Jak uczcić bohaterów z Łączki?

Pogrzeb żołnierzy niezłomnych musi być wielką państwową uroczystością

Czy żołnierzy niezłomnych identyfikowanych właśnie przez IPN w kwaterze „Ł” na Powązkach Wojskowych w Warszawie uczcić pogrzebem pod patronatem prezydenta, w formie ogólnopolskiego święta, z Mszą św. w katedrze, uroczystościami np. na pl. Piłsudskiego i przemarszem przez miasto na cmentarz? Czy na „Łączce” powinien powstać Panteon Polskich Bohaterów?

Rozmowa z Krzysztofem Szwagrzykiem, historykiem Instytutu Pamięci Narodowej

Tadeusz Płużański zaapelował by żołnierzy niezłomnych identyfikowanych przez IPN na Powązkach w Warszawie uczcić pogrzebem pod patronatem prezydenta, w formie ogólnopolskiego święta, a na „Łączce” powinien powstać Panteon Polskich Bohaterów.

Ta inicjatywa zasługuje na poparcie nas wszystkich. I cieszy mnie dyskusja na temat: co robić ze szczątkami bohaterów. Nie wyobrażam sobie by pogrzeb ofiar komunizmu odnalezionych na „Łączce” nie był wielką państwową uroczystością. Bo na pewno nie może ona mieć kameralnego wymiaru. To musi być wyjątkowe miejsce i wyjątkowa uroczystość, bo odnaleźliśmy szczątki największych postaci naszej historii.

Do dziś udało się już zidentyfikować „Zaporę” i „Łupaszkę”.

Tak, to dowódcy oddziałów AK i WiN – mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” i mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”. Spodziewamy się też odnaleźć szczątki m.in. rtm. Witolda Pileckiego, gen. Fieldofra „Nila”, a także wszystkich członków IV Zarządu Głównego WiN z płk. Cieplińskim i płk. Lazarowiczem, wielu powstańców warszawskich, kawalerów Virtuti Militari, przedstawicieli polskich władz emigracyjnych z Londynu. Na „Łączce” w latach 1948-56 komuniści zakopali na małym obszarze około 300 więźniów uśmierconych w więzieniu na warszawskim Mokotowie.

Są ofiary których nie uda się odnaleźć?

Niestety tak. To, co się udało, to zabezpieczyć szczątki które wydobyto spod ulicy znajdującej się poza cmentarzem. Problem z tymi które mogły spoczywać pod grobami z lat 80. Grabarze kopiący w tamtych latach nowe groby, natrafiając na ludzkie szczątki, często bezpowrotnie je niszczyli. Niektórych nie uda się też zidentyfikować ze względu na zbyt młody wiek…

…jak to?

Nie zdążyli założyć rodzin, mieć dzieci, a nie mieli rodzeństwa… „Zaporę” zidentyfikowaliśmy dzięki temu że wiedzieliśmy gdzie w Tarnobrzegu spoczywają jego rodzice. Pobraliśmy materiał genetyczny. Nie zawsze jest to możliwe. Choćby na dawnych terenach II Rzeczpospolitej, które wcielono do Związku Sowieckiego.

Pan zajmuje się tymi badaniami od dawna. Jest coś co pomimo pańskiej wiedzy zdołało pana zaskoczyć?

Niestety tak. To nie tylko moje odczucie. Członków zespołu poszukiwawczego poraził szokujący stosunek do zwłok pomordowanych ze strony tych którzy ich zakopywali. To brak elementarnego szacunku, różne formy bezczeszczenia. Świadectwo że nawet po zamordowaniu kat musiał potraktować ofiarę niegodnie.

Coś co szczególnie pana uderzyło?

Jest wiele takich rzeczy, ale dla mnie szczególnie szokujące jest potraktowanie całej grupy majora Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Chciano ich dodatkowo upodlić, więc sądzono, zabito i zakopano w mundurach Wehrmachtu… W wielu przypadkach rozkopywano też doły po zaledwie roku i wciskano – bo trudniej to inaczej opisać – kolejne ofiary… Zdecydowaną większość zamordowano strzałem w potylicę, po czym wrzucano z pewnej wysokości do dołów… Znajdowaliśmy ich tak jak upadli. W wielu wypadkach dla pewności ich dobijano…

Polska ma dług wobec tych ludzi i powinna go spłacić. Czy nie jest jakimś zgrzytem że trzeba było prywatnego sponsora bo państwo polskie nie znalazło wystarczających pieniędzy na całość prac?

Państwo podjęło kilka lat temu wysiłek którego celem jest znalezienie szczątków tych bohaterów. Skala działań które rozpoczęło – miejsc pochówku tysięcy ofiar komunizmu w całym kraju – dość drogich badań genetycznych – okazała się większa od spodziewanej i potrzeba było dodatkowych środków. Odnalezienie, rozpoznanie i godny pochówek tych bohaterów jest jednak naszym obowiązkiem, niezależnie od tego jakie mamy poglądy.

Drugą rzeczą która może wydawać się wstydliwa jest fakt że szczątki bohaterów znajdujemy dopiero 24 lata po odzyskaniu przez Polskę niepodległości.

Odpowiedź nie jest taka prosta. Z punktu widzenia polskiej świadomości historycznej, wiedzy o tych bohaterach, te prace powinny się odbyć już na początku lat 90. Tyle że wtedy genetyka sądowa była na zupełnie innym etapie.

Czyli zbagatelizowanie kwestii ofiar komunistów w latach 90 pomogło?

Nie tyle pomogło, co paradoksalnie pozwoliło na identyfikację i nadanie temu wydarzeniu innej rangi. W tamtym czasie odkrylibyśmy szczątki, ale musielibyśmy je pochować w zbiorowej mogile. A przecież ci ludzie nie zginęli anonimowo, ale pod własnymi nazwiskami. I każdym z nich Polska powinna zajmować się z osobna. Prowadzimy działania, poszukując nie jakiejś liczby szczątków, ale konkretnych osób, przywracając im nazwiska, nieanonimowe miejsca pochówku i miejsce w historii.

rozm. ms/su. /29.VIII.2013/

***

Jak Boże ziarna wolności

Poznaliśmy tożsamość trzech zidentyfikowanych ofiar komunistycznego terroru pogrzebanych przez siepaczy na powązkowskiej Łączce. Edmund Bukowski, Stanisław Łukasik i Eugeniusz Smoliński – bohaterowie niepodległościowego podziemia – nie będą już nigdy anonimowi

Sowieccy komuniści i ich kolaboranci różnych narodowości – zabijający po wojnie polskich patriotów jako „bandytów” lub „szpiegów” – wykazywali zdumiewający, niemal zabobonny lęk przed ich martwymi ciałami

Ci mordercy posiadali nieograniczoną władzę w zdominowanym kraju. Stalin mówił im wprost: „Macie taką władzę że możecie powiedzieć swoim przeciwnikom, że dwa razy dwa równa się szesnaście i oni muszą w to uwierzyć”… A jednak bali się sponiewieranych i zamordowanych ludzi.

Bardziej się ich bali po śmierci niż za życia!

Dokonywali na tych ciałach jakichś magicznych, dzikich czynności, rodem z Azji: robili sobie z nimi zdjęcia, jakby to były „trofea”, obcinali głowy i zakopywali w innym miejscu niż ciała, wkładali zabitych do świńskiego koryta, zakopywali na śmietniku lub w kloace. Nade wszystko dbali o to byśmy nigdy nie trafili na ślad tych „pochówków”. Fałszowali dokumentację albo jej po prostu nie prowadzili.

Śmiertelne szczątki naszych bohaterów walczących o niepodległy byt państwa polskiego są jak Boże ziarna wolności.

Dr Krzysztof Szwagrzyk powiedział niedawno że „to co się dzieje na Powązkach jest jasnym przekazem nie tylko dla rodzin ofiar, ale dla całego społeczeństwa: jeżeli mamy do czynienia z bohaterami narodowymi, to nie ma czasu który zepchnąłby ich w zapomnienie”.

Nie odrzucajmy zasiewu wolności, bo wolność to dar Boży którego trzeba strzec. Nie ma znaczenia czyje szczątki i w jakiej kolejności uda się w następnych miesiącach zidentyfikować. Mamy wciąż nadzieję że wśród nich będą generał „Nil”, major „Łupaszka” czy major „Zapora”. Kaci mieli świadomość że ci ludzie są dla rodaków legendą za życia. Odnalezione szczątki bohaterów powinny spocząć w nowej, prawdziwej alei zasłużonych, a nie w alei Bieruta i jego kamratów, bo historia jest światłem prawdy (lux veritatis).

„O wy, co tylko na świat idziecie z Północą, chytrość rozumem, a złość nazywacie mocą. Kto z was wiarę i wolność znajdzie i zagrzebie, myśli Boga oszukać, oszuka sam siebie”…

Piotr Szubarczyk/nd /7.XII.2012/

****

Szczątki 116 osób z Łączki

Rozmowa z Krzysztofem Szwagrzykiem, naczelnikiem Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN-u we Wrocławiu

Czy w wyniku prac ekshumacyjnych na Łączce udało się już zidentyfikować jakieś szczątki? Najbardziej czekamy na odnalezienie gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, rotmistrza Witolda Pileckiego, mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” czy ppłk. Łukasza Cieplińskiego.

Trwają badania genetyczne. Kiedy będziemy mieć potwierdzenie wyników badań co do tożsamości poszczególnych osób, to w pierwszym rzędzie zostaną powiadomione rodziny, później poinformujemy media. Problem w tym że wyniki te są wciąż weryfikowane. Musimy mieć absolutną pewność, jednorazowe potwierdzenie tu nie wystarcza. Jakakolwiek pomyłka czy błąd nie wchodzi w grę. Chyba nie muszę mówić jakie byłyby reperkusje naszej ewentualnej pomyłki przy identyfikacji. Zatem by całkowicie wyeliminować możliwość wystąpienia błędu te badania powtarzamy wielokrotnie. Stąd o żadnych wynikach identyfikacyjnych nie mogę mówić.

Z tego co pan mówi wnioskuję że wyniki już są, ale są jeszcze sprawdzane?

Przystępując do prac mieliśmy listę osób których szczątki spodziewamy się tam znaleźć. Wiemy kiedy zginęli, mniej więcej kto koło kogo powinien być pochowany, jaki był ich wiek, wzrost. To wszystko dało nam podstawy do tego by nawet bez badań genetycznych powiedzieć że mamy do czynienia prawdopodobnie z takimi czy innymi osobami. Wszystko to jednak naukowe dywagacje i to za mało by mówić o tym publicznie. Teraz badania genetyczne weryfikują nasze naukowe ustalenia. Dlatego proszę jeszcze o cierpliwość.

Kiedy możemy się spodziewać upublicznienia tych wiadomości?

Pierwsze wyniki będą jeszcze jesienią br., wówczas też należy spodziewać się pierwszych informacji.

Podczas ekshumacji odnaleziono szczątki starszego mężczyzny którego czaszka nie miała otworu po kuli. Czy może to być gen. Fieldorf który w chwili śmierci miał 58 lat i w odróżnieniu od innych nie został zastrzelony a powieszony?

Z całą pewnością wśród osób pochowanych na Powązkach jest gen. Fieldorf. Bardzo zależy nam by znaleźć i zidentyfikować jego szczątki. Na razie nie umiem powiedzieć kiedy ogłosimy komunikat potwierdzający tę informację. Dopóki nie będziemy mieć stuprocentowej pewności, nie będziemy o tym mówić. Poczekajmy na wyniki badań które dadzą nam pewność.

Wcześniej zakładano że na Łączce może być pochowanych ok. 150 ofiar komunistycznego terroru. Mogło być ich więcej?

Zdecydowanie. I co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Obszar jaki przebadaliśmy zajmuje ok. jednej trzeciej dawnego pola więziennego. Przed nami drugi etap prac w którym będziemy prowadzić badania archeologiczno-poszukiwawcze na obszarze dwu-, a nawet trzykrotnie większym niż dotychczas. Stąd liczba ofiar na pewno ulegnie zwiększeniu i to znacznemu.

Jaki jest stan odnalezionych szkieletów? Czy metoda tzw. katyńska była jedynym sposobem egzekucji?

Około dwóch trzecich odnalezionych szczątków nosi ślady po katyńskiej metodzie uśmiercania. Oznacza to że ogromną większość ludzi tam pochowanych uśmiercono strzałem w potylicę z bliskiej odległości. Część szczątków nie nosi jednak śladów uśmiercenia strzałem z pistoletu, co wskazuje że zostali zamordowani w inny sposób. Niektórzy mogli zostać powieszeni, bo część egzekucji odbywała się właśnie w ten sposób.

Czy stan szczątków wskazuje że osoby te były przed śmiercią torturowane?

O tym że niektóre osoby były przed śmiercią torturowane świadczą choćby złamane kości żeber, popękane żuchwy. Oględziny przeprowadzone przez naszych lekarzy sądowych wskazują wyraźnie że w wielu przypadkach przed śmiercią tych ludzi męczono i co do tego nie mamy najmniejszej wątpliwości. To dowodzi że wobec więźniów używano siły, przemocy. Część osób była też ranna. Podejrzewamy że są to przedstawiciele zbrojnego podziemia niepodległościowego – partyzanci którzy ranni zostali ujęci podczas walk. W niektórych przypadkach mamy nawet do czynienia z odnalezieniem w szczątkach fragmentów odłamków. Przepisy więzienne wydane na początku lat 50 jednoznacznie zobowiązywały naczelników więzień by osoby dostarczone do więzień z UB, z KBW, które zginęły w wyniku akcji przeciw podziemiu, były chowane na terenie więzienia. W tym wypadku nie mamy wątpliwości że o takie właśnie okoliczności chodzi.

Wiadomo jak ciała zamordowanych trafiały na cmentarz?

W zależności od lat o których już wspomnieliśmy ciała były przewożone na cmentarz furmanką bądź samochodem. Grabarz dzień wcześniej był informowany ile jam grobowych ma przygotować i w zasadzie na tym kończyła się jego rola. W godzinach nocnych bądź wczesnoporannych na cmentarz przybywali funkcjonariusze straży więziennej, niekiedy z więźniami (często byli to więźniowie niemieccy) którzy zamordowanych wrzucali do jam grobowych. Wrzucali a nie wkładali, o czym świadczy ułożenie szczątków. Potem zasypywano je likwidując ślady po miejscach pochówków. Maskowanie polegało na tym że przed wykopaniem grobu ściągano płatami warstwę darni którą po zasypaniu dołu ponownie układano w tym samym miejscu. To maskowanie odbywało się w różny sposób i w co najmniej dwóch przypadkach mamy do czynienia ze znalezieniem w grobach środka chemicznego którego nazwy nie potrafię jeszcze dziś wymienić, w każdym razie miał on przyspieszyć proces rozkładu zwłok.

Dlaczego znajdowano jego ślady w tych a nie innych jamach grobowych?

Trudno to ocenić. Nie mamy żadnych dokumentów które pomogłyby nam w rozwikłaniu tego problemu. Również ci którzy używali tych środków milczą. O tym czy takich przypadków było więcej będziemy mogli coś powiedzieć po zakończeniu prac na Powązkach.

Mogło to dotyczyć osób w przypadku których mordercom szczególnie zależało by jakikolwiek ślad po nich zaginął?

