Justyna Lechman i Rinko Kobayashi

W ostatnich tygodniach wybrałem się na dwa recitale z sześciu jakie były przez kolejne trzy niedziele podczas Koncertów Chopinowskich w Łazienkach Królewskich w Warszawie. Na dwa występy pań – najpierw Rinko Kobayashi /18 sierpnia/, a następnie Justyny Lechman /1 września/

Obie panie już znam, byłem na ich występach w Łazienkach przed rokiem. Jestem bardzo zadowolony z tego że byłem na obu recitalach wspomnianych pań i w tym roku, oba były znakomite, obie pianistki zaprezentowały się fantastycznie. Mogę nawet stwierdzić że te występy były niesamowite

Justyna Lechman to jeszcze studentka, III roku, u Bronisławy Kawalli. Choć jeszcze studentka to już laureatka wielu znaczących nagród i wyróżnień. Jest takie określenie „żywe srebro”. Pasuje ono chyba do Justyny. Drobniutka, młoda dziewczyna, pełna energii, życia, uśmiechu, i co bardzo ważne świetna już pianistka.

Przed rokiem w Łazienkach zagrała m.in. Rondo op. 1, z wykonania którego miała wówczas najwięcej satysfakcji. – Miałam wielką przyjemność z zagrania Ronda op. 1, bo to utwór piętnastoletniego kompozytora, posiadający niezwykle dużo młodzieńczej energii – mówiła mi wtedy przy pomniku Chopina.

Koncert Lechman w tym roku był niesamowity ze względu na kilka okoliczności. Otóż po pierwsze było zimno. Ja strasznie zmarzłem, cały czas się trząsłem, z tego powodu byłem aż podenerwowany… A co na to Justyna? – W tym roku, mimo wszystko, pogoda była bardziej przyjazna do grania. Owszem, ręce marzły, ale paradoksalnie jest to lepsze niż niemal 40-stopniowy upał…

Po drugie Lechman grała w tym roku przy pomniku Chopina w dniu 1 września… A organizatorzy koncertów w Łazienkach boją się Niemców do dzisiaj… Bo na ulotce napisali co prawda że „pod okupacją hitlerowską zakazano wykonywania muzyki Chopina, a pomnik został w 1940 r. wysadzony w powietrze”, ale że ci hitlerowcy to nie byli przecież ani Sowieci, ani Żydzi, ani Finowie, ani Polacy, tylko właśnie Niemcy, to już nie wspomnieli… Boją się Niemców do dziś… Jak się pisze: „hitlerowcy”, to przecież nie wiadomo o kogo chodzi, wyznawcą poglądów hitlerowskich może być przecież osoba każdej narodowości, może to być nawet Polak… Są na pewno tacy na świecie, którzy nie wiedzą /już albo jeszcze/ że hitlerowcy to byli Niemcy.

Pomnik naszego genialnego kompozytora, wystawiony w Łazienkach w 1927 r. /dzieło Wacława Szymanowskiego/, po tym jak go Niemcy wysadzili w powietrze w 1940, następnie pocięli i wysłali do hut, został zrekonstruowany i ponownie umieszczony w tym miejscu w 1958 r.

Wspomnę jeszcze że na występ Lechman przyjechałem do Warszawy specjalnie, bo byłem przez jakiś czas w Białymstoku. Kiedy wróciłem w tym dniu do stolicy byłem w bardzo złym nastroju /ludzie…/ i kiedy poszedłem na koncert, to muzyka Chopina grana przez Justynę bardzo poprawiła mi humor. Tak więc mogę powiedzieć że to był Chopin na lepszy humor, na poprawę nastroju. Choć młoda pianistka nie wybrała samych ulubionych przez słuchaczy i najbardziej popularnych utworów kompozytora. Na jej występie nie było – ze względu na zimno – tłumów – ale publiczność była jakościowo na pewno lepsza od tej kiedy jest cieplutko i jest mnóstwo ludzi. Bo na te trudne warunki przyszli tylko prawdziwi fani Chopina i jego muzyki, nie było natomiast jakichś głupków, którzy nie potrafią się zachowywać na odpowiednim poziomie, a jacy się też zdarzają kiedy warunki pogodowe są bardziej sprzyjające.

Zapytałem Justynę Lechman /ur. 1990/, z czym jej się kojarzą hasła: 1 września – 1 września 1939 – Niemcy – pomnik Chopina – 1 września 2013. – 1 września szczególnie odczuwamy to że mimo doznanych nieszczęść i tragedii Naród Polski trwa, a wraz z nim muzyka – odpowiedziała rezolutnie.

Zapytałem też pianistkę czym żyła od ubiegłorocznego występu w Łazienkach do 1 września 2013, zarówno jeżeli chodzi o muzykę, jak też i inne sprawy. – Przez ten cały rok żyłam, myślę, bardzo zwyczajnie. Oprócz ciągłego studiowania fortepianu zimą zawsze znajduję czas na jazdę na nartach. Nie przepuszczam żadnego sezonu. Tak było i w tym roku – odpowiedziała. I teraz już wiemy że Justyna, poza tym że jest świetną pianistką, jest też zamiłowaną narciarką.

„Rinko Kobayashi to cudowna Japonka, wspaniała pianistka, zakochana w Chopinie, zakochana w Polsce, zakochana w Bogu, naszym katolickim Bogu” – tak pisałem o niej w ubiegłym roku po jej występie w Łazienkach, wtedy akurat w Teatrze na Wyspie.

„Rinko Kobayashi w wieku 22 lat, w 1973 r., wygrała konkurs pianistyczny w Tokio i w nagrodę, dwa lata później, w 1975 r., przyjechała na Konkurs Chopinowski do Warszawy. Od tych dwóch wydarzeń w jej życiu zaczęło się wszystko, nie tylko piękna kariera pianistki. W Warszawie poznała swego przyszłego męża, Polaka Alberta Grudzińskiego, katolika, a o tym właśnie marzyła, o mężu katoliku. Do Polski na stałe przeprowadziła się w 1977 r. A trzy lata później do Warszawy przenieśli się też jej rodzice” – to też napisałem w ubiegłym roku.

– Kiedy przyjechałam do Warszawy na Konkurs Chopinowski w 1975 r. poznałam przyszłego męża, wówczas pracownika Towarzystwa Fryderyka Chopina, później od 1991 r. dyrektora Konkursu Chopinowskiego, jednocześnie dyrektora generalnego Towarzystwa Fryderyka Chopina. Poznaliśmy się więc z mężem przez Chopina – powiedziała mi Rinko Kobayashi także przed rokiem.

Mieszka więc pani w Polsce od 35 lat. Jak się pani mieszka w naszym kraju? – zapytałem pianistkę.

Wspaniale. Polacy są bardzo mili, dla Japończyków są bardzo mili. Polacy lubią Japończyków i Japończycy lubią Polaków. Mam wielu przyjaciół, nie ma żadnych problemów.

Czym jest dla pani muzyka Chopina? Dzięki Chopinowi poznała też pani przyszłego męża.

Chopin jest dla mnie bardzo ważną częścią życia.

Nie byłoby pani tutaj gdyby nie Chopin… To najgenialniejszy pani zdaniem z kompozytorów?

Myślę że tak.

Kogo można ewentualnie porównywać z Chopinem?

Chyba nie ma nikogo takiego… Jeżeli chodzi o talent, to Mozart był oczywiście porównywalnie utalentowany. Ale Mozart to zupełnie coś innego… Chopin jest najtrudniejszy jeżeli chodzi o wykonanie jego utworów. Najtrudniej jest go grać. Tyle lat gram Chopina a nadal jest mi daleko do perfekcji, jeżeli chodzi o jego kompozycje.

Mówi pani po polsku. Jak było z nauką polskiego, łatwo?

Trudno. Nie uczyłam się polskiego w sensie uczęszczania na jakieś lekcje, zajęcia, kursy. Uczyłam się tylko ze słyszenia. Raz tylko kiedyś, bardzo dawno, poszłam do pewnego nauczyciela języka polskiego, ale wytrzymałam u niego tylko jeden dzień… Nauczyciel mi się nie podobał i koniec…

Który język jest łatwiejszy, polski czy japoński?

Myślę że jeżeli na początku nauczymy się gramatyki, to polski jest łatwiejszy od japońskiego. Powiem też coś takiego, wstyd to powiedzieć, ale jak bywam w Japonii to widzę że teraz Japończycy nie znają dobrze japońskiego… – powiedziała mi Rinko Kobayashi /też przed rokiem/.

Rinko Kobayashi już w wieku 5 lat była cudownym dzieckiem i regularnie występowała w radiu i telewizji. Znana na całym świecie pianistka mówi o swojej grze, że jest ona formą modlitwy do Boga.

Szkoda że w tym roku Rinko Kobayashi nie zagrała w japońskim kimonie, które wkłada przy szczególnych okazjach, jak przed rokiem w Teatrze na Wyspie. Wtedy nie zrobiłem jej jednak zdjęcia w kimonie, z winy i głupoty organizatorów, w tym też nie, bo tym razem go nie włożyła.

Koncert Rinko Kobayashi w tym roku /18 sierpnia/ był niesamowity. Z różnych względów. Była wspaniała słoneczna pogoda i było pełno ludzi. Ja na koncercie chopinowskim w Łazienkach tylu ludzi chyba jeszcze nie widziałem… To raz. Dwa – widziałem znaną, popularną osobę, co nie jest o dziwo zbyt częste podczas recitali przy pomniku. A kogo widziałem? Trenera naszych siatkarzy – Włocha Andreę Anastasiego. Wypada tylko się cieszyć że Anastasi też kocha Chopina. Trzy – podczas występu Kobayashi zasłabł jakiś mężczyzna. Trzeba aż było go wynosić w bardziej odpowiednie miejsce. Pierwszy raz chyba z czymś takim się spotkałem. I jeszcze zdarzyło się to blisko pianistki, tak że ona to zauważyła, przerwała grę i prosiła za pośrednictwem Andrzeja Krusiewicza by poszukać lekarza. Kobieta z refleksem! Miejmy nadzieję że pechowemu mężczyźnie nic złego się nie stało i wyszedł z tego cało. Cztery – znów widziałem mysz na koncercie. Zabawne że widziała ją także pianistka, co mi potem potwierdziła.

A poza wszystkim koncert był wspaniały ze względu na klasę zaprezentowaną przez pianistkę. Dostała wielkie, zasłużone brawa. A grała w większości bardzo trudne utwory. Ja byłem zachwycony do tego stopnia że stwierdziłem: to najlepszy występ przy pomniku Chopina w tym roku! Oczywiście, z tych które widziałem, bo nie byłem na wszystkich. Kobayashi – kiedy pytałem ją o recital z ubiegłego roku i ten z tego – powiedziała że tym razem największym problemem był słabo dostrojony fortepian. Nie myszy, nie dzieci i jakieś głupki które hałasowały i podchodziły za blisko, tylko niedostrojony instrument…

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /5.IX.2013/

***

Myszy na Chopinie

Prof. Kazimierz Gierżod kilka dni wcześniej, 6 sierpnia, miał 77 urodziny, a w niedzielę 11 sierpnia grał pod pomnikiem Fryderyka Chopina w Łazienkach Królewskich. I zaprezentował licznie zgromadzonej publiczności przepiękne, wspaniałe utwory naszego genialnego kompozytora

O tym jaki to był repertuar powiedział mi po koncercie sam: – To był taki repertuar przekrojowy, bo Polonez d-moll jest jeszcze z okresu warszawskiego, kiedy Chopin miał około 18 lat jak go napisał. A nie jest on często grywany. Uważam że szkoda, bo to bardzo wartościowy utwór

– W ogóle dwa Polonezy z opusu 71, wydane zresztą po śmierci kompozytora, uważam za bardzo wartościowe pozycje, zasługujące na prezentowanie publiczności. O Balladzie g-moll nie muszę dużo mówić, to olbrzymia forma, bardzo znana, bardzo popularna. Kiedyś Chopin chyba sam miał się wyrazić że kocha ją najbardziej z wszystkich czterech ballad. Ja czuję podobnie.

– Nokturn cis-moll, tak zwany pośmiertny, Chopin w jakiś sposób przesłał siostrze Ludwice, żeby sobie poćwiczyła przed koncertem f-moll, bo zawiera on elementy tego właśnie koncertu f-moll. To tak w wielkim skrócie. Walce są tak samo bardzo sentymentalne, też nie wydane za życia Chopina, mówię tu o walcu opus 69. Natomiast Andante spianato i Wielki Polonez był raz wykonany przez Chopina, w Paryżu, i był przyjęty entuzjastycznie przez Francuzów, był to wielki sukces. Przyniósł Chopinowi wielką sławę jako pianiście.

Zapytałem też prof. Gierżoda, czy u pianisty ważniejsza jest głowa, czy ręce? – Nie wiem… /śmiech/ Trudno powiedzieć… Wszystko jest ważne.

I jeszcze, co jest najważniejsze by ręce dobrze grały? – Lata pracy. Paderewski mówił że to 1 procent talentu, 9 procent szczęścia i 90 procent pracy. Praca, praca i jeszcze raz praca – odpowiedział Kazimierz Gierżod.

Podczas występu prof. Gierżoda słuchałem pięknej muzyki i myślałem sobie tak ogólnie że człowiek jest genialny, skoro wymyślił coś tak wspaniałego jak pianino, jak akordeon, jak gitara, jak skrzypce, jak trąbka /potem jeszcze na tym skomponował cudowne rzeczy, jak choćby Chopin/. I jeszcze potrafił to wszystko połączyć w zespół, w orkiestrę. A później jakaś idiotka /młoda dziewczyna, też człowiek…/ zapaliła podczas koncertu chopinowskiego papierosa i zasmrodziła atmosferę, inaczej: zepsuła atmosferę. Ale zaraz sobie poszła, na szczęście.

Wracając do prof. Gierżoda wypada życzyć mu wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Panie Kazimierzu, życzę jeszcze wielu pięknych koncertów, i pod pomnikiem Chopina w Łazienkach, i we wspaniałych salach koncertowych, przy komplecie publiczności!

W ostatnich tygodniach byłem też w Łazienkach na recitalach: Marii Koreckiej, Filipa Wojciechowskiego i Krystyny Man Li Szczepańskiej. Marii Koreckiej nie trzeba przedstawiać, bo p. Maria od lat jest znaną i cenioną pianistką, profesorem. I oczywiście zawsze prezentuje wysoki poziom, tak jak 21 lipca tego roku. Przypomnę co mi p. Maria mówiła przed rokiem pod pomnikiem Chopina, po ubiegłorocznym recitalu: – Chopin jest uniwersalny, trafia do każdego, wyraża wszelkie możliwe uczucia i nastroje. A my artyści chcemy wyrażać te uczucia, wzruszamy się też przy tym sami. Czy w młodości, czy w późnych latach, zawsze się wzruszamy. /…/ Zawsze dobieram sobie repertuar zróżnicowany. Biorę pod uwagę słuchaczy, bo jeżeli na przykład będziemy grać tylko cicho i wolno, to ludzie nie wytrzymają. Czyli po jakimś szybkim utworze gram wolniejszy, potem jakaś duża forma, wymagająca skupienia. /…/ Wstyd powiedzieć który raz już tu gram… Naprawdę sporo tego już było… Jak pan widzi, to jest największy salon Warszawy. Publiczność bardzo dobrze odbiera te koncerty.

Znakomitą formę zaprezentował 28 lipca Filip Wojciechowski, który musiał się też zmagać ze straszliwym upałem. Słońce paliło tak ostro że pot lał się z niego strumieniami, a palce przyklejały do klawiatury… Filip Wojciechowski to wciąż jeszcze młody pianista /ma 43 lata/, a już cieszący się zasłużonym uznaniem. Ma na koncie mnóstwo nagród i wyróżnień. Jest założycielem i liderem cenionego tria jazzowego. Prywatnie mężem również znanej i cenionej pianistki Justyny Galant, z którą wspólnie koncertuje.

4 sierpnia jechałem do Łazienek na recital Bronisławy Kawalli, bo tak było w programie. Niestety z powodu nieprzewidzianych przypadków po drodze pod pomnik Chopina dotarłem pod koniec koncertu. Poza tym okazało się że organizatorzy wprowadzili zmianę i zamiast Kawalli zagrała Krystyna Man Li Szczepańska. Słyszałem tylko dwa, może trzy ostatnie utwory w jej wykonaniu. To co słyszałem podobało mi się. Pianistka urodziła się w Pekinie, ale przyjechała na studia do Polski i… została w naszym kraju. Wyszła za mąż za Polaka Jana Piotra Szczepańskiego. Jest studentką u prof. Kazimierza Gierżoda, choć sama już uczy gry na fortepianie. Mieszka w Krakowie. Na stronie Man Li Szczepańskiej znalazłem taką oto notkę: „Man Li – najwybitniejsza pianistka chińska na świecie”. Swój pierwszy koncert zagrała podobno w wieku 5 lat. Do Polski przyjechała w 2001 r. Krystyna Man Li Szczepańska ma 29 lat, niedawno przyjęła katolicki chrzest, katoliczką jest też jej córeczka.

Jeszcze parę słów o ostatnim koncercie w Łazienkach, czyli tym z 11 sierpnia. Otóż był on dla mnie niesamowity także z tego powodu że aż trzy razy widziałem myszy… Nigdy wcześniej nic takiego mi się nie zdarzyło pod pomnikiem Chopina w czasie koncertu. A tu nagle mysz niemal weszła mi do torby…

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /12.VIII.2013/

***

Coraz głośniej o Poturzynie

O Poturzynie, małej miejscowości leżącej na jeszcze dziewiczym Roztoczu, jest i będzie coraz głośniej. W dniach 12-14 lipca odbyła się tam drugi raz Letnia Akademia Artystyczna „Chopin w Poturzynie”. Impreza nabrała dużego rozmachu

Chcę zwrócić uwagę na kilka – moim zdaniem – ważnych rzeczy. Przede wszystkim – oprócz wielu lokalnych patronów, organizatorów i sponsorów znacząco włączył się do organizacji tego wydarzenia Narodowy Instytut Fryderyka Chopina z Warszawy. Myślę że ten fakt spowoduje nie tylko dalszy rozwój samej imprezy, ale uczyni też Poturzyn – położony niemal na krańcu południowo-zachodniej Polski – jednym z ważniejszych miejsc wysokiej kultury muzycznej

Dzięki NIFC mieliśmy okazję obejrzeć w Poturzynie film dokumentalny „Serce Chopina”, a dla najmłodszych przygotowano też warsztaty aktywizacji artystycznej. Zastępca dyrektora NIFC Wojciech Marchwica powiedział m.in. że trzeba koniecznie wspierać takie wspaniałe inicjatywy lokalne. Koncertom towarzyszyło ponadto stoisko z publikacjami i płytami wydanymi przez NIFC oraz Wydawnictwo „Pani Twardowska”.

Dla gości w jednej z sal Szkoły Podstawowej im. F. Chopina w Poturzynie otwarto też „Salonik Chopina”, czyli prywatną kolekcję chopinaliów Łucji Watras ze sporą liczbą książek, starszych i nowszych, związanych z postacią naszego genialnego kompozytora.

Jako muzyka interesowały mnie przede wszystkim koncerty, które podobnie jak w ubiegłym roku odbywały się u stóp dworku, pomiędzy dwoma stawami, przy przepięknej wierzbie. Muzyka grana na wolnym powietrzu zawsze dodaje niesamowitego uroku.

Najbardziej urzekł mnie koncert Joanny Ławrynowicz, która wśród kilku utworów zagrała też mój ulubiony kujawiakowy Mazurek e-moll op. 17 nr 2 z przepięknym motywem melodycznym. Występowi pianistki towarzyszyli aktorzy: Alicja Jachiewicz i Stefan Schmidt. Czytali oni fragmenty listów i wiersze związane z Chopinem. To ważny element Akademii Artystycznej w Poturzynie, bo jest wiele materiałów pisanych o Chopinie wartych zaprezentowania publiczności.

Poza wymienionymi artystami słuchacze mieli także okazję wysłuchać recitalu Piotra Banasika, duetu Stanisława i Jekateriny Drzewieckich, koncertu muzyków z Filharmonii Lubelskiej, m.in. Marioli Zagojskiej – sopran, Doroty Szostak-Gąski – sopran, Jakuba Gąski – tenor, Natalii Kozub – skrzypce i Agnieszki Schulz-Brzyskiej – fortepian.

Warto też dodać że w sobotnim plenerowym koncercie grali mali chopiniści – uczniowie szkół muzycznych. To laureaci Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina dla Dzieci i Młodzieży ze szkół muzycznych pod patronatem marszałka województwa lubelskiego Krzysztofa Hetmana. Po występie np. Józefa Domżała widać było i słychać że obniżył się próg wiekowy młodzieży grającej Chopina z biegłością i dojrzałością.

Koncertom towarzyszyły plenery fotograficzne, malarskie, spotkanie z dziećmi znanej autorki książek dla najmłodszych – Doroty Gellner – oraz spotkanie na temat Chopina piszącej te słowa.

Oczywiście wszystkich artystów i koncertów było znacznie więcej niż wspomniałam.

