Pilnuję swoich marzeń

Mietek Szcześniak promuje swoją nową, fantastyczną płytę „Signs”, pierwszą angielskojęzyczną w jego dorobku, nagraną z udziałem m.in. znakomitych muzyków z USA

Rozmowa z Mietkiem Szcześniakiem

Tak jak napisałem na mojej stronie internetowej uważam twoją nową płytę „Signs” za zdecydowanie najlepszą w twoim dorobku, za twój album życia. Na pewno to potwierdzisz.

Nie umiem powiedzieć czy to moja najlepsza płyta. Zależy co bierze się pod uwagę. Starań przykładałem jak zwykle sporo. Twoje pochwały odbieram jako dowód że się rozwijam.

Z pewnością to wielkie szczęście nagrać tak wspaniałą płytę, prawda?

O szczęściu mogę mówić dużo, bo szczęście do ludzi towarzyszy mi prawie zawsze. Nazywam się od też szczęścia (uśmiech). To jasne że można mu pomóc przez pracę, uważne wybieranie, przemyślane decyzje, ciągłą próbę rozwoju, staranie by było możliwie najlepiej i z serca. I marzeń trzeba pilnować. Wtedy są owoce takie jak płyta „Signs”.

To na pewno wielkie szczęście nagrać tak wspaniałą płytę i z tak wspaniałymi muzykami, jak choćby w pierwszej kolejności Wendy Waldman, ale też wszystkimi pozostałymi?

To nieczęste spotkać kogoś kto patrzy w tę samą stronę muzycznie, życiowo. Wendy otworzyła mi oczy na amerykański folk, na niezwykłe osobowości, kompozycje, teksty, instrumentacje i instrumenty, szczególnie wirtuozów gitarowych. Przedstawiła mnie swojej muzycznej rodzinie, wiele wspólnie komponowaliśmy, aranżowaliśmy, cieszyliśmy się sobą i naszą pracą. Dzięki mnie z kolei Wendy poznała moją polską rodzinę muzyczną, Basię Trzetrzelewską oraz czarny chór Life Choir z Los Angeles. Wynika z tego dużo dobrego i myślę że dużo jeszcze wyniknie. Mamy wiele otwartych dróg, a dokąd doprowadzą zobaczymy.

Powiedz o czym jest ta płyta? Czym ona jest dla ciebie? Z pewnością wielką sprawą.

Ta płyta opowiada o wielu znakach. O spełnionych marzeniach, iluzjach i prawdzie, o przyjaźni która jest rodzajem miłości, o zmianach na lepsze które zawsze są możliwe, o nadziei. Każda z moich płyt i każda z piosenek ma swoją historię. Dodaję do nich inspiracje różnymi gatunkami muzycznymi, rozbudowuję je lub im coś ujmuję, wybieram zabiegi formalne, czyli aranżację, produkcję, brzmienie i ludzi z którymi współpracuję. Piosenka może być połączeniem trzech sztuk: muzyki, słowa i ich interpretacji. Zawsze starałem się o możliwie najwyższy poziom wszystkich elementów. Płyta „Signs” jest tego dobrym przykładem. Miałem problem z językiem angielskim. To jasne, musiałem poświęcić dużo czasu by wybrać jak chcę opowiedzieć te historie, odkryć niuanse, swobodnie wśród nich się poruszać. Śpiewając po polsku praktycznie na każdym z koncertów interpretuję swobodnie i na świeżo, moje emocje są prawdziwe. Angielski to wciąż dla mnie wielkie wyzwanie, ale pracuję, rozwijam się.

A teraz mocny strzał. Czy „Signs” to najlepsza płyta w muzyce rozrywkowej polskiego wykonawcy nagrana w języka angielskim? I jeszcze mocniejszy strzał. Czy „Signs” to najlepsza płyta kiedykolwiek nagrana przez polskiego wykonawcę, niezależnie od tego czy po angielsku, czy po polsku?

O… Dziękuję, ale jesteś zbyt łaskawy. Artystów jest tak wielu, jest tak wiele gatunków i osobowości że nie ma sensu układać rankingu, ustalać miejsc, to nie sport. Muzyka i piosenka mają cieszyć, wzruszać, towarzyszyć, inspirować jak dobry przyjaciel.

Jak ci się udało zebrać tak wspaniałych muzyków do nagrania tej płyty?

Zbudowaliśmy z Wendy most przez ocean, poznaliśmy z sobą naszych muzyków, zaraziliśmy ich naszym entuzjazmem. Każdy kto brał udział w tym projekcie wierzył w jego sens i powodzenie, ludzie garnęli się, dawali co najlepsze. To słychać na płycie, a to jest naprawdę rzadkość. Cieszę się że muzycy amerykańscy, biali i czarni, polubili moje śpiewanie, osobowość, kompozycje, ale przede wszystkim mnie samego polubili, prywatnie, bo przyjaźnie w średnim wieku zdarzają się niezbyt często. Dali mi ogromne wsparcie i sprawili że się odważyłem na taki krok, czyli płytę angielskojęzyczną w międzynarodowym składzie.