Bałbym się jednoznacznie stwierdzić że tak właśnie było. Nie wykluczamy tej możliwości. Jednak mając na uwadze że w okresie komunizmu robiono wiele rzeczy w sposób chaotyczny i nieuporządkowany, nie przesądzałbym że za każdym razem w przypadku najważniejszych więźniów stosowano środki chemiczne. Gdyby tak było to tylko w Warszawie takich osób było tak wiele że w zasadzie w co drugim grobie powinniśmy mieć do czynienia z substancją chemiczną która przyspiesza rozkład ciała. Tymczasem tak nie jest. Dlatego bałbym się jednoznacznie stwierdzić że tam gdzie był ważny człowiek używano środków chemicznych, a tam gdzie mniej ważny nie używano tego typu substancji.

Część ofiar miała na sobie mundury niemieckie. O czym to świadczy?

W realiach lat 40 i 50 używanie mundurów niemieckich absolutnie nie wskazuje, czy nie przesądza, że mamy do czynienia z osobami pochodzenia niemieckiego. Znamy wiele relacji które mówią że w tamtym okresie więźniów politycznych przebierano w mundury niemieckie, chcąc w ten sposób wywołać wśród społeczności więziennej coś w rodzaju linczu. Ponadto kiedy uśmiercano ofiary to na ostatnią drogę dawano im ubrania zbędne, w tym również mundury niemieckie których było pod dostatkiem. Te mundury zresztą podobnie jak cywilne ubrania nie mogły być ponownie wykorzystywane. I to z tego pragmatycznego powodu mamy w przypadku ekshumowanych ofiar do czynienia z mundurami niemieckimi. Odnajdujemy też ubrania cywilne, jak i mundury Wojska Polskiego.

Ile szczątków osób udało się odnaleźć?

Mogę powiedzieć że odnaleźliśmy szczątki 116 osób. Kilku więźniów nie udało się wydobyć, bo odnalezione szczątki znajdowały się na terenie tzw. Łączki tylko w małym zakresie. Na przykład noga czy głowa były na terenie kwatery „Ł”, a większość szkieletu znajdowała się pod chodnikiem czy pod asfaltową alejką. Te osoby zostaną wydobyte jako pierwsze w drugim etapie prac ekshumacyjnych.

Apelował pan o zgłaszanie się krewnych osób co do których istniało podejrzenie że mogą być pochowane na Łączce, w celu przeprowadzenia badań porównawczych genetycznych. Ile tych osób się zgłosiło dotychczas?

Zgłosiło się do nas 150 osób i wciąż napływają nowe zgłoszenia. W ciągu najbliższego tygodnia ostatnia grupa osób otrzyma pakiety do samodzielnego pobierania wymazów. To, jak sądzimy, będzie zamknięcie etapu powązkowskiego.

Co na podstawie dotychczasowych ekshumacji możemy powiedzieć o sprawcach tych zbrodni?

Sprawców tych zbrodni cechowało przede wszystkim to że obok sowieckich metod uśmiercania podobnie jak oprawcy w ZSRS potrafili zacierać ślady po miejscach pochówków. Ponadto odznaczali się brakiem szacunku do ciał nieżyjących już osób, traktując je w sposób urągający wszelkim zasadom obowiązującym w cywilizowanym świecie. Wrzucanie tych ludzi do jam grobowych po kilka osób, a następnie zacieranie śladów świadczy jaki był stosunek katów do ofiar. Żałuję że przez 23 lata od upadku komunizmu w Polsce żadnemu z tych oprawców: funkcjonariuszy straży więziennej którzy dokonywali pochówków i są odpowiedzialni za taki a nie inny sposób postępowania, nie udało się postawić zarzutów zbezczeszczenia zwłok. Szkoda też że żaden z uczestników tego niecnego procederu nie wyraził skruchy z powodu tego co zrobił, ani nie wykazał chęci naprawy swoich błędów sprzed lat i nie wskazał miejsca gdzie potajemnie grzebano ofiary. Przecież wielu z tych ludzi wciąż żyje. Zdumiewa że nawet w obliczu rozliczenia się ze swoimi dokonaniami nie zmienili przekonań. Widocznie są zatwardziali do końca.

W październiku planowane jest rozpoczęcie drugiego etapu prac ekshumacyjnych na Powązkach. Na czym te prace będą polegać?

Pierwszy etap był finansowany przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, a drugi będzie finansowany przez Instytut Pamięci Narodowej. Zanim dojdzie do działań ekshumacyjnych musimy wykonać wiele czynności które będą polegać na bardzo precyzyjnym zakreśleniu obszaru dawnego pola więziennego. Udało nam się już zidentyfikować to pole, choćby w oparciu o fotografie lotnicze z lat 40 i 50, na których bardzo wyraźnie zarysowane są rzędy grobów na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Tak się składa że to sami komuniści, wprawdzie w sposób niezamierzony, udokumentowali na własnych fotografiach lotniczych miejsce gdzie grzebali ofiary terroru. To było bardzo tajne miejsce i takie miało pozostać na lata. Nasze badania jesienne będą zmierzać do tego by w sposób precyzyjny, z dokładnością do jednego metra, dawne rzędy grobów odnieść do współczesnego terenu. Wszystko po to by jak rozpoczniemy badania ekshumacyjne – myślę że już wiosną przyszłego roku – nasze prace koncentrowały się na bardzo konkretnym obszarze. W październiku przystąpimy do prac sondażowych, odwiertów punktowych które nam dawny obszar pola więziennego zakreślą w sposób precyzyjny.

Właściwe prace ekshumacyjne ruszą jednak wiosną?

Działania jakich się podejmujemy wymagają ogromnych środków finansowych, ale na szczęście zostały one zabezpieczone, podobnie jak wszelkiego rodzaju zgody i pozwolenia. Już w październiku zostanie ogłoszony przetarg na wykonanie prac na Powązkach. Procedury te z reguły trwają kilka tygodni i w najlepszym wypadku do prac ekshumacyjnych można byłoby przystąpić dopiero w grudniu. W sytuacji kiedy ekshumacje planujemy na okres 4-5 tygodni, rozpoczęcie tych prac w grudniu byłoby z góry skazane na niepowodzenie, chociażby z powodu warunków atmosferycznych. Dlatego ruszymy z tym wiosną.

Nie ma zatem żadnych problemów?

Ściśle współpracujemy zarówno z władzami Warszawy, które przejęły na siebie także część obowiązków finansowych czy organizacyjnych, podobnie rzecz ma się z Ministerstwem Sprawiedliwości, które ze swojej strony zadeklarowało chęć włączenia specjalistów z Instytutu Ekspertyz Sądowych z Krakowa którzy pomogą nam przy badaniach genetycznych. Współpracujemy też ściśle z ROPWiM i jak dotychczas nie można powiedzieć że mamy z czymkolwiek problem. Mam nadzieję że tak będzie do zakończenia prac.

Czego pan oczekuje po ekshumacjach na wiosnę?

Bardzo liczymy że uda się nam wydobyć i zidentyfikować kolejne szczątki więźniów. Bardzo chciałbym by to były wszystkie szczątki. Obawiam się jednak że będzie to niemożliwe, bo obszar na którym będziemy prowadzić badania został w latach 60, 70 i 80 przeznaczony do ponownych pochówków. Są tam współczesne grobowce i należy przyjąć że nie wszędzie tam gdzie zakładamy znalezienie szczątków więźniów PRL-u, właściciele obecnych nagrobków wyrażą zgodę na przeprowadzenie prac. Choćby z tego powodu wydaje mi się że wszystkich szczątków ofiar odnaleźć się nie da. Zrobimy jednak wszystko by było ich jak najwięcej.

Gdzie powinny spocząć wyekshumowane ofiary terroru komunistycznego?

Moim zdaniem ofiary terroru komunistycznego które znaleźliśmy dotychczas na Łączce i będziemy znajdować także w pobliżu tego miejsca na sąsiednich polach – powinny spocząć na Łączce. Łączka, czy ktoś się z tym zgadza czy nie, już stała się miejscem uświęconym, stała się panteonem narodowym, bo rzeczywiście takim miejscem jest. Tam leżą nasi bohaterowie, tam staraniem wielu rodzin ofiar komunizmu udało się zachować taki mały obszar 18 na 18 metrów gdzie później już nie dokonywano pochówków. Należałoby się tylko zastanowić w jaki sposób w przyszłości przygotować to miejsce by spoczęli w nim ci po których ślad miał zaginąć.

Spoczęli w godnym i odpowiednio urządzonym miejscu.

Pomnik który tam stoi, poświęcony ofiarom terroru komunistycznego, powinien pozostać jako element historyczny. Natomiast zabudowa tego obszaru powinna uwzględniać współczesne realia oraz wyniki prac ekshumacyjno-archeologicznych. Byłbym przeciw temu by wszystkie szczątki pochować w różnych miejscach, w zależności od życzeń rodzin. Decyzję czy też wolę rodzin zawsze należy szanować, byłoby jednak źle gdyby wszystkie rodziny podjęły decyzję że szczątki tych ludzi należy stamtąd zabrać. Gdyby tak się stało mielibyśmy tak naprawdę do czynienia z triumfem katów. Mogliby oni powiedzieć że na tym polu nie ma żadnych ofiar, że jest ono puste. Tymczasem nie jest puste! Tam leżały szczątki naszych bohaterów, tam i w najbliższym otoczeniu, i powinny tam zostać na zawsze. Rodziny powinny uwzględnić fakt że ofiary komunizmu są także elementem historii. Owszem, to są ich najbliżsi, ale podejmując decyzję o pochówku trzeba się kierować nie tylko względami osobistymi, ale także narodowymi.

Jakie znaczenie dla przebiegu prac w Warszawie miały zakończone nie tak dawno prace ekshumacyjne na cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu?

Staraliśmy się doświadczenia wrocławskie przenieść do Warszawy. Nie mogło być inaczej skoro nasze prace we Wrocławiu zakończyły się sukcesem. Przypomnę że udało się tam odnaleźć 300 szczątków ofiar systemu komunistycznego i – co ważne – zidentyfikować je na poziomie 80 procent. W tej sytuacji uznaliśmy że warto takie doświadczenia przenieść na grunt warszawski. Stąd także skład zespołu który prowadził ekshumacje na Powązkach był niemal identyczny jak ten z cmentarza Osobowickiego.

Czy skala trudności była podobna?

Niestety nie. Warunki podczas ekshumacji w Warszawie były trudniejsze. We Wrocławiu osoby które zostały zamordowane czy zmarły w więzieniu były wpisywane w księdze cmentarnej. W Warszawie tych których stracono na podstawie wyroków sądowych nie umieszczano w żadnych księgach cmentarnych. Nie było też pochówku na terenie dawnego pola więziennego, pochówku po którym ślad zostałby zachowany od lat 40 czy 50. We Wrocławiu takich grobów które używały rodziny jeszcze w latach 40 czy 50, było kilka. Stanowiły one dla nas doskonały punkt odniesienia do współczesnych poszukiwań. Takich punktów odniesienia nie mieliśmy w Warszawie. Kilka grobów które znajdują się na obszarze kwatery „Ł”, to groby symboliczne ustawione po roku 1958 przez rodziny które od grabarzy pokątnie dowiadywały się gdzie dokonywano wówczas pochówków. Z tą jednak różnicą że owi grabarze nie określali tych miejsc zbyt precyzyjnie, wskazywali mniej więcej obszar gdzie takie pochówki miały miejsce. Kolejną trudnością był fakt że we Wrocławiu nie mieliśmy praktycznie grobów masowych, były natomiast groby pojedyncze – rzadko się zdarzało że w jakimś grobie było dwóch więźniów. Tymczasem mimo że w Warszawie mówimy o takim samym czasie pochówków, a więc latach 1948-56, to rzadkością było kiedy w jamie grobowej znajdowaliśmy szczątki jednego człowieka. Najczęściej były to szczątki 3-5 osób, a zdarzało się że w jednej jamie grobowej znajdowaliśmy 8 czy 9 ludzkich szczątków. Ci ludzie nie mieli przy sobie żadnych rzeczy które pozwoliłyby na ich identyfikację.

Było to zatem duże wyzwanie badawcze dla ekipy archeologów…

Owszem, zastanawialiśmy się w jaki sposób doprowadzić do wydobycia szczątków poszczególnych osób które znajdowały się w jednej jamie grobowej, by w trakcie tych prac nie pomieszać znajdujących się tam kości. Myślę że udało się to zrobić.

rozm. mk/nd /1.X.2012/

***

Znajdą szczątki Nila i Łupaszki?

Na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie trwa ekshumacja ofiar terroru komunistycznego prowadzona przez IPN. Istnieje duże prawdopodobieństwo że właśnie tam pochowano m.in. gen. Augusta Emila Fieldorfa ps. Nil, rtm. Witolda Pileckiego, mjr. Zygmunta Szendzielarza ps. Łupaszka

– Instytut Pamięci Narodowej prowadzi ekshumacje na tzw. Łączce na stołecznych Powązkach Wojskowych. Z analizy archiwaliów wynika że na Łączce mogą być pochowane 284 osoby – poinformował Michał Kurkiewicz z IPN-u

Wśród tych 284 osób może być także wielu innych bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego, uczestników Powstania Warszawskiego i żołnierzy powojennego podziemia niepodległościowego.

W marcu na terenie Cmentarza Powązkowskiego prowadzono badania przy użyciu georadaru. Na ich podstawie pracownicy IPN-u ustalili że obszar określany jako kwatera na Łączce, to miejsce gdzie w latach 1948–56 pochowano kilkuset zmarłych i zamordowanych w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

IPN przypuszcza że to właśnie w tym miejscu pochowani zostali żołnierze Polski Podziemnej, wśród nich: gen. August Emil Fieldorf Nil – szef Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej, rtm. Witold Pilecki – dobrowolny więzień Auschwitz, mjr Zygmunt Szendzielarz Łupaszka – dowódca 5 Brygady Wileńskiej.

Prace ekshumacyjne potrwają do końca sierpnia.

pap /24.VII.2012/

***

Walczą o prawdę o Katyniu

Krewni ofiar zbrodni odwołali się od wyroku Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Zgodnie z zapowiedziami prawników reprezentujących bliskich ofiar zbrodni katyńskiej Polacy odwołali się od wyroku, jaki wydano w Strasburgu 16 kwietnia

Chcą by skargę przeciw Rosji rozpatrzyło teraz 17 sędziów Wielkiej Izby Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. By to było możliwe najpierw do złożonego właśnie wniosku strony polskiej przychylić się musi pięciu strasburskich sędziów

Decyzję o dopuszczalności apelacji podejmą w ciągu dwóch, trzech miesięcy. Po ich akceptacji skargą może się zająć Wielka Izba Trybunału. Jej werdykt będzie ostateczny.

Choć Trybunał w Strasburgu uznał w kwietniu mord polskich oficerów przez NKWD za zbrodnię wojenną, nie ocenił czy Rosja przeprowadziła w tej sprawie skuteczne śledztwo. A uznanie że takiego postępowania nie było, jak twierdzą Polacy, oznacza naruszenie przez Rosję art. 2 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, na podstawie której Trybunał wydaje orzeczenia. Artykuł chroni prawo do życia i zakazuje nie tylko mordów, ale wymaga skutecznego śledztwa w przypadku ich popełnienia. To oznacza np. ustalenie i ukaranie winnych.