Trzeba podkreślić znakomitą organizację, pod każdym względem. Piękne słowa uznania należą się władzom gminy Telatyn i wszystkim urzędom, sponsorom którzy przyczynili się do świetności tego wydarzenia. Czuwała nad tym również niestrudzona pani Maria Kołodziej, dyrektorka miejscowej szkoły podstawowej oraz współorganizatorka Letniej Akademii. Jak na takie małe środowisko uczestniczyło w niej wiele osób spoza Poturzyna, często z odległych miejsc. Oznacza to że za kilka lat turyści będą specjalnie wybierać się na to święto muzyki Chopina.

Jako osoba oczarowana pięknem Roztocza – jest tu ostatni bastion niezniszczonej przyrody, gdzie co krok ptasie rodziny rozkoszują się pobytem w polskich gniazdach – zachęcam z całego serca do odwiedzenia Poturzyna i okolic. Na pewno mocno wspiera mnie też pani Maria i wszyscy którzy tak życzliwie traktowali festiwalowych gości. WIELKIE BRAWA!

Alicja Twardowska /Poturzyn, 14.VII.2013/

***

Cudowny Chopin i świetni pianiści

Piękne rzeczy dzieją się co niedziela pod Pomnikiem Fryderyka Chopina w warszawskich Łazienkach Królewskich. Wspaniała muzyka, wspaniali pianiści, wspaniałe miejsce i co bardzo ważne – mnóstwo słuchaczy

Byłem jak do tej pory niestety tylko na czterech Koncertach Chopinowskich w tym roku, a było ich już dużo więcej. Chciałoby się być na wszystkich. Grają świetni pianiści z wielu różnych krajów. Na razie udało mi się wysłuchać występów Karola Radziwonowicza, Marka Brachy, Zuzany Simurdovej i Miko Okumury

Wszystkie koncerty, całej wymienionej czwórki, bardzo mi się podobały. Pamiętam że byłem pod wrażeniem świetnej gry Karola Radziwonowicza. Nie mniej byłem zadowolony i usatysfakcjonowany z występów Marka Brachy oraz Zuzany Simurdovej z Kanady. A ostatnią pianistką której mogłem wysłuchać była w niedzielę 14 lipca Japonka Miko Okumura, z tego co powiedziano w Łazienkach – wielka przyjaciółka Polski. Jej gra także bardzo mi się spodobała, może nawet najbardziej z całej tej czwórki. Okumura grała naprawdę pięknie.

Bardzo dużo ludzi przychodzi na Koncerty Chopinowskie. To cieszy. Co prawda czasem zdarzają się jacyś wariaci, jak na przykład kobieta która w trakcie gry pianisty rozłożyła się jak długa na plecy i jeszcze gołą nogę /w dodatku jeszcze niezbyt ładną/ podnosiła do góry… Tak żeby wszyscy widzieli jej brzydką nogę… Albo ostatnio jakaś młoda kobieta usiadła tak że siedzący z tyłu poza słuchaniem muzyki mogli też oglądać jej gołą pupę… Ale idiotów i chamów jest na koncertach niewielu, to margines. Na szczęście. Bo ja w ostatnią niedzielę nawet sobie pomyślałem że na Chopina do Łazienek przychodzi przecież elita, przychodzą ludzie z klasą, kultura.

Otoczenie Pomnika Chopina po odnowieniu jest… odnowione. Nie podoba mi się że zamiast przepięknych czerwonych róż, jakie tu były przed remontem, teraz mamy jakieś nie za ładne kwiatki, celowo nie piszę kwiaty, ale właśnie jakieś, w dodatku brzydkie kwiatki… Jest chyba trochę więcej ławek, nowych ławek, choć jak zauważył zapytany przeze mnie prof. Kazimierz Gierżod – ławek jest… za mało.

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /14.VII.2013/

 ***

Muzyka zbliża do Boga

Ukazała się biografia prof. Lidii Kozubek, jednej z największych polskich pianistek, zatytułowana „Profesor Lidia Kozubek jaką znam”. Autorami są Wietnamczycy – pianistka Ta Lan Phuong oraz profesor fizyki, który w książce występuje pod pseudonimem Waldemar Wróblewski

„Mój zawód muzyka – pianistki, pedagoga i muzykologa, traktuję jako misję która ma objawiać piękno i uszlachetniać psychikę słuchaczy, dlatego stronię od wszelkich ekstrawagancji w wykonywaniu muzyki oraz zbytniego indywidualizmu, nieopanowanego »wyżywania się«, rzekomego temperamentu” – stwierdza we wstępie do swojej biografii prof. Lidia Kozubek

Książka podzielona jest na kilka działów tematycznych, wśród których do najważniejszych zaliczyć można działalność koncertową i naukową pani profesor. Ze wzruszeniem śledzimy w niej lata młodości pianistki, jak również czytamy o jej spotkaniach i wpływie jaki wywarł na jej grę i postrzeganie muzyki mistrz – bo tak tylko o nim Lidia Kozubek zwykła mówić – wielki Arturo Benedetti Michelangeli.

Fascynacja dźwiękiem fortepianu

Profesor Lidia Kozubek przyszła na świat w Poznaniu 19 stycznia 1927 r. w rodzinie szczególnie umuzykalnionej. Jej ojciec, nie będąc zawodowym muzykiem, grał jako amator na kilku instrumentach, wśród których preferował skrzypce. W późniejszym czasie mała Lidia wielokrotnie mu akompaniowała. Zapamiętała także mądre rady jakie jej dawał, na przykład: „Ty nie oddychasz między frazami”, kiedy nie zdejmowała właściwie nogi z pedału czy ręki z klawiatury. Z wczesnych lat dziecięcych pamięta także piękny głos mamy, która śpiewała jej pieśni religijne i ludowe, wożąc ją w wózku.

Lidia Kozubek wspomina że zawsze fascynował ją dźwięk fortepianu kiedy słuchała muzyki przez radio. Miała jedynie osiem lat kiedy zaczęła uczęszczać do filii Instytutu Muzycznego w Poznaniu. Jako dwunastoletnia dziewczynka 14 czerwca 1939 r. wzięła udział w „Rewii Młodych Talentów” w Teatrze Polskim w Poznaniu, co było dla niej wielkim przeżyciem. Po wojnie kontynuowała naukę w Gimnazjum i Liceum Humanistyczno-Muzycznym w Katowicach, gdzie zajęcia prowadzili znani profesorowie. Od nich Lidia przejęła ideały artystyczne i humanistyczne którym wierna jest do dzisiaj. Uważa bowiem że tylko osoba wrażliwa na szlachetne treści zawarte przez kompozytorów w ich dziełach może być prawdziwym artystą. Podkreśla także że muzyka ma swój język, swój poziom psychiczny i powinna być grana Panu Bogu na chwałę, a ludzi pokrzepiać i uszlachetniać. Takiego podejścia do kompozycji muzycznych nauczył ją Arturo Benedetti Michelangeli, do którego jeździła do włoskiego Arezzo na Międzynarodowe Kursy Perfekcji i Interpretacji Pianistycznej.

„W 1958 roku rozpoczęłam wyjazdy na kursy do Michelangelego. To bardzo ważny moment w moim życiu, bo te studia dały mi chyba najwięcej. On rozumiał muzykę tak jak nikt inny” – wspomina Lidia Kozubek. W książce czytam że podczas lekcji Michelangeli ukazywał uczniom w kompozycji szczegóły których liczba i sposób pogłębienia zależały również od talentu ucznia oraz stopnia jego zaawansowania. Nieraz Lidia po lekcji zdawała sobie sprawę z tego że zrealizowanie wszystkich jego zaleceń wymagałoby wielu lat pracy nad tym jednym utworem. „Zadziwiający dla uczniów był fakt że to co dla nich było odkryciem Ameryki, dla Mistrza było po prostu tylko wiernym odczytaniem tekstu nutowego, w którym zawarta jest cała intencja kompozytora” – czytam.

Dokonania muzyczne

Talent pani profesor szybko został dostrzeżony zarówno przez szeroko pojęte środowisko artystyczne, jak i krytyków. Koncertowała z liczącymi się na świecie orkiestrami, dawała recitale, nagrywała audycje, m.in. dla francuskiego radia. Po jednym z jej występów Tauno Martinem napisał znamienne słowa: „Polska pianistka Lidia Kozubek grała ostatniej niedzieli w domu urodzenia Sibeliusa utwory Chopina w sposób który otworzył zupełnie nową perspektywę na muzykę polskiego mistrza. Jej chwyt klawiatury był mocny, prawie męski. Rytm przebiegał z temperamentem i plastyką w każdej sytuacji. Jednak w największym tempie nie brakowało kontroli, tak że technika nigdzie nie zawiodła. Etiuda op. 25 c-moll była zagrana z taką biegłością jakiej tutaj nigdy wcześniej nie słyszano”.

Wielkim przeżyciem – wspomina pani profesor – był dla niej pierwszy wyjazd na koncert do Żelazowej Woli. Była tak przejęta że bała się czy w ogóle coś zagra… Jej obawy okazały się płonne, bo zarówno ten koncert jak i wszystkie inne które wykonywała w Polsce i na świecie (trudno wymienić wszystkie kraje w których występowała) stanowiły dla słuchaczy duchowe przeżycie. Choć jej repertuar koncertowy obejmuje wszystkie style muzyczne, to zawsze wybiera te kompozycje które jej się podobają i które lubi (do książki dołączony jest spis koncertów pianistki).

Oprócz Chopina gra m.in. utwory Szymanowskiego, Debussy’ego czy Ravela. Warto dodać że pani profesor wielokrotnie prowadziła także własne kursy pianistyczne w Japonii, Hongkongu i na Tajwanie, a w Europie: w Danii, Austrii i Norwegii. Obok pianistyki ważne miejsce w jej życiu zajmuje pedagogika. Jako profesor Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie wychowała wiele pokoleń cenionych muzyków (na końcu książki znajduje się spis uczniów pani profesor). Uczy ich że najwięksi artyści uważali swój zawód muzyka za powołanie, więc motorem ich działania powinno być umiłowanie muzyki i słuchacza, a nie tylko ambicje.

Pani profesor kładzie także nacisk na nauczenie swoich studentów odpowiedzialności za utwór który kompozytor z całym zaufaniem nam powierzył, a także za słuchacza którego psychikę możemy podnieść albo obniżyć. „Przecież gramy nie własne utwory, dlatego powinniśmy być wiernymi odtwórcami przekazów dzieła, które nam twórcy z całym zaufaniem powierzają. Tak też uważał wielki pianista A.B. Michelangeli, mówiąc że: »mamy być wykonawcą granego utworu i jego przekaz głęboko studiować«, co też starałam się czynić w mojej pracy – na cześć i chwałę Boga i dla pożytku bliźnich” – stwierdza pani profesor.

Warto dodać że właśnie ukazała się kolejna płyta Lidii Kozubek zatytułowana „Polska miniatura fortepianowa XX wieku”, na której usłyszeć można m.in. utwory Szymanowskiego, Lutosławskiego, Różyckiego czy Rybickiego.

Piotr Czartoryski-Sziler/nd /3.XI.2012/

***

Chopin i jego Europa

Dużo wielkiej i pięknej muzyki, wielu wspaniałych solistów i znakomitych zespołów oraz wyjątkowa atmosfera sprawiły że zakończony niedawno Międzynarodowy Festiwal Muzyczny „Chopin i jego Europa” można porównać do cudownej wyspy. Wyspy dziwnie ocalałej wśród powszechnie już zwulgaryzowanej sztuki

Na szczęście barbarzyńcy niecałkowicie jeszcze zawłaszczyli przestrzeń muzyki poważnej

W tym roku festiwal odbywał się pod hasłem „Od Bacha do Debussy’ego i Kilara”. Wprawdzie muzyka Wojciecha Kilara zaprezentowana została tylko w dwóch utworach: skomponowanej w 1986 „Orawie” oraz „Polonezie” (1998 r.) z filmu „Pan Tadeusz”. Ale dobre i to. Zwłaszcza że ten wybitny kompozytor w tym roku obchodzi 80 urodziny. Natomiast seria koncertów muzyki Bacha stanowi tutaj punkt odniesienia. Chopin – jak wiadomo – był nadzwyczaj zafascynowany Bachem, uważał go za swego mistrza. Z kolei nazwisko Claude’a Debussy’ego umieszczone w tytule wiąże się z okrągłą, 150 rocznicą urodzin tego znakomitego kompozytora.

Wśród gwiazd najbardziej oczekiwana była – jak w latach ubiegłych – Martha Argerich, która już przyzwyczaiła nas do koncertowania około północy. Każde jej wyjście na scenę podczas dwóch wieczorów to nie tylko doskonały koncert, ale też wspaniały, uroczy teatr. Teatr pracy rąk na klawiaturze, teatr mimiki odzwierciedlającej na twarzy stan ducha i przeżycia artystyczne pianistki. A przy tym obserwujemy jakże cudowne relacje między solistami, orkiestrą i dyrygentem.

Ów teatr pojawiał się także przy koncertach innych pianistów, że wymienię tylko Yuliannę Avdeevą, Danila Trifonowa czy Alejandro Petraso. Teatr to także  niektórzy dyrygenci, na przykład „tańczący” Michael Güttler dyrygujący inauguracyjnym koncertem. Cóż to za wspaniały widok. Wprawdzie sam koncert nie w całości udany.

Uwertura do opery „Monbar, czyli Flibustierowie” Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego to bardzo piękna muzyka i z ducha polska, do tego – jako ciekawostka – wykonana pierwszy raz na historycznych instrumentach. Rzecz niezwykle rzadko grywana.

Teatralna „pantomima” dyrygenta chwilami na sobie skupiała całą uwagę publiczności, odsuwając nieco na dalszy plan wsłuchiwanie się w brzmienie muzyki Dobrzyńskiego.

Natomiast „Koncert fortepianowy e-moll” Fryderyka Chopina w wykonaniu Alexandra Melnikova, niestety, zawiódł oczekiwania. Wprawdzie po części można usprawiedliwić słynnego pianistę, grał z obandażowanym palcem, bo trzy godziny przed koncertem skaleczył się, ale dziwić może też usilne wpatrywanie się w rozłożone nuty, co sprawiało wrażenie, jakby wykonawca nie był przygotowany dostatecznie. Prawdę mówiąc dotąd nie widziałam by któryś z wykonawców „Koncertu fortepianowego e-moll” Chopina pilnie wpatrywał się w każdą nutkę. Zazwyczaj artyści grają ten utwór z pamięci. Po koncercie Melnikov tłumaczył się że miał wielką tremę przed polską publicznością, i że pierwszy raz grał ten koncert.

Także finał festiwalu trzeba podzielić na połowę. O ile Dmitri Alexeev wspaniale zagrał „Koncert fortepianowy D-dur na lewą rękę” Maurice’a Ravela, biegle operując wyłącznie lewą ręką, prawą zaś trzymając opuszczoną wzdłuż ciała (wizualnie rzecz biorąc, to także rodzaj teatru, gestycznego), o tyle zawiodła Valentina Lisitsa w „Koncercie fortepianowym e-moll”  Chopina. Wprawdzie można by użyć tu znanego teatralnego powiedzonka „co nie dograła, to dowyglądała”, bo artystka urody niemałej.

Tak więc inauguracja i częściowo finał nie za bardzo wypadły, ale za to reszta (poza kilkoma wyjątkami) przyniosła wiele wspaniałych przeżyć artystycznych, z tego już najwyższego poziomu (oczywiście w ramach możliwości festiwalowych). Do takich należy – prócz wspomnianej już Marthy Argerich – m.in. recital Danila Trifonova, występ doskonałej skrzypaczki Isabelli Faust, Janusza Olejniczaka, Marii João Pires czy Jana Lisieckiego z Kanady, który pierwszy raz wziął udział w tym festiwalu w wieku 12 lat jako nadzwyczaj utalentowane dziecko. Dziś ma 17 lat i gra wspaniale. Przy tym prezentuje nienaganne maniery, jest skromnym młodym człowiekiem, nie kreuje siebie, ale stara się oddać w pełni muzykę, którą gra.

Wśród pofestiwalowych refleksji – jak dla mnie – na czoło wybija się propagowanie muzyki polskiej. Bo obok wielkich mistrzów: Mozarta, Beethovena, Brahmsa, Griega, Liszta, Ravela, Schumanna, Mendelssohna, są też polscy kompozytorzy. Usłyszeliśmy – prócz znanych – utwory rzadko grywane albo wręcz zapomniane. I tak jak w roku ubiegłym przypomniano m.in. znakomitą muzykę Juliusza Zarębskiego (wydaną z tej okazji na płycie w wykonaniu Marthy Argerich), tak teraz mogliśmy kontemplować wspaniałe dzieło szkolnego kolegi Chopina, Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego, znakomitą uwerturę do całkowicie zapomnianej i dopiero dziś odkrywanej świetnej opery „Monbar”. Mam nadzieję że dzięki festiwalowi wszystkie utwory tego wspaniałego kompozytora i wielkiego patrioty, który w trudnym czasie dla Polski (zabory, Powstanie Listopadowe) nie opuścił Warszawy, nie emigrował, uważał że tu jest jego miejsce – zaczną funkcjonować w polskim życiu muzycznym, a nawet dalej.

Podczas koncertów mogliśmy posłuchać muzyki także innych znakomitych polskich kompozytorów: Franciszka Lessla, Maurycego Moszkowskiego, Romana Maciejewskiego i Józefa Wieniawskiego (brata Henryka Wieniawskiego). Jak widać festiwal sukcesywnie przywraca z dalekiej niepamięci muzykę naszych znakomitych twórców, zapomnianą z różnych powodów. Najczęściej politycznych. Carscy zaborcy, jak wiadomo, nie godzili się na rozpowszechnianie polskiej kultury. A potem, mimo upływu lat i odzyskania niepodległości, w większości pozostali w zapomnieniu. Dzięki festiwalowi wzbogaca się nasz muzyczny dorobek narodowy.

Jeżeli zaś chodzi o współczesnych polskich kompozytorów, to już po ubiegłorocznym festiwalu dopominałam się o muzykę Henryka Mikołaja Góreckiego, zmarłego w ubiegłym roku najwybitniejszego polskiego współczesnego kompozytora. Nie tracę nadziei że może za dwa lata podczas jubileuszowej, dziesiątej edycji festiwalu usłyszymy muzykę Góreckiego oraz że wreszcie przyjmie zaproszenie na festiwal Krystian Zimerman, o co od lat zabiega dyrektor festiwalu Stanisław Leszczyński.

Temida Stankiewicz-Podhorecka /6.IX.2012/

***

Niesamowity koncert Moniki Quinn

Kolejny koncert chopinowski w warszawskich Łazienkach Królewskich w niedzielę 26 sierpnia był niesamowity. Czegoś takiego nie widziała jeszcze żadna publiczność na świecie…

Scenę Teatru na Wyspie podczas występu pianistki próbowały opanować… miejscowe pawie! Po mistrzowsku wyszła jednak z tej trudnej i stresującej próby Monika Quinn, która musiała rywalizować z… pawiami o względy u słuchaczy. Pianistka poradziła sobie w trudnej sytuacji znakomicie i wygrała batalię o widza

Najpierw Monika Quinn wyszła na scenę, usiadła przy fortepianie i zaczęła grać, Balladę g-moll op. 23. Na scenie pojawiły się dwa pawie… Początkowo wszystko było w miarę dobrze, nawet humorystycznie, bo ptaki z Łazienek /bądź co bądź były u siebie…/ cichutko, spokojnie przechadzały się po scenie. Nie było problemu. Ale później zaczęły strasznie hałasować…

Jeden paw gdzieś poszedł, drugi strasznie krzyczał. Potem ten drugi gdzieś poszedł, a ten pierwszy się rozkrzyczał. Wszystko podczas granej przez Monikę Quinn Ballady g-moll op. 23. Pawie chciały chyba zakrzyczeć Chopina i doprowadzić pianistkę do rezygnacji z gry, i tym samym opanować scenę… Quinn nie zlękła się, nie przestała grać ani na chwilę, nie dała się niegrzecznym pawiom, wygrała z nimi i bardzo trudną sytuacją! A hałas był okropny…

Pawie nie okazały się więc najlepszymi słuchaczami… Poza strasznym hałasowaniem okazywały lekceważenie dla pianistki, robiąc sobie na scenie kosmetykę, aż się pióra sypały… Były bardzo zajęte sobą… W ogóle ten koncert był trudny dla wszystkich bo dodatkowo bardzo darły się jeszcze jakieś dzieci. A Monika Quinn uśmiechała się tylko od czasu do czasu na to wszystko. A tak poważnie, to gdyby ochrona z organizatorami się postarali, to można było chyba te pawie usunąć, przepłoszyć gdzieś ze sceny? Brakowało chyba jeszcze tego, by wdarły się na fortepian…

Repertuar Moniki Quinn: Ballada g-moll op. 23, Mazurek C-dur op. 56 nr 2, Mazurek op. 41: H-dur, As-dur, Walc As-dur op. 34 nr 1, Etiuda op. 10: As-dur nr 10, cis-moll nr 4, Walc cis-moll op. 64 nr 2, Polonez As-dur op. 53.

