyraźną. Były zawody, kiedy jeszcze miałam problemy nawet z trzema obrotami, były rozmowy z psychologiem Nikodemem Żukowskim, świetnym fachowcem, pracującym z kadrą od trzech lat, którego porady bardzo cenię. Tego psychologa polecił mi zresztą sam Szymon Ziółkowski. A każdy z nas jest tylko człowiekiem, każdy z nas ma dobre, ale i złe dni. Z zewnątrz wyglądamy jak twardziele, mocarze, a wewnątrz jesteśmy jak małe, delikatne dzieciaki. Każdy ma swoje wzloty i upadki, czasem potrzebujemy się wypłakać, czasem potrzebujemy, by ktoś na nas nakrzyczał, jak u normalnych ludzi. Naprawdę, jesteśmy normalnymi ludźmi.
Zawsze podkreślasz wspaniałą pracę z trenerem Piotrem Zajcewem. Co szczególnie cenisz u Zajcewa?
Jest stuprocentowym profesjonalistą i totalnym maksymalistą. Ostatnio rozmawialiśmy z trenerem na temat wyznaczenia sobie ambitnych celów, a on ma do czynienia z rzutem młotem od 40 lat, zna tę dziedzinę na wylot, widział wszystkich zawodników. Trener mówi, że bardzo sobie ceni współpracę z nami, że takich zawodników, jak my, to znaczy ja i Szymon Ziółkowski, nigdy jeszcze nie miał. Twierdzi że jesteśmy ludźmi na zupełnie innym poziomie. Nawet jeżeli chodzi o kulturę, uważa, że jesteśmy zawodnikami z wyższej półki, wyjątkowymi. Bardzo dobrze mu się z nami współpracuje, nie ma z nami problemów, wszystko sobie możemy sami wyjaśnić między sobą. Z tym człowiekiem jest prawdziwa współpraca na zasadzie partnerstwa, wytłumaczenia sobie wzajemnie wszystkiego, dochodzenia do wspólnych wniosków, a nie na zasadzie, że ja jestem trenerem i ja mam rację, a ty jesteś zawodnikiem i masz mnie słuchać. A rozmowa trenera z zawodnikiem jest bardzo potrzebna. Pan Zajcew wyczuwa wszystko, co w nas tkwi, co czujemy, a potrzebujemy dialogu i całkowitego zaufania. Bardzo często wielu zawodników się gubi w tych relacjach. Ja nie mówię, że jest łatwo, że jestem idealną zawodniczką, bo też mam swoje złe dni, ale dogadujemy się. Jest bardzo ciężko, bo trener Zajcew jest niezwykle wymagający, ale cieszę się, bo się dogadujemy. Nauczył mnie bardzo dużo, nauczył rozumieć rzut młotem, nauczył czuć to, czego wcześniej nie czułam, więc jestem ogromnie wdzięczna za jego cierpliwość wobec mnie.
Co się zmieniło w technice?
Wszystko się zmieniło. Wcześniej wielokrotnie podejmowałam próby przejścia z trzech na cztery obroty, które najczęściej kończyły się fiaskiem i dopiero u pana Zajcewa zaczęliśmy uczyć się po prostu od podstaw. Zaczął uczyć nas tak, jak małe dzieciaki, czyli od początku, od literki a w alfabecie rzutu młotem, od zamachu, od podniesienia ręki, od skrętu, od postawienia stopy. Nie wyobraża pan sobie, jak wiele czasu na treningach koncentrowaliśmy się tylko na tym, by prawa stopa stanęła w odpowiedniej odległości od stopy lewej przy dostawieniu, jak mamy trzymać biodro, na której nodze ma być ciężar, jaki skręt, jakie pochylenie, jakie odchylenie, gdzie łokieć. Bo to nie jest tak, że łokieć idzie do tyłu, on ma swoją drogę, wszystko ma swoją kolejność, głowa, jej przekrzywienie, gdzie należy się patrzyć w danym momencie. Ja w ogóle nie wiedziałam o tych rzeczach, nie zdawałam sobie z nich sprawy, w życiu bym o nich nie pomyślała, że mają swój wymiar w rzucie młotem. Trener zaczął nas uczyć tego wszystkiego. To niesamowicie duża praca, a jeszcze połowy rzeczy nie umiemy z tego, co powinniśmy, ale postępy są już tak duże, że zaczynamy kontrolować to wszystko. A rzut, który się wykonuje, musi być już automatyczny, a żeby taki był, trzeba w roku oddać ponad pięć tysięcy rzutów. A przy tych pięciu tysiącach rzutów, trzy tysiące są jeszcze źle wykonane, tylko dwa tysiące są wykonane prawidłowo. Trener zrobił podsumowanie i wyszło, że wykonaliśmy w tym roku 5.600 rzutów, więc bardzo dużo. W zeszłym roku było ich ponad 6 tysięcy. Ale na tym to polega, by rzucać bardzo dużo i w ten sposób dochodzić do mistrzostwa.