We wniosku o Wielką Izbę piszemy że postępowania prowadzonego w Rosji w latach 1990–2004 nie można uznać za skuteczne. Wskazujemy że Trybunał może to ocenić, ma instrumenty by zmusić do współpracy państwo które jej odmawia. A Rosja nie przekazała Strasburgowi np. postanowienia o umorzeniu śledztwa katyńskiego – powiedział mec. Roman Nowosielski, jeden z prawników reprezentujących Polaków przed Trybunałem. Twierdzi że chodzi o ochronę praw człowieka i podstawowych wartości, dlatego orzeczenie Wielkiej Izby będzie miało duże znaczenie dla przyszłych podobnych skarg.

Autorzy wniosku wskazują też że orzeczenie Trybunału z 16 kwietnia dotyczące art. 2 konwencji zapadło głosami cztery do trzech (sprawę rozstrzygało siedmiu sędziów). W dodatku czwórka, której głosy przeważyły, nie była zgodna uzasadniając swoje zdanie. Sędziowie rosyjski i ukraiński stwierdzili bowiem że Rosja nie miała obowiązku przeprowadzenia śledztwa katyńskiego i wykonała „gest dobrej woli”. Pozostała dwójka tej opinii nie podzielała.

– Czy na pewno przeważyło zdanie większości skoro czwórka nie ma jednolitego zdania? – stwierdził Nowosielski.

Czekamy na uznanie wszystkich zarzutów jakie postawiliśmy Rosji – dodała Krystyna Krzyszkowiak, jedna z 15 skarżących.

Prawnicy uprzedzają że jeżeli wniosek o Wielką Izbę zostanie przyjęty, na werdykt będzie trzeba czekać jeszcze wiele miesięcy.

eł/rp /5-7-2012/

 ***

Szukają na polanie śmierci

Ekipa Instytutu Pamięci Narodowej rozpoczęła prace poszukiwawcze nieopodal Barutu w Opolskiem na tzw. polanie śmierci. Pochowano tam blisko 200 żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych z oddziału Henryka Flamme ps. Bartek

Zaplanowane na miesiąc prace archeologiczne mają na celu odnalezienie dokładnego miejsca pochówku Bartka i jego podkomendnych. – W miejscu tym w 1946 r. pogrzebano ok. 200 osób, które wcześniej zostały zamordowane w zasadzce zorganizowanej przez Urząd Bezpieczeństwa – powiedziała Katarzyna Maziej-Choińska, rzecznik IPN-u we Wrocławiu

Te prace archeologiczne są częścią ogólnopolskiego projektu badawczego IPN-u: Poszukiwania nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego z lat 1944-1956. Przeprowadzono już w dwóch turach prace ekshumacyjne na cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu i wstępne badania na warszawskich Powązkach. Badaniami organizowanymi w okolicach Barutu kieruje dr hab. Krzysztof Szwagrzyk, pełnomocnik prezesa IPN-u ds. poszukiwań miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego.

zb/nd /14.VI.2012/

***

Bykownia na zdjęciu roku

Maksymilian Rigamonti został laureatem tegorocznej edycji konkursu Grand Press Photo – ogłoszono w Warszawie. Tytuł zdjęcia roku otrzymała jego fotografia z prac ekshumacyjnych grobów polskich oficerów w Bykowni. Autor zdjęcia roku otrzymał 10 tys. zł nagrody

W tegorocznej, ósmej edycji organizowanego przez miesięcznik Press konkursu dla polskich fotografów Grand Press Photo o nagrodę ubiegali się autorzy 39 zdjęć pojedynczych, 16 fotoreportaży i 6 fotokastów, czyli multimedialnych form fotoreportażu

Przy okazji środowej gali finałowej konkursu w warszawskim Palladium została otwarta wystawa wszystkich zdjęć które trafiły do finału konkursu oraz prace Jodi Bieber, przewodniczącej jury Grand Press Photo 2012. Od 17 do 28 maja wystawę będzie można oglądać w nowej siedzibie Muzeum Drukarstwa Warszawskiego przy ul. Marszałkowskiej 3/5 – w dawnej drukarni Życia Warszawy.

Wystawę Grand Press Photo będzie można oglądać również podczas tegorocznej Nocy Muzeów z 19 na 20 maja.

pap /16.V.2012/

***

Ilu NKWD zamordowało na Białorusi?…

3870 polskich oficerów z tzw. białoruskiej listy katyńskiej to zaledwie ułamek faktycznej liczby żołnierzy zamordowanych na terenie zachodniej Białorusi. Z ustaleń białoruskiego historyka doc. Igora Kuzniecowa wynika że z rąk NKWD, w różnych miejscach Białorusi, w latach 1940-1941 zginęło co najmniej 8.5 tys. polskich oficerów

Docent Igor Kuzniecow, pracownik Uniwersytetu w Mińsku, od 20 lat prowadzi badania naukowe nad sowieckimi represjami w jego kraju. Ze strony tamtejszych władz spotykają go za to różne przykrości. Wczorajszy wykład dla studentów zaczął od słów: ‘Nie wiem czy kiedy wrócę do kraju nie stracę pracy za to co wam mówię’.

Jednak mówił. – Wiosną 1940 r. na terenie zachodniej Białorusi rozstrzeliwanie internowanych polskich oficerów dopiero się zaczęło. Skończyło się w czerwcu roku 1941, kiedy Niemcy zaatakowały ZSRS. Według danych które zebrałem, w tym czasie NKWD zamordowało co najmniej 8.5 tys. polskich oficerów. Ale ich szczątki są wciąż znajdowane, więc ta liczba jest pewnie jeszcze większa.

Kuropaty nie były jedynym miejscem na terenie zachodniej Białorusi, gdzie rozstrzeliwano polskich oficerów. Kuzniecow podał nazwę położonej niedaleko Mińska miejscowości Trościaniec, gdzie NKWD rozstrzeliwało m.in. Polaków już przed wojną. Inne miejsce, gdzie zdaniem Kuzniecowa mordowano polskich żołnierzy, leży niemal w centrum Mińska, gdzie dawniej stało więzienie NKWD, a teraz jest zajezdnia tramwajowa.

Kiedy wykonywano tam wykopy ziemne, natrafiono na ludzkie szczątki i fragmenty polskich mundurów. – Najpewniej w Drozdach, dawnym ośrodku wypoczynkowym NKWD, również dokonywano egzekucji polskich oficerów. To idealne bo ściśle strzeżone miejsce dla egzekucji. Przecież takie same ośrodki wypoczynkowe NKWD znajdowały się w Katyniu, Charkowie czy Miednoje – mówił historyk.

Wśród miejsc gdzie na Białorusi znaleziono szczątki ofiar zbrodni katyńskiej Kuzniecow wymienił też: Głębokie, Orszę i Wilejkę. – O tych miejscach nie słychać ponieważ kiedy tylko przypadkiem, przeważnie podczas budów, odkryje się je, od razu władze każą doły zasypywać i nic nie mówić dziennikarzom – opowiadał wczoraj białoruski historyk o specyficznej polityce władz Białorusi.

Białoruska lista katyńska to spis 3870 Polaków zabitych przez NKWD na terytorium Białorusi w 1940 r., na mocy decyzji Biura Politycznego KC WKP(b) z 5 marca 1940 r. Polskie władze bezskutecznie usiłują otrzymać kopię dokumentu od rosyjskich i białoruskich władz. Zdaniem Kuzniecowa została sporządzona w dwóch egzemplarzach, jeden trafił do archiwum w Moskwie, drugi w Mińsku.

Nie wiadomo czy ta lista jest w archiwum w Mińsku. Według pozyskanych przeze mnie informacji, w czasie ataku Niemiec na ZSRS z powodu wielkiego pośpiechu, przed wkroczeniem Niemców nie zdołano wywieźć wszystkich dokumentów z archiwum NKWD. Ale w Moskwie ta lista jest na 100 procent – powiedział Kuzniecow. Dodał też że prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenko nie jest zainteresowany wyjaśnieniem sprawy białoruskiej listy katyńskiej.

Kuzniecowa, jak sam wspominał, wezwano do KGB w Mińsku i zabroniono mu mówienia o liście. – Funkcjonariusze zabronili mi mówić o tej liście, bo – jak argumentowali – władza twierdzi że ona nie istnieje – powiedział. Przypomniał że podczas konferencji prasowej w Mińsku 23 grudnia ub.r. prezydent Białorusi zaprzeczył, że na terytorium białoruskiej republiki sowieckiej przeprowadzono egzekucje na Polakach. ‘Na terytorium Białorusi radzieckie NKWD nie rozstrzelało w 1940 roku ani jednego Polaka’ – odpowiedział wówczas Łukaszenko na pytanie polskiego dziennikarza. ‘Szukaliśmy we wszystkich archiwach, KGB i wszystkich strukturach państwowych. Tak jak obiecałem. Na Białorusi nie został rozstrzelany ani jeden Polak. Były tylko punkty przesyłowe. Polacy którzy tam trafiali, byli wysyłani głównie do Federacji Rosyjskiej i być może na Ukrainę’ – mówił Łukaszenko.

ab/nd /26.IV.2012/

***

Katyń – lista ofiar stale rośnie

W samym sercu Warszawy, na placu Zamkowym, przy zbiegu ulic Senatorskiej i Podwala, zostanie ponownie odsłonięty pomnik Katyński. Uroczystość odbędzie się 13 kwietnia o godzinie 17

Jeszcze kilka miesięcy temu obecne władze stolicy nie zgadzały się by pomnik Katyński stał w tym miejscu. Chciały go usunąć w miejsce mniej godne. Zdecydowana postawa opinii publicznej spowodowała że monument ponownie zostanie odsłonięty na placu Zamkowym

Pomnik odsłonił w 1998 r. w obecności tysięcy ludzi pułkownik Ryszard Kukliński, bohater Polski i Ameryki, ostatni skazany na śmierć przez komunistów oficer Wojska Polskiego. Jest on dziełem Andrzeja Renesa, ufundowanym przez Polonię amerykańską (m.in. znaną z patriotyzmu rodzinę Kulasów z Chicago), kiedy okazało się że kolejne rządy III RP nie chcą albo nie mogą postawić w stolicy pomnika Katyńskiego.

Inskrypcja na pomniku głosi: ‚Katyń – pamięci oficerów Wojska Polskiego zamordowanych przez komunistyczny totalitaryzm sowiecki na całym obszarze imperium zła po 17 września 1939 roku’. Litera ‚T’ w słowie Katyń jest zarazem krzyżem, co nawiązuje do grafiki ulotki Armii Krajowej z kwietnia 1943 r.

Napis na pomniku jak nigdzie w Polsce głosi prawdę o zbrodni. Zaczęła się ona nie w Katyniu, ale natychmiast po 17 września 1939 po agresji Armii Czerwonej na Polskę. Zbrodnia miała miejsce nie tylko w Katyniu, ale ‚na całym obszarze imperium zła’, a więc również w podbitej przez Stalina Polsce po 1945 r.

Tradycyjne masowe rozstrzeliwania w Rosji sowieckiej miały miejsce zawsze na wiosnę od początków kwietnia każdego roku. Jesienią i zimą NKWD w łagrach i więzieniach gromadziło setki tysięcy aresztowanych. Niektórych z nich mordowano strzałem w tył głowy w podziemnych katowniach więzień, ale masowa eksterminacja nieszczęśników zaczynała się dopiero na wiosnę. Setek tysięcy ofiar nawet ludobójcy z NKWD nie byli w stanie zabić w piwnicach więzień. To było możliwe jedynie na otwartej dużej przestrzeni w lasach, tak właśnie jak w Katyniu pod Smoleńskiem.

Dlaczego w kwietniu? Bo właśnie wtedy odmarzała ziemia po ciężkiej rosyjskiej zimie i można było kopać tzw. doły śmierci, które były niezbędne przy masowym mordowaniu, by następnie zakopać trupy, czasami nawet na sześć metrów w głąb. Tak było właśnie w Katyniu, gdzie oprawcy z NKWD rozstrzelanych polskich oficerów układali trzema, czterema, a nawet pięcioma warstwami trupów. Masowe rozstrzeliwania trwały w Rosji od początków kwietnia przez wiosnę, lato, aż do jesieni.

Rok w rok w ten straszliwy ludobójczy scenariusz Rosja sowiecka wpisała też rozstrzelanie tysięcy bezbronnych polskich jeńców. Pierwszą ich grupę NKWD wymordowało w Katyniu 3 kwietnia 1940 r., a następne egzekucje trwały przez kwiecień, maj aż do czerwca 1940 r.

Prawda o Katyniu jest dużo gorsza i bardziej straszliwa niż ta dotąd poznana, a liczba ofiar sowieckiej zbrodni i ludobójstwa na bezbronnych Polakach być może przekracza 70 tysięcy! Wskazywał na to prezydent Lech Kaczyński: ‚Lista ofiar zbrodni katyńskiej, począwszy od odkrycia pierwszych grobów w kwietniu 1943 r., stale rośnie. Zwłaszcza w ostatnich latach wciąż przybywa informacji o kolejnych miejscach kaźni i utajnionego przez lata pochówku naszych rodaków. Katyń pod Smoleńskiem, Piatichatki pod Charkowem, Miednoje pod Twerem, Bykownia pod Kijowem, Kuropaty pod Mińskiem – czas z całą pewnością dopisze tutaj nazwy kolejnych miejscowości. Nigdy też nie będziemy dysponować kompletnym katalogiem zamordowanych’. Do tego straszliwego katalogu śmierci dopisany został Autor tych słów oraz wszyscy pozostali, którzy 10 kwietni 2010 r. zostali ostatnimi ofiarami Katynia.

Józef Szaniawski /11.IV.2012/

***

Pożegnanie ś.p. Marii Trzcińskiej

Bliscy, znajomi, współpracownicy i wiele osób wdzięcznych sędzi Marii Trzcińskiej za ujawnianie i nagłaśnienie prawdy o niemieckich zbrodniach na Polakach popełnianych w obozie koncentracyjnym KL Warschau oddało jej ostatni hołd

Pogrzeb odbył się w kościele pw. św. Katarzyny na warszawskim Służewie. Urna z prochami ś.p. Marii Trzcińskiej spoczęła na cmentarzu Bródnowskim w Warszawie

Pogrzebową Mszę św. odprawił proboszcz miejscowej parafii ks. prałat Józef Maj. Eucharystię koncelebrował ks. Stanisław Małkowski, znany zwłaszcza z czasów PRL-u niezłomny kapelan Solidarności, a homilię wygłosił ks. Janusz Godzisz, były proboszcz parafii pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Woli. Kaznodzieja nazwał sędzię Trzcińską bohaterką naszych czasów i ‘niezłomnym strażnikiem pamięci narodowej’.

Sędzia Maria Trzcińska zmarła w grudniu ubiegłego roku w swoim mieszkaniu w Warszawie. Podczas wieloletniej pracy w Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce odkryła materiały i relacje Polaków świadczące o utrzymywaniu przez Niemców na terenie Warszawy obozu koncentracyjnego. Podczas II wojny światowej hitlerowcy zamordowali w nim co najmniej 200 tys. naszych rodaków. W 1995 r. Trzcińska przekazała wyniki swoich badań do niemieckiej prokuratury w Monachium, która prowadziła własne dochodzenie w tej sprawie.