Ballada g-moll op. 23 to ładny i długi utwór Chopina, bardzo zmienny w nastroju, raz spokojny, łagodny, raz żywy, dramatyczny, mocny. Zdecydowanie najpiękniejszy na początku. Następnie Quinn zagrała trzy mazurki. Najładniejszy był ostatni – Mazurek op. 41: As-dur. Po mazurkach były dwie etiudy, pierwsza krótka, druga żywa, podczas której pianistka pokazała swoją dobrą formę. Na koniec Quinn zagrała dwa przepiękne utwory Chopina, jedne z najsławniejszych, najpiękniejszych i najbardziej lubianych dzieł kompozytora – Walca cis-moll op. 64 nr 2 i Poloneza As-dur op. 53. Ten ostatni wielu uważa za najdoskonalszy utwór w historii gatunku. W obu przypadkach pianistka zaprezentowała się z jak najlepszej strony.

Rozmawiałem z Moniką Quinn po koncercie. Oto ta rozmowa:
Takiego koncertu z pawiami nie było chyba jeszcze na całym świecie?...

/śmiech/ Mnie się to jeszcze nigdy nie zdarzyło. Szczerze mówiąc była to niespodzianka…

Normalnie to w ogóle nie do pomyślenia…

To urok tego miejsca, to jest jakby wpisane w to miejsce, że coś takiego może się tu zdarzyć.

Przeszkadzało to pani bardzo, peszyło?

Na początku było to na pewno zaskoczenie, ale był to też element humorystyczny. Kiedy już ten pierwszy paw się odezwał, to później mnie to już nie wystraszyło ani nie peszyło.

One były na scenie od samego początku?

Tak, przechadzały się tu…

Kiedy były cicho, to jeszcze jeszcze, ale jak zaczęły krzyczeć, to było gorzej…

Było to dosyć śmieszne, bo zaczęło się to akurat w finale ballady, kiedy pawie równie głośno chciały zaznaczyć swoją obecność. I był to wtedy taki spór między mną i pawiami o to kto tu rządzi na scenie…

Pewnie chciały panią zdominować i zastąpić w roli głównej aktorki spektaklu… A jak to się stało że urodziła się pani w Kanadzie, a od dziecka mieszka pani w Polsce?

To trzeba moją mamę spytać… Mama po prostu wróciła do Polski ze mną małą.

Mama jest Polką?

Tak.

A wasze nazwisko?

Nazwisko jest po Kanadyjczyku, moim ojcu. I ma korzenie irlandzko-szkockie.

To pani czuje się Polką, Irlandką, Kanadyjką?

Czuję się w stu procentach Polką, w Polsce się wychowałam i mieszkam od dzieciństwa.

A pani ojciec?

Mieszka w Kanadzie.

Dlaczego pani zagrała dziś akurat taki repertuar?

W tym roku starałam się wymieszać utwory pod względem ich charakteru. Ballada to mój ulubiony utwór, gram ją od lat, będę nawet pisać doktorat na ten temat, na temat ballad romantycznych. Bardzo lubię tę formę. Mazurki są drobnymi formami chopinowskimi, miniaturami które są różnorodne, interesujące, ciekawe, na pewno w kontraście do dużej formy Chopina, jaką jest ballada. Następnie grałam walca, średniej długości utwór, potem etiudy, które są polem do popisu technicznego, choć nie tylko, potem był walc i na końcu polonez, grany przeze mnie najkrócej, to najświeższy utwór w moim repertuarze. Ale dobierałam ten repertuar i pod kątem tonacji, by te utwory pasowały harmonicznie oraz zmiennością nastroju. Poza tym bardzo lubię grać utwory które dziś wykonałam.

Pani jest chyba najwyższą albo jedną z najwyższych pianistek?

Nie wiem, nie przeprowadzałam takich badań, ale nie poznałam pianistki wyższej od siebie. Ale to przecież nie ma żadnego znaczenia.

Na pewno nie grała jeszcze pani nigdy z towarzyszeniem pawi i pewnie nigdy więcej pani z takimi partnerami nie zagra?…

Pewnie nie…

Dużo już pani koncertowała w Łazienkach?

Często grałam w Pałacu na Wodzie, a tu w Amfiteatrze zagrałam drugi raz. Występowałam też pod pomnikiem Chopina, chyba raz do tej pory.

Gdzie w Łazienkach gra się najlepiej, a gdzie jest najtrudniej? Tu w Amfiteatrze chyba są najtrudniejsze warunki?

Na Wyspie jest sala koncertowa, gra się więc wewnątrz. Tu, w Amfiteatrze, jest bardzo dobra akustyka i pianiście dużo wygodniej się gra w takich warunkach. Mnie się tu gra bardzo dobrze.

Gdzie jest więc najtrudniej grać?

Wydaje mi się że pod pomnikiem jest najtrudniej.

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /28.VIII.2012/

 ***

Cudowna Rinko Kobayashi

Rinko Kobayashi to cudowna Japonka, wspaniała pianistka, zakochana w Chopinie, zakochana w Polsce, zakochana w Bogu, naszym katolickim Bogu

Pierwszy raz miałem szczęście być na jej koncercie. Rinko Kobayashi wystąpiła w niedzielę 19 sierpnia w Łazienkach Królewskich na kolejnym koncercie chopinowskim. Jej wspaniały występ, przy słonecznej pogodzie, odbył się nie przy pomniku naszego genialnego kompozytora, ale w Teatrze na Wyspie

Rinko Kobayashi w wieku 22 lat, w 1973 r., wygrała konkurs pianistyczny w Tokio i w nagrodę, dwa lata później, w 1975 r., przyjechała na Konkurs Chopinowski do Warszawy. Od tych dwóch wydarzeń w jej życiu zaczęło się wszystko, nie tylko piękna kariera pianistki. W Warszawie poznała swego przyszłego męża, Polaka Alberta Grudzińskiego, katolika, a o tym właśnie marzyła, o mężu katoliku. Do Polski na stałe przeprowadziła się w 1977 r. A trzy lata później do Warszawy przenieśli się też jej rodzice.

Mieszkam w Polsce od 1977 r. A wcześniej przyjechałam do Warszawy na Konkurs Chopinowski. Poznałam wtedy przyszłego męża, wówczas pracownika Towarzystwa Fryderyka Chopina, później od 1991 r. dyrektora Konkursu Chopinowskiego, jednocześnie dyrektora generalnego Towarzystwa Fryderyka Chopina. Poznaliśmy się więc z mężem przez Chopina – powiedziała mi Rinko Kobayashi po swym niedzielnym występie w Teatrze na Wyspie.

Mieszka więc pani w Polsce od 35 lat. Jak się pani mieszka w naszym kraju? – zapytałem pianistkę.

Wspaniale. Polacy są bardzo mili, dla Japończyków są bardzo mili. Polacy lubią Japończyków i Japończycy lubią Polaków. Mam wielu przyjaciół, nie ma żadnych problemów.

W Łazienkach przy pomniku Chopina grała pani już wielokrotnie, a tu w Teatrze na Wyspie gra pani pierwszy raz? Jak się pani tu czuje?

Kiedyś raz już tu grałam, dawno. To był koncert charytatywny dla powodzian. Co do warunków tutaj, to dziś coś mi tu trochę przeszkadzało, nie bardzo wiem co to było, czy ptaki, czy coś innego w powietrzu…

Może ta woda z pyska tutejszego lwa, której cały czas plusk było słychać? Raz też pani spojrzała w bok kiedy daleko w górze przelatywał samolot…

Nie, to nie ta woda. I nie samolot. Coś innego…

Tam przy pomniku przeszkadza trochę hałas z ulicy, samochody, dzieci też hałasują. Tu jest spokojniej.

Nie, samochody nie przeszkadzają, dzieci też nie przeszkadzają, kiedy ja gram zawsze jest cisza.

Czym jest dla pani muzyka Chopina? Dzięki Chopinowi poznała też pani przyszłego męża.

Chopin jest dla mnie bardzo ważną częścią życia.

Nie byłoby pani tutaj gdyby nie Chopin… To najgenialniejszy pani zdaniem z kompozytorów?

Myślę że tak.

Kogo można ewentualnie porównywać z Chopinem?

Chyba nie ma nikogo takiego… Jeżeli chodzi o talent, to Mozart był oczywiście porównywalnie utalentowany. Ale Mozart to zupełnie coś innego… Chopin jest najtrudniejszy jeżeli chodzi o wykonanie jego utworów. Najtrudniej jest go grać. Tyle lat gram Chopina a nadal jest mi daleko do perfekcji, jeżeli chodzi o jego kompozycje.

Mówi pani po polsku. Jak było z nauką polskiego, łatwo?

Trudno. Nie uczyłam się polskiego w sensie uczęszczania na jakieś lekcje, zajęcia, kursy. Uczyłam się tylko ze słyszenia. Raz tylko kiedyś, bardzo dawno, poszłam do pewnego nauczyciela języka polskiego, ale wytrzymałam u niego tylko jeden dzień… Nauczyciel mi się nie podobał i koniec…

Który język jest łatwiejszy, polski czy japoński?

Myślę że jeżeli na początku nauczymy się gramatyki, to polski jest łatwiejszy od japońskiego. Powiem też coś takiego, wstyd to powiedzieć, ale jak bywam w Japonii to widzę że teraz Japończycy nie znają dobrze japońskiego… – powiedziała mi Rinko Kobayashi.

Tyle rozmowy z Rinko Kobayashi po jej koncercie w Teatrze na Wyspie, 19 sierpnia. Już w wieku 5 lat była ona cudownym dzieckiem i regularnie występowała w radiu i telewizji. Znana na całym świecie pianistka mówi o swojej grze, że jest ona formą modlitwy do Boga.

A w niedzielę w Łazienkach zagrała taki repertuar: Nokturn Des-dur op. 27 nr 1, Walc Des-dur op. 64 nr 1, Walc cis-moll op. 64 nr 2, Fantaisie-Impromptu cis-moll op. 66, Mazurek g-moll op. 67 nr 2, Mazurek B-dur op. 7 nr 1, Preludium F-dur op. 28 nr 23, Preludium d-moll op. 28 nr 24, Nokturn fis-moll op. 48 nr 2 i Polonez As-dur op. 53.

Pierwszy – Nokturn Des-dur op. 27 nr 1 – to piękny, spokojny utwór Chopina. Następny – Walc Des-dur op. 64 nr 1 – bardzo żywy, piękny i króciutki, pięknie zagrany. Potem –  Walc cis-moll op. 64 nr 2 – jeden z najpiękniejszych, najbardziej znanych i popularnych utworów kompozytora, cudowne dzieło, przepięknie zagrane przez pianistkę. Następnie kolejny bardzo znany, jeden z trudniejszych do wykonania utworów Chopina, wspaniały i pięknie zagrany Fantaisie-Impromptu cis-moll op. 66. Z kolei Mazurek g-moll op. 67 nr 2 to piękny, wolny, spokojny, nostalgiczny i krótki utwór. Potem bardzo krótki ale przepiękny Mazurek B-dur op. 7 nr 1. Następnie wspaniale wykonane, znane i bardzo cenione, przepiękne, dość trudne do wykonania Preludium F-dur op. 28 nr 23 i Preludium d-moll op. 28 nr 24. Przedostatni utwór to trudny w odbiorze Nokturn fis-moll op. 48 nr 2, spokojniejszy, gdzie Chopin wyraził swoją rezygnację, zadumę i tragizm. A na koniec „esencja polonezów”, kapitalny i świetnie zagrany Polonez As-dur op. 53, jedno z najbardziej znanych dzieł kompozytora.

A potem Rinko Kobayashi dostała burzę oklasków!

Pierwszy raz słuchałem Chopina w Teatrze na Wyspie. Trochę jednak przeszkadza w odbiorze ta pluskająca woda z pyska lwa, w odległości 10 metrów od pianistki. Może warto lwa wyłączać na koncerty? W czasie występu obok sceny przepłynęła kaczka z Łazienek Królewskich. Na specjalnie zasłuchaną nie wyglądała, ale można powiedzieć że na koncercie była… Kaczka melomanka…

Zaletą tego miejsca jest to że publiczność zachowuje się lepiej niż przy pomniku, bardziej koncertowo, czyli nie rozbiera się i nie kładzie na trawie… To miejsce ma też świetną akustykę. Jedno mnie jednak bardzo wkurzyło. Po koncercie nie mogłem przejść po kładce na scenę do pianistki i zrobić jej zdjęcie. Ochrona nie pozwoliła!… A Rinko Kobayashi grała ubrana w japońskie kimono, które zakłada od wielkiej okazji i zaraz po występie się przebrała. Tak więc zdjęcia pianistki w kimonie nie mam, czego bardzo żałuję. Ten pomysł z ochroną głupi raczej. Pewnie chodzi o jakieś względy bezpieczeństwa. Ale przecież dziennikarza czy fotoreportera powinno się wpuścić na scenę po koncercie, żeby na przykład zrobił zdjęcie. A tu tak głupio… Tu organizatorzy bardzo się nie popisali. Pomysł z ochroną głupi, a już żeby nie wpuścić dziennikarza na scenę po koncercie – bardzo głupi.

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /21.VIII.2012/

***

Šviesė Čepliauskaitė i Maria Korecka

Litwinka Šviesė Čepliauskaitė i Maria Korecka zagrały pod pomnikiem Chopina w warszawskich Łazienkach 29 lipca. Čepliauskaitė jest nazywana przez niektórych ambasadorem Chopina na Litwie

Litewska pianistka jest już w Polsce bardzo dobrze znana, bardzo lubiana i cieszy się zasłużonym uznaniem. Maria Korecka jest uznaną firmą wśród pianistów, zjechała z koncertami pół świata /mam nadzieję że nie obrazi się za te tylko  pół świata…/, jest profesorem Akademii Muzycznej w Łodzi

Repertuar zagrany przez Šviesė Čepliauskaitė: Scherzo op. 20 h-moll, Nokturn op. post. Cis-moll, Walc op. 70 nr 1 Ges-dur, Walc op. 70 nr 2 f-moll, Impromptu op. 29 As-dur, Nokturn op. 48 nr 1 c-moll, Walc op. 64 nr 2 cis-moll, Polonez op. 44 fis-moll.

Scherzo op. 20 h-moll, którym zaczęła Litwinka, to bardzo ciekawy, dość trudny w odbiorze, nie z tych najbardziej popularnych, długi utwór, zawierający w sporym fragmencie motyw naszej pięknej kolędy „Lulajże Jezuniu”. Potem był spokojny, też z mniej popularnych, piękny Nokturn op. post. Cis-moll, następnie szybszy, też dość trudny w odbiorze, ładny, króciutki Walc op. 70 nr 1 Ges-dur. I ładny, też nie z tych najbardziej popularnych, krótki Walc op. 70 nr 2 f-moll, oraz piękne Impromptu op. 29 As-dur.

Dalej Čepliauskaitė zagrała bardzo ładny i bardzo ciekawy Nokturn op. 48 nr 1 c-moll, a jako przedostatni w swym repertuarze jeden z najsłynniejszych, najpiękniejszych i najpopularniejszych utworów Chopina, czyli Walc op. 64 nr 2 cis-moll. I zagrała go – jak dla mnie – przepięknie. A na koniec był – także wspaniale zagrany – piękny, długi Polonez op.44 fis-moll.

Dlaczego pianistka z Litwy – całkiem nieźle mówiąca po polsku – zagrała właśnie taki repertuar, te utwory? – Niektórych z nich jeszcze nie grałam i bardzo chciałam je tu właśnie pierwszy raz zagrać, marzyłam o tym, a inne wybrałam powodowana po prostu nastrojem. Przecież jest tak dużo pięknych utworów Chopina, że właśnie w zależności od nastroju można sobie dobierać co kto chce – mówiła mi po koncercie Čepliauskaitė.

Jak się jej w Łazienkach podoba? – W Łazienkach gram trzeci raz, a podoba mi się tu coraz bardziej. Myślę że każdy pianista marzy by zagrać pod pomnikiem Chopina. Za każdym razem grając tu czuję się podekscytowana i jest to zawsze duże przeżycie, niepowtarzalne.

– Mam w Polsce dobrych przyjaciół więc bardzo lubię tu przyjeżdżać, bardzo mi się tu podoba. Jest tu świetna publiczność – dodała na koniec. Ja tylu zainteresowanych rozmową z wykonawcą i autografem po koncercie w Łazienkach, co po niedzielnym występie Čepliauskaitė, jeszcze chyba nie widziałem. Ma Litwinka więc w Warszawie wielu fanów i lubią ją tutaj.

Maria Korecka zagrała: Fantaisie – Impromptu cis-moll op. 66, trzy Mazurki op. 50: G-dur nr 1, As-dur nr 2, cis-moll nr 3, Scherzo cis moll op. 39, Impromptu As-dur op. 29, Nokturn H-dur op. 62 nr 1, Impromptu Ges–dur op. 51 i Polonez As dur op. 53.

Dlaczego akurat taki repertuar? – Bardzo lubię na przykład Scherzo cis-moll, bo jest w nim i taka burza jaka się tu dziś podczas koncertu do nas zbliżała, ale później i wiele zamyślenia, łagodności. Chopin jest uniwersalny, trafia do każdego, wyraża wszelkie możliwe uczucia i nastroje. A my artyści chcemy wyrażać te uczucia, wzruszamy się też przy tym sami. Czy w młodości, czy w późnych latach, zawsze się wzruszamy – mówiła mi p. Maria po występie.

Czy repertuar był dobrany pod kątem piękna muzyki Chopina, choć oczywiście wszystko u niego jest piękne, czy też może był złożony z ambitniejszych utworów? – Te utwory dzisiejsze były raczej trudniejsze w odbiorze. Polonez As-dur też nie jest łatwy, ale jest tak bardzo popularny że stał się jakimś atrybutem polskiej kultury po prostu. To były ambitniejsze utwory, ale na przykład nokturn, który tu zagrałam, należy do dwóch ostatnich nokturnów Chopina z opusu 62. To dwa genialne dzieła. Zawsze dobieram sobie repertuar zróżnicowany. Biorę pod uwagę słuchaczy, bo jeżeli na przykład będziemy grać tylko cicho i wolno, to ludzie nie wytrzymają. Czyli po jakimś szybkim utworze gram wolniejszy, potem jakaś duża forma, wymagająca skupienia – powiedziała Maria Korecka.

Jak się gra w Łazienkach? – Wstyd powiedzieć który raz już tu gram… Naprawdę sporo tego już było… Jak pan widzi, to jest największy salon Warszawy. Publiczność bardzo dobrze odbiera te koncerty, tak jak było i dzisiaj. Nigdy nie zapomnę jednego koncertu, zorganizowanego w Żelazowej Woli przez Towarzystwo im. Fryderyka Chopina. Była to taka akcja jeszcze za Gierka – „Chopin dla górników”. Byłam wtedy młodą dziewczyną. Grałam na tym koncercie i po nim przyszedł do mnie górnik, który powiedział śląską gwarą, że pierwszy raz jest na koncercie muzyki poważnej, ale „zrozumiał na nim że ten Chopin to tęsknił, a tęsknił…”. To było dla mnie coś kapitalnego, pięknego, wspaniałe uchwycenie istoty muzyki Chopina. Bo Chopin zawsze tęsknił, to był Polak, bo kto by napisał takie piękne mazurki?… Tylko Polak mógł coś tak przepięknego napisać. One są nie do podrobienia. Dziś właśnie grałam trzy przepiękne mazurki Chopina, po prostu płacze się przy nich, są tak wzruszające – mówiła Maria Korecka.

Na moją uwagę: „Mamy szczęście że ta burza nie przewróciła pomnika na panią…”, p. Maria odparła: – Jedna z pań organizatorek powiedziała że to była burza-meloman…

PRZEPROWADZKA – REMONT

I na koniec, niestety, smutny komunikat organizatorów koncertów chopinowskich: „Występy 29 lipca prof. Marii Koreckiej oraz Šviesė Čepliauskaitė to ostatnie recitale pod pomnikiem, bo od początku sierpnia teren parkowy wokół pomnika Chopina będzie oddany do remontu. W związku z tym koncert 5 sierpnia oraz kolejne, aż do końca września, odbywać się będą w Teatrze na Wyspie. Godziny recitali pozostają niezmienione, 12 i 16. POD POMNIK KONCERTY WRÓCĄ DOPIERO W SEZONIE 2013”.

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /30.VII.2012/

 ***

Edward Wolanin zagrał dla matki

W Łazienkach pod pomnikiem Chopina w niedzielę 22 lipca podczas kolejnych koncertów chopinowskich tym razem można było posłuchać Edwarda Wolanina i młodziutkiej Katarzyny Hajduk-Koniecznej. Oba recitale na wysokim poziomie i bardzo ciekawe, zwłaszcza ten Wolanina

Wolanin – znana i uznana już marka, także pedagog – swój koncert zadedykował jego zmarłej przed trzema tygodniami matce

Zagrał: Poloneza cis-moll op. 26, Balladę F-dur op. 38, Walca a-moll op. 34 nr 2, Nokturn b-moll op. 9 nr 1, Nokturn Es-dur op. 9 nr 2, Impromptu Fis-dur op. 36 i Poloneza fis-moll op. 44.