W innych krajach młociarze rzucają tak samo dużo?
Szczerze mówiąc, nie pytałam. Sądzę że jednak muszą oddawać jakąś zbliżoną liczbę rzutów. Nie wiem, czy wychodzi im sto rzutów dziennie, bo nam tyle wychodziło, a nawet czasem wykonywaliśmy sto rzutów na jednym treningu, by czegoś się nauczyć. Czasem trzeba być zmęczonym tak, że nie ma się już siły na nic, by się czegoś nauczyć. Po to były wprowadzone łańcuchy, po to były wprowadzone opony samochodowe, po to były specjalne linki, na których zawieszaliśmy ciężarki, po to kręciliśmy ze szczotką, zwykła szczotką, po to kręciliśmy innymi dziwnymi przedmiotami, by się nauczyć, poczuć, złapać właściwy rytm, właściwy ruch. Wiele osób widziało nas i wie, że przez cały sezon zaczynaliśmy treningi o godzinie 7.30 rano i mało kogo spotykaliśmy o tej porze na rozruchach. A my zawsze z Ziółkiem byliśmy już w pracy. Godzinny trening przed śniadaniem już mieliśmy.
Czyli Zajcew pokazał wam inny rzut młotem, inny sport?
Zupełnie inny punkt widzenia, inne spojrzenie na tę konkurencję.
To co to było – to przed trenerem Zajcewem?
Też było, też ciężko trenowaliśmy, tylko inaczej, innymi metodami, inne zestawienia. Teraz mamy więcej rzutów, więcej techniki. Można zapytać, po co ta technika, skoro Szymon trenuje 17 lat, a ja trenuję 10 lat rzut młotem… Kto robi technikę po tylu latach treningów… A robi się i powinno się robić. To naprawdę bardzo ważne.
Od 13 roku życia trenujesz rzut młotem?
A wcześniej jeszcze inne rzeczy trenowałam.
Co na przykład?
(śmiech) Podnoszenie ciężarów, wioślarstwo. Trzy miesiące siatkówkę.
A w podnoszeniu ciężarów jakie miałabyś szanse?
Duże szanse. Dwa lata trenowałam ciężary. Ojciec był ciężarowcem, w związku z tym odziedziczyłam po nim strukturę, całkiem niezły układ. Mówiono że jestem urodzona do ciężarów, bo ładnie mi sztanga wchodziła, ładnie łapałam bloki na barkach i nie było problemów, mam w miarę długie kciuki, których ojciec nie miał, mam je w takim razie po mamie i bardzo ładnie zapinałam sztangę na zamek, więc nie było żadnych problemów z blokadą, z czym miał problemy ojciec. I w mojej krótkiej przygodzie ze sztanga w 1994 roku, czyli gdzieś w wieku 11 i pół roku byłam już trzecia w mistrzostwach Polski seniorek w wadze 58 kilogramów (śmiech), więc początki mojej kariery były całkiem przyzwoite. Niestety, był przepis dla mnie ograniczający i nie mogłam dalej trenować ciężarów.
Za młoda?
Tak, byłam za młoda. Dopiero od 15 roku życia można było startować w zawodach mistrzowskich, a nie chciało mi się wtedy czekać trzy lata i zabrałam się za coś innego. Trafiłam do szkoły o profilu wioślarskim i zaczęłam wiosłować.
A skąd młot?
Mam starszego o trzy lata brata, który rzucał dyskiem i pchał kulą. W 1996 roku ojciec był jeszcze w wojsku, więc nas obowiązywało leczenie wojskowe, czyli tzw. branżówka. Byłam akurat u dentysty, który pracował na obiektach sportowych, zaszłam do brata na trening. Zagadał mnie jego trener, później ja zapytałam, czy mogę się oszczepnikiem pobawić… Powiedział, że mogę. Całą tę śmieszną sytuację widział pan Zbigniew Pałyszko, szkoleniowiec rzutu młotem. W Polsce jeszcze prawie nikt nie rzucał młotem. Pan Pałyszko mówi do mnie, że mam świetne warunki fizyczne i fajnie by było, gdybym zaczęła jednak rzucać tym młotem. Zagadał nie mnie, tylko mojego brata. Brat w domu ogłosił wszem i wobec, że padła taka propozycja od bardzo zacnego trenera, bo wtedy syn Pałyszki miał już bardzo dobre wyniki, bodaj był mistrzem świata juniorów. I rodzice powiedzieli, że zależy to ode mnie, ale fajnie by było, gdybym poszła i zobaczyła chociaż, jak to wygląda. Jak się mi spodoba, to mogę zostać, a jak nie, to nikt mi tam nie będzie kazać chodzić. Tak się zaczęło. Brat wtedy zmieniał klub, wziął mnie za rękę, poszliśmy i zostałam.