Sędzia Maria Trzcińska to warszawska Antygona – rozerwała zasłonę milczenia, która okrywała potworną zbrodnię dokonaną na Polakach – powiedział Władysław Terlecki, przewodniczący Komitetu Upamiętnienia Ofiar Obozu Zagłady KL Warschau. Mówił też że prawda odkryta przez ś.p. sędzię Trzcińską jest do tej pory niewygodna, zwłaszcza dla rządzących. – Główna Komisja nie wydała komunikatu o zakończeniu śledztwa. Dopiero po latach zrozumieliśmy o co chodzi. Brak oficjalnego komunikatu umożliwiał ‘kontynuowanie’ śledztwa, skoro nie zostało ono rzekomo zakończone. Prowadzili je potem różni prokuratorzy, którzy opierając się na tym samym zasobie dokumentów, dochodzili jednak do zupełnie innych wniosków. Była to próba cichego podważenia śledztwa sędzi Trzcińskiej – powiedział Terlecki.
Dodał że dziś widoczne są już skutki takich działań. Obecnie sugeruje się że KL Warschau to nie był obóz zagłady, ale obóz pracy.

Do tej pory nie udało się zbudować nawet pomnika ofiar, a najważniejsze świadectwo zbrodni hitlerowskich – komora gazowa, w której uśmiercano Polaków pod Dworcem Zachodnim, została w latach 90 zniszczona. Sędzia Trzcińska czyniła starania na rzecz upamiętnienia Polaków wymordowanych w KL Warschau.

Władysław Terlecki powiedział też że przyczyną tej niechęci do odsłaniania prawdy o KL Warschau jest to iż zaraz po II wojnie światowej Sowieci na tym miejscu kaźni utworzyli obóz NKWD i SB dla Polaków walczących z czerwonym zniewoleniem. Dlatego, jak dodał, ignorowano i ośmieszano również sędzię Trzcińską. – Usiłowano jej głos zagłuszyć. Jedynie Telewizja Trwam i Radio Maryja miały odwagę dać możliwość głoszenia prawdy – przypomniał przewodniczący Komitetu Upamiętnienia Ofiar Obozu Zagłady KL Warschau.

mb/nd /30.III.2012/

***

W lipcu możliwy wyrok ws. Katynia

Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie Katynia może w lipcu zostać ogłoszony publicznie. Trybunał orzeknie w nim czy po 1998 r. rosyjskie władze przeprowadziły rzetelne śledztwo ws. zbrodni katyńskiej. Wyrok nie będzie jednak prawomocny

W sprawie skargi katyńskiej strasburscy sędziowie najprawdopodobniej podjęli już decyzję, a teraz trwa redakcja wyroku

– Wynika to z dotychczasowej praktyki strasburskiego trybunału, którego sędziowie, po dyskusji i głosowaniu odbywającym się kilka tygodni po rozprawie, jeżeli ta wyjątkowo ma miejsce, podejmują decyzje w danej sprawie – powiedział prof. Ireneusz Kamiński, który z innymi prawnikami reprezentuje przed strasburskim trybunałem krewnych ofiar zbrodni katyńskiej, oskarżających władze Rosji o złamanie przepisów Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Rozprawa publiczna w sprawie skarg katyńskich odbyła się 6 października 2011 r. Krewni ofiar zbrodni katyńskiej zarzucili władzom Rosji m.in. że nie dokonały należytej kwalifikacji prawnej tej zbrodni, nie ustaliły jej sprawców i nie wyciągnęły wobec nich konsekwencji. Ważna dla skarżących jest także rehabilitacja prawna ofiar zbrodni katyńskiej i ujawnienie całej dokumentacji rosyjskiego śledztwa w sprawie zbrodni katyńskiej, które Rosjanie umorzyli w 2004 r., utajniając jednocześnie jego akta.
Wyrok trybunału, zgodnie z wewnętrznymi zaleceniami, powinien zapaść najpóźniej dziewięć miesięcy po rozprawie, czyli na początku lipca br. Termin ten nie jest jednak obligatoryjny. Sędziowie mogą go przekroczyć, gdy dana sprawa jest skomplikowana i wymaga większego namysłu. – Trybunał ma na pewno świadomość wieku skarżących i z pewnością nie będzie zwlekać z wydaniem decyzji, o ile nie będzie to uzasadnione poważnymi powodami – ocenił prawnik.

W wyroku trybunał oceni postępowanie władz Rosji w sprawie skargi katyńskiej. Krewni ofiar zbrodni katyńskiej zwracali się do Głównej Prokuratury Wojskowej Federacji Rosyjskiej o przyznanie krewnym ofiar NKWD z 1940 r. statusu pokrzywdzonych w rosyjskim śledztwie w sprawie zbrodni katyńskiej oraz o zrehabilitowanie zamordowanych.

Zgoda rosyjskich prokuratorów oznaczałaby że krewni mieliby dostęp do dokumentacji śledztwa, dzięki czemu mogliby poznać okoliczności śmierci swoich bliskich. Na wnioski krewnych ofiar rosyjska prokuratura odpowiadała negatywnie, a jej odmowne decyzje podtrzymały rosyjskie sądy.

W wyroku w sprawie Katynia mogą być zawarte tzw. zdania odrębne, czyli stanowiska tych sędziów, którzy nie zgadzają się w danym punkcie z orzeczeniem izby. Zdarza się również że sędziowie zgadzają się z konkluzją sentencji trybunału, ale mogą uważać że należało do niej dojść przy użyciu innej argumentacji. Wówczas dołączają do wyroku tzw. zdania równoległe.

Informacja o wydaniu wyroku lub jego publicznym ogłoszeniu pojawi się co najmniej tydzień wcześniej na stronie internetowej trybunału. – W przypadku skargi katyńskiej mieliśmy do czynienia ze szczególnym procedowaniem. Odbyła się bowiem rozprawa publiczna, co oznacza że wyrok być może również będzie ogłoszony publicznie przez prezesa izby. Powie on wtedy jaki jest wyrok i uzasadni krótko jego elementy. Nie będzie czytać całości, bo to mogłoby zająć kilkanaście godzin, ale natychmiast po ogłoszeniu sentencji cały wyrok będzie dostępny na stronie internetowej trybunału – powiedział Kamiński.

Wyrok w sprawie Katynia nie będzie prawomocny. Każda ze stron będzie mieć możliwość złożenia wniosku o ponowne rozpoznanie sprawy przez Wielką Izbę trybunału (17 sędziów). Taki wniosek jednak może, ale nie musi, być uwzględniony przez trybunał. – Jest inaczej niż w polskim sądownictwie, w którym jeżeli apelacja spełnia kryteria formalne, to musi być rozpatrzona. Trybunał prowadzi mnóstwo spraw (160 tysięcy), uznano zatem że ten środek w postaci Wielkiej Izby nie jest środkiem automatycznym. Strony mogą wnieść wniosek o ponowne rozpoznanie sprawy, ale nie będzie to powodować że trybunał sprawę rozpozna – tłumaczył prawnik.

W rozprawie, poza krewnymi ofiar NKWD i ich pełnomocnikami prawnymi, udział wzięli przedstawiciele rządu Rosji, a także polskiego MSZ. Strony odpowiadały m.in. na pytanie: czy masowy mord na polskich jeńcach można określić jako zbrodnię wojenną. Kwestia ta – podjęta przez trybunał – umożliwiałaby rewizję rosyjskiej kwalifikacji prawnej zbrodni katyńskiej, a w konsekwencji – po korzystnym dla polskiej strony wyroku – otwierała drogę do wznowienia rosyjskiego śledztwa katyńskiego i pełne wyjaśnienie przez Rosję mordu z roku 1940.

Władze Rosji przyjęły Europejską Konwencję Praw Człowieka 5 maja 1998 r. Tym samym zobowiązały się do przeprowadzania skutecznych postępowań wyjaśniających w przypadku, jeżeli doszło do zabójstw na terenie ich kraju lub – co dotyczy zabójstw popełnionych przed 5 maja 1998 r. – miały one miejsce w granicach ZSRR, którego prawnym następcą jest obecna Rosja. Pojęcie ‘skutecznego postępowania wyjaśniającego’ można określić na podstawie już ugruntowanego orzecznictwa trybunału. Chodzi tu m.in. o wyjaśnienie okoliczności morderstwa, a następnie ustalenie sprawców i adekwatne wyciągnięcie wobec nich prawnych konsekwencji.

pap /20.III.2012/

***

Katyń w dwa lata?

Szef pionu śledczego IPN-u Dariusz Gabrel powiedział że ‘bardzo by chciał’ żeby w ciągu dwóch lat zakończyło się śledztwo IPN-u w sprawie zbrodni katyńskiej

Gabrel dodał że w śledztwie przesłuchano już 2.8 tys. członków rodzin pomordowanych przez NKWD w 1940 r. Mają oni status pokrzywdzonych. Prokurator czeka też na akta zakończonego już dawno śledztwa rosyjskiego

Gabrel powiedział też że nawet jeżeli polskie śledztwo zakończy się umorzeniem, to dobrze by pokrzywdzeni usłyszeli kto jest winny, bo będzie to mieć znaczenie dla postępowania trybunału w Strasburgu na skargi rodzin ofiar.

pap /7.III.2012/

***

59 rocznica mordu na Nilu

W sprawie śmierci Nila – legendarnego gen. Augusta Emila Fieldorfa – jeżeli chodzi o formalne okoliczności, znamy tylko wyrok i dokumenty dotyczące egzekucji

Nie znamy natomiast nadal miejsca pochówku i pewnie już nie poznamy, choćby z tej racji że wcześniej nikt nie zadbał by prawnymi metodami wymusić ujawnienie tych miejsc, także miejsca pochowania Generała

Wiemy jak się odbywały pochówki zamordowanych na Rakowieckiej: zwykle w papierowym worku, a dół ze zwłokami posypywano chlorem, co przyspieszało proces znikania szczątków

Nie mam wielkich nadziei że poszukiwania przyniosą efekty. Minęło już przecież dwadzieścia kilka lat, od kiedy tą sprawą można się było zająć. Pamiętam, niedawno było spotkanie rodzin skazanych na Rakowieckiej, podczas którego ks. kard. Kazimierz Nycz przewodniczył Mszy św. w intencji ofiar reżimu komunistycznego, i wtedy pani prof. Barbara Otwinowska pytała zebranych, czy od żyjących bliskich ofiar pobrano próbki DNA do badań. Nikt tego nie potwierdził. Jeżeli więc są czynione jakieś deklaracje, są one tylko deklaracjami…

Pozostaje dalej świadomość że z tej ogromnej listy osób, które uczestniczyły w zbrodni sądowej, w zbrodni stanu, a byli w nią zaangażowani dygnitarze komunistycznej Polski, sowietnicy z tzw. prezydentem Bierutem na czele – lista jest bardzo długa – nikt nie poniósł żadnej odpowiedzialności.

Co jeszcze możemy zrobić? Generał zapłacił najwyższą cenę za swoją działalność w szeregach Armii Krajowej, za to że nie chciał być uczestnikiem antyniepodległościowej gry organów komunistycznych. O takich jak on – i innych zamordowanych w okresie okupacji sowieckiej (komunistycznej) – należy pamiętać. I przynajmniej ten jeden dzień narodowej pamięci powinien im być poświęcony.

Tak się złożyło że rocznica egzekucji Generała przypada tydzień przed obchodzonym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Wprawdzie trzeba nad nazwą ‘żołnierze wyklęci’ dokonać głębszej refleksji. Bo to są właściwie żołnierze nieugięci. Do końca pozostający w sferze tego co stanowi zawsze treść najwartościowszych elit polskich, trwających do końca w służbie wolnej Polsce. Musimy o tym pokoleniu, tak bardzo zdradzonym, pamiętać.

Można powiedzieć: my pamiętamy, tylko czy państwo pamięta?! Czy niepodległa Rzeczpospolita dba o swoich najlepszych synów?! Media mają tu największą rolę do odegrania, a media, zwłaszcza publiczne, uciekają od pamięci, od historii, zwłaszcza tej niewygodnej. Podobnie edukacja chyba zupełnie odchodzi od tego, co powinniśmy nazywać wychowaniem, wręcz obowiązkiem, imperatywem pamięci. Jeżeli czasem pojawiają się w tej sferze jakieś dobre wieści, są to raczej inicjatywy społeczne, a nie przedsięwzięcia inspirowane przez instytucje państwowe. Tu, moim zdaniem, państwo zawodzi jako edukator. To widać zresztą w polityce historycznej.

Wiesław Wysocki/nd /23.II.2012/ /autor wykłada historię najnowszą na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, wydał szereg publikacji o żołnierzach wyklętych/

***

Zbrodnie bez przedawnienia

10 lutego 1940 r. państwo sowieckie rozpoczęło realizację planu masowych deportacji polskich obywateli w głąb ZSRS. Pierwsza fala objęła 140 tys. ludzi, przede wszystkim osadników wojskowych, cywilnych oraz pracowników służby leśnej wraz z rodzinami

Wcześniej, już na przełomie października i listopada 1939 r., przeprowadzono deportację ponad 55 tys. obywateli polskich – w ramach ‘oczyszczania strefy nadgranicznej’

Niezależnie od tego na całym obszarze okupowanym na co dzień dokonywano zabójstw, przeprowadzano aresztowania i wywózki na Wschód poszczególnych osób, rodzin, które w sumie objęły tysiące ludzi.

Operacja z 10 lutego była wielkim logistycznym przedsięwzięciem totalitarnego państwa. Przygotowania do niej trwały co najmniej od 5 grudnia 1939 r., kiedy Rada Komisarzy Ludowych ZSRS podjęła decyzję o wywiezieniu z zagarniętych terenów wszystkich ludzi uznawanych za ‘niebezpiecznych’ dla systemu sowieckiego. Tereny okupowanej Polski podzielono na 37 rejonów operacyjnych, w których NKWD przygotowywało listy wywożonych, środki transportu, infrastrukturę potrzebną do realizacji zbrodniczej masowej akcji.

W latach 1940-41 państwo sowieckie dokonało w sumie czterech wielkich operacji deportacyjnych obywateli RP, których wywożono głównie na Syberię i do Kazachstanu. Miały one miejsce kolejno w lutym, kwietniu i czerwcu 1940 r. oraz w maju i czerwcu 1941 r. Dwie ostatnie objęły też żołnierzy internowanych wcześniej na Litwie i Łotwie. Dostępne dotychczas źródła sowieckie potwierdzają personalia 327 tys. deportowanych obywateli RP różnych narodowości; według wcześniejszych szacunków polskich liczba ta była znacząco wyższa.

Deportacje i towarzyszące im operacje były zbrodniami przeciw ludzkości. Od czasu Trybunału Norymberskiego definiowano je jako ‘morderstwa, wytępianie, obracanie ludzi w niewolników, deportacja i inne czyny nieludzkie, których dopuszczano się przeciw jakiejkolwiek ludności cywilnej, przed wojną lub podczas niej, albo prześladowania ze względów politycznych, rasowych lub religijnych’. W myśl międzynarodowych konwencji zbrodnie takie nie ulegają przedawnieniu.

Wobec Rosji będącej prawnym spadkobiercą ZSRS, coraz częściej chełpiącym się totalitarną przeszłością, Polska nigdy należycie nie upomniała się o odszkodowania za okupację i zbrodnie. W latach 90 postkomunistyczna III RP, unikając na arenie międzynarodowej zadrażnień, realnie wycofała się z aktywnej polityki na wielu polach.