Dopiero na koniec pianista zagrał jeden z najpiękniejszych i najbardziej lubianych utworów Chopina. Wcześniej było natomiast oczywiście poetycko, lirycznie, melancholijnie, spokojnie. W tym chyba najtrudniejszy w tym zestawie, najciekawszy, najoryginalniejszy Nokturn Es-dur op. 9 nr 2. Wszystkie utwory bardzo ładne, choć trudne w odbiorze, co po występie sam Wolanin przyznał.

Wolanin powiedział że bardzo lubi grać w Łazienkach. Nie przeszkadza mu zupełnie hałas powodowany przez przejeżdżające niedaleko samochody i motocykle. – Tego się w ogóle nie słyszy kiedy się gra. Większym problemem był za to słaby fortepian – mówił mi po występie. Jego zmarła mama przeżyła 76 lat, była niestety schorowana, przeszła zsyłkę na Syberię. – Czy te utwory zagrane dziś są trudne? Jeżeli tak to raczej w odbiorze – dodał.

Utalentowana Katarzyna Hajduk-Konieczna – studentka jeszcze /instrumenty historyczne, czyli bardzo stare, ma też siostrę pianistkę, a na dodatek jeszcze męża pianistę z którym grywa w duecie/ – zagrała podobnie jak Wolanin repertuar mniej znany, mniej lubiany, mniej popularny, choć zupełnie inny: Contredanse Ges–dur, Nokturn cis-moll op. 27 nr 1, Nokturn Des-dur op. 27 nr 2, Poloneza fis-moll op. 44, Mazurka B-dur op. 17 nr 1, Mazurka As-dur op. 17 nr 2, Mazurka e-moll op. 17 nr 3, Mazurka a-moll op. 17 nr 4 i Balladę F-dur op. 38.

Pani Kasia zaczęła utworami spokojnymi, zresztą niemal cały repertuar był taki. Dopiero czwarty – Polonez fiss-moll op. 44, bardzo długi – był nieco mocniejszy, to jedno z najważniejszych dzieł Chopina. Chyba też najtrudniejsze do wykonania, ale i najciekawsze. Hajduk-Konieczna mogła tu zaprezentować swoją klasę, to było pole do popisu. Potem były bardzo ładne mazurki, w tym najładniejszy, i najtrudniejszy zarazem, utwór z wykonywanych przez nią, Mazurek a-moll op. 17 nr 4. W tym ostatnim przypadku trochę przeszkadzał… przelatujący wysoko samolot. Później jeszcze trudna Ballada F-dur op. 38 i długie, zasłużone brawa.

Katarzyna Hajduk-Konieczna studiuje pianistykę także w Brukseli, od dwóch lat, zostało jeszcze drugie tyle. – Dlaczego wybrałam akurat taki repertuar, mniej znany i popularny? Właśnie żeby zaprezentować także takie utwory, mniej popularne – mówiła mi po koncercie roześmiana. Zapytana, jak tam jest w tej Brukseli, powiedziała coś bardzo ciekawego: – Wspaniale, ale życie w Polsce też ma zalety. Jakie? Takie choćby żeby stwierdzić że Belgowie nie są zbyt… pracowici. Odpowiedziałem p. Kasi tak: – Oni są bogaci, nie muszą się więc przepracowywać. To my musimy dużo pracować, bo jesteśmy w tyle gospodarczo i materialnie, z winy komunistów.

Recitale Wolanina i Hajduk-Koniecznej cieszyły się dużym zainteresowaniem publiczności.

KOMUNIKAT

W niedzielę 29 lipca zagrają prof. Maria Korecka oraz Šviesė Čepliauskaitė z Litwy. Będzie to ostatni recital pod pomnikiem Chopina bo od początku sierpnia teren parkowy wokół niego zostanie oddany do remontu. W związku z tym koncert 5 sierpnia oraz kolejne, aż do końca września, odbywać się już będą w Teatrze na Wyspie. Godziny recitali pozostają niezmienione, 12 i 16. POD POMNIK KONCERTY WRÓCĄ DOPIERO W PRZYSZŁYM 2013 R.

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /23.VII.2012/

***

Znakomity Chopin w Łazienkach

Podczas kolejnych koncertów chopinowskich w warszawskich Łazienkach – 15 lipca – zagrali dwaj nasi pianiści: najpierw starszy Bogdan Czapiewski, po nim młodszy Tadeusz Domanowski. Oba recitale były znakomite, a występ Domanowskiego po prostu rewelacyjny!

Ciekawostką z tego dnia była obecność na występie Domanowskiego aż pięciu zakonnic. Tylu ich tam jednocześnie jeszcze chyba nie widziałem

Czapiewski zagrał: Nokturn Des-dur op. 27 nr 2, Balladę g-moll op. 23, Balladę f-moll op. 52, Walca cis-moll op. 64 nr 2, Walca As-dur op. 69 nr 1, Walca Es-dur op. 18 i Poloneza Fantazję As-dur op. 61.

Utwór drugi – Ballada g-moll op. 23 – jest niesamowity. I tak też go zagrał pianista. Czapiewski pokazał tu wysoką klasę i formę. Artysta utrzymuje po prostu bardzo wysoką formę, choć przecież latka lecą. Zupełnie czymś innym jest utwór czwarty, czyli Walc cis-moll op. 64 nr 2. To coś przepięknego, jedno z piękniejszych albo i najpiękniejszych dzieł Chopina. Te dwa utwory plus jeszcze również niesamowity Walc Es-dur op. 18 zrobiły na mnie największe wrażenie.

Świetny występ Czapiewskiego. Pianista trzyma bardzo wysoki poziom. Oczywiście bisował. Po koncercie powiedział że grało mu się całkiem… przyjemnie. I wspominał jeden z wielu swych wcześniejszych występów w Łazienkach, podczas… burzy. A tych występów już się nazbierało przez lata.

Jedyne co mi się nie podobało u Czapiewskiego, to palenie papierosa po recitalu. Panie Bogdanie, trzeba to rzucić; nie pasuje, nie wypada, niezdrowe i nie jest to też najmądrzejsze…

Domanowski z kolei wykonał: Scherzo b-moll op. 31, Walca a-moll op. posth., Walca e-moll op. posth., Balladę g-moll op. 23, Nokturn cis-moll op. posth., Nokturn Fis-dur op. 15 nr 2 i Poloneza As-dur op. 53.
Po prostu rewelacyjnie zaczął! Jego Scherzo b-moll op. 31 było kapitalne! Grał jednocześnie lekko, swobodnie, ale i zdecydowanie.
Wspaniale zagrany także drugi utwór: Walc a-moll op. posth. I już do końca było niemal tak cudownie jak od początku. Do samego końca, czyli przepięknego Poloneza As-dur op. 53.
W sumie po prostu błysk! Domanowski błysnął! Oczywiście bisował, Etiudą rewolucyjną. Wprost rewelacyjny recital!

Na jego występie – bardzo bliziutko mnie – były dwie panie z trzema małymi dziewczynkami. Panie jak panie, ale te dzieciaki były takie śliczne, zwłaszcza jedna, że nie mogłem nacieszyć swoich oczu. I trochę przeszkadzały w odbiorze muzyki, ale nie jakimś tam nagannym zachowaniem /choć owszem mogły zachowywać się lepiej…/ tylko swą urodą… I przyznaję że czasem trochę zapominałem o Chopinie, patrząc na zwłaszcza tę najśliczniejszą dziewczynkę. Ot taki mały dylemat, dylemat w sprawie piękna – i to przepiękne, i to też…

Jeszcze tylko wspomnę o zapowiadającej w niedzielę występy młodziutkiej Barbarze Schabowskiej. Wspaniała dykcja i niemal taki sam język angielski. Tylko pozazdrościć.

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /16.VII.2012/

***

Chopin w Poturzynie

Nadzwyczajne wydarzenia miały miejsce 13-15 lipca w Poturzynie, miejscowości malowniczo położonej na południe od Hrubieszowa

Pragnąc uczcić 182 rocznicę pobytu Fryderyka Chopina w Poturzynie u swojego przyjaciela Tytusa Wojciechowskiego, zorganizowano kilkudniowe uroczystości, na które złożyły się m.in. wystawy plastyczne, występy teatralne i przede wszystkim koncerty

Pomysłodawczynią przedsięwzięcia była dyrektorka Szkoły Podstawowej im F. Chopina w Poturzynie, p. Maria Kołodziej. Do jego realizacji przyczyniły się także miejscowe i regionalne instytucje społeczno-kulturalne.

Poturzyn ma bardzo starą i bogatą historię, sięgającą co najmniej X wieku, kiedy pojawili się tam pierwsi Słowianie. W 1804 r. okazały dwór oraz cały majątek kupił ojciec Tytusa, Józef Sariusz Woyciechowski. Tytus zaprzyjaźnił się z Fryderykiem podczas nauki w Liceum Warszawskim, do którego uczęszczał w latach 1821-25, mieszkając w pensjonacie Mikołaja Chopina. Obaj młodzianie – Fryderyk i Tytus – lubili muzykę i byli uczniami Wojciecha Żywnego. Tytus skomponował nawet mazurka B-dur „Wspomnienia ze Lwowa”, wydanego drukiem w Berlinie.

W 1830 r., kiedy Chopin niebawem miał opuścić Warszawę i udać się do Paryża, latem, w dn. 11-22 lipca odwiedził swojego przyjaciela w Poturzynie, przywożąc mu swoje Wariacje B-dur na 4 ręce na temat arii „Là ci darem la mano” z Don Juana Mozarta op. 2. Niektóre źródła podają że Chopin prawdopodobnie grywał je z Tytusem na 4 ręce, a także koncertował w salonie dworskim. Bywał też w Starej Wsi, gdzie grał na fortepianie Pleyela, a nawet udzielał się w kościele parafialnym w Goszczowie, grając na organach.

Pobyt w Poturzynie zapamiętał Fryderyk Chopin na całe życie; często wracał do tych dni w listach pisanych do Tytusa Wojciechowskiego.

W Letniej Akademii szczególnie utkwił mi piątkowy koncert. Najpierw zaprezentowali się uczniowie Państwowej Szkoły Muzycznej I st. z Tomaszowa Lubelskiego, którzy całkiem muzykalnie i dojrzale zagrali kilka utworów Chopina. Następnie lubelscy muzycy z Filharmonii im. H. Wieniawskiego wykonali kilka pieśni Chopina, nokturn, walc, a także dwa utwory H. Wieniawskiego na skrzypce i fortepian.

Wielką ucztę melomanom zgromadzonym na tarasie dworkowatej willi, położonej między dwoma stawami z rosnącą pośrodku urokliwą wierzbą, sprawiła obecność tria rodziny Drzewieckich: Jarosława i Stanisława z młodziutką małżonką Jekatieriną. Najbardziej uroczo i romantycznie zabrzmiały wspomniane Wariacje B-dur zagrane przez młodych artystów. Fortepian był usytuowany nieopodal wierzby, a przepiękna pogoda i wspaniałe wykonanie pozwoliły mi w wyobraźni oczekiwać powozu, z którego wysiadają Fryderyk z Tytusem, by zasiąść wśród publiczności i nagrodzić Stanisława i Jekatierinę Drzewieckich gorącymi brawami.

Wieczór zakończyła Joanna Ławrynowicz. Już w wieczornej aurze pianistka zagrała nokturny, mazurki, walce i polonezy. Jej gra tak bardzo poruszyła słuchaczy że mimo już późnego wieczoru i kropiącego deszczu – nikomu nie chciało się opuszczać tej zaczarowanej Chopinem atmosfery. A para aktorów Alicja Jachiewicz i Stefan Schmidt przyjechała na koncert aż z okolic Biłgoraja.

Wielkie brawa należą się wszystkim organizatorom, przedstawicielom władz, którzy hojnie wsparli Letnią Akademię i z ogromnym zaangażowaniem uczestniczyli w koncertach. Słowa uznania wydawcom i autorom pięknego albumu: „Dzieje miejscowości gminy Telatyn, powiat tomaszowski”, z którego tak wiele można wyczytać o historii tego regionu.

To dobry początek czegoś co może stać się piękną i pożyteczną tradycją.

Alicja Twardowska /16.VII.2012/

***

Ekspresja i fantazja młodzieży

8 lipca na kolejnych koncertach chopinowskich w Łazienkach Królewskich wystąpili nasi młodzi i bardzo utalentowani pianiści – Justyna Lechman i Paweł Wakarecy

Na koncercie Wakarecego byłem króciutko i słyszałem chyba tylko dwa czy góra trzy utwory, ale podczas jednego z nich mnie zadziwił. Grał jego dłuższy fragment w ogóle nie patrząc na klawiaturę, tylko gdzieś w niebo, albo przed siebie…

Nie wiem jak dla kogo, ale dla mnie to co zaprezentował Wakarecy grając w taki sposób było jednak – nie będę ukrywać – sporym zaskoczeniem. Na pewno godnym zauważenia.

– Pod pomnikiem grało się bardzo przyjemnie. Mimo niedogodności w postaci rozstrojonego fortepianu, a w tych warunkach nie sposób przecież utrzymać stroju, czy latających insektów, można było pofantazjować – powiedział mi Wakarecy.

– A co do niepatrzenia w klawiaturę nie jest to nic niezwykłego. Niemal każdy pianista odczuwa potrzebę oderwania się od czasu do czasu od tego co się na tej klawiaturze dzieje… A tam się dzieje tylko fizjologia grania, która tak naprawdę jest pewnego rodzaju złem koniecznym przy tworzeniu muzyki przy fortepianie. Oszczędzając oczom widoku biało-czarnych pasków i tańczących po nich palców kompensujemy zmysł słuchu i dajemy większe pole manewru wyobraźni dźwiękowej, bo gra na fortepianie tak naprawdę odbywa się w głowie pianisty, a nie na klawiaturze – dodał młody pianista.

Lechman – studentka Bronisławy Kawalli, mogąca się już pochwalić wieloma znaczącymi nagrodami i wyróżnieniami, zagrała następujące utwory: Lento con gran esspresione cis-moll op. posth (Nokturn cis-moll), Walc cis-moll op. 64 nr 2, Preludium Des-dur op. 28 nr 15, Rondo c-moll op. 1, Nokturn H-dur op. 9 nr 3, Etiuda c-moll op.10 nr 12, Andante spianato i Wielki Polonez Es-dur op. 22.

Dlaczego akurat te? zapytałem niezwykle ekspresyjnie grającą młodą pianistkę. – Wybierałam przede wszystkim utwory w moim odczuciu przyjemne do słuchania. Połączyłam słynne utwory Chopina, takie jak np. Etiuda c-moll op. 10 nr 12, z rzadziej wykonywanymi, np. Rondo op. 1.

Z wykonania którego z nich miała największą satysfakcję? – zapytałem. – Wielką przyjemność miałam dziś przede wszystkim z grania Ronda op. 1. To utwór piętnastoletniego kompozytora, posiadający niezwykle dużo młodzieńczej energii. Również nokturny dają pianistom wiele satysfakcji, ze względu na dużą możliwość tworzenia lirycznego klimatu.

A co Justyna Lechman powiedziała na temat sposobu gry Wakarecego? – Niestety nie byłam na jego koncercie, ale co do klawiatury, zależy to indywidualnie od danego pianisty, od chwili natchnienia w jakiej się właśnie znajduje. Jednak wyjście wzrokiem momentami z klawiatury jest wspaniałym stanem i pozwala w inny sposób przeżywać muzykę.

Nie mogę jeszcze nie napisać że Lechman zwraca uwagę swą niezwykłą żywotnością, ekspresją, nie tylko jako pianistka. Zanim zaczęła grać już pokazała że jest dziewczyną z życiem; szybkie kroki, szybkie rozpoczęcie występu, szybka gra… Z tą szybką grą to oczywiście żartuję… Ale jak zaczęła grać, to grała całym ciałem… Także nogami… Taka drobniutka dziewczyna, a ile w niej życia, energii, młodości. I cały czas uśmiechnięta. To też ma znaczenie.

Niestety, jak zwykle, nie obyło się bez głupków wśród publiczności… Nie zaraz wielu, ale kilkoro było tam gdzie obserwowałem pianistów. To specyfika koncertów w Łazienkach. Tym razem na Chopina przyszła m.in. głupia dziewucha, która siedząc na trawce pokazywała osobom za nią prawie cały goły tyłek; przez okropne spodnie i dziurawe majty… Był głupi młody chłopak, który na Chopina przyszedł topless… Na szczęście chyba ktoś mu powiedział że powinien się ubrać i zaraz włożył koszulę. Była też głupia, wytatuowana baba paląca papierosy… Tyle tym razem o głupkach.

Na koniec niestety jeszcze jedna przykra sprawa. Od sierpnia koncerty chopinowskie zostaną przeniesione do Pałacu na Wodzie… I tak już do końca w tym roku… To ze względu na odnowienie i miejmy nadzieję upiększenie otoczenia wokół pomnika Chopina. Podobno nie ma innego wyjścia, prace muszą potrwać dosyć długo i koncerty nie będą mogły się odbywać tu gdzie zwykle. Kto więc będzie chciał posłuchać Chopina w Łazienkach w sierpniu i wrześniu – to już do Pałacu na Wodzie. Mówi się trudno…

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /8.VII.2012/

***

Biedronki przyszły na Chopina

W Łazienkach kolejny świetny koncert. Po znakomitym występie Joanny Ławrynowicz, tym razem, w ostatnią niedzielę czerwca, Chopina grała Bronisława Kawalla, znana i uznana pianistka, profesor

W repertuarze nokturn, walce, wariacja, polonezy. Jednak repertuar był zupełnie inny niż u Ławrynowicz, zdecydowanie trudniejszy w odbiorze. Najpiękniejsze były chyba jednak walce

Miałem nadzieję że może Bronisława Kawalla była w Łazienkach przed tygodniem. Chciałem ją zapytać o stopień trudności przepięknych utworów zagranych przez Ławrynowicz w poprzednią niedzielę – w porównaniu do tych które zaprezentowała p. Bronisława. Jednak pianistka nie była na koncercie Ławrynowicz, więc nie mogła odpowiedzieć na takie pytanie. Powiedziała że ostatnio jest bardzo zajęta, a co do oceny utworów, to dużo zależy też właśnie od ich trudności w odbiorze.  I na sto procent jej koncert był taki, trudniejszy w odbiorze od tego sprzed tygodnia. Wśród publiczności była m.in. młoda Justyna Lechman, która zagra w Łazienkach 8 lipca, studentka Bronisławy Kawalli.

Publiczność w Łazienkach była tym razem chyba trochę cichsza niż w poprzednią niedzielę, dzieci mniej dokazywały, ale głupków jak zwykle trochę było. Tylko w pobliżu widziałem ich sześcioro, tych co to przychodzą na koncert Chopina i kładą się jak na pikniku, czy plaży… Jeden z nich okazał się kompletnym głupkiem, chyba nie Polak, bo nie dość że się rozwalił na trawie, w towarzystwie dwóch dojrzałych kobiet…, to założył nogę /w dodatku zupełnie bosą/ na nogę, a żeby było mało, jeszcze ją podniósł wysoko… Nie tylko komiczne, ale i głupie, prymitywne, chamskie… Choć byłoby jeszcze głupiej gdyby gość się powiedzmy do tego rozebrał, co?… Tak źle na szczęście nie było.

Biedronka na ręku podczas koncertu chopinowskiego?… Niemożliwe?… Ależ tak! W Łazienkach. Dwukrotnie chodziły mi po ręku, a potem frrru… Pewnie świetna muzyka je tam sprowadza. Kto nie kocha dobrej muzyki…

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /24.VI.2012/

***

Kibice grają pięknie Chopina

W niedzielę 17 czerwca byłem świadkiem świetnego koncertu chopinowskiego w Łazienkach. Grała Joanna Ławrynowicz

To na pewno jeden z piękniejszych koncertów chopinowskich w Łazienkach z tych na których byłem. A może w ogóle najpiękniejszy? Zresztą doceniła to także obecna publiczność, nagradzając pianistkę długimi brawami. Piękna muzyka w bardzo dobrym wykonaniu i przy pięknej pogodzie

Joanna Ławrynowicz wybrała i zagrała same przepiękne utwory Chopina: walce, nokturn i polonezy.  Jak to cudownie że ktoś kiedyś wymyślił pianino…

Pianistka miała wyjątkowe szczęście do telewizji. W związku z mistrzostwami Europy w piłce nożnej aż roi się w Warszawie od ekip telewizyjnych i dziennikarzy. I aż trzy ekipy zjawiły się w Łazienkach i nagrały rozmowy z Ławrynowicz.
Okazało się że znakomita pianistka jest kibicem piłkarskim. Od dziennikarzy hiszpańskich otrzymała szal w ich barwach narodowych i życzyła Hiszpanom powodzenia w dalszych meczach turnieju. Na moją uwagę że mistrzostwa Europy się do czegoś przydały, bo aż trzy telewizje ją nagrywały, a poza tym to chyba zostanie kibicem piłki nożnej odpowiedziała: – Byłam na wszystkich meczach na Stadionie Narodowym.