Koncert premierowy twojej płyty „Signs” w warszawskim Palladium 29 listopada to była prawdziwa bomba! Po prostu mistrzostwo świata! Ten koncert to był kosmos! Każdy z was, grających i śpiewających, pokazał klasę światową. Ja po prostu nie wiedziałem na kim mam się skupić. Tyle się tam działo i tak rewelacyjnie się działo że trudno było oderwać wzrok i słuch od każdego jednego z was. Czy to gitarzysta z USA, czy to gitarzysta z Polski, czy to klawiszowiec, każdy znakomity! Ja tak wspaniałego koncertu w życiu nie widziałem. Ale nawet z tak fantastycznymi muzykami trzeba było się bardzo napocić i napracować by zagrać taki cudowny koncert, i by powstała taka cudowna płyta, prawda? A jak mówiłeś w Palladium bardzo zadbaliście o dosłownie każdą nutkę i każde słowo.

Pracy było sporo i jakieś cztery lata nam to zabrało. Najgorszy był oczywiście dzielący nas dystans, te mile przez ocean. Każdy z nas miał wcześniejsze zobowiązania, więc spotykaliśmy się co trzy-cztery miesiące, zwykle na dwa tygodnie. Pracowaliśmy wtedy bardzo intensywnie, ale z entuzjazmem. Dużo zmienialiśmy, dopracowywaliśmy, szukaliśmy najlepszych rozwiązań. Każda z piosenek ma wiele wersji demo, wiele różnych zgrań. Moglibyśmy zrobić całą galerię starań które zostały w tę płytę włożone. Sam wybór utworów, 13 z 30, był uciążliwy, trwało to… Przebieraliśmy, odejmowaliśmy (z bólem…), sortowaliśmy według opowieści, ale też muzycznie. Chcieliśmy by było spójnie, a jednocześnie by każda z pieśni funkcjonowała z osobna, miała swoizm. Kolejni instrumentaliści dodawali swoje światy, wyraźne i charakterystyczne, czasem przearanżowywaliśmy całą pieśń, czasem ujmowaliśmy co nieco z rozbuchania i wypasu by było dobrze, smacznie, stylowo, oldskulowo i prawdziwie.

Jakie szanse ma ta płyta w USA?

Tego nie wiem. Zaczęliśmy tę budowlę od wydania polskiego w firmie 4EVERMUSIC. Amerykanie mają naturalną tendencję do eksportowania swej pracy, są więc takie plany, ale mają się zacząć od Europy i Japonii. Ja się nie napinam, cokolwiek by było będzie dobrze. Jestem zadowolony i wdzięczny że nagrałem niezłą płytę.

rozm. Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /19.VII.2012/

 ***

Szcześniak i Trubadurzy

Byłem ostatnio na dwóch koncertach. Bardzo dobrych. Pierwszy odbył się w Sali Kongresowej – jubileusz Krzysztofa Krawczyka i Trubadurów. Drugi w warszawskim klubie Palladium – premiera nowego albumu ‘Signs’ Mietka Szcześniaka

Koncert Krawczyka i Trubadurów był znakomity, a Szcześniaka – po prostu przecudowny, kosmiczny

Krawczyk i Trubadurzy zaprezentowali się w dwóch częściach. W pierwszej śpiewał pan Krzysztof ze swoim bardzo dobrym zespołem, a w chórku wspomagały go m.in. żona i córka. Było więc bardzo rodzinnie, ciepło i miło. Krawczyk jest jak wino, im starszy tym lepszy. Głos ma nadal jak dzwon. Jeżeli dodamy do tego jego znakomity zespół, to wrażenia mogły być tylko wspaniałe.

Piosenkarz ten to w Polsce wielka firma, marka znana i uznana. Zaśpiewał wszystkie swoje bardzo lubiane przez publiczność od lat przeboje, jak ‘Parostatek’ (choć on sam ma tej piosenki już podobno serdecznie dość…), ‘Rysunek na szkle’, ‘Jak minął dzień’, ‘Byle było tak’, ‘Pamiętam Ciebie z tamtych lat’, ‘To co dał nam świat’, ‘Ostatni raz zatańczysz ze mną’, ‘Mój Przyjacielu’, ‘Bo jesteś Ty’. A zakończył ‘Barką’, poświęconą błogosławionemu Janowi Pawłowi II. Nagrał przecież kilka płyt specjalnie dla uczczenia dokonań i pontyfikatu naszego kochanego Ojca Świętego. Krawczyk jest coraz starszy, ale jego przeboje wcale się nie starzeją, bawią i wzruszają publiczność jak dawniej. Wspaniały koncert.