Były też obawy by sprzeciwy rosyjskie nie utrudniły nam drogi do NATO i UE. Dzisiaj jest inaczej. Najwyższy czas wyciągnąć z tego wnioski.
Dlaczego udajemy że temat odszkodowań za sowieckie zbrodnie nie istnieje? Czy tragiczny los setek tysięcy obywateli Rzeczypospolitej nasze państwo uznaje za drobiazg niewart uwagi?

Maciej Korkuć /10.2.2012/ /autor jest historykiem IPN-u/

***

Łukaszenko kłamie nt. Katynia

Nadszedł czas by wyjaśnić ostatnią tajemnicę zbrodni katyńskiej. Była ona jedną z największych krzywd wyrządzonych narodowi polskiemu w jego długiej, tragicznej historii

Sowieci nie tylko wymordowali nasze elity, ale jeszcze przez pół wieku w perfidny sposób na ten temat kłamali. Sprawia to że Katyń jest naszą narodową traumą, a Polacy stali się szczególnie wyczuleni na wszelkie próby manipulowania prawdą historyczną w tej sprawie

Trudno więc zrozumieć brak zdecydowanej reakcji polskich władz na niedawną, oburzającą, wypowiedź białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenki. – Sprawdziliśmy wszystkie nasze archiwa. Żaden polski obywatel nie został rozstrzelany, zlikwidowany na ziemi białoruskiej – powiedział przywódca na zorganizowanej w Mińsku konferencji prasowej.

Mieliśmy tylko punkty przesyłowe – zapewniał dziennikarzy. – Polacy których w nich przetrzymywano trafiali do Rosji, być może też na Ukrainę, o ile dobrze pamiętam. Znaleźliśmy list szefa białoruskiego NKWD Ławrentija Canawy do szefa całego NKWD Ławrentija Berii według którego na terytorium Białorusi nie ma Polaków podlegających likwidacji.

pz/rp /1-1-2012/

***

Towarzysze dla Putina?

Władze Warszawy postanowiły usunąć Pomnik Katyński z pl. Zamkowego w inne gorsze miejsce, tak by nie znajdował się on w samym sercu Polski

Pomnik został odsłonięty w maju 1998 r. na rogu ul. Senatorskiej i pl. Zamkowego, tuż obok Zamku Królewskiego i kolumny Zygmunta. Pomnik ufundowała Polonia amerykańska, gdy okazało się że władze stolicy RP albo nie chcą, albo nie mogą wystawić pomnika katyńskiego

W obecności ponad 20 tys. ludzi, przedstawicieli najwyższych władz państwowych, biskupów, delegacji Jasnej Góry i pocztów sztandarowych z całej Polski Pomnik Katyński odsłonił pułkownik Ryszard Kukliński, bohater Polski i Ameryki, ostatni skazany na śmierć przez komunistów oficer Wojska Polskiego. On też był autorem inskrypcji na pomniku ‘Katyń – pamięci oficerów Wojska Polskiego zamordowanych przez komunistyczny totalitaryzm sowiecki na całym obszarze imperium zła po 17 września 1939 roku’.

Autorem tego skromnego ale niezwykle sugestywnego pomnika jest artysta rzeźbiarz Andrzej Renes, twórca pomnika Prymasa Wyszyńskiego na Krakowskim Przedmieściu oraz księdza Ignacego Skorupki przed katedrą praską. Literka ’t’ w straszliwym słowie Katyń jest zarazem krzyżem, co nawiązuje do grafiki pierwszej ulotki Armii Krajowej z 1943 r., która informowała o sowieckiej zbrodni ludobójstwa na bezbronnych polskich jeńcach.

Wiceprezydent stolicy Włodzimierz Paszyński tuż przed świętami prowadził naradę grupy swoich urzędników na temat: gdzie ustawić Pomnik Katyński po usunięciu go z pl. Zamkowego. Kluczowe okazało się stanowisko stołecznego konserwatora zabytków, który uznał że doktryna konserwatorska UNESCO nie pozwala by Pomnik Katyński znajdował się na pl. Zamkowym. Na czym ta doktryna miałaby polegać nie sprecyzował ani konserwator, ani wiceprezydent Paszyński. To oczywiście pretekst, tak samo jak wszystkie pozostałe pseudoargumenty używane przez urzędników.

W rzeczywistości chodzi o to że znaczenie Pomnika Katyńskiego, jedynego w stolicy, znacznie wzrosło po tragicznej katastrofie 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem, kiedy w drodze do Katynia zginął prezydent Lech Kaczyński i elita Rzeczypospolitej. Od tej pory pod Pomnikiem na pl. Zamkowym bez przerwy składane są kwiaty, palą się znicze, gromadzą i modlą ludzie. Wszystkie manifestacje które szły pod Pałac Prezydencki, 500 metrów od pomnika, zapalały przy nim znicze. Pod pomnikiem katyńskim składała wieniec również prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jej rzecznik oświadczył że miasto ‘zrobi wszystko by znaleźć dla pomnika lokalizację w reprezentacyjnym miejscu w centrum miasta’. Problem polega na tym że każde miejsce będzie mniej reprezentacyjne od obecnego, i o to właśnie chodzi!

Usunięcie pomnika katyńskiego jest tylko jednym z elementów szczególnego rodzaju polityki historycznej, prowadzonej w interesie Rosji. Bo na Polach Mokotowskich w Warszawie ma stanąć cerkiew prawosławna, dokładnie sobór, czyli prawosławna katedra. Dziwnym przypadkiem cerkiew ma znajdować się akurat nieopodal miejsca, gdzie w maju 1935 r. był katafalk z trumną Józefa Piłsudskiego, kiedy zwycięski wódz odbierał ostatnią defiladę Wojska Polskiego. Koszt budowy razem z działką przekracza 80 mln zł ze Skarbu Państwa! Zgodę na budowę soboru wydały władze RP, w tym Ministerstwo Obrony Narodowej i wojewoda mazowiecki! Dla kogo budowana jest ta monumentalna cerkiew, dlaczego są na nią pieniądze polskich podatników, kiedy brak ich na dokończenie Świątyni Opatrzności?!

Józef Szaniawski /28.12.2011/

***

Maria Trzcińska nie żyje

Zmarła sędzia Maria Trzcińska. W latach 1974-96 prowadziła śledztwo w sprawie niemieckiego obozu koncentracyjnego w Warszawie. Poświęciła temu wiele lat życia, pracując w Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce w Instytucie Pamięci Narodowej

Wyniki swoich badań przekazała w 1995 r. do niemieckiej prokuratury w Monachium, która prowadziła własne dochodzenie w tej sprawie. Sędzia Trzcińska była również animatorką ruchu na rzecz pomnika dla Polaków wymordowanych w KL Warschau

– Ogromną zasługą sędzi Marii Trzcińskiej jest skrupulatne udokumentowanie istnienia na terenie Warszawy obozu koncentracyjnego – powiedziała reżyser Alina Czerniakowska.

O dużym wkładzie pani sędzi w odkrywanie tragicznych kart naszej historii z uznaniem mówi też historyk IPN prof. Jan Żaryn, który stwierdził że badaczom dziejów Polski będzie się ona kojarzyć przede wszystkim z olbrzymią pracą jaką wykonała, próbując dotrzeć do prawdy o KL Warschau. – Niewątpliwie będzie zapamiętana z zaangażowania i pasji dzięki którym wcześniej nieznany, a do dzisiaj nieupamiętniony obóz koncentracyjny, znajdujący się na terenie Warszawy, stał się w sferze naukowej, ale również medialnej, obiektem coraz bardziej rozpoznawalnym – twierdzi prof. Żaryn.

Żaryn dodał że niegdyś, jako dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN-u razem ze śp. Januszem Kurtyką, prezesem IPN-u, mieli szczęście poznać Marię Trzcińską i zaproponować jej współpracę w związku z przygotowywaną pracą o KL Warschau. – Nie do końca zgadzaliśmy się z jej wnioskami naukowymi, ale niezależnie od tego że IPN miał inne zdanie na temat jej ustaleń niż ona sama, to zawsze odnosiliśmy się do nich z pełnym szacunkiem – powiedział Żaryn. – Jej pasja w podejmowaniu różnych ważnych tematów powinna służyć nam za przykład.

Jestem jej ogromnie wdzięczna za to że dokładnie wytłumaczyła mi na czym polegała jej praca. Swoje badania prowadziła bardzo fachowo pod względem prawnym i historycznym, a prawdziwość zebranych materiałów została potwierdzona przez prokuraturę w Niemczech. Wydawała też książki i biuletyny na ten temat – dodała Alina Czerniakowska.

Zwróciła również uwagę że to dochodzenie do prawdy niejednokrotnie rodziło konflikty, bo fakt istnienia takiego obozu był i jest niewygodny. – Wielu ludziom nie odpowiadało że mówiła o tym, że w Warszawie, w okupowanej i jedynej stolicy europejskiej, istniał obóz koncentracyjny który zakładał zniszczenie serca Polski: miasta i ludzi. I to się dokonywało. Życie w tym obozie straciło około 230 tys. ludzi – powiedziała Czerniakowska.

Senator prof. Ryszard Bender powiedział że jako Polacy powinniśmy dziękować Bogu za to że żyła wśród nas osoba która wykazała się tak wielkim uporem w słusznej sprawie. – Maria Trzcińska, prowadząc swoje badania, docierała do materiałów, które z różnych, pozawarsztatowych względów były przez wielu historyków pomijane i relatywizowane. Jej książka KL Warschau była pionierska i dostarczyła ogromnej liczby faktów ze wskazaniem na materiały źródłowe – powiedział emerytowany profesor KUL-u. Dodał że zmarła badaczka wielkiej klasy. – W dzisiejszych czasach nieprędko znajdzie się ktoś kto będzie mieć odwagę ją zastąpić i kontynuować jej pracę.

br/nd /23.12.2011/

Maria Trzcińska była w posiadaniu oryginalnych dokumentów które dowodziły że Polacy byli poddawani masowej zagładzie. Prowadziła badania dotyczące eksperymentów pseudomedycznych dokonywanych przez niemieckich lekarzy w obozach koncentracyjnych. Przesłuchiwała ofiary tych eksperymentów. Wszczęła także śledztwo w sprawie egzekucji ulicznych w Warszawie. Od 1973 r. prowadziła śledztwo dotyczące zbrodni ludobójstwa w KL-Warschau. Owoce swojej pracy opisała w książce ‘Obóz zagłady w centrum Warszawy – KL Warschau’.

Maria Trzcińska była w posiadaniu wielu cennych dokumentów dotyczących zbrodni dokonywanych przez Niemców w KL-Warschau. Dowodziły one że Polacy byli poddawani masowej zagładzie. Jak powiedziała prof. Mira Modelska-Creech, wieloletnia tłumaczka administracji Białego Domu i osoba znająca Marię Trzcińską, podejmowano próby wydobycia tych dokumentów, a były także próby ich fałszowania.

Prof. Modelska dodała że były to oryginały, m.in. pierwsze mapy z 1946 r., które pokazywały baraki na Woli oraz komory gazowe.

Przed śmiercią Maria Trzcińska chciała te dokumenty zdeponować w Sanktuarium Narodowym na Jasnej Górze. Do końca walczyła o lokalizację pomnika dla ofiar KL Warschau na skwerze Alojzego Pawełka w Warszawie. Śp. Maria Trzcińska wielokrotnie wypowiadała się na antenie Radia Maryja i TV Trwam.

***

W marcu zaczną szukać na Łączce

Prace na Powązkach, na tzw. Łączce, mające na celu poszukiwanie miejsc pochówku ofiar stalinizmu, ruszą w marcu. – Z ogromną satysfakcją stwierdzam że Rzeczpospolita zaczyna realizować jeden ze swoich najświętszych obowiązków – stwierdził Andrzej Kunert, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa

Porozumienia powołujące specjalny zespół poszukujący takich miejsc i organizujący potem prace ekshumacyjne Kunert podpisał z szefem IPN-u i Ministerstwem Sprawiedliwości

Zaczniemy od Łączki w Warszawie. To miejsce o którym najwięcej się mówiło, prace rozpoczniemy w marcu 2012 r. – zadeklarował Kunert.

Wyrazem podpisanego przez szefów IPN-u, MS i ROPWiM porozumienia jest powstanie specjalnego zespołu, który podejmie prace na rzecz odnalezienia nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego z lat 1944-56 w Polsce. Jak podkreślają Kunert i szef IPN-u Łukasz Kamiński, działania zespołu będą przejawiały się na trzech płaszczyznach. Pierwsza to prace badawcze i poszukiwawcze, po których nastąpią ekshumacyjne, tak by zapewnić ofiarom stalinizmu godny pochówek. Ich zwieńczeniem będzie publikacja białej księgi z sylwetkami odnalezionych.

Rada szacuje że prace te będą dotyczyć kilkudziesięciu miejsc na terenie kraju, w tym czterech w Warszawie. – Obecnie mamy ponad 20 miejsc w przypadku których uzyskaliśmy kilka świadectw wiarygodnych – powiedział Kunert.

– Instytut Pamięci Narodowej włączy się w tę działalność na bardzo różne sposoby. Będziemy starać się wykorzystać całą dostępną wiedzę w naszych archiwach, wiedzę naszych badaczy, a także ustalenia śledztw prowadzonych w wielu z tych spraw przez prokuratorów IPN-u – zadeklarował prezes Kamiński.

Trzecim partnerem współpracy został resort sprawiedliwości. – To próba zmazania hańby i wyrzutów sumienia które ciążą na całym szeroko rozumianym wymiarze sprawiedliwości, który niestety w latach 1944-56, ale także w późniejszym okresie w Polsce, był wymiarem sprawiedliwości tylko z nazwypowiedział minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski.

Poinformował on że resort w sprawie ofiar stalinizmu kontynuuje wysyłanie wniosków do sądów o uchylenie wyroków osobom represjonowanym w PRL-u z powodów politycznych. Takich pism trafiło już do sądów 900, kilka z nich zostało pozytywnie rozpatrzonych. – Moralna rehabilitacja ofiar z lat 1944-56 już się dokonała w oczach nas wszystkich. Wiemy o tym że to ofiary oddane na ołtarzu niepodległego państwa polskiego, ale niestety ciągle jeszcze w wymiarze prawnym ta rehabilitacja się nie dokonała – dodał Kwiatkowski.

Kunert podkreślił że prace nad odkrywaniem miejsc pochówków są już realizowane. – To już się dzieje. Wspólnie z IPN-em, a teraz także z Ministerstwem Sprawiedliwości, prowadzimy pierwsze tego typu prace. Chodzi oczywiście o cmentarz Osobowicki we Wrocławiu – powiedział Kunert.

Rodziny ofiar które mogą spoczywać na Łączce, nie mogą się doczekać rozpoczęcia prac. – Idzie im to jak krew z nosa, czekam na to – powiedział dr Witold Mieszkowski, syn komandora Stanisława Mieszkowskiego, ofiary stalinowskiego mordu. – Kontaktuję się z różnymi osobami które byłyby zainteresowane tą ekshumacją – dodał.