Na pytanie, czy przeszkadza jej coś podczas występów w Łazienkach, a jeżeli tak to co, a grała w nich chyba już ponad dziesięć razy, powiedziała: – Jeżeli coś mi tu może przeszkadzać, to tylko ewentualnie deszcz lub wiatr. Poza tym zupełnie nic. Ludzie tu są tacy ciepli. Dzieci hałasujące podczas koncertu? Nie. Ja to rozumiem doskonale, bo sama mam dzieci.

Jeszcze o głupkach na koncertach w Łazienkach. W tę niedzielę też trochę ich było. Przyszła na przykład niebrzydka, wysoka dziewczyna. I rozłożyła się na trawie jak długa. Dobrze że się nie rozebrała… I chyba nawet nie spała… A może tacy jak ona kładliby się gdzieś bliżej pianina i wykonawcy?… Na przykład na tym piasku między wykonawcą a trawnikiem… Lepiej by słyszeli, bo bliżej… Gdyby nie zasnęli, oczywiście… I byłoby ciekawiej, weselej… Poza damą leżącą podczas koncertu chopinowskiego byli też mama, tata i ich dwójka dzieci. Jeden z dzieciaków ciągle hałasował… Mama co prawda go trochę strofowała, ale słabo. I dzieciaka było słychać, przeszkadzał… On nie wiedział że przeszkadza. Rodzice powinni to wiedzieć i reagować, albo w ogóle wyjść z koncertu.

Wrócę na chwilę do koncertu sprzed kilku tygodni, kiedy grała Lidia Grychtołówna. Spotkałem wtedy Janusza Ekierta, jej męża. I zapytałem o ś.p. Violettę Villas. Odpowiedział: – A co tu mówić, ukazała się przecież biografia, czytałem. Byłem tym lekko zszokowany, bo ta pseudobiografia Villas, autorstwa Izy Michalewicz i Jerzego Danilewicza, zatytułowana: „Villas. Nic nie mam przecież do ukrycia”, to jedno wielkie świństwo, a nie żadna biografia! Pisałem o tym już ileś razy. Tej książki nie należy czytać. Za tę książkę należy autorów i wydawnictwo podać do sądu!

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /18.VI.2012/

***

Na koncercie w Łazienkach

Świetnie przenieść się czasem z atmosfery piłkarskiego meczu, takiej złej atmosfery, do tej w Łazienkach Królewskich, kiedy grają tam Chopina

Nie wszyscy bywalcy stadionów i meczów piłki nożnej są normalni. Mam na myśli tych wrzeszczących bez potrzeby, zwłaszcza wulgarnymi słowami, podpitych i pijanych, sikających w miejscach publicznych, palących papierosy, śmiecących itd. Nie wspominam już o zwykłych chuliganach, bo tacy też bywają na meczach. A na Chopinie jest inaczej

Na Chopinie nie ma krzyków, nie ma wulgarnych słów, słychać DOBRĄ muzykę, świergot ptaszków. Jest po prostu więcej kultury. Tak też było w niedzielę 10 czerwca kiedy akurat wystąpił Karol Radziwonowicz. Nie zdążyłem na początek koncertu, więc nie wiem jak się zaczął, ale z tego co już na własne uszy słyszałem najlepsza była końcówka. Bo tak w ogóle repertuar był spokojny. Na koniec było też co prawda dość spokojnie, ale trzy ostatnie utwory Radziwonowicz zagrał i ładnie, i należą one w ogóle do najładniejszych w dorobku Chopina. Ciekawe kto dobiera repertuar koncertów w Łazienkach, organizatorzy czy wykonawcy?

Co do Radziwonowicza to w ubiegłym roku w Łazienkach prosiłem go o coś, o drobną sprawę, do zrobienia chyba w kilka minut. Obiecał że to zrobi i do dziś tego nie zrobił… A co do tej niedzieli, 10 czerwca 2012, chcę go o coś zapytać: Czy jest Pan – Panie Karolu – wyłącznie zadowolony ze swej gry w tym dniu? Czy może nie wyłącznie? Jestem ciekawy odpowiedzi. Proszę mi napisać, adres mailowy Pan zna. Czekam.

A w Łazienkach… Poza osobami które przychodzą posłuchać pięknej muzyki w dobrym wykonaniu, przychodzą też jednak i głupki. Na przykład mężczyzna w wieku ok. 30 lat topless, na przykład młode dziewczyny rozebrane prawie do naga… Głupek przychodzi na Chopina, ale tak naprawdę nie wiadomo po co… Bo przychodzi na koncert, rozbiera się, kładzie i śpi. Słońce świeciło mocno, więc niektórzy chyba zapominali o Chopinie i się opalali, zasypiali. Jakby musieli to robić na koncercie. Ale głupki tak właśnie robią…

Poza zwykłymi głupkami widziałem też kobietę która szydełkowała, ludzi czytających jakieś notatki…

Jeszcze co do głupków na Chopinie, to ptaszki zachowują się lepiej, bo nie rozbierają się, nie kładą, tylko swoim śpiewem pomagają wykonawcy!…

A kiedy szedłem do Łazienek – dźwięki Chopina w wykonaniu Radziwonowicza słyszałem już przy Bagateli 5, sporo za szwedzką ambasadą.

Zapraszam w imieniu organizatorów do Łazienek na Chopina, ale NA CHOPINA. Każda niedziela o godz. 12 i 16.

Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /10.VI.2012/

***

Marek Bracha na finał

W blasku słońca zabrzmiała w niedzielę 25 września muzyka Fryderyka Chopina podczas ostatniego w tym roku koncertu w Łazienkach Królewskich w Warszawie

Na zakończenie tegorocznych koncertów przy pomniku naszego geniusza zagrał Marek Bracha. Przy licznie zgromadzonej publiczności – i przy rzadkich już w końcu września różach – Bracha zagrał bardzo ładnie. Zadowolona publiczność nagrodziła go za to długimi brawami

Finał tegorocznych recitali był więc bardzo udany – przepiękna słoneczna pogoda, bardzo dobry występ pianisty i liczna publiczność. Czego trzeba więcej…

W tym roku byłem tylko na niektórych koncertach w Łazienkach. Z tych które udało mi się zobaczyć najdłużej zostaną w pamięci występy Włocha Paolo Vairo, Ukraińca Serhija Hryhorenki, Karola Radziwonowicza, prof. Kazimierza Gierżoda i właśnie Marka Brachy.

Koncerty przy pomniku Chopina w Łazienkach to koncerty szczególne i wyjątkowe. To miejsce jest szczególne i wyjątkowe. Taki sam jest klimat. Nigdzie indziej tak Chopina się nie zagra, nigdzie indziej tak muzyka Chopina nie wybrzmi. Przy świergocie ptaków, odgłosach przejeżdżających nieopodal samochodów, przemieszczających się słuchaczach /na szczęście nie wszystkich…/, hałasujących dzieciach, czasem wietrzyku, czasem chłodzie albo dokuczliwym upale. Żeby nie było wątpliwości, wszystko o czym tu wspominam prawie nie przeszkadza w odbiorze cudownej muzyki naszego wielkiego kompozytora.

Ważne że tych recitali może przyjść posłuchać każdy, także bezdomny, biedny człowieczek. Publiczność z całego świata… Oczywiście wielu Japończyków, jak wiadomo zakochanych w Chopinie.

Trzeba być wdzięcznym organizatorom za te koncerty. To piękna sprawa, symbol Warszawy od lat, znak firmowy naszej stolicy.

I tylko szkoda że jest już chłodniej, że róże już prawie zwiędły, i trzeba będzie czekać na kolejne recitale, na cudowną muzykę Chopina, do przyszłego roku. Oczywiście tę muzykę w Łazienkach Królewskich, bo gdzie indziej okazji pewnie nie zabraknie.

Cezary Dąbrowski /26.9.2011/

***

Zwycięzcy grają w biegu

Niespełna rok po Konkursie Chopinowskim laureaci zaczynają robić karierę. Każdy ma na nią własny sposób

Najefektowniej poczyna sobie Ingolf Wunder, o czym świadczy światowa premiera płyty nagranej dla Deutsche Grammophon

– Praca nad nią była stresująca – mówi pianista. – Po konkursie dawałem tyle koncertów że nagrania powstawały między podróżami. Starałem się być odprężony przed każdym wejściem do studia, ale nie zawsze mi się udawało

Ma świadomość że zdarzyło się coś wyjątkowego. – Jeszcze kilka miesięcy temu nie śmiałem marzyć o Deutsche Grammophon – przyznaje.

Niemiecka firma pracuje z największymi gwiazdami, starannie dobiera talenty którym zapewnia światową promocję. Jej przedstawiciele od lat śledzą przebieg Konkursów Chopinowskich by ewentualnie ubiec konkurencję i podpisać kontrakt ze zwycięzcą. W ubiegłym roku wybrali jednak Austriaka, choć zdobył drugą nagrodę i to ex aequo.

Życie w innym świecie

Ingolf Wunder nagrał oczywiście utwory Chopina ale te najtrudniejsze – jak Sonata b-moll czy Polonez-Fantazja. Zestaw wieńczy zaś wirtuozowski Wielki Polonez Es-dur z Andante Spianato, tak więc nie jest to fonograficzny debiut wobec którego można stosować taryfę ulgową.

Konkurs jest dla niego zamkniętym rozdziałem. – Zdobyłem nagrodę i czuję się spełniony. Teraz żyję w innym świecie.

Na ten rok zaplanował 50 występów. – To maksymalna liczba na jaką mogę sobie pozwolić – mówi. – Spłacam daninę po konkursie. Ludzie chcą mnie słuchać ale widzą we mnie pianistę który zdobył nagrodę. Przychodzą na występ by się utwierdzić że jury podjęło słuszną decyzję. Na dłuższą metę nie da się żyć w takim koncertowym wirze. Muszę znaleźć czas by się zastanowić co dalej ze sobą zrobić.

O przyszłość może chyba być spokojny. Po serii pokonkursowych podróży otrzymuje kolejne propozycje. W ciągu najbliższych dwóch lat Ingolf Wunder znów zagra – i to kilkakrotnie – w Japonii. Za kilka miesięcy czekają na niego dwie najważniejsze sale Wiednia: Musikverein i Konzerthaus, na 2012 otrzymał zaproszenie z festiwalu w Salzburgu.

Myśli już o kolejnej płycie którą dla Deutsche Grammophon ma nagrać w przyszłym roku. Tym razem zrobi to z orkiestrą. – Wybiorę jeden koncert Chopina i drugi innego kompozytora – zapowiada. – Nie mogę zdradzić szczegółów bo dyskusje z szefami firmy trwają. Chcę pokazać że mam szerokie zainteresowania i nie zamierzam pozostać wyłącznie przy Chopinie choć zajmuje on wyjątkowe miejsce w moim życiu.

Najmniej znany jest dotąd na rynku amerykańskim. – Nie mam tam impresaria ale sytuacja zmieni się w przyszłym sezonie.

Na starym fortepianie

Nowojorska agencja Columbia Artists Management zajęła się natomiast zwyciężczynią – Julianną Awdiejewą. Dobrze też został przyjęty jej styczniowy koncert z Nowojorskimi Filharmonikami. To jedna z konkursowych nagród jakie zdobyła. Wspólny występ z tak sławną orkiestrą w jej siedzibie i w programie abonamentowego sezonu podnosi wartość każdego młodego artysty.

Rosjanka nie zabiega o sławę za wszelką cenę. – Obserwuję jej poczynaniamówi Stanisław Leszczyński, wicedyrektor Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina i szef festiwalu Chopin i jego Europa. – Widzę że planuje z rozwagą. To nie jest działanie obliczone na łatwy efekt ale perspektywiczne, z myślą o własnym rozwoju i wzbogacaniu repertuaru.

On namówił Awdiejewą do ciekawego debiutu. W sierpniu na festiwalu w Warszawie pierwszy raz zagra na XIX-wiecznym fortepianie.

Nigdy tego wcześniej nie robiła ale zgodziła się od razu – mówi Leszczyński. – Będziemy zresztą mogli posłuchać jej dwukrotnie, najpierw na recitalu na współczesnym instrumencie, a potem ze słynną angielską Orkiestrą Wieku Oświecenia z którą oba koncerty Chopina zagra na fortepianie z epoki.

Kolejna nagroda

Inną drogą podąża Daniił Trifonow, zdobywca III nagrody. Nie rezygnuje z występów. Nagrał dla polskiej firmy DUX chopinowską płytę z utworami solowymi i koncertem e-moll w którym towarzyszy mu Polska Filharmonia Kameralna Wojciecha Rajskiego. Przede wszystkim jednak 20-letni Rosjanin postanowił raz jeszcze sprawdzić swe umiejętności i w maju przystąpił do Międzynarodowego Konkursu im. Artura Rubinsteina w Tel Awiwie. Wygrał, co z pewnością pomoże mu w przyszłości bo ta rywalizacja zawsze z uwagą jest obserwowana przez muzyczny świat.

Lukas Geniušas (II nagroda) koncertuje głównie w Rosji, Polsce, a także w ojczystej Litwie oraz krajach skandynawskich w których ma swojego agenta. Nieprzewidywalny jest Bułgar Evgeni Bożanow. Już podczas konkursu wiadomo było że to artysta kapryśny ale o ogromnej indywidualności. W sierpniu zagra na festiwalu Chopin i jego Europa. – Szykuje bardzo ciekawy recital z roztańczonymi utworami różnych kompozytorów – zapowiada Leszczyński.

Na tegoroczny festiwal dyrektor zaprosił także innych pianistów z ostatniego konkursu. Nie tylko tych którzy wyjechali z nagrodami bo zagrają też Włoszki Irene Veneziano i Leonora Armellini oraz Paweł Wakarecy. Ingolfa Wundera nie będzie ale Austriak i tak ciągle gości w naszym kraju ku zadowoleniu polskiej publiczności. Kolejna okazja szykuje się w sierpniu na festiwalu w Dusznikach gdzie będzie można też posłuchać Awdiejewej, Geniušasa i Trifonowa.

jm/rp /17.6.2011/

***

Jeżeli nie decydowała muzyka, to co?

Rosjanka Julianna Awdiejewa, laureatka XVI Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego, zdaniem wielu, nie powinna w ogóle znaleźć się w finale

Skandal. Tak można podsumować werdykt jury XVI Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego. Przyznanie pierwszej nagrody Rosjance Juliannie Awdiejewej zszokowało zgromadzoną w foyer Filharmonii Narodowej publiczność

Zamiast oklasków rozległ się, jak nigdy, głośny jęk zawodu. Niejako dla osłody przyznano dwie drugie nagrody, otrzymali je: Ingolf Wunder i Lukas Geniuszas, trzecią otrzymał Daniil Trifonov. Na czwartym miejscu postawiono Evgenia Bożanova, na piątym Francois Dumont. Polak Paweł Wakarecy otrzymał jedynie wyróżnienie. Szóstej nagrody nie przyznano, a szkoda!

Zdaje się, że jury, w którym zasiadali: Andrzej Jasiński (przewodniczący), Jan Ekier (przewodniczący honorowy), Katarzyna Popowa-Zydroń, Piotr Paleczny, Adam Harasiewicz, Martha Argerich, Bella Davidovich, Philippe Entremont, Nelson Freire, Kevin Kenner, Michie Koyama, Dang Thai Son, Fou Ts’Ong, jest sprawcą, delikatnie określając, największej niespodzianki XVI konkursu.

Jego werdykt został przyjęty niemal jednogłośnie negatywnie. Oliwy do ognia dolał sam przewodniczący, próbujący na antenie Polskiego Radia bez większego przekonania bronić decyzji jury. Również dyrektor Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie Waldemar Dąbrowski wykręcał się jak mógł z odpowiedzi na pytanie o trafność decyzji jury. Swego zbulwersowania nie kryli telewidzowie i radiosłuchacze, którzy do później nocy wygłaszali telefonicznie i na internetowym forum swoje, najczęściej złe, opinie o pracy jury. Także tutaj najczęściej padało określenie: skandal!

Nie inaczej wypowiadali się komentatorzy i akredytowani dziennikarze wytykający jury, że po drodze do finału zgubiło kilku interesujących pianistów, którzy zostali wyeliminowani w II i III etapie. A sam finał potraktowali w taki sposób, że trudno się w ich decyzji doszukać racjonalnych przesłanek.

Awdiejewa w ogóle nie powinna przejść do finału. Była egzaltowana, wręcz nieszczera w tym, co robi, a przede wszystkim nie brała pod uwagę estetyki Fryderyka Chopina. On powtarzał, że najważniejsza powinna być prostota! To ona właśnie powinna być przewodnikiem w interpretacji muzyki Chopina – powiedziała prof. Lidia Kozubek, wybitna pianistka, wykładowca Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie, profesor wizytujący jedną z akademii muzycznych w Tokio.

Moim zdaniem, najlepiej grał 18-letni Rosjanin – Nikołaj Chozjainow. Był naprawdę przekonujący w swojej grze – dodała Kozubek.

Julianna Awdiejewa w III etapie w koncercie e-moll zaprezentowała nasyconą kolorystykę, piękną ekspozycję tematów lirycznych, co nie zmienia faktu, że jej gra perfekcyjna technicznie była chłodna emocjonalnie. Okazało się, że było to wykonanie koncertu na miarę pierwszego miejsca. Dodatkowo pianistka otrzymała nagrodę specjalną za najlepsze wykonanie sonaty w III etapie.

Owacja dla Wundera

Wydarzeniem pierwszego wieczoru III etapu był występ Daniila Trifonowa, 19-letniego pianisty rosyjskiego, absolwenta Szkoły Muzycznej im. Gniesinych w Moskwie w klasie Tatiany Zelikman, który od 2009 r. kształci się w Stanach Zjednoczonych w Cleveland Institute of Music pod kierunkiem Sergieja Babayana. Mimo młodego wieku ma już na swoim koncie udział i nagrody w wielu konkursach pianistycznych: Pekin, San Marino i Moskwa. Zagrany przez niego koncert e-moll urzekał starannie opracowaną amplitudą dynamiczną, naturalnym prowadzeniem frazy. Zaprezentował interpretację na wskroś romantyczną. Okazało się, że było to wykonanie na miarę trzeciej nagrody, to bodaj najtrafniejsza z decyzji jury.

Drugi dzień przesłuchań to świetny występ Nikołaja Chozjainowa, 18-letniego pianisty rosyjskiego, studenta moskiewskiego Konserwatorium im. Piotra Czajkowskiego w klasie Mikhaila Voskresensky’ego. Jego interpretacja koncertu e-moll miała młodzieńczy urok właściwy młodemu Chopinowi.

Jednak kulminacją tego wieczoru był występ Ingolfa Wundera, który doskonalił swój warsztat pianistyczny pod okiem Adama Harasiewicza. Koncert e-moll w jego interpretacji okazał się wydarzeniem konkursu. Była to interpretacja w pełni dojrzała; porywające pod każdym względem wykonanie. Świetnie opracowana gradacja dynamiki pozwala mu budować formę koncertu. Jeżeli do tego dodamy wirtuozerię, lekkość i elegancję gry oraz umiejętność współpracy i prowadzenia dialogu z orkiestrą, to obraz tego młodego pianisty będzie w miarę pełny.

Publiczność przyjęła jego występ gorącą owacją na stojąco, co jasno wskazało, że był jej faworytem. Wydawało się, że mamy pewnego kandydata do głównej nagrody, czas pokazał, że był to bardzo mylny sąd! Jak na ironię Wunder otrzymał nagrodę specjalną za najlepsze wykonanie koncertu fortepianowego oraz Poloneza-fantazji op. 61.

Ostatni dzień przesłuchań zdominował Lukas Geniuszas reprezentujący Rosję i Litwę. Koncert e-moll w jego wykonaniu był poruszający, a chwilami wręcz porywający. To naprawdę wielki talent o nieskazitelnej technice, pięknym dźwięku i kapitalnej umiejętności operowania barwą. Ten pianista otrzymał też nagrodę za najlepsze wykonanie poloneza w II etapie.

Moim zdaniem wielu finalistów powinno znaleźć się raczej na dalszych miejscach. A wielu artystów, którzy nie zakwalifikowali się do finału, powinno w nim zagrać. Przykładem jest Polak Marcin Koziak. Bardzo ładnie grał też Francuz Francois Dumont (który przeszedł do finału) – komentuje prof. Kozubek.

Podsumowując konkursowe zmagania, należy zaznaczyć, że ten konkurs miał najwyższy od lat poziom. Młodzi pianiści byli doskonale przygotowani pod względem warsztatowym, z wyrazowym – już różnie bywało. Wartością XVI Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego jest zwycięstwo rosyjskiej szkoły pianistycznej. Na jedenastu pianistów trzech zdobyło główne nagrody.

Niespodzianką był fakt, że po raz pierwszy od wielu konkursów żaden z 16 pianistów japońskich nie dotarł nawet do III etapu. Żal, że jednak jury nie doceniło kilku młodych pianistów, których talenty już dzisiaj błyszczą pełnią blasku. Należała do nich m.in. Włoszka Leonora Armellini.