Jestem jednak także pod wielkim wrażeniem występu Trubadurów, którzy wystąpili w drugiej części wieczoru. Krawczyk zaśpiewał z nimi tylko w pierwszej i chyba ostatniej piosence. Zespół założony w 1963 r. zaprezentował się w Sali Kongresowej kapitalnie. Po prostu bomba! Stare pryki śpiewały i grały jak 20-latkowie! Ile w nich wciąż życia, energii! Oczy na wierzch mi wyłaziły jak na nich patrzyłem i ich słuchałem. I tak jest od 45 lat! Co talent, to talent! Wszyscy Trubadurzy są po prostu bardzo utalentowani i tyle. Przecież Piotr Kuźniak to mistrz gitary, a przy tym jak śpiewa! Sławomir Kowalewski i Ryszard Poznakowski też nie są gorsi. Do tego niesamowity perkusista-sportowiec Marian Lichtman, który wyprawia cuda na scenie… Po prostu cyrkowiec.

Wielką przyjemnością jest więc być na koncercie Trubadurów. Jak można się wspaniale nie bawić przy piosenkach ‘Przyjedź mamo na przysięgę’ czy ‘Znamy się tylko z widzenia’. Alu już nawet nie chodzi o tę czy inną piosenkę, tylko o wielkie talenty tych ludzi. Dobrze że się nadal nie marnują, że nadal występują. Oczywiście w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że te talenty się zmarnowały, wręcz przeciwnie. I bardzo dobrze.

CUDOWNY KONCERT SZCZEŚNIAKA

MIETEK SZCZEŚNIAK NAGRAŁ CUDOWNĄ PŁYTĘ ‘SIGNS’. To płyta jego życia, siódma w dorobku, pierwsza po angielsku. Nagrał ją z pomocą wspaniałych muzyków z USA, ale też i z Polski. Przede wszystkim Wendy Waldman, ale także m.in. znakomitego amerykańskiego gitarzysty. Do tego wcale nie gorsi Polacy – gitarzysta, klawiszowiec (obaj światowa klasa), basista Marcin Pospieszalski. Plus jeszcze perkusista z Ameryki i bardzo dobry chórek z naszego kraju.

Płyta Szcześniaka to wielkie wydarzenie w Polsce. Wielkim wydarzeniem był też premierowy koncert albumu ‘Signs’ 29 listopada w Palladium. Ja tak wspaniałego koncertu chyba w życiu nie widziałem. Wszystko znakomite, wszyscy znakomici. Każdy z wykonawców prezentował poziom mistrzowski. Ja zachwycałem się zwłaszcza – poza samym Szcześniakiem i Waldman – dwoma gitarzystami i klawiszowcem.

Oglądałem ten koncert z zapartym tchem. Każdy z wykonawców, czy tych amerykańskich, czy tych polskich, prezentował mistrzowski poziom. Oczy i uszy radowały się z wrażenia. Nie wiadomo było na kim się skupić, bo wszyscy bez wyjątku artyści bardzo przyciągali uwagę. Wszyscy są niezwykle utalentowani.

Śpiewała też – swój największy przebój – Wendy Waldman. I to jak śpiewała. Przepięknie. Wspaniały, potężny głos.

Ten koncert to było wielkie wydarzenie. Dlatego powinien być pokazany we wszystkich telewizjach i wyemitowany w radiu. Płyta – jak już pisałem – jest także wielkim wydarzeniem i powinna być promowana jak mało która.

Mietek Szcześniak to nasz skarb. Oby ‘Signs’ sprzedały się znakomicie i były wielkim przebojem, bo na to jak najbardziej zasługują.

BEZNADZIEJNY EMPIK

Jeszcze parę słów na temat sklepu Empik /Warszawa, Marszałkowska 116/122/. Nie pracują w nim – niestety – za mądrzy ludzie. Co prawda zaprosili ostatnio Mietka Szcześniaka dwa razy w związku z ukazaniem się jego nowej płyty ‘Signs’, czyli niby jakąś promocję mu zorganizowali, ale poza tym można powiedzieć o nich tylko źle.

Bywam w tym Empiku często. Płyta Szcześniaka ukazała się już ponad miesiąc temu i jest na półkach, ale nigdy nie słyszałem tam jakiejkolwiek piosenki z jego fantastycznego albumu. Wiele razy natomiast ‘leciały’ koszmarne, badziewiaste rzeczy w wykonaniu Maryli Rodowicz, Gienka Loski, Czesława Mozila /nie da się tego słuchać/, czy jakichś obcokrajowców.

Jeszcze inna rzecz. Można w tym Empiku odsłuchiwać muzykę dzięki urządzeniu firmy IBM. W owym odtwarzaczu jest m.in. lista 20 najlepiej sprzedających się w sieci tych sklepów płyt oraz zestaw albumów, które Empik poleca kupującym. W zestawie nagrań polecanych przez salon nie ma do tej pory płyty Szcześniaka!… Zwracałem uwagę na ten fakt pracownikom Empiku. I nic… Bez skutku… Nie dociera… Do mądrej głowy by dotarło, prawda?

Także w Empiku nie lubią naszego znakomitego wokalisty Szcześniaka i muzyki chrześcijańskiej, choćby była ona najwspanialsza i we wspaniałym wydaniu. Przykra sprawa.

Cezary Dąbrowski /www.zawszepolska.eu/ /14.12.2011/

Kategoria Kultura

Comments