Jednak część rodzin jest sceptyczna. – Wspólna inicjatywa polskich instytucji bardzo mnie cieszy. Ale nie widzę żadnych szans odnalezienia miejsca pochówku ojca – powiedziała córka rotmistrza Witolda Pileckiego, Zofia Pilecka-Optułowicz. Dodała że ciała ofiar stalinizmu chowano w dołach z wapnem by zatrzeć wszelkie ślady zbrodni. – Podejrzewam że ojca pochowano w kwaterze na Łączce przy murze cmentarnym na Powązkach Wojskowych. Ale jestem realistką i wiem że odnalezienie tego miejsca jest raczej niemożliwe – zakończyła.

zb/nd /12.11.2011/

***

Mroczne tajemnice Łączki

– Ciężarówka zsypywała wieczorem zwłoki do głębokiego dołu – powiedziała pani Irena Lipińska, mieszkanka Milanówka, która zapewnia że widziała takie dramatyczne zdarzenie na Powązkach Wojskowych. Jej zeznania mogą być jednym ze świadectw potajemnego grzebania pomordowanych w więzieniu mokotowskim żołnierzy podziemia niepodległościowego

Wątpliwości historyków nasuwa dość późny termin tego zdarzenia w stosunku do okresu zbrodniczej aktywności organów bezpieczeństwa w latach 1945-56

Miało ono bowiem miejsce najprawdopodobniej w 1957 r., kiedy zmarł syn pani Ireny – Krzysztof Lipiński. Jego grób odwiedzała wówczas regularnie razem z mężem Zdzisławem. – To było przed wieczorem. Oboje z mężem po pracy pojechaliśmy na grób synka. Zwykle robiliśmy to w niedzielę, ale coś nam wtedy przeszkodziło i udaliśmy się na Powązki w ciągu tygodnia. Kiedy przyjechaliśmy była szarówka. Weszliśmy boczną bramą. Uklękliśmy, zmówiliśmy modlitwę, podnosimy głowy i nagle słyszymy warkot samochodu – opowiadała pani Irena.

Państwo Lipińscy zatrzymali się wówczas i zdołali dojrzeć już dwa miejsca zasypane czarną ziemią, a w trzecim znajdował się głęboki dół. – To była tak duża głębokość że gdy widzieliśmy jak trupy są wysypywane z wywrotki,  było słychać tylko trochę szumu. Trudno było ustalić czy byli to jeszcze żywi ludzie, czy zabici w jakiś sposób – kontynuowała pani Irena. Uzupełniając że wywrotka po wysypaniu tego makabrycznego ładunku odjechała. – To były ciała dorosłych ludzi, jeszcze miękkie, niezesztywniałe. Zrobiło to na nas straszne wrażenie – dodała pani Lipińska.

Zgodnie z jej relacją ciała były nagie, bez odzienia. Sam dół był na tyle głęboki że później można było nad nim budować nowe groby. – Bałam się że jak mnie zobaczą, to też skończę w tym dole. Do dziś nikt nie wie o tym co widzieliśmy. Nikomu nie powiedziałam, nawet rodzinie – zakończyła swą makabryczną opowieść 89-letnia pani Irena.

Z przekazanego przez nią opisu wynika że chodzi o teren obecnej kwatery na Łączce, gdzie miały miejsce skryte pochówki pomordowanych przez organa bezpieczeństwa publicznego w latach 1945-56. Obecnie znajduje się tam symboliczny grób z pomnikiem. Zwłoki, często więźniów mokotowskiego więzienia, chowano potajemnie od połowy 1948 r. Szacuje się że może tam spoczywać blisko 250 osób, głównie wojskowych. Ich ciał nigdy nie ekshumowano.

Wprawdzie badacze powątpiewają by w latach 50 dochodziło do pochówków na tak masową skalę jak to opisuje pani Irena, chociaż nie można wykluczyć by tego typu świadectwa nie wniosły jakichś interesujących szczegółów do naszej wiedzy. Doktor habilitowany Andrzej Kunert, sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, potwierdził że zbierane są informacje na temat Łączki i odesłał nas do Adama Siwka, naczelnika wydziału krajowego ROPWiM.

Ten ostatni przyznał że każda taka relacja może być oczywiście pomocna. – Chociaż nie jesteśmy instytucją która prowadzi takie postępowania wyjaśniające czy śledcze, jakimi zajmuje się np. Instytut Pamięci Narodowej – zastrzegł naczelnik. Odnosząc się do sytuacji na Łączce zauważył że ‘trudno powiedzieć na ile były to masowe pochówki, ile z nich było pojedynczych i jaki był ich układ’.

Witold Mieszkowski – którego ojciec kmdr Stanisław Mieszkowski – prawdopodobnie jest pochowany na Łączce – ostrożnie zareagował na relację pani Ireny. – Z takim ‘wysypywaniem ciał’ to jednak jest dość wątpliwa sprawa. Wykonywano wyroki mniej więcej po 2-3 osoby dziennie, więc raczej nie gromadzono zwłok. Poza tym pochówki odbywały się głównie w nocy. Więc powiedziałbym że ta scena bardziej przypomina czasy wojny niż okres powojenny – powiedział dr Mieszkowski. Powątpiewając by w latach 50 możliwy był przejazd ciężarówki z ciałami przez miasto, w dodatku nieprzykrytych workami.

Przede wszystkim uderzyła mnie jedna rzecz w tej relacji. Mianowicie że wtedy nie operowano takim sprzętem jak wywrotka podnoszona przy pomocy podnośnika hydraulicznego. Więc musiało to być inaczej wyładowywane – powiedział. Potwierdzając jednocześnie obserwację pani Ireny że na miejscu skrytych pochówków stawiano później nowe groby.

Nie wiadomo jak wygląda zarys tej kwatery, ponieważ nie ma żadnego człowieka który mógłby ten rejon zidentyfikować. Na podstawie danych sprzed 20 lat udało się odgrodzić część terenu, ale to było robione ‘na wyczucie’. Natomiast od czasu stanu wojennego udostępniono ten obszar na groby dla funkcjonariuszy Ludowego Wojska Polskiego – konkludował Mieszkowski.

jd/nd /27.10.2011/

***

Największa ekshumacja w Polsce

Na dwóch polach cmentarza Osobowickiego we Wrocławiu, na których spoczywają ofiary terroru komunistycznego, ruszyły zakrojone na gigantyczną skalę prace ekshumacyjne

Po ich zakończeniu w przyszłym roku ma tu powstać Kwatera Wojenna Ofiar Terroru Komunistycznego w latach 1945-56. – Obecnie na kwaterach 81A i 120 zachowało się ponad dwadzieścia istniejących z tamtych lat grobów. Na tych kwaterach są symboliczne krzyże które ustawiono jeszcze w 1990 r., kiedy ten teren starano się jakoś zagospodarować – powiedział kierujący pracami dr hab. Krzysztof Szwagrzyk, naczelnik z wrocławskiego IPN

W trakcie zaplanowanych na kilka miesięcy prac przeprowadzona zostanie ekshumacja szczątków ponad 350 więźniów straconych i zmarłych we wrocławskich więzieniach w latach 1945-56. – Tu chodzi o badania których celem jest precyzyjne określenie, gdzie każda z ofiar jest pochowana, tak by zniknęły symboliczne krzyże, a postawiono je na właściwych mogiłach. A także by nie było jak w tej chwili, że na tych polach w niektórych miejscach są ścieżki po których chodzą mieszkańcy Wrocławia – dodał Szwagrzyk.

Wrocław jest jedynym w kraju miejscem gdzie do dzisiaj na cmentarzu Osobowickim zachowały się kwatery ofiar komunizmu. Miano je zlikwidować pod koniec PRL-u, by zrobić miejsce dla pochówków członków reżimowego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.

Badania które się zaczęły na wrocławskim cmentarzu Osobowickim są największymi pracami tego typu prowadzonymi na terenie Polskipowiedziała Katarzyna Maziej-Choińska, rzecznik prasowy oddziału IPN we Wrocławiu. – To wyjątkowe przedsięwzięcie jest możliwe dzięki porozumieniu zawartemu w 2008 r. między sekretarzem generalnym Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa [wówczas był nim Andrzej Przewoźnik – dwa lata później zginął na Siewiernym – przyp. red.], wojewodą dolnośląskim, prezydentem Wrocławia oraz dyrektorem Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu.

Szwagrzyk dodał jednak że finalizacja tej umowy została poprzedzona wieloma problemami, a przez dłuższy czas Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa się z niej nie wywiązywała. – Ubolewam z powodu tej zwłoki, ale cieszę się że wreszcie udało się pokonać różnego rodzaju problemy, a było ich bardzo dużo – legislacyjnych, finansowych, organizacyjnych – powiedział Szwagrzyk.

Razem z gminą Wrocław Rada podjęła się wykonania takiego zadania, zorganizowania i przeprowadzenia prac archeologicznych – dodał naczelnik Wydziału Inwestycji ROPWiM Sławomir Truszkowski. – To przede wszystkim my występujemy jako organizator.

Pytany o zaangażowanie urząd miasta Wrocławia odsyła do Rady i IPN.

Szwagrzyk poinformował że po zakończeniu badań w pierwszych dwu kwaterach rozpoczną się poszukiwania w kolejnych sektorach. – Prace ekshumacyjne zaczynamy teraz na polu 81A. Po ich zakończeniu przenosimy się na sąsiednie pole 120. Jednocześnie przez całe wakacje prowadziliśmy i wykonujemy nadal równoległe badania na dawnych polach 102 i 77 – powiedział. Miejsca te zostały przypadkowo odkryte kilka lat temu. Badania wykazały że mogiły znajdują się na głębokości 50-70 cm pod alejkami cmentarza. Według IPN cmentarz Osobowicki jest jedynym w Polsce, gdzie zachowały się dwie kwatery ofiar terroru komunistycznego prawie w niezmienionym kształcie.

W latach 1945-56 na 22 polach pochowano blisko 840 osób, ale do ujawnienia faktu istnienia na cmentarzu kwater więźniów okresu stalinowskiego doszło dopiero w 1987 r. – poinformowała Maziej-Choińska. – W kwaterach tych pochowano m.in. członków Stowarzyszenia Wolność i Niezawisłość, oficerów wojska polskiego i żołnierzy armii Andersa, uczestników Powstań Śląskich i Powstania Warszawskiego, żołnierzy z Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych oraz uczestników wojny polsko-bolszewickiej z 1920 r. – dodała.

Wrocław był wyjątkowym miastem w latach 40 i 50 ponieważ ‘przynajmniej początkowo wydawał się miejscem idealnym by się schować’. – Tutaj przyjeżdżało bardzo wielu ludzi którzy uciekali przed Urzędem Bezpieczeństwa, by dalej pracować dla podziemia – dodał Szwagrzyk. Jednak po kilku latach Urząd Bezpieczeństwa dokonał licznych aresztowań. Na Dolnym Śląsku po szeregu procesów wykonano ok. 150 wyroków śmierci.

Prace ekshumacyjne mają być zakończone w przyszłym roku. Na wiosnę planuje się ogłoszenie konkursu na zagospodarowanie Kwatery Wojennej Ofiar Terroru Komunistycznego. Pojawi się też element edukacyjny związany z mogiłami. Będzie to albo wystawa, albo publikacja. Pierwsze działania zmierzające do upamiętnienia ofiar terroru komunistycznego we Wrocławiu podjęto już na fali ruchu solidarnościowego w 1980 r. Wówczas na kwaterze 81A ustawiono duży krzyż, który niestety szybko został usunięty przez ‘nieznanych sprawców’. W 1987 r. teren wykarczowano i oczyszczono a na całym ich obszarze usypano groby z białymi krzyżami. Na tabliczkach umieszczono napis: ‘Żołnierz Nieznany Polski Walczącej prosi o modlitwę’. W okresie 1987-2000 tablice pamiątkowe i krzyże wielokrotnie były dewastowane.

zb/nd /15.10.2011/

***

Pamięci nie zamordowali

26 tysięcy pamiątek zgromadzonych w zbiorach Muzeum Katyńskiego to świadkowie losu tych których pochłonęły doły śmierci w Katyniu, Charkowie i Miednoje

Muzealia głoszą prawdę o ich jenieckiej tułaczce, warunkach obozowego żywota, tęsknocie za bliskimi, jenieckim spleenem i walce z nim, o ich życiu codziennym, ale i duchowym

Są też artefaktami o wyjątkowym bo dowodowo-sądowym charakterze. Niebawem dołączą do tego wyjątkowego szeregu świadków zbrodni katyńskiej relikwie z Bykowni

W przededniu 72 rocznicy tragicznej nocy z 16 na 17 września 1939 r. która rozpoczęła zmagania z agresją sowiecką – przywołajmy świadectwo trzech wyjątkowych pamiątek – relikwii ze zbiorów Muzeum Katyńskiego dzięki którym powtarzając za poetą ‘Pamięć nie dała się zgładzić…’

Dyktatura kłamstwa

W wyniku napaści Armii Czerwonej trafiło do sowieckiej niewoli ponad 200 tys. żołnierzy, w tym ok. 18 tys. oficerów, a ok. 7 tys. żołnierzy poległo lub zginęło po wzięciu do niewoli. Około 10 tys. zostało rannych. Jednocześnie od momentu uderzenia na Polskę Armia Czerwona dokonywała wielu zbrodni wojennych, mordując jeńców i masakrując ludność cywilną. Ocenia się że ofiarą padło ok. 2.5 tys. żołnierzy polskich i policjantów oraz kilkuset cywilów.

Wyselekcjonowaną część wziętych do niewoli i aresztowanych oficerów, ok. 15 tys., umieszczono w obozach NKWD w Ostaszkowie, Starobielsku i Kozielsku, a następnie na mocy rozkazu z 5 marca 1940 r. wczesną wiosną wymordowano i pogrzebano w Katyniu, Charkowie, Miednoje i w innych miejscach.

Przez prawie 50 lat prawda o grobach w Charkowie przykryta była czapą kłamstwa. Dopiero 13 kwietnia 1990 r. Moskwa w oficjalnym komunikacie agencji TASS przyznała że odpowiedzialność za zbrodnię katyńską ponosi NKWD. W rok później, 17 maja 1991 r., prokurator generalny ZSRS Nikołaj Trubin poinformował Michaiła Gorbaczowa że zebrane materiały pozwalają na wyciągnięcie wstępnego wniosku: polscy jeńcy wojenni mogli być rozstrzelani na podstawie decyzji Narady Specjalnej przy NKWD ZSRS w okresie od kwietnia do maja 1940 r. w Zarządach NKWD w obwodach smoleńskim, charkowskim i kalinińskim i pochowani odpowiednio w Lesie Katyńskim pod Smoleńskiem, w rejonie Miednoje, 32 km od Tweru, i w VI kwartale Parku Leśnego pod Charkowem oraz – jak już dzisiaj wiemy – w Bykowni, od 1923 r. części Kijowa.

Wtedy też strona polska mogła podjąć pierwsze prace ekshumacyjne w Miednoje i Charkowie. W tym drugim miejscu trwały one od 15 lipca do 7 sierpnia 1991 r. W ich trakcie wydobyto szczątki 167 Polaków i 20 obywateli sowieckich oraz przedmioty ściśle z nimi związane. Na jednym ze stanowisk wydobyto blaszany emaliowany biały trojak z widocznym na pokrywce napisem ‘Made in Poland’, naramiennik kapitański, polskie wojskowe buty z długimi cholewami, pionek szachownicy wyrzeźbiony ręcznie w drewnie, inne polskie akcesoria, a nieco dalej wykopano dobytek jeńców przywieziony po egzekucji z więzienia i palony nad dołem: okucia i zamki od walizek, klucze, polskie monety o różnym nominale, medalik, maszynki do golenia, szkło okularowe, gwizdek oficerski, klamry od oficerskich pasów głównych, miniaturkę medalu pamiątkowego za wojnę 1918-1921, spinki do mankietów, porcelanowy flakonik ze znakiem wytwórni w Ćmielowie. W kolejnych dniach prac ekshumacyjnych dochodziły nowe przedmioty.