Adam Czopek /22.10.2010/

***

Nie grali Chopina

Julianna Awdiejewa, zwyciężczyni tegorocznego Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina nie powinna nawet dostać się do finału – oceniła chopinistka Lidia Kozubek

– Jestem przerażona decyzją jury – powiedziała Kozubek

Jak tłumaczyła Kozubek, wielu spośród najlepiej ocenionych artystów to ‘pianiści, ale nie chopiniści’. – Grali siebie, a nie Chopina – powiedziała.

– Mówią że zmieniają się czasy i upodobania, ale są wartości ponadczasowe, które należy nagradzać. W Konkursie Chopinowskim nie należy kierować się chwilową modą – podkreśliła Kozubek.

Jej zdaniem, najlepszym uczestnikiem konkursu był Rosjanin Nikołaj Chozjainow. – On był najbliższy Chopina. Grał skromnie, głęboko, ale z wyrazem. Jego wykonania miały w sobie duchowy dźwięk. Chopin mówił, że najważniejsza jest prostota i naturalność. On to miał. A u innych tej naturalności zabrakło. Były za to udziwnienia, a niekiedy brak wiedzy muzycznej. Nuty mniej ważne były eksponowane, a najważniejsze lekceważone – tłumaczyła Kozubek.

– Mam nadzieję, że będą nowe pokolenia pianistów, którzy zadbają o oczyszczenie Chopina – powiedziała.

Rosjanka Julianna Awdiejewa została w nocy ze środy na czwartek ogłoszona zwyciężczynią w XVI Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Laureatka I nagrody, ufundowanej przez prezydenta Rzeczypospolitej, otrzyma 30 tys. euro i złoty medal.

II nagroda w Konkursie Chopinowskim – 25 tys. euro i srebrny medal – została przyznana Ingolfowi Wunderowi (Austria) i Lukasowi Geniuszasowi (Rosja/Litwa).

Laureatem III nagrody – 20 tys. euro i brązowy medal – został Rosjanin Daniił Trifonow. IV nagrodę – 15 tys. euro – jury przyznało Bułgarowi Ewgenijowi Bożanowowi. 10 tys. euro otrzyma Francuz Francois Dumont, uhonorowany V nagrodą. Jury nie przyznało VI nagrody.

Polak Paweł Wakarecy otrzymał wyróżnienie.

mk/pap /21.10.2010/

***

Wybębniła Chopina i wygrała…

Jury tegorocznego, XVI Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, który zakończył się ogłoszeniem kontrowersyjnego wyniku, palmę pierwszeństwa (i 30 tys. euro od prezydenta RP) przyznało Rosjance Juliannie Awdiejewej. I się zaczęło…

Pierwsza była reakcja publiczności, która w foyer Filharmonii Narodowej werdykt przyjęła chłodno. Później erupcje niezadowolenia pojawiały się niemal wszędzie. Najzabawniejsze, że sami jurorzy, zapatrzeni na pewnego Poncjusza, strojąc dobre miny, umywali ręce.

Okazało się, że właściwie Awdiejewa nie była niczyją faworytką. Dlaczego więc wygrała? Czy tylko dlatego, że triumfował grzech pierworodny konkursu, czyli matematyka? A czy inaczej było np. w 1975 r., kiedy wygrał bodaj jeden z najwybitniejszych chopinistów i pianistów świata (po Arturze Rubinsteinie), 18-letni wówczas Krystian Zimerman?

Żeby nie było wątpliwości: nigdy w życiu nie przyznałbym Awdiejewej I nagrody, nie podejrzewam się nawet o wspaniałomyślność, która pozwoliłaby jej zakwalifikować się do finału. Kolejne etapy Awdiejewa grała solidnie i starannie, bo to taka rosyjska maszyna do grania i wygrywania konkursów jest (na koncie ma kilka zwycięstw, niektóre nawet w poważnych konkursach).

Tylko co z tego, skoro w tej świetnie wyposażonej maszynie zabrakło serca, które potrafi wzruszyć, zadumać się, poigrać beztrosko i nostalgicznie zapłakać? A już wcale nie podobał mi się w jej wykonaniu Koncert fortepianowy e-moll. Kiedy Awdiejewa mocowała się z delikatną tkanką muzyki Chopina, zobaczyłem przy fortepianie urzędniczkę z poczty (z całym szacunkiem dla miłych pań), zapalczywie atakującą klawiaturę żelaznym stemplem.

Laureatami II nagrody zostali dwaj pianiści, którzy – gdyby pozwolić im zagrać raz jeszcze to, co ‘skusili’ – mogli rywalizować o pierwsze miejsce. Austriak Ingolf Wunder i reprezentujący Litwę i Rosję Lukas Geniuszas to znakomici artyści, którym zwycięstwo w tym konkursie pomogłoby w karierze. Wątpię, by pomogło Awdiejewej, której absolutnie nie odmawiam talentu do grania Beethovena, Prokofiewa. Ale dajmy spokój Awdiejewej, w końcu ona tej nagrody nie ukradła i nie ona będzie smażyć się w piekle.

Wielkim tegorocznym przegranym był ulubieniec melomanów – Rosjanin Nikołaj Chozjainow. Na otarcie łez 13-osobowe jury przyznało mu wyróżnienie, by nie odbierać szansy na ponowny start w konkursie za pięć lat. Pytanie tylko, czy temu 19-letniemu, a genialnemu artyście ten konkurs za pięć lat będzie jeszcze do czegokolwiek potrzebny. Na pewno nie tak, jak on byłby potrzebny konkursowi. Żal, że tylko czwarte miejsce wygrał sobie (myślę, że zaważyło niefortunne wykonanie koncertu fortepianowego) niezwykle wrażliwy bułgarski pianista – Jewgienij Bożanow.

O udziale Polaków w XVI Konkursie Chopinowskim – z sześciu startujących do finału zakwalifikował się jedynie Paweł Wakarecy (dostał wyróżnienie) – wytwornie będzie milczeć. Szkoda, że nie udało się nam pięknym triumfem rodaka uczcić przypadającej w tym roku 200 rocznicy urodzin kompozytora – patrona konkursu. Sukcesów polskiej szkoły pianistycznej na miarę Zimermana czy Blechacza życzę szkole, tudzież Państwu i sobie jednako. Ale to dopiero za pięć lat.

Michał Lenarciński/se /23.10.2010/

***

Bulwersujący werdykt jury

Zwycięzca jest tylko jeden, ale bohaterów było wielu i to znacznie ciekawszych niż Julianna Awdiejewa!

Wprawdzie w finale część pianistów została pokonana przez zmęczenie i nie zaprezentowała się tak błyskotliwie, jak we wcześniejszych etapach, ale nie zmienia to faktu, że po tym konkursie pozostaną inne wrażenia niż po poprzednich. Nawet mimo asekuracyjnej decyzji końcowej jurorów, którzy najwyżej ocenili Juliannę Awdiejewą.

25-letnia Rosjanka jest artystką o sporym już doświadczeniu estradowym i typową przedstawicielką tzw. pianistów konkursowych, którzy grają pewnie, bez najmniejszych trudności, ale w sposób beznadziejnie przewidywalny. Tacy muzycy nie ekscytują publiczności, więc trudno zrozumieć, czym kierowało się jury, faworyzując Juliannę Awdiejewą. Chyba że ten jedyny powód zdradziła dziennikarzom po ogłoszeniu werdyktu Martha Argerich mówiąc, że cieszy się, iż po 45 latach w Konkursie Chopinowskim zwyciężyła kobieta.

Jeśli zatem tegoroczną edycję będziemy lepiej wspominać niż poprzednie, to dzięki pianistom znacznie bardziej interesującym od zdobywczyni pierwszej lokaty.

W 2005 r. był Rafał Blechacz, jednak błyszczał na tle grupy finalistów z Azji, których nazwisk nikt dziś już w Polsce i na świecie nie pamięta. Dziesięć lat temu wygrał w pięknym stylu 18-letni wówczas Chińczyk Yundi Li, ale gdy stracił młodzieńczy urok, okazał się pianistą zbyt chłodnym, by porywać publiczność. Reszta ówczesnych finalistów także dzisiaj nie wzbudza emocji występami.

Tegoroczny konkurs można zaś porównać do tych z odległej przeszłości. Nasuwają się porównania z 1955 r., kiedy w Warszawie objawili się Adam Harasiewicz, Władimir Aszkenazy (zrobił większą karierę niż zwycięzca) oraz Fou Ts’ong. Albo z konkursem w 1970 r., bo wówczas głównymi nagrodami podzielili się Garrick Ohlsson, Mitsuko Uchida (stała się większą gwiazdą) i Piotr Paleczny, był też Janusz Olejniczak.
Nazwiska tych pianistów są dziś znane nawet tym, którzy muzyki poważnej nie słuchają często. Wierzę, że za 20 lat to samo będzie można powiedzieć o większości laureatów obecnego XVI Konkursu Chopinowskiego.

Ingolf Wunder to artysta, rzec można, kompleksowy. Doskonałą technikę wykorzystuje, by przekazać to, co wnikliwie wyczytał w nutach. Jest świadomy swoich możliwości, ale nie hołduje tanim popisom. Ten wyważony liryk i wirtuoz trzymający się w ryzach od razu może ruszyć na estrady świata.

Bułgar Jewgienij Bożanow ma zadatki, by podobać się publiczności, która lubi pianistów grających błyskotliwie i traktujących materię muzyczną do zaprezentowania własnej indywidualności. W przyszłości albo zacznie manierycznie eksponować siebie, jak czyni to dziś Iwo Pogorelić, albo w pełni dojrzeje i stanie się wielką postacią światowej pianistyki.

Z uwagą warto śledzić, co wyrośnie z nastolatków. Rosjanin Daniił Trifonow to liryk o delikatnym uderzeniu, który mimo 19 lat potrafi utworowi nadać własne oblicze. 18-letni Nikołaj Chozjainow jest fenomenalnie zdolny, czasami zdumiewający dojrzałością. Myślącym artystą jest też 20-latek Lukas Geniuszas. Skąd ci młodzi ludzie tyle wiedzą o muzyce? To pasjonująca i przyjemniejsza zagadka od zgłębiania motywów decyzji jurorów.

Lista laureatów XVI konkursu chopinowskiego:

I nagroda (30 tys. euro i złoty medal)
Julianna Awdiejewa (Rosja)

II nagroda ex aequo (25 tys. euro i srebrny medal)
Lukas Geniuszas (Rosja/Litwa)
Ingolf Wunder (Austria)

III nagroda (20 tys. euro i brązowy medal)
Daniił Trifonow (Rosja)

IV nagroda (15 tys. euro)
Jewgienij Bożanow (Bułgaria)

V nagroda (10 tys. euro)
Francois Dumont (Francja)

Wyróżnienia
Nikołaj Chozjainow (Rosja)
Miroslaw Kultyszew (Rosja)
Hélene Tysman (Francja)
Paweł Wakarecy (Polska)

Nagroda Towarzystwa im. Fryderyka Chopina
za najlepsze wykonanie poloneza w II etapie (3 tys. euro)
Lukas Geniuszas (Rosja/Litwa)

Nagroda Polskiego Radia
za najlepsze wykonanie mazurków (3 tys. euro)
Daniił Trifonow (Rosja)

Nagroda Filharmonii Narodowej
za najlepsze wykonanie koncertu (3 tys. euro)
Ingolf Wunder (Austria)

Nagroda Krystiana Zimermana
za najlepsze wykonanie sonaty (12 tys. euro)
Julianna Awdiejewa (Rosja)

Nagroda rektora Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina
za najlepsze wykonanie Poloneza-Fantazji As-dur op. 61 (3 tys. euro)
Ingolf Wunder (Austria)

Jacek Marczyński/rp /21.10.2010/

***

Tylko Chopin – 3-21 października

Konkurs Chopinowski jest zaliczany do grona najstarszych i najbardziej prestiżowych konkursów muzycznych na świecie. Należy również do nielicznej grupy monograficznych konkursów pianistycznych, poświęconych muzyce jednego kompozytora. Ogłoszenie wyników zmagań młodych pianistów przewidziano na 20 października. Dzień później w Teatrze Narodowym zaplanowano koncert laureatów.

Polskie środowisko muzyczne w okresie II Rzeczypospolitej wiele lat dyskutowało nad koniecznością powołania do życia międzynarodowej imprezy muzycznej promującej dzieła Fryderyka Chopina.

Wreszcie Jerzy Żurawlew, wybitny polski pianista, pedagog i kompozytor, stał się inicjatorem i jednym z organizatorów konkursu. To on doprowadził do tego, że Warszawskie Towarzystwo Muzyczne powołało Komisję Wykonawczą Konkursu, złożoną z pedagogów Wyższej Szkoły Muzycznej im. Fryderyka Chopina.

Komisja opracowała regulamin konkursu, ustaliła jego program i skład jury. Warto pamiętać, że jury pierwszego konkursu składało się tylko z polskich muzyków, co miało być sposobem na ujednolicenie polskiego stylu interpretacji muzyki Chopina. Uważano bowiem, że narodowy styl polskiej interpretacji powinien zostać uznany przez cały świat (już kilka lat później okazało się, że to mylny sąd).

Pierwszemu dwunastoosobowemu składowi jury przewodniczył Witold Maliszewski, dyrektor Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego, zarazem dyrektor Wyższej Szkoły Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie.

Wreszcie 23 stycznia 1927 r. w sali koncertowej Filharmonii Warszawskiej rozpoczął się I Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina. Jego program składał się z dwóch etapów. W pierwszym wykonywano po dwa nokturny, preludia, mazurki oraz dwie etiudy. Podczas drugiego etapu jego uczestnik był zobowiązany da zaprezentowania dwóch części z dowolnie wybranego koncertu e-moll lub f-moll.

W konkursowe szranki stanęło 10 pianistów zagranicznych i 16 polskich. Wieczorem 30 stycznia ogłoszono, że I nagrodę otrzymał Lew Oborin (ZSRS). Druga przypadła polskiemu pianiście Stanisławowi Szpinalskiemu, który był uczniem Ignacego Jana Paderewskiego. Trzecią otrzymała również polska pianistka Róża Etkin-Moszkowska. Nagrodę specjalną ufundowaną przez Polskie Radio za najlepsze wykonanie mazurków otrzymał Henryk Sztompka. Honorowy patronat nad konkursem objął prezydent Ignacy Mościcki.

Od samego początku założono, że kolejne konkursy odbywać się będą co pięć lat. Doskonała opinia, jaką zyskał konkurs z 1927 r., sprawiła, że do II edycji zgłosiło się już 55 młodych pianistów z 17 krajów oraz dwoje bezpaństwowców – rosyjskich emigrantów. Najliczniejszą grupę stanowili Rosjanie (12) i Polacy (32). Oceniało ich już międzynarodowe jury, któremu przewodniczył Adam Wieniawski. Czas konkursu został wydłużony z ośmiu do osiemnastu dni, a jury otrzymało do dyspozycji 15 nagród pieniężnych ufundowanych przez instytucje i osoby prywatne oraz 10 dyplomów honorowych. Pierwszą nagrodę Prezydenta Rzeczypospolitej otrzymał Alexander Uninski, uczeń Lazarea Lévyego. Drugą – Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, zdobył ociemniały pianista węgierski Imre Ungar, od samego początku wielki faworyt publiczności. Trzecią – Prezydenta Warszawy, przyznano polskiemu pianiście Bolesławowi Konowi.

Do rozegranego na przełomie lutego i marca 1937 r. III Konkursu zgłosiła się już rekordowa liczba 250 młodych pianistów z 21 krajów, z czego do bezpośredniego udziału w konkursowych zmaganiach dopuszczono 105 osób, których grę oceniało aż trzydziestoosobowe jury z 12 państw. Podczas tego konkursu po raz pierwszy ufundowano nagrodę publiczności. Otrzymała ją japońska pianistka Chieko Hary, pominięta w oficjalnym rozdziale nagród dokonanym przez jury, co wywołało ogromną awanturę w gmachu filharmonii. By zapobiec dalszym rozruchom wzburzonej publiczności, bogaty przemysłowiec Stanisław Meyer ogłosił, że ufundował nagrodę specjalną dla pokrzywdzonej pianistki. Nagroda ta stała się z czasem tradycją chopinowskiego konkursu, podobnie zresztą jak towarzyszące jej starcia między publicznością a jurorami. Dla nas ważnym faktem stało się zdobycie III nagrody przez Witolda Małcużyńskiego.

Wybuch II wojny światowej i trudne powojenne lata sprawiły, że IV Konkurs mógł się odbyć dopiero w 1949 r. Następny – V, rozegrano po sześciu, a nie pięciu latach. Najważniejszym wydarzeniem IV Konkursu było zdobycie trzech głównych nagród przez polskich pianistów. Pierwszą otrzymały ex aequo: Halina Czerny-Stefańska i Bella Dawidowicz z ZSRS. Druga przypadła Barbarze Hesse-Bukowskiej, trzecia Waldemarowi Maciszewskiemu. Wszyscy przez lata wspaniałych karier potwierdzili słuszność sędziowskiego werdyktu!

Od 1960 r. Konkurs Chopinowski wrócił do pięcioletniego okresu jego przeprowadzania, stając się jednym z najbardziej prestiżowych konkursów tego typu na świecie. Oczywiście nie obyło się w międzyczasie bez głośnych awantur między publicznością i jurorami, a nawet między tymi ostatnimi. Najgłośniejsza przetoczyła się za sprawą Ivo Pogorelica podczas X Konkursu w 1980 r., który zakończył się kilkoma skandalami. Jednych raziła jego nonszalancja w zachowaniu i wyglądzie (najczęściej występował w swetrze lub pogniecionej koszuli), innych przyprawiał o sercowe palpitacje sposobem gry muzyki Chopina. Zasiadająca w jury Marta Argerich zachwycona grą młodego Jugosłowianina obraziła się na pozostałych członków jury za niedopuszczenie artysty do finału i opuściła to gremium. Podobnego zdania byli również Paul Badura-Skoda i Nikita Magaloff. W geście uznania dla jego Niekonwencjonalnego podejścia do muzyki Chopina przyznano mu wtedy ustanowioną specjalnie Nagrodę Polskich Krytyków Muzycznych oraz specjalną nagrodę Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Zachwycona grą Pogorelica Irena Eichlerówna ufundowała mu prywatną nagrodę.

Jury i publiczność jeszcze bardziej porwały występy dwóch Polaków, bezapelacyjnych zwycięzców: IX Konkursu – Krystiana Zimermana, oraz XV – Rafała Blechacza. Dzisiaj obaj zaliczani są do absolutnej światowej czołówki pianistów, każdy ich występ okazuje się wielkim wydarzeniem artystycznym. Warto jeszcze choćby wspomnieć o pozostałych polskich laureatach: Adam Harasiewicz zwyciężył w konkursie w 1955 r., dziesięć lat później Marta Sosińska zdobyła III nagrodę. Piotr Paleczny został laureatem trzeciej nagrody w 1970, a Krzysztof Jabłoński w 1985.

Decyzją jury, pod przewodnictwem prof. Andrzeja Jasińskiego, do udziału w tegorocznym XVI Konkursie zakwalifikowanych zostało 81 pianistów, z 350 zgłoszonych. Największą grupę wśród nich stanowią reprezentanci Japonii – aż 16 młodych artystów, a także Rosji – 11 muzyków. Polskę reprezentować będzie sześcioro pianistów: Fares Marek Basmadji, Marek Bracha, Jacek Kortus, Marcin Koziak, Joanna Różewska, Gracjan Szymczak i Paweł Wakarecy. Większość wykonawców odpadnie w trzech etapach poprzedzających finał, do którego może zostać zakwalifikowanych sześciu artystów.

Zgodnie z tradycją 17 października, w dniu śmierci Chopina, następuje przerwa w konkursowych zmaganiach. Tego dnia o godz. 20 w kościele Św. Krzyża w Warszawie odprawiona zostanie uroczysta Msza Święta, podczas której wykonywane będzie Requiem d-moll KV 626 W.A. Mozarta. Wykonawcy: Orchestre des Champs-Élysées pod dyrekcją Philippe Herreweghea. Organizatorem szesnastej edycji jest po raz pierwszy Narodowy Instytut Fryderyka Chopina. Dotychczas pieczę nad konkursem sprawowało Towarzystwo im. Fryderyka Chopina w Warszawie.

Adam Czopek

***

Tylko Chopin

Tym razem wszystko ma być inne: lepsi pianiści, odważniejsi jurorzy i atrakcyjniejsze nagrody. To, co najważniejsze, pozostaje jednak bez zmian

Przesłuchania XVI Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina rozpoczną się – jak zawsze – 3 października. Nazwisko zwycięzcy poznamy 17 dni później późnym wieczorem

Nadal konkurs opiera się pomysłom zgłaszanym od lat; pozostał jednym z nielicznych konkursów muzycznych na świecie, w którym gra się utwory wyłącznie jednego kompozytora.