A ile czasu w roku masz wolnego od młota, rzucania młotem?
Sezon skończyliśmy 17 września, a przygotowania do następnego zaczynam od 30 października, czyli mam miesiąc i 13 dni wolnego od młota, nie od treningów w ogóle, ale od samego młota tak. Młota w tym czasie nie biorę do ręki. Sama sobą się teraz zajmuję, przygotowaniem do gór, czyli bieganie, pływanie, sauna i ćwiczenia rozciągające. Nie to, że w ogóle nic nie robię, ale młota do ręki do 30 października nie wezmę.
Waga zawodnika ma wpływ na odległość?
Trener twierdzi, że tak. Ja się z tym nie zgadzam (śmiech). Patrząc na to racjonalnie, jeżeli ktoś waży na przykład 90 kilo i rzuca, a założy sobie na plecy fajerkę, która ma 10 kilo, chcąc nie chcąc zrobi to wolniej. Tak samo, jeżeli dać zawodnikowi przebiec 20 metrów i potem dać mu do ręki 10 kilo, to wiadomo że będzie wolniej, ale ja jestem zawodniczką, u której waga jest taka wyjątkowo ruchoma. Jak ważyłam 13 kilo mniej, nie czułam żadnej różnicy. Jak ważę teraz 13 kilo więcej, też nie ma różnicy. Nie odczuwam, bym była wolniejsza, ociążała. Trener twierdzi, że waga powinna być nieco niższa i ona będzie taka w przyszłym roku, ale jeżeli chodzi o mój organizm, nie zauważyłam, by to miało wpływ na cokolwiek. Może dla kolan niższa waga jest bezpieczniejsza, bo jest mniejsze tarcie, mniejsze obciążenia przy skokach i biegach. To w jakimś stopniu przekonuje, ale nie ma to żadnego wpływu na wyniki.
Cel na przyszły rok?
Trener, na sezon który się skończył, zakładał, że powinnam rzucić 76 metrów. Wynik między 76 a 77 metrów powinnam uzyskać w przyszłym roku, a głównym celem będzie podium mistrzostw świata w Osace, czyli medal. Bardzo bym tego chciała.
Najbardziej ulubiony stadion? Ateny? Sydney?
Ateny bardzo miło wspominam. Bo i na igrzyskach, i teraz całkiem fajnie mi się rzucało. To ładny stadion, nie jest przytłaczający jak inne. Oczywiście na Sydney nie mogę narzekać. Ogólnie w Australii mi się daleko rzuca, bo kiedy nie pojadę, to dobre wyniki. Gdyby ta podróż była tylko dwa razy krótsza, albo cztery razy krótsza. Bo 24 godziny lotu, to nic miłego. Gdzie mi się jeszcze dobrze startuje? W Madrycie. To chyba trzy ulubione stadiony.
Wygląda, że lubisz ciepłe miejsca?
Chyba tak.
W takich warunkach rzucasz najdalej?
Nie zawsze. Trener Zajcew przygotowuje nas na rzucanie w każdych warunkach, czy to słońce, czy deszcz, musimy umieć znaleźć się w każdej pogodzie. Jeżeli pada deszcz, dużo osób gubi się. W Dubnicy, gdzie niedawno też poprawiłam rekord Polski, rzucając 74.73, było bardzo zimno i padał deszcz, więc warunki nie sprzyjały. Rywalki przewracały się w kole. Ja też się przewróciłam, zbiłam sobie mocno tyłek i plecy, ale było to już po rekordowym rzucie, chciałam pójść ostrzej i to mnie zgubiło. Poślizgnęłam się w kole, wylądowałam poza kołem. Osobiście lubię, jak jest zimniej. Urodziłam się w listopadzie, może dlatego. Nie lubię, gdy jest bardzo ciepło, jestem wtedy taka trochę śnięta, z drugiej strony nie mogę narzekać na wyniki przy takiej pogodzie. Wolę jednak, kiedy jest pochmurno, ma zaraz padać, to jest raczej moja pogoda.
rozm. Cezary Dąbrowski /22.10.2006/
Comments
Masz coś do przekazania?


















































































































































