Latem 1994 r. podpisano porozumienie z władzami Charkowa o rozpoczęciu 1 września tegoż roku kolejnych prac sondażowo-ekshumacyjnych w VI kwartale Parku Leśnego. Zasadnicze badania prowadzone były przez kolejne trzy sezony badawcze w latach 1994-1996 pod kierownictwem archeologa z Torunia prof. dr. hab. Andrzeja Koli. Owoce prac polskich archeologów – pamiątki – dowody zbrodni trafiły do Muzeum Katyńskiego.

Przemówiły przedmioty

Szczególne muzealium – świadectwo mordu polskich generałów – stanowi znaleziona w Charkowie w 1995 r. kurtka oficerska, wzór 1936, odkryta na terenie wspomnianego VI kwartale Parku Leśnego. Uszyta została z gabardyny koloru khaki, z kołnierzem stojąco-wykładanym, zapinana na dwa haczyki, widoczne są na niej resztki po obszyciu generalskim. Kurtka z przodu zapinana jest na siedem guzików wzór 1928, posiada cztery kieszenie naszyte z przodu, z klapkami zapinanymi na małe guziki. Także na zniszczonych naramiennikach zachowały się ślady po haftowaniu dystynkcji generała brygady. Obiekt, choć poważnie uszkodzony – pamiętajmy że przez 55 lat przebywał w ziemi – zachował się w niezłym stanie. Dzięki temu wolno domniemywać że opisywana kurtka należeć mogła do jednego z generałów brygady znajdujących się w obozie w Starobielsku, a następnie zamordowanych w Charkowie: Leona Billewicza, Aleksandra Kowalewskiego, Kazimierza Orlik-Łukoskiego, Konstantego Plisowskiego, Franciszka Sikorskiego i Piotra Skuratowicza.

W zbiorach Muzeum Katyńskiego znajduje się kolejne muzealium-świadek – letni kombinezon polskiego pilota wojskowego wprowadzony do użytku w połowie lat 30 ubiegłego wieku. Został także przekazany do zbiorów Muzeum Katyńskiego po zakończeniu prac ekshumacyjnych w Charkowie w 1996 r. Kombinezon notabene unikatowy w zbiorach muzeów wojskowych w kraju i poza granicami, wykonany z tkaniny bawełnianej barwy ochronnej khaki. I chociaż poważnie uszkodzony i bez obu rękawów przypomina o losie sześciuset lotników którzy trafili do sowieckiej niewoli. Niestety milczy o tym do którego z nich mógł należeć.

Do końca na służbie

W starobielskim obozie znalazła się też grupa kapelanów wojskowych wszystkich wyznań reprezentowanych przy Ministerstwie Spraw Wojskowych. Przed świętami Bożego Narodzenia 1939 r. duchowni zostali zabrani z obozu starobielskiego i odtąd ślad po nich zaginął. Jak wynika z materiałów KGB w Charkowie księża kapelani: Antoni Aleksandrowicz, Edward Choma, Stanisław Kontek, Kazimierz Suchcicki, Franciszek Tyczkowski, Władysław Urban oraz Szymon Fedoreńko, Mikołaj Ilków, Jan Potocki i Baruch Steinberg, figurowali na stanie obozu aż do 2 marca 1940 r. Być może byli przetrzymywani w którymś z lokali w mieście podległych komendzie łagru jak generalicja, m.in. gen. Franciszek Sikorski. 2 marca wysłano ich do dyspozycji Głównego Zarządu NKWD w Moskwie. Z wyjątkiem ks. Tyczkowskiego wszyscy figurują na listach transportowych obozu kozielskiego na podstawie których ekspediowano jeńców do Katynia i tam stracono w kwietniu i maju 1940 r.

Potwierdza się zatem wersja że przez ostatni okres księża byli więzieni w jednej z wież monasteru w Kozielsku. Szymon Fedoreńko został ekshumowany w Katyniu w 1943 r. pod numerem ewidencyjnym 02713. Natomiast co się stało z pozostałymi duchownymi, z wyjątkiem księdza generała Boguckiego oraz księdza majora Tyczkowskiego który trafił do Griazowca – do końca nie wiadomo.

W czasie ekshumacji w Piatichatkach w jednym z dołów śmierci znaleziono sutannę – vestis talaris i puszkę na komunikanty jednego z duchownych. Trudno orzec do kogo należała ale potwierdza to fakt że kapelani wojskowi do czasu ostatecznego ‘rozładowania’ obozu byli na służbie, towarzysząc powierzonym ich duchowej pieczy żołnierzom. Tak jak we wrześniu 1939 r., kiedy to w czasie wojny z Niemcami i Sowietami zostali zagarnięci wraz z nimi do niewoli sowieckiej i stali się – wbrew prawu wojennemu które nakazuje traktować osoby duchowne neutralnie, nie jako strony konfliktu – jeńcami osadzonymi w obozach.

Wzmiankowana sutanna należeć mogła do jednego z tych duchownych którzy pozostali z jeńcami po 24 grudnia 1939 r. Byli nimi księża: Józef Czemerajda, Ignacy Drozdowicz, Andrzej Niwa, Władysław Plewik, Alfred Swirtun i Jerzy Wrazidło.

Przedstawione muzealia-relikwie i wyjątkowe świadectwa zbrodni będzie można zobaczyć na wystawie czasowej pt. ‘Pamięć nie dała się zgładzić…’ od 17 września br. w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

Sławomir Z. Frątczak /16.9.2011/

Sławomir Z. Frątczak – historyk, kierownik Muzeum Katyńskiego Oddział Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie

***

Ekshumacje we Włodzimierzu

We Włodzimierzu Wołyńskim na Ukrainie, gdzie spoczywają ofiary mordów NKWD, a niewykluczone że również polskie ofiary z tzw. ukraińskiej listy katyńskiej, w piątek 26 sierpnia rozpoczęły się prace archeologiczno-ekshumacyjne

Na Ukrainę udali się przedstawiciele Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz grupa archeologów

Maciej Dancewicz, naczelnik Wydziału Zagranicznego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, wyjaśnił że ponadtygodniowa zwłoka w rozpoczęciu prac wynika m.in. z faktu że ekipy polskich archeologów prowadzą prace jednocześnie w różnych miejscach.

Mam na myśli m.in. prace przy masowych grobach mieszkańców wsi Ostrówki i Wola Ostrowiecka na Wołyniu zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich 30 sierpnia 1943 r. Przeszkodą w terminowym rozpoczęciu prac były także zakończone właśnie obchody 20 rocznicy powstania niepodległej Ukrainy – powiedział Dancewicz.

Żeby archeolodzy mogli ruszyć z pracami potrzebna była zgoda państwowej instytucji ukraińskiej i jej deklaracja że jest ona zainteresowana pozyskaniem wyników badań polskiej i ukraińskiej ekspedycji. Taką zgodę wyraziło Muzeum Historyczne we Włodzimierzu Wołyńskim co w końcu umożliwiło zawarcie stosownej umowy.

Na 26 sierpnia wraz z rozpoczęciem prac planowane było spotkanie archeologów i delegacji ROPWiM z przedstawicielami muzeum i lokalnych władz. – Prace zostały zaplanowane na trzy tygodnie. Zależy nam także na pochówku wydobytych szczątków na miejscowym cmentarzu komunalnym, gdzie już spoczywa 97 Polaków odnalezionych w 1997 r. Jeżeli to miejsce okaże się za małe to nowo odkryte szczątki zostaną pochowane w innej części nekropolii. W takim przypadku być może udałoby się ekshumować również pogrzebane już szczątki wspomnianych 97 ofiar, pochować je i razem upamiętnić – tłumaczył Dancewicz.

Polskim archeologom przewodzi prof. Andrzej Kola z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Kierował on też ekipą która w czerwcu br. zakończyła prace archeologiczno-ekshumacyjne w Bykowni pod Kijowem. – Sądzę że przez trzy tygodnie zdążymy uporać się z zaplanowanym harmonogramem prac – ocenił Kola.

Włodzimierz Wołyński jest znany polskim archeologom od kilkunastu lat. Więziono tam około 400 Polaków z listy katyńskiej którzy najprawdopodobniej zostali wywiezieni do Kijowa, Charkowa bądź Chersonia.

Niewykluczone że może tam spoczywać jeszcze około tysiąca osób więzionych przez NKWD w latach 1939-41 na Ukrainie Zachodniej. W maju br. ukraińscy archeolodzy podczas prac badawczych których celem było odnalezienie tzw. grodziska Kazimierza Wielkiego odkryli sześć masowych grobów ofiar mordów NKWD, w tym także obywateli polskich. Rekonesans polskich archeologów w czerwcu br. potwierdził że są to szczątki polskie, głównie młodych mężczyzn, pochodzące z lat 1939-41.

Ułożenie części ciał wskazuje że ofiary mogły zostać zamordowane w więzieniu NKWD i przywiezione na miejsce pochówku. Są także ciała ułożone chaotycznie co mogłoby przemawiać że ofiary zostały rozstrzelane bezpośrednio nad mogiłą – powiedział prof. Kola. Czy są to ofiary zbrodni katyńskiej, potwierdzą szczegółowe badania.

W skład polskiej grupy naukowej wchodzi pięciu pracowników merytorycznych: dwóch dokumentalistów, archeolog konserwator, antropolog sądowy i pracownik techniczny. Będą też archeolodzy ukraińscy i osoby pomocnicze. Całość prac których koszt to kilkadziesiąt tysięcy złotych finansuje ROPWiM. Strona polska pokryje też koszty prac ekipy ukraińskiej bez udziału której – zgodnie z prawem ukraińskim – prowadzenie jakichkolwiek działań archeologicznych na terytorium tego państwa byłoby niemożliwe.

mk/nd /26.8.2011/

***

Rodziny katyńskie nie ustąpią

– Domagamy się przede wszystkim rehabilitacji prawnej wszystkich ofiar zbrodni katyńskiej. I tego by Rosja przyznała się oficjalnie przed całym światem że dokonała bezprawnego mordu – mówi córka oficera zamordowanego przez NKWD

Rozmowa z Witomiłą Wołk-Jezierską

Trybunał w Strasburgu uznał sześć skarg rodzin ofiar zbrodni katyńskiej, w tym również tę złożoną przez panią. To przełom w sprawie?

To na pewno kluczowy, decydujący krok do ostatecznego zwycięstwa, jakie mam nadzieję nastąpi w październiku, gdy dojdzie do rozprawy w Trybunale. Liczyłam na taką decyzję. Byłoby fatalnie gdyby Trybunał postąpił inaczej. Ale już od jakiegoś czasu mieliśmy sygnały że sprawy idą w dobrym kierunku.

Jaki wyrok zapadnie w październiku?

Nie wiem, nie jestem prawnikiem, tylko plastykiem. Ale mecenas Ireneusz Kamiński który jest ekspertem w procesach strasburskich mówi że jak sprawa zaszła w Trybunale już tak daleko, to musi zakończyć się pozytywnie dla strony skarżącej.

Czego wraz z innymi rodzinami domaga się pani od Rosji?

Przede wszystkim rehabilitacji prawnej wszystkich ofiar. Tego by Rosja przyznała się oficjalnie przed całym światem że dokonała bezprawnego mordu. Żądamy odtajnienia dokumentów śledztwa rosyjskiego prowadzonego przez czternaście lat – od 1990 do 2004 r. – by Polacy dowiedzieli się do jakich dokumentów i wniosków Rosjanie doszli w jego trakcie.

A samo śledztwo katyńskie zostanie wznowione?

Chyba nie ma takiej potrzeby. Ono już zostało zamknięte. Przez cały okres śledztwa z pewnością żyło jeszcze wielu morderców, katów i ich współpracowników. Zakładając że śledztwo było uczciwe – a można tak przypuszczać bo prowadziła je prokuratura wojskowa – to na pewno dotarło do jakichś dokumentów, świadków, ukrytych listów o których my w Polsce nic nie wiemy. Wciąż nie znamy list ukraińskiej i białoruskiej. Liczę że to wszystko zostanie odtajnione pod nakazem Trybunału.

Rosja nie będzie chciała wymigać się od wyroku Trybunału?

Rosjanie mają świadomość że my, rodziny katyńskie, nie odstąpimy od sprawy. Wprawdzie moje pokolenie już odchodzi ale zostaną nasze dzieci, wnuki i oni też są gotowi skarżyć Rosję. Rosjanie stopniowo się do tej decyzji przygotowywali. Wskazuje na to choćby uchwała Dumy stwierdzająca że mord katyński to zbrodnia stalinowska. Wiedzą że muszą się w końcu z tej zbrodni oczyścić. Najwyższy czas by Rosja dojrzała do takiego oczyszczenia a decyzja Trybunału to dla nich szansa by to uczynić.

Skąd ta pozytywna dla państwa decyzja Trybunału?

Złożyło się na to kilka czynników. My jesteśmy tylko poszkodowani, możemy słać tylko skargi. Natomiast cały trud związany z działalnością prawną wziął na swe barki mecenas Kamiński i inni prawnicy. Choć on sam mówi że to my wywieramy na niego tak duży wpływ, że bez nas nic by nie zdziałał. Ale to chyba taka kokieteria…

Wiemy też że za rodzinami wstawił się polski rząd.

MSZ przygotował bardzo szczegółowe wystąpienie przed Trybunałem i jestem mu za to niezmiernie wdzięczna. Przez wiele lat żadna ekipa rządząca nie tylko nie wystąpiła wraz z nami w sprawie katyńskiej ale nie otrzymaliśmy od niej nawet moralnego wsparcia. To że teraz rząd polski wystąpił przed Trybunałem jako tzw. strona trzecia to jasny znak że zależy mu na ostatecznym rozwiązaniu tego węzła gordyjskiego jakim są zbrodnia i kłamstwo katyńskie.

O prawdę na temat tej zbrodni walczy pani od 1997 roku. Przez te prawie piętnaście lat nie miała pani chwili zwątpienia?

Miałam. Ale jako córka oficera zamordowanego w Katyniu zawsze traktowałam za swój obowiązek walkę o jego honor.

rozm. rt/su /15.7.2011/

***

Można skarżyć Rosję za Katyń

Polskie skargi katyńskie przeciw Rosji są dopuszczalne – poinformowali sędziowie trybunału w Strasburgu. – Czekamy na wyrok – mówią polscy krewni ofiar NKWD

– Stwierdzenie dopuszczalności oznacza że złożone w Europejskim Trybunale Praw Człowieka skargi przeciw Rosji nie budzą jakichkolwiek wątpliwości – stwierdził dr Ireneusz Kamiński z Instytutu Nauk Prawnych PAN, współautor skargi

Jak przewiduje Kamiński wyroku Trybunału w tej sprawie można spodziewać się nawet w ciągu kilku miesięcy, ale – m.in. ze względu na okres wakacyjny – raczej w roku przyszłym niż jeszcze w 2011.

Po takiej informacji o dopuszczalności niezwykle rzadko zdarza się by trybunał nie podzielił racji skarżących – powiedział Kamiński.