Potęga Wschodu

Rywalizację zdominują ponownie przedstawiciele Dalekiego Wschodu. Wśród 81 uczestników jest ich 34, azjatyckie korzenie ma też kilku przedstawicieli innych państw (USA, Australii, Szwajcarii). Zapowiadana fala z Chin, gdzie na fortepianie uczy się grać 30 milionów młodych ludzi, w tym roku jeszcze nie nadejdzie. Wystąpi, co prawda, ośmiu muzyków z Chin oraz pięciu z Tajpej, ale to mimo wszystko skromna ekipa w porównaniu z 17-osobową reprezentacją Japonii.

Narodowość pianisty jest mniej ważna od umiejętności. Czy pojawi się ktoś dorównujący zwycięzcom sprzed lat, którzy porobili wielkie kariery? Konkurs chopinowski bardzo potrzebuje takiego laureata, by utrzymać nieco osłabioną pozycję wśród najważniejszych imprez muzycznych na świecie.

Wyjątkowo starannie szukano w tym roku indywidualności w młodym pokoleniu pianistów. Nadeszła rekordowa liczba zgłoszeń, wybrano 209 osób, które musiały przyjechać w kwietniu do Warszawy na zorganizowane po raz pierwszy wstępne eliminacje. Dopiero wówczas ustalono ostateczną listę uczestników konkursu.

Prawdziwej rewolucji dokonano w doborze jurorów. Niemal o połowę zmniejszono ich liczbę. Jury składać się będzie zatem tylko z 12 osób. Drastycznie zredukowano udział Polaków, a zamiast pedagogów zaproszono przede wszystkim koncertujących pianistów (Martha Argerich czy Nelson Freire) i laureatów poprzednich edycji (Bella Dawidowicz, Fou Ts’ong, Adam Harasiewicz, Piotr Paleczny, Dang Thai Son).

– Sam jestem ciekaw, jak jury składające się z wyrazistych osobowości oceni uczestników – mówi dyrektor konkursu Albert Grudziński. – Może się zdarzyć, że będziemy mieli ogromny rozrzut sądów.

Na to jednak czeka publiczność. Od dawna wszyscy narzekają, że na tym konkursie nie miały szans się przebić niepokorne, wyraziste talenty. Premiowano pianistów rzetelnych i absolutnie niekontrowersyjnych.

– Nie ma idealnego regulaminu organizującego pracę jury, jednak chyba nie popełnialiśmy dużych błędów, skoro z naszych pomysłów korzystają inne konkursy – uważa przewodniczący jury prof. Andrzej Jasiński. – Wprowadzamy obecnie jednak kilka nowych pomysłów. Punkty będą spełniać funkcję pomocniczą, każdy juror musi przede wszystkim zadecydować, głosując tak lub nie, czy chce pianistę dopuścić do kolejnego etapu. Po raz pierwszy też punktacja zostanie ujawniona po zakończeniu konkursu.

Bardziej atrakcyjne niż w latach poprzednich są nagrody. Zwycięzca oprócz złotego medalu i 30 tysięcy euro ma zagwarantowane koncerty z nowojorskimi filharmonikami w Lincoln Center, ze słynną japońską orkiestrą NHK w Tokio oraz recital w Londynie. Sukces w każdym z tych miast może przyspieszyć karierę.

Typujemy faworytów

Kto ma na to szansę? Wskazywanie zwycięzców jest zadaniem karkołomnym, ale każdy ma swoje typy, ja również. Rosjanie Miroslav Kultyshev i Danil Trifonov zostali zwolnieni z obowiązku udziału w eliminacjach jako laureaci Konkursu im. Czajkowskiego w Moskwie. Reprezentująca USA Claire Huangci wygrała z kolei ważny Konkurs Chopinowski w Miami, kilka prestiżowych nagród ma na koncie Bułgar Evgeni Bozhanov. Amerykański Chińczyk Mei-Ting Sun oraz Austriak Ingolf Wunder startowali w Warszawie pięć lat temu, nie znaleźli wówczas uznania u jurorów, co spotkało się z dezaprobatą publiczności. Czy w tym roku zostaną lepiej ocenieni? I jak wypadną znani z koncertów na polskich estradach Rosjanka Julianna Avdeeva oraz utalentowany 20-letni Litwin Lukas Geniušas?

Do listy faworytów chcielibyśmy dopisać także Polaków. Jury wstępnych eliminacji było jednak surowe – z 24 naszych kandydatów zakwalifikowało jedynie siódemkę. Miejmy nadzieję, że są to rzeczywiście najlepsi.

jm/rp /24.9.2010/

***

Bezcenna kolekcja listów

Bezcenna kolekcja listów Chopina oraz jego siostry trafiły do zbiorów Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie

Odkrycie 47 rękopisów ściśle związanych z życiem kompozytora zapowiada się jako największa sensacja muzykologiczna od lat. Dokumenty te uchodziły bowiem za zaginione.

Nic dziwnego, że Muzeum Chopina nie chciało zdradzić, co dokładnie znajduje się w nowo nabytym zbiorze, i czekało do czwartku, kiedy podczas konferencji prasowej dokumenty miały zostać oficjalnie przekazane. Nieoficjalnie wiadomo, że chodzi o korespondencję Chopina z rodziną, bardzo treściwe listy pochodzące prawdopodobnie z okresu paryskiego, które mogą rzucić nowe światło na wiedzę o życiu i poglądach kompozytora.

Ponadto w zbiorze znajdują się nieznane wcześniej listy siostry Chopina Ludwiki Jędrzejewiczowej pisane do jej przyjaciółki Jane Stirling z lat 40 XIX wieku, a więc ostatniego rozdziału życia Chopina. Pozostaje tajemnicą, w czyich rękach znajdowały się listy kupione dla muzeum przez sponsora. Korzystnie, bo poza aukcją.

Listy można oglądać od piątku do 24 kwietnia w Muzeum Chopina.

asd/gw /24.3.2011/

***

Sercem Polak

Opowieść o życiu Chopina

Poranek szczęścia

‘Roku tysiąc osiemset dziesiątego dnia dwudziestego trzeciego miesiąca kwietnia przed nami proboszczem brochowskim, sprawującym obowiązki urzędnika stanu cywilnego gminy parafii brochowskiej powiatu sochaczewskiego w departamencie warszawskim, stawili się Mikołaj Chopyn, ojciec, lat mający czterdzieści, we wsi Żelazowej Woli zamieszkały i okazał nam dziecię płci męskiej, które urodziło się w domu jego w dniu dwudziestego drugiego miesiąca lutego o godzinie szóstej wieczorem roku bieżącego, oświadczając, iż jest spłodzone z niego i Justyny z Krzyżanowskich, liczącej lat dwadzieścia osiem, jego małżonki i że życzeniem jego jest nadać mu imiona Fryderyk Franciszek…’.

Tak brzmi zapis w księdze kościoła św. Rocha w Brochowie, wzniesionego nad brzegami rzeki Bzury. W tej świątyni 2 czerwca 1806 r. brali ślub rodzice Chopina, wchodząc w bardzo szczęśliwy związek. Ta data jest pewna.

Natomiast data narodzin Fryderyka umieszczona w księdze jest błędna. Zawierzyć możemy pamięci matczynej. Justyna Chopinowa pisała synowi tęsknie podczas lat ich rozstania: ‘Dzień 1 marca nadchodzi, a ja Cię uściskać nie mogę…’.

Sam Fryderyk list do Towarzystwa Polsko-Literackiego w Paryżu z dnia 16 stycznia 1833 roku sygnował: ‘F. F. Chopin, urodzony dn. 1 marca 1810’. Potwierdza tę datę kochająca Fryderyka Szkotka – Jane Stirling w liście do siostry Fryderyka z dnia 1 marca 1851 r.: ‘On powiedział mi kiedyś: tylko moja matka, moja rodzina i pani znacie dzień moich urodzin…’.

Najdroższe kochania

Rodzice: ‘Mameczka’ i ‘Papeczka’, ‘Najukochańsi moi’, ‘Najdroższe kochania’, ‘Idę spać z Waszymi listami w ręku. Toteż nawet we śnie Was tylko widzę…’ – będzie pisał, tęsknie adresując czasami:

‘Wielmożnemu Imć Państwu Chopinostwu, Profesorstwu w Warszawie, a Memu Kochanemu Rodzicielstwu’.

Co wiemy o ‘Najdroższych kochaniach’? O tym, który podpisał się w księdze kościelnej ‘Mikołay, oyciec’. O tej, której Fryderyk będzie życzył: ‘Mameczce wszystkiego najszczęśliwszego’, i wzywał ją będzie w swej chwili ostatniej: ‘Matka, moja biedna Matka…’.

Wędrując szlakiem Chopinowskiego dzieciństwa, dotarłam onegdaj do wsi Długie pod Izbicą Kujawską. Ocalał tam pejzaż jak z Chopinowskiego mazurka. Łąki pachnące schnącymi w stogach kwiatami polnymi. Jaskółki szybkolotne nad wodami jeziora. Pagórek, na którym bielały brzozy. ‘Po Matce jestem pół-Kujawiak’ – mawiał Chopin. Nie znano – o dziwo – miejsca ani dokładnej daty narodzin matki genialnego kompozytora.

Dopiero w roku 1950 skromny urzędnik stanu cywilnego z Izbicy Kujawskiej odkrył stos dokumentów zmierzwionych i splątanych. Wyłowił z nich księgę – były to metryki. Tamże odnalazła się łacińska nota głosząca, iż dnia 14 września roku 1782 we wsi Długie ochrzczono imionami Tekla Justyna ślubną córkę szlachetnych Antoniny i Jakuba Krzyżanowskich. O atmosferze dworu w Długiem świadczy fakt, iż kuzyn pani Justyny został legendarnym bohaterem i jednym z czołowych dowódców Powstania Styczniowego. To przesławny Dionizy Czachowski.

Jak wyglądała jako młoda panna? Ferdynand Hoesick, autor pierwszej wielotomowej biografii Chopina, zbieracz sumienny, ale i plotkarz, opisuje ją jako ‘typ dorodnej dziewicy polskiej, o włosach jasnych jak zboże, o pogodnych szafirowych oczach’. Jedyny portret matki Chopina pochodzi z roku 1829, gdy miała lat 47. Spod falbanek matronowskiego czepca wyziera szczupła twarz z charakterystycznym długim nosem, duże ciemne oczy patrzą z zadumą i troską.

Portret był malowany w czasie, gdy ledwo dwa lata minęły od złożenia do mogiły jej najmłodszego dziecka – córki Emilki. Fryderyk był fizycznie podobny do matki. Po niej odziedziczył ów, tylekroć przez siebie żartobliwie wyśmiewany, długi nos. I – jak twierdzą wszyscy pamiętnikarze – talent muzyczny. Panna Justyna Krzyżanowska śpiewała nieuczenie, ale pięknie, stare pieśni szlacheckich dworków z ową sielanką ‘Laura i Filon’, której nuta powróci w ‘Fantazji alla polacca’ jej genialnego syna.

W Żelazowej Woli, gdzie bawiła u zaprzyjaźnionej rodziny hrabiostwa Skarbków, spotkała Mikołaja Chopina, guwernera młodego hrabicza Fryderyka Skarbka. Fantazjujący biografowie wywodzą ród ojca Chopina od niejakiego Mikołaja Szopa, szlachcica, który miał przebywać na francuskim dworze króla Stanisława Leszczyńskiego. Znakomity francuski badacz Gabriel Ladaique w roku 1987 opracował wnikliwą genealogię przodków Mikołaja Chopina – rdzennego Francuza z Lotaryngii, potomka ‘rzemieślników wiejskich, kochających pracę delikatną i dobrze wykonaną’.

Dziad Chopina po mieczu Francois był kołodziejem, babka Marguerite Deflin podpisywała dokumenty krzyżykami. Tej parze urodził się 15 kwietnia 1771 roku w miejscowości Marainville syn Nicolas.

Związawszy się z dworem Polaka, marszałka konfederacji barskiej Michała Paca wyjechał z nim do Polski. Miał stać się świadkiem wielkich i dramatycznych wydarzeń naszej historii – ogłoszenia Konstytucji 3 Maja w roku 1791 i drugiego rozbioru Polski w styczniu 1793 roku. W jednym z nielicznych z zachowanych listów do rodziców pyta Mikołaj, czy nie grozi mu, gdyby wrócił do Francji, powołanie do wojska – nie chciałby bowiem ‘zostać żołnierzem choćby w ojczyźnie’.

I oto ten niechętny żołnierce młodzian – w Powstaniu Kościuszkowskim zaciągnie się w szeregi Gwardii Narodowej i będzie pełnił ofiarnie służbę na warszawskiej Pradze. Szczęśliwie w noc poprzedzającą straszliwy dzień mordu dokonanego przez wojska moskiewskie marszałka Suworowa 4 listopada 1794 roku – porucznik Mikołaj Chopin otrzymał rozkaz wycofania się przez Wisłę do Warszawy. Przerażeni warszawiacy patrzyli bezradnie z drugiego brzegu Wisły na bestialstwa Moskali mordujących bezbronnych. Z całą pewnością opowieści ojca o tym dniu odezwą się echem w wyobraźni zrozpaczonego Fryderyka, gdy dopadnie go w Stuttgarcie 8 września 1831 roku wieść o upadku stolicy podczas Powstania Listopadowego.

Cudem ocalony Mikołaj Chopin po upadku Powstania Kościuszkowskiego znalazł się jako guwerner uczący nieskazitelnej francuszczyzny pannę Marysię Łączyńską, która miała przejść do naszej historii jako wielka miłość Napoleona – Maria Walewska. Od roku 1802 Mikołaj Chopin jest nauczycielem małych hrabiczów Skarbków w Żelazowej Woli. Imiennik i ojciec chrzestny Fryderyka, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, historyk i pamiętnikarz – Fryderyk Skarbek, uczeń Mikołaja Chopina, podkreśla w swych wspomnieniach, że ten rodowity Francuz, ‘szanując Polaków i wdzięczny będąc ziemi i ludziom (…) wypłacał się kształceniem ich potomków na użytecznych obywateli’.

Był Mikołaj Chopin już w wieku na owe czasy starokawalerskim, liczył bowiem lat 35, gdy stanął na ślubnym kobiercu w Brochowie z panną Justyną Krzyżanowską ‘panną doletnią’, bo liczącą też sumę lat znaczną – aż 24. Dzieci mieli czworo. Poza jedynym synem Fryderykiem, pani Justyna wydała na świat trzy córki: Ludwikę (1807-1855), Izabellę (1811-1881) i Emilkę (1812-1827). Od 1810 – roku urodzin jedynaka – Mikołaj Chopin otrzymuje posadę profesora języka francuskiego w Liceum Warszawskim, wykłada też od 1812 roku język i literaturę francuską w Szkole Artylerii i Inżynierii. Otrzymuje także pan Mikołaj zgodę na otwarcie pensjonatu dla uczniów, w którym o miejsce dla swych synów będą walczyć ‘ojcowie najpierwszych rodzin w kraju’.

W podniosłym kazaniu, którym żegnać będzie pana Mikołaja jego wychowanek ks. Jan Dekert (syn sławnego prezydenta Warszawy), powie następujące słowa: ‘Młodzież w tym zakładzie znajdowała ojcowską i macierzyńską czułość, rozsądną karność, słodzoną wyrozumiałością i łagodnością, wzory bogobojności, poczciwości, szczerej uprzejmości i wszystkich cnót rodzinnych i społecznych’.

Romantyczny obrazek kreśli Józefa z Wodzińskich Kościelska – siostra niedoszłej żony Fryderyka – Marii: ‘Dom Chopinów był nadzwyczaj miły, szczególnie miła była matka Chopina, pełna nadzwyczajnego wdzięku i słodyczy’. Ten dom stanie się dla Chopina do końca życia symbolem szczęścia. Kazimierz Wierzyński, autor książki Życie Chopina mówi: ‘Dom i rodzina stanowiły dla niego warunek życia. Pisywał do swoich nieustannie. Spowiadał się przed nimi ze wszystkiego i tęsknił. Idea domu łączyła się z ideą Polski, dom był nawet jej sercem’.

Franciszek Liszt, który wielokrotnie miał szansę rozmawiać z Chopinem, napisał: ‘Środowisko, w którym Chopin ujrzał światło dzienne i rozwijał się niby w gniazdku bezpiecznym i przytulnym, przesycone było atmosferą zgody, spokoju, pracowitości; toteż owe przykłady prostoty, pobożności i delikatności pozostały dlań na zawsze najsłodsze i najdroższe’.

Uczucie bezpieczeństwa, spokoju, harmonii, dziecięce zabawy, laurki na imieniny rodziców, chłopięce radości, przyjaźnie, odwieczny rytm Świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy, matczyna tkliwość – tego wszystkiego będzie mu potem na emigracji tak bardzo brak. Za tym wszystkim będzie tak rozpaczliwie tęsknił. Pamiętnikarze współcześni Chopinowi i znający jego dom i rodzinę podkreślają ogromną pobożność matki, którą chciała przekazać synowi. Eugeniusz Skrodzki w swej relacji ‘Kilka wspomnień o Szopenie z mojej młodości’ stwierdza, że religijność zawdzięczał Fryderyk pobożności swej matki, która go ‘doprowadzała do spowiedzi’ i ‘zabierała go do kościoła Karmelitów na Krakowskim Przedmieściu, gdzie pod jej bacznym okiem klęcząc, modlił się’.

Zachowało się sześć listów od matki. Na urodziny genialnego jedynaka w roku 1837 pisze: ‘Kochany Fryderyku. Dzień pierwszy i piąty marca nadchodzi, a ja Cię uściskać nie mogę. Nie ma szczęścia na ziemi, które by się nie cisnęło w ten moment do mej głowy i serca dla Ciebie, kochany Fryciu, nie wiem zatem, od czego mam zacząć i czego Ci życzyć, podobno tylko prosić Boga, aby Cię nie wypuszczał z swej świętej opieki i zlewał wszelkie błogosławieństwa’. (5 marca były imieniny Fryderyka). List z marca 1842 roku pełen jest żarliwej modlitwy: ‘Kochane dziecko, starzy Rodzice tylko Wami żyją i codziennie Boga proszą o zdrowie i błogosławieństwo dla Was i nie przestają Mu dziękować za Jego dobrodziejstwa na Ciebie zlane. Zdrowie, dobre mienie, sława, jakiej Ty doznajesz, wszystko od Jego przenajświętszej Opatrzności pochodzi: jakżeś Mu powinien codziennie wraz z nami być wdzięcznym, a zobaczysz, że Ci będzie dopomagał we wszystkich Twoich dobrych zamiarach i będziesz szczęśliwy’. Podpisała: ‘prawdziwie kochająca Cię Matka’.

Odmienne są listy pana Mikołaja. I na pewno cechą, której genialny syn nie odziedziczył po racjonalnym ojcu, była znakomita umiejętność oszczędzania. W każdym niemal liście Mikołaja Chopina pojawia się motyw: ‘Mój drogi, odkładanie na czarną godzinę – czego nie przestanę Ci zalecać – uspokoi nas’ (1834), ‘Czy możesz odłożyć kilka groszy – (to zwykła moja piosenka). Nie opuszczaj żadnej sposobności, słuchaj mnie, ciułaj sobie powoli fundusik’ (1834).

Ośmioletni Fryderyk, składając ojcu ‘najczulszej wdzięczności i przywiązania synowskiego hołd’, wyznaje: ‘Lubo by mi łatwiej było wynurzyć uczucia moje, gdyby je muzycznymi tonami wyrazić można’. Bo jest to czas, kiedy ukazuje się już w druku dziecięcy polonez Chopina g-moll, o którym Pamiętnik Warszawski obwieszcza w roku 1818, iż ‘kompozytor tego tańca Polskiego, młodzieniec óśm dopiero lat skończonych mający (…), prawdziwy geniusz muzyczny (…) wygrywa sztuki naytrudnieysze na fortepianie’. Gdy zaczął karierę cudownego dziecka koncertującego w arystokratycznych salonach, zapytany przez matkę, co najbardziej podobało się publiczności, mały wirtuoz odpowiedział:

– Biały kołnierzyk od ciebie Mameczko! Pisał jej wówczas życzenia: ‘Imienin, Mamo Ci winszuję! Niech ziszczą nieba, co w mem sercu czuję!’.

Lube Siostrylle

Tak je czule nazywał, posyłając ‘buzi, buzi, buzi’. Ludwika – urocza, dowcipna, mądra, prawdziwa powierniczka brata, do której listy tytułował będzie: ‘Moje kochanie drogie’, ‘Moje życie’. A ona pisała:

‘Najdroższy nasz Fryciu, bądź zdrów, szczęśliw, kochany, kochający nas, piszący i wierzący, że nie ma istot przywiązańszych jak my do Ciebie’ (1836); ‘Cały wieczór byłam z Tobą całą duszą (…) Ściskam Cię i w każdy paluszek całuję’ (1842). Kiedy jesienią 1832 roku wychodziła za mąż za Józefa Kalasantego Jędrzejewicza, prawnika, Fryderyk zamarzył, by ‘jako drużba uściskać Was w dniu ślubu’ i obiecywał z Paryża: ‘Poślę poloneza i mazura, żebyście skakali i się weselili’. To Ludwika pospieszy do brata samotnego we Francji, by go pocieszyć po śmierci ojca, i to ona będzie u łoża brata do jego śmierci. Swemu synowi nada imię Fryderyk.

Siostra druga – Izabeliskiem przez brata zwana, fizycznie do brata podobna. ‘My z Izabellą blondyny’ – pisał. W listach do ‘Kochanego Frycunieczka’, ‘Mego bratuleńka, którego nad życie moje kocham’ wyznawała: ‘My Cię kochamy i zawsze o Tobie myślimy’ (1844).

Laurkę urodzinową ofiarowaną ojcu w 1826 roku podpisze jeszcze cała czwórka, prosząc: ‘I przyciśnij do serca Twe dzieci kochane’. Podpisała ją jeszcze także najmłodsza Emilka, która razem z braciszkiem założyła uroczyście Literackie Towarzystwo Rozrywkowe i oboje przygotowali na imieniny ojca komedyjkę, w której Fryderyk popisywał się swymi zdolnościami mimicznymi, które pozwalały mu naśladować dziesiątki różnych postaci.

Wszystkie Siostrylle były utalentowane literacko. Izabella i Ludwika opublikowały Powieść moralną dla dzieci, utrwalając w tytule imiona rodzinne Ludwik i Emilka. Wszystkie były bardzo muzykalne. Rodzeństwo bardzo przeżyło śmierć Emilki, która ‘znikła w 14 wiośnie życia, jak kwiat, w którym piękna owocu kwitła nadzieja’ – przeczytać możemy na płycie nagrobnej do dziś na Powązkach przetrwałej. Ale był to jedyny cień, który zamącił wczesne lata młodości Chopina.

Zaśmiało się serduszko

Jego życie zaczyna się jak śliczny poranek wiosenny i długo zapowiada pogodę – pisze o Chopinie Henryk Sienkiewicz.

Ilekroć jestem na Powązkach i zapalam światełko pamięci na mogile noszącej tylko ten jeden jedyny napis: ‘Rodzice Chopina’ – zawsze przypominam sobie ten jeden jedyny list w całej korespondencji Chopina, kiedy jakby to on sam powiedział: ‘Maleńko się serduszko zaśmiało’ uczuciem niezmąconego szczęścia. Bo są w korespondencji Chopina listy dowcipne, ironiczne, mądre, dramatyczne. Ale tylko ten jeden jedyny – szczęśliwy. Kiedy po pięciu latach rozstania rzucił się w ramiona rodziców.

Jest sierpień 1835 roku. Miejscowość Karlsbad, czyli obecne Karlove Vary. Fryderyk wybucha radością w liście do sióstr: ‘Nie do opisania nasza radość! Ściskamy się, a ściskamy – i cóż więcej można. Ciż sami rodzice, zawsze ciż sami, tylko się mi troszkę podstarzeli. – Chodzimy, prowadzimy panią Matulę pod rękę, rozmawiamy o Was (…), opowiadamy sobie, ile razy jedno o drugim myślało (…), też same zwyczaje, też same ruchy, w których urosłem, taż sama ręka, której ja tak dawno nie całowałem. (…) Darujcie mi, nie niepodobna mi zebrać myśli i czym innym pisać, jak o tym, żeśmy szczęśliwi w ten moment; żem miał tylko nadzieję zawsze, a dziś realizacją tego szczęścia, i szczęścia, i szczęścia’.

Miał ich już nigdy nie ujrzeć.

Barbara Wachowicz /1.3.2010/

***

Chopin króluje w Łazienkach

Nieprzerwanie od 1959 r. w Łazienkach Królewskich odbywają się koncerty chopinowskie. To jedna z najciekawszych propozycji kulturalnych stolicy. Spotkania z muzyką wybitnego kompozytora odbywają się w każdą niedzielę od maja do września, o godz. 12 i 16. Podczas nich można wysłuchać recitali wielu znanych pianistów, m.in. laureatów i uczestników międzynarodowych konkursów. Nigdzie też chyba na świecie nie ma takiej atmosfery, z choćby ptakami na pomniku Chopina i okolicznych drzewach.

– To miejsce niespotykane, jedyne w swoim rodzaju i właściwie tradycja tych koncertów jest chyba niepowtarzalna w całym świecie. Koncerty mają wieloletnią tradycję. W niedzielę są dwa mniej więcej godzinne recitale chopinowskie, które dają bardzo znani artyści, także z zagranicy, bo przyjeżdżają goście z całego świata: Japończycy, Amerykanie, Kanadyjczycy, Włosi, Hiszpanie, Włosi, Węgrzy, Rumuni. Do tego cała plejada polskich pianistów. Kiedyś grała tu Barbara Hesse-Bukowska. Grali tu zwycięzcy wielu międzynarodowych konkursów, znani w całym świecie. Występują i młodzi artyści, którzy są dopiero u progu kariery, a już znani – mówi Andrzej Krusiewicz, spiker Polskiego Radia. Koncerty ugruntowują pozycję Chopina w świecie. Nasz wielki kompozytor był związany z Warszawą, w niej się wychował, chłonął jej atmosferę, tęsknił za nią, za krajem rodzinnym, kiedy wyjechał, czego wyrazem są mazurki, nokturny, refleksyjne utwory balladowe, epickie. – Atmosfera jest tu niezwykła, czasem zakłócana przez przejeżdżające samochody, wyjące syreny, ale przecież to środek miasta. I zawsze mnóstwo publiczności. W ubiegłym roku tuż za płotem był strajk pielęgniarek, ale na czas koncertów wyciszały się i również zasłuchiwały w muzykę Chopina. Przyjeżdżają tu obcokrajowcy z wielu stron świata. Zawsze są Japończycy, Rosjanie, Włosi, ludzie zza Oceanu, nie tylko nasza Polonia. Chopina podziwiają tu często ludzie ubrani piknikowo, z rowerem pod ręką, z kocem rozłożonym na trawce, wszystko, by posłuchać przez godzinę pięknej muzyki w bardzo dobrym wykonaniu, bo występują tu znakomici artyści – mówi Krusiewicz.

Andrzej Krusiewicz od 30 lat zapowiada recitale w Łazienkach. Jest spikerem Polskiego Radia i to chyba dobra tradycja, że koncerty prowadzą właśnie ludzie, którzy zawsze stanowili wizytówkę radia publicznego, odznaczający się kulturą słowa, wrażliwością na piękno słowa i jednocześnie wrażliwością na muzykę.

– Chopin to taka sublimacja piękna, artyzmu i wrażliwość ludzi radia publicznego była kształtowana tak, by być wrażliwym na muzykę, ją upowszechniać, tę wrażliwość przekazywać słuchaczom – dodaje Krusiewicz. – Grałam tu wielokrotnie. Mój pierwszy koncert pod pomnikiem Chopina dałam tu jeszcze jako studentka, o godz. 21. Było to jakieś 30 lat temu. Jest bardzo miło widzieć ludzi na krótko przystrzyżonej trawce, którzy chcą słuchać muzyki. Choć granie na świeżym powietrzu nie należy do najłatwiejszych. Ale tu liczy się co innego. Ta atmosfera i ta niezwykła sala koncertowa, jaką jest park Łazienkowski. Myślę, że publiczności nigdy tu nie zabraknie. Sama też przychodzę posłuchać kolegów, koleżanek – mówi pianistka Elżbieta Karaś-Krasztel. Organizatorami spotkań są Stołeczna Estrada i Towarzystwo im. Fryderyka Chopina.

W 1926 r. w Łazienkach Królewskich w Warszawie został odsłonięty pomnik Fryderyka Chopina, będący dziełem wybitnego rzeźbiarza Wacława Szymanowskiego. Zniszczony podczas wojny, został zrekonstruowany w latach powojennych i w 1958 r. znalazł się na dawnym miejscu. Od 1959 r. odbywają się przy pomniku koncerty chopinowskie z udziałem wybitnych pianistów.

Organizatorzy: Towarzystwo im. Fryderyka Chopina, Stołeczna Estrada

Termin: maj – wrzesień  2010 r.

Miejsce: Warszawa, Łazienki Królewskie

Towarzystwo im. Fryderyka Chopina wspólnie ze Stołeczną estradą już od ponad 50 lat organizują letnie koncerty pod pomnikiem kompozytora w Łazienkach Królewskich. Koncerty odbywają się od mają do września, w każdą niedzielę o godz. 12 i 16 i jak pokazuje doświadczenie są jedną z największych atrakcji turystycznych w stolicy.

Zagrają:

LIPIEC

18 JOANNA ŁAWRYNOWICZ / MARIA KORECKA
25 BRONISŁAWA KAWALLA / KATARZYNA KRASZEWSKA

SIERPIEŃ

1 JOANNA MICHNA / ALBERTO NOSE

8 KAZIMIERZ GIERŻOD / KAROLINA MARCHLEWSKA
15 PHILIPPE GIUSIANO / TOKIKO KOBAYAKAWA
22 KRZYSZTOF JABŁOŃSKI / MARIA SZRAIBER
29 JONATHAN PLOWRIGHT / BOGDAN CZAPIEWSKi

WRZESIEŃ

5 KEVIN KENNER / KAROL RADZIWONOWICZ
12 ALEKSIEJ CZERNOW / TADEUSZ CHMIELEWSKI
19 MIKA OKUMURA / JOANNA MARCINKOWSKA
26 MACIEJ POLISZEWSKI / JERZY MACIEJEWSKI

Cezary Dąbrowski

***

 

Nurkowanie w muzykę

Rozmowa z prof. Andrzejem Jasińskim, przewodniczącym tegorocznego Konkursu Chopinowskiego o miłości w Des-dur, wędkowaniu i kontemplacji

Prof. Andrzej Jasiński – juror najważniejszych konkursów pianistycznych na świecie. Występował we wszystkich filharmoniach w Polsce i w wielu miejscach za granicą. Wychowawca koncertujących pianistów i pedagogów, wieloletni kierownik katedry fortepianu Akademii Muzycznej w Katowicach

Jaka muzyka wyraża miłość?

Wymienianie jednego utworu czy gatunku byłoby trudne, bo w każdym jest zawartych wiele uczuć. Utwór jest napisany przez kompozytora na papierze, ale realnie tworzy się w mózgu słuchacza, który rozumie go poprzez własną osobowość.

Na sali koncertowej jest tyle interpretacji, ilu słuchaczy?

W pewnym sensie tak, ale jedna aura, wspólne uniesienie. Tęsknotę za miłością znajdujemy w utworach wielu kompozytorów, zwłaszcza takich jak Schubert, Schumann, Chopin. Miłość najpełniej wyraża sławne Larghetto w Koncercie f-moll Chopina, a także inne utwory czy ich fragmenty w tonacji Des-dur.

A śmierć?

To wspaniała rzecz, bo wszyscy jesteśmy wobec niej równi. Z pozoru frywolny Mozart odpowiedział na zarzuty ojca, który ganił go za flirtowanie, że gdyby miał się żenić z paniami, z którymi żartuje, to miałby 200 żon. Ale potem, gdy ojciec poważnie zachorował, to go pocieszał, mówiąc o drugim świecie, że tam czeka ich prawdziwe szczęście. W wolnej części Sonaty c-moll Mozarta czy w Preludium deszczowym Chopina słyszę tony, które mogą symbolizować pulsację czasu w wieczności. A w trio Des- dur Marsza żałobnego Chopina – niebiański spokój.

W Marszu żałobnym jest więc dramat życia, ale i nadzieja drugiej przestrzeni?

Mazurek b-moll Chopina kończy się zawieszeniem, jakby wszystkie rozważania egzystencjalne kompozytora zatrzymywały się nad pytaniem, ale i nadzieją. Bo bez nadziei nic nie ma sensu. Kiedyś przez wygłaszanie takich mądrości Japończycy, uczestnicy mojego kursu pianistycznego, nazwali mnie księdzem (śmiech). Kiedy byłem młodym pianistą, skupiałem się na tym, żeby grać precyzyjnie, wyraziście, ale z czasem zacząłem rozumieć, że prawdziwe szczęście wykonawca może odczuć wyłącznie wtedy, kiedy otrze się o warstwę duchową utworu. Niektórym wielkim interpretatorom udawało się przekraczać granicę między światem materialnym a duchowym. Potrafił to Paderewski – słuchający go wpadali w trans. To też zdarzyło się Zimermanowi. Opowiadał mi, że kiedyś po koncercie w Madrycie słuchacze długo nie opuszczali sali. Myślę, że w ten sposób opóźniali powrót ze świata piękna do rzeczywistości.

Panu też się coś takiego zdarzyło?

Nie, ale raz otarłem się o stan, w którym szczególnie silnie odczułem niematerialny składnik muzyki, kiedy na naszej uczelni wykonywałem ostatnią sonatę Beethovena. Ćwiczyłem ją z trudem długie miesiące i w końcu odczułem, że to czysta kontemplacja trwania w wieczności. Żeby dotrzeć do prawdy utworu, gram go dużo razy z rzędu, by coraz bardziej zbliżyć się do ukrytej pod warstwą dźwiękową treści. Kiedy to się udaje, można twórcę zrozumieć jak przyjaciela, który zwierza się z tego, co mu leży na sercu.

Przekonuje pan do tego swoich uczniów?

Staram się, dzieląc się z nimi moimi doświadczeniami. Młodzi są wrażliwi, dobrze wiedzą, co jest prawdą i udawaniem – widzą, czym żyję, i mi wierzą. Pytają: Stale pan pracuje, a kiedy pan odpoczywa?. Odpoczywam, idąc ze szkoły do tramwaju krokiem elastycznym, nucąc sobie cichutko jakiegoś mazurka Chopina. Mazurki bardzo mnie cieszą, bo znajduję w nich wszystko, co nam bliskie – radość, smutek, żart, a nawet przeczucie śmierci. W kodach niektórych z nich odnajdujemy fragmenty nie tylko do śpiewania czy tańczenia, ale prawdziwą kontemplację upływającego życia Chopina. Kompozytor z godnością znosi to, że waży 49 kilo, że musi być wnoszony po schodach, a mimo to jego muzyka emanuje ogromną energią. Żeby jednak pogimnastykować mózg w innym zakresie niż muzyka, w tramwaju rozwiązuję szyfrokrzyżówki.

Lubi pan też wędkować…

Bo wtedy mam kontakt z przyrodą. Od lat spędzaliśmy z rodziną wakacje nad jeziorami pod namiotem. Wszyscy dzielą moją miłość do przyrody. Pływanie, nurkowanie, wędkowanie wypełniają mi czas. Nurkowaniem zaraziłem Zimermana, który razem ze swym synem Ryszardem jest w tej dziedzinie ekspertem. Kurs płetwonurka ukończyła niedawno moja córka Alina. Ja nurkowałem tylko swobodnie, bez aparatu oddechowego. Kiedyś w Szwajcarii docenił mnie Zimerman, że jako nieco już starszy pan z łatwością zszedłem na prawie 10 metrów pod wodę. Przy okazji muszę się pochwalić, że jestem ojcem chrzestnym jego córki Klaudii, która studiuje grafikę komputerową w Paryżu.

Zaczął pan grać jako 5-latek.

Pierwszym nauczycielem był mój ojciec Henryk – organista, który po roku nauki, widząc moje szybkie postępy, zawiózł mnie do Warszawy, gdzie po przesłuchaniu przez profesorów konserwatorium zostałem uczniem słynnego prof. Drzewieckiego. Ale to była okupacja i po sześciu miesiącach, po przeżyciu łapanki i przymusowej obecności podczas natychmiastowej egzekucji kilku przechodniów, ojciec zabrał mnie z powrotem do Częstochowy. Tam zostałem uczniem bardzo dobrego pedagoga – Stefanii Borkowskiej.

Jeszcze nie miał pan 16 lat, kiedy zdał maturę.

Tak. I w tym też pomógł mi ojciec, dodając mi dwa lata na podrobionej metryce, bo po ukończeniu szkoły podstawowej nie chcieli mnie przyjąć do liceum ogólnokształcącego. Z Katowicami jestem związany od 1952 r., kiedy rozpocząłem tu studia muzyczne. Od razu zafascynowała mnie tutejsza gwara i towarzystwo w akademiku. Między innymi mieszkałem w domu przy Bogucickiej, w bardzo skromnych warunkach w baraku, gdzie z Rawy pod naszą podłogę przechodziły szczury… Mimo wszystko wspominam to z sentymentem. Życie na tej ziemi to wielka przygoda, która nauczyła mnie, jak pracować i być odpowiedzialnym. Dziś cieszy mnie coraz piękniejsze miasto i uczelnia z nową salą koncertową.

Stale wspomina pan prof. Władysławę Markiewiczównę.

Miała na mnie wpływ, dając przykład swoim życiem. Była ostatnią żyjącą osobą z rodziny bł. ks. Bronisława Markiewicza. Uczyła nas skromności i odpowiedzialności, ale i poczucia godności, wynikającej ze świadomości bycia pośrednikiem między kompozytorem a słuchaczem. Pamiętam również słowa prof. Wojtowicza, że zawód artysty muzyka wykonuje się nie z wyboru, ale z poczucia musu wewnętrznego, wypełniając postawione przez los zadania. Przejąłem od mojej profesorki taką filozofię: wymagać od życia dużo, mieć marzenia, walczyć o sukcesy artystyczne, ale przyjąć skromnie to, co przynosi życie. Takie przesłanie przekazuję moim wychowankom. W 1960 r., kiedy nie przeszedłem eliminacji do Konkursu Chopinowskiego, profesorka mi powiedziała, że wartość życia nie polega na tym, żeby odnosić tylko sukcesy.

Ale też dodała, że oliwa na wierzch wypłynie…

Powiedziała mi: Pracuj dalej, a pokażesz, na co cię stać… I za kilka miesięcy zająłem pierwsze miejsce w Barcelonie. Już wtedy zaczynałem rozumieć, że jak skończy się życie, a ja będę pretendować, by wejść do raju niebieskiego, to trzeba będzie wszystkie zaszczyty i odznaczenia zostawić gdzieś na ziemi, a zostanie tylko to, co się zrobiło dla innych.

Znany poeta powiedział, że jednym dobrym wierszem można odkupić kilka złych uczynków.

Ma pani rację, że drobne grzeszki największych – Mozarta, Chopina czy Liszta, którzy byli bon vivantami – zostały odkupione przez to, czym nas obdarowali w sferze duchowej. Bo w sztuce liczy się to, co przekracza granice świata realnego i duchowego. Wierzę, że muzyka poważna pochodzi z nieba i, jak ktoś mawiał, łagodzi obyczaje.

Krasiński napisał, że muzyka ‘łączy nas z zaświeciem ducha’, wyraża coś, na co nie znajdujemy słów.

Życie przynosi różnego rodzaju ograniczenia materialne, ale wyobraźnia nie ma granic. Wrażliwemu odbiorcy muzyka daje poczucie wolności i kontaktu z pięknem i dobrem. Dla wielu kompozytorów i wykonawców niekończąca się droga do ideału okupiona bywa wyrzeczeniami, a nawet życiowymi cierpieniami. Kiedy widzę ludzi, którzy noszą krzyżyk kalectwa, a tworzą – piszą, malują, to daleko mi do myśli, by użalać się nad sobą.

W tym pomaga też wiara.

Moja wiara nie jest spektakularna. Czasem wieczorem zamiast odmówić pacierz, przepraszam Boga za to, czego nie zrobiłem. Mówię: Panie Boże, Ty wiesz, czego mi najbardziej potrzeba, więc nie proszę o nic, tylko przepraszam, że jestem, jaki jestem. Kiedy widzę Kilara, Góreckiego, którzy napisali wspaniałe dzieła chwalące Boga, to czuję się maluczki. Żartobliwie mówiąc – dla Kościoła mam tylko takie zasługi, że jako młody chłopak kilka razy grałem na organach podczas Mszy św., raz ‘gościnnie’ do niej służyłem i… tydzień byłem w żeńskim zakonie w Częstochowie, jako 8-letni chłopiec przygrywający na pianinie podczas jasełek.

Mieszka pan na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach.

Ilekroć wracam z wielkiego świata, cieszę się, że wreszcie jestem u siebie. Tu jest piękna zieleń, ładne domy, można pospacerować. Bardzo cenię nasze środowisko akademickie. Miałem zaszczyt pracować z Kilarem, Góreckim, Knapikiem, Gembalskim, Stomplem. W domu doceniam też wyrozumiałych sąsiadów, którzy nigdy się nie skarżyli, że w mieszkaniu ćwiczę na fortepianie.

Po zwycięstwie pana ucznia Zimermana w 1975 r. napisali na tablicy ogłoszeń: Jesteśmy dumni z naszego sąsiada.

Ucieszyło mnie to, ale i krępowało, więc dyskretnie zdjąłem wywieszkę. Zawsze podporą była moja małżonka Ada, która najlepiej rozumie napięcia związane z moim zawodem i umie znosić moje kaprysy. Mamy córkę, syna i pięcioro wnuków w wieku od 15 do 21 lat. Przyszło mi nawet uczyć gry wnuka, 15-letniego Marcina.

bg-z/gn /1.10.2010/

Kategoria Kultura

Comments