Decyzja z 12 lipca dotyczy dwóch pierwszych skarg jakie wpłynęły do Strasburga. Jedną z nich złożyła w maju 2009 r. Witomiła Wołk-Jezierska z Warszawy i 12 innych krewnych ofiar. Niestety, jeden ze skarżących niedawno zmarł, dlatego dziś na tej liście występujących przeciw Rosji jest 12 nazwisk. Wśród nich Ojcumiła Wołk, jedna z nielicznych żyjących wdów katyńskich.

Drugą z zaakceptowanych skarg złożyły dwie osoby – Jerzy Janowiec i Antoni Trybowski.

Krewni pomordowanych w Katyniu oficerów zdecydowali się szukać sprawiedliwości na arenie międzynarodowej po umorzeniu przez Rosjan trwającego 14 lat śledztwa w sprawie mordu NKWD i utajnieniu nawet uzasadnienia takiej decyzji.

Polacy zarzucili Rosji nie tylko naruszenie prawa do rzetelnego procesu – jak brzmi artykuł 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Bliscy zamordowanych oficerów powołują się na ‘najpoważniejszy’ z artykułów wspomnianej Konwencji – naruszenie prawa do życia (art. 2).

Pośrednio oznacza to że w orzeczeniu trybunału takie sformułowania mogłyby się pojawić. W argumentacji krewnych oficerów użytej w tej skardze jest bowiem mowa o mordzie w Katyniu jako zbrodni prawa międzynarodowego, zbrodni wojennej i ludobójstwie – powiedział dr Kamiński.

Polaków którzy na takie zarzuty się zdecydowali reprezentować będą przed trybunałem nie tylko polscy ale i rosyjscy adwokaci – Anna Stawickaja i Roman Karpiński. Polacy żądają od Rosji tylko symbolicznego jednego euro zadośćuczynienia, choć – jak wskazuje Stawickaja – mogliby otrzymać nawet po 100 tys. euro każdy.

Do skargi katyńskiej przystąpił polski rząd, co ma dodatkowe znaczenie dla podniesienia jej rangi.

Czekamy już tylko na wyrok. Mam nadzieję że dożyje go moja mama, Ojcumiła, która ma już ponad 90 lat – powiedziała Witomiła Wołk-Jezierska.

eł/rp /12.7.2011/

***

Strasburg rozpatrzy Katyń

Wbrew stanowisku Rosji Trybunał Strasburski zdecydował że rozpatrzy sprawę rodzin katyńskich które domagają się rehabilitacji rozstrzelanych przodków

Pierwszy raz zbrodnia katyńska będzie osądzona na forum międzynarodowym. W przeszłości sama Rosja złożyła wniosek o osądzenie zbrodni katyńskiej przed Trybunałem Norymberskim, ale chciała nią obarczyć Niemcy

Jak powiedział rzecznik MSZ Marcin Bosacki Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu poinformował o rozpatrzeniu skargi większości rodzin katyńskich domagających się rehabilitacji bliskich rozstrzelanych przez NKWD. Decyzja zapadła 5 lipca ale trybunał ujawnił ją 11 lipca. Odrzucone zostały 3 wnioski rodzin ponieważ składający je nie wypełnili trybu postępowania przed rosyjskimi organami sprawiedliwości.

Tych wniosków nie popierał polski MSZ, nawet nie wiedzieliśmy o ich istnieniu – powiedział Bosacki.

Według rzecznika ministerstwa decyzja trybunału ma znaczenie przełomowe. – To bardzo dobra decyzja trybunału i MSZ wyraża z tego powodu ogromną satysfakcję. Ta decyzja nie wyklucza jednak porozumienia między Rosją a rodzinami katyńskimi do której nieustannie obie strony zachęcamy – dodał.

Wniosek do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu złożyła w 2006 r. Witomiła Wołk-Łaniewska. Domagała się rehabilitacji swojego ojca Wincentego rozstrzelanego z Katyniu. Wcześniej szukała sprawiedliwości przed rosyjskimi sądami. Otrzymała orzeczenie z którego wynikało że jej ojciec ‘nie może być uznany za ofiarę represji stalinowskich’ ponieważ został ‘rozstrzelany bez sądu’. Rosyjska prokuratura wojskowa zakończyła i umorzyła śledztwo w sprawie Katynia w 2004 r. ale większość jego akt i samo uzasadnienie pozostało tajne. W kwietniu podczas wizyty w Katyniu obiecał je odtajnić premier Władimir Putin.

Witomiła Wołk-Jezierska mówiła wówczas że jest to dla jej rodziny sprawa honoru i dług wobec przodka.

Jeszcze nic nie wiem o decyzji Trybunału Strasburskiego, na dziś zaproszono mnie do MSZ – powiedziała. – Oczywiście cieszę się z takiej decyzji, szkoda że to wszystko idzie tak wolno. Niestety ludzie z naszego kręgu są wiekowi i umierają. Kilka dni temu pożegnaliśmy jedną z nich. Ale chcemy tę sprawę doprowadzić do końca.

Co do możliwości porozumienia z władzami rosyjskimi sugerowanego przez MSZ stwierdziła: – My chcemy porozumienia. Cały czas to podkreślam. Warunek jest jeden – rehabilitacja i jakaś satysfakcja moralna. Nigdy nie domagaliśmy się żadnego finansowego odszkodowania. W Rosji są mądrzy i rozsądni ludzie i przypuszczam że wcześniej czy później dojdą do podobnego wniosku – że trzeba jakoś tę sprawę zakończyć.

W ostatecznej formie pozew rodzin katyńskich został sformułowany w 2009 r. (w imieniu 13 rodzin ofiar zbrodni w Katyniu złożony przez mec. Ireneusza Kamińskiego, do tego dochodzą dwie rodziny ofiar zbrodni w Charkowie). Według rodzin katyńskich Rosja pogwałciła Europejską Konwencję Praw Człowieka poprzez: pogwałcenie prawa do sądu, prawa do życia rodzinnego i prawa do życia.

Ponadto wiosną 2009 r. organa państwa rosyjskiego prawomocnie uniemożliwiły wgląd rodzinom do uzasadnienia wyroku oraz statusu pokrzywdzonych w sprawie. Według autorów skargi do trybunału Rosja nie przeprowadziła rzetelnego postępowania w sprawie katyńskiej.

Rosyjskie ministerstwo sprawiedliwości na wniosek Trybunału Strasburskiego odpowiedziało w kwietniu ub.r. Treści pisma nie ujawniono ale nieoficjalne informacje o jego treści wywołały oburzenie w Polsce. Rosyjskie ministerstwo sprawiedliwości domagało się odrzucenia wniosku. Jego zdaniem Rosja nie ma prawnego obowiązku wyjaśniania zbrodni katyńskiej. Rosyjscy prawnicy argumentując bezzasadność polskiej skargi stwierdzali że nie ma dowodów na ‘realizację decyzji o rozstrzelaniu’ w przypadku konkretnych osób. W rosyjskim piśmie zamiast zbrodnia katyńska pojawił się termin ‘wydarzenia katyńskie’.

pw/gw /12.7.2011/

***

Pochowano Arkadiusza Melaka

Na cmentarzu parafialnym w Ząbkach 8 lipca został pochowany Arkadiusz Melak, brat Stefana Melaka, przewodniczącego Komitetu Katyńskiego i jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej

Mszę Św. w intencji Zmarłego odprawiono w warszawskim kościele św. Wacława

Arkadiusz Melak wraz z braćmi należał w 1979 r. do współzałożycieli Komitetu Katyńskiego

Brał też udział w konspiracyjnej budowie pierwszego pomnika poświęconego oficerom zamordowanym przez Sowietów, który postawiono w Dolince Katyńskiej na wojskowych Powązkach 31 lipca 1981 r.

Był głównym wykonawcą tego monumentu. W stanie wojennym internowany, po uwolnieniu kontynuował działalność konspiracyjną. Był zaangażowany w upamiętnianie ważnych wydarzeń z historii Polski, czego przykładem jest Aleja Chwały Olszynki Grochowskiej.

W uznaniu tych i wielu innych zasług Arkadiusz Melak został w 2006 r. odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zmarł 5 lipca 2011 r. po ciężkiej chorobie.

pj/nd /9.7.2011/

BRACIA WSPOMINAJĄ ŚP. ARKADIUSZA

Wspomnienie o Zmarłym Arkadiuszu Melaku napisali Jego bracia Andrzej i Sławomir

5 lipca 2011 r. nad ranem zmarł po długiej chorobie Arkadiusz Melak, brat Ofiary katastrofy smoleńskiej Stefana Melaka, przewodniczącego Komitetu Katyńskiego. Od lat młodzieńczych, wraz z braćmi: Andrzejem, Stefanem i Sławomirem angażował się w upamiętnianie wydarzeń i postaci z polskiej historii, przemilczanych lub wyrugowanych ze zbiorowej pamięci.

Zaczęło się od najbliższej, bo położonej po sąsiedzku, niemal przed domem rodzinnym, Olszynki Grochowskiej – pola najbardziej krwawej bitwy w wojnie polsko-rosyjskiej 1831 r. Kolejne miejsca były związane z wojną polsko-bolszewicką 1920 r. i marszałkiem Józefem Piłsudskim, a więc Radzymin, Ossów, Zielona. W 1974 r., pod egidą ks. biskupa Władysława Miziołka i ks. prałata Wacława Karłowicza, kapelana powstańczej Starówki, bracia, ze Stefanem na czele, powołali Krąg Pamięci Narodowej, a w 1979 r. – Komitet Katyński, bo coraz więcej miejsca w ich nielegalnej działalności zajmowało upamiętnienie zbrodni sowieckiego NKWD z 1940 r. na polskich oficerach – jeńcach wojennych. Arkadiusz, podobnie jak i jego brat Stefan, należał w tym czasie do Konfederacji Polski Niepodległej która wysuwała postulat odbudowy suwerenności Polski, co wówczas wcale nie było takie oczywiste.

Kulminacją tych działań była brawurowa akcja konspiracyjnego przygotowania i ustawienia kilkutonowego, granitowego krzyża – pomnika w Dolince Katyńskiej na wojskowym Cmentarzu Powązkowskim którego współprojektantem i głównym wykonawcą był właśnie Arkadiusz Melak.

Ten pierwszy w dziejach PRL pomnik mówiący prawdę o zbrodni katyńskiej stanął 31 lipca 1981 r., w przeddzień rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, która zawsze ściągała i nadal ściąga na Powązki tysiące warszawiaków. Pomnik został zrabowany przez Służbę Bezpieczeństwa na żądanie ambasady ZSRS kilka godzin po jego ustawieniu – w nocy z 31 lipca na 1 sierpnia 1981 r.

Wiadomość o tym wydarzeniu stała się podstawą do powołania Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Katyńskiego na Powązkach, który 6 grudnia 1981 r., a więc na tydzień przed wprowadzeniem stanu wojennego, dokonał uroczystego wmurowania aktu erekcyjnego pod nowy pomnik. Rządy gen. Wojciecha Jaruzelskiego nie tylko nie pozwoliły zrealizować idei odbudowy pomnika, ale wręcz doprowadziły do uwięzienia współtwórców pierwotnego pomnika – braci Stefana i Arkadiusza Melaków. Początkowo obaj trafili na Białołękę, następnie Arkadiusz został przeniesiony do Załęża i, wreszcie, Uherców. To ostatnie więzienie opuścił jako ostatni z internowanych – rankiem w Wigilię Bożego Narodzenia – 24 grudnia 1982 r.

Do końca PRL brał udział w konspiracyjnej działalności na rzecz upamiętnienia narodowych bohaterów. Drukował literaturę drugiego obiegu, plakaty, projektował i tworzył okolicznościowe stemple oraz znaczki.

W III RP był współtwórcą Alei Chwały Olszynki Grochowskiej i budowniczym kilkudziesięciu pomników tego założenia. Brał udział w budowie pomnika Katyńskiego który stoi u zbiegu ulic Senatorskiej i Podwala, na skraju pl. Zamkowego w Warszawie, odsłoniętego przez płk. Ryszarda Kuklińskiego w 1998 r.

Za swoje zasługi dla niepodległości Polski 10 listopada 2006 r. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Był wyróżniony Srebrną Odznaką Gloria Artis za zasługi dla polskiej kultury oraz odznaczeniem Pro Memoria przez ministra kultury, przyznanym za działania na rzecz upamiętniania polskich dziejów przez szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych.

Mimo ciężkiej choroby – do ostatnich dni angażował się w budowę Alei Chwały Olszynki Grochowskiej, był współfundatorem dzwonu Wolności im. Majora Waleriana Łukasińskiego który w lutym 2011 r. zawisł na dzwonnicy przy kaplicy w Alei Chwały.

Odszedł jeden z wielkich, skromnych bohaterów mozolnego marszu Polaków do Niepodległości. Bez wątpienia bez niego ten pochód trwałby dłużej. W ostatnich latach życia poza chorobą nękało go przekonanie że Trzecia RP odległa jest od solidarnościowych ideałów. Dodatkowo, ciężką ranę zadała mu tragedia pod Smoleńskiem, pozbawiając ukochanego brata Stefana. Był wstrząśnięty brakiem udziału władz państwa polskiego w wyjaśnienie tego narodowego dramatu, co z całą pewnością przyczyniło się do skrócenia jego życia.

ARKU, SPOCZYWAJ W POKOJU!

Andrzej i Sławomir Melakowie /6.7.2011/

***

Stos czaszek w Bykowni

Reporterzy Naszego Dziennika towarzyszyli polskiej ekipie prowadzącej prace ekshumacyjne w podkijowskiej Bykowni

Widok dołów śmierci – w których nasi rodacy dostali zdradziecką kulę w tył głowy – jest przygnębiający. Czasami wręcz budzący grozę, tak jak wtedy gdy widzimy stos czaszek. Na pierwszy rzut oka są one identyczne, z takimi samymi otworami w potylicach

Tragiczny los, a w tle nieludzkie oblicze systemu zadającego śmierć na masową skalę, bez zarzutów i sądu, połączyły na zawsze tych ludzi. I choć nie powinni, to wszystko wskazuje że – niestety – pozostaną anonimowi. Powód? Wszystkie groby były kilkakrotnie ekshumowane, szkielety są połamane. Jamy wyczyszczono z przedmiotów pozwalających na identyfikację narodowościową. Nawet guziki od mundurów zostały zaszyte tak by ukryć polskie orzełki. Enkawudziści kazali to zrobić jeńcom przed egzekucją.

Dojeżdżamy do Bykowni, już od strony drogi widać tablice i krzyże upamiętniające ofiary NKWD. W całym lesie nazywanym w skrócie Bykownią na drzewach zawieszone są chusty. To według ukraińskiej tradycji znak żałoby po bliskich. Około 700 metrów w głąb lasu rozłożone jest obozowisko zespołu prof. Andrzeja Koli z Torunia. Pomagają im specjaliści z ukraińskiej firmy zajmującej się ekshumacjami. Żeby można było w przyszłym roku otworzyć tu kolejny polski cmentarz, prace muszą być sfinalizowane do końca czerwca.

Profesor ma pewność że się to uda. Jego ekipa jest pochłonięta pracą mimo upału. Cały teren został starannie podzielony na sektory i oznakowany. Ukraińscy robotnicy wykopują ziemię z kolejnych grobów według założonego planu. To, co znajdą, jest segregowane i opisywane, znalezione przedmioty fotografuje się, ważniejsze znaleziska są nanoszone na mapę.

Ogrom i złożoność tego co w skrócie nazywamy Katyniem dopiero do nas dociera. Do trzech miejsc pochówku polskich jeńców z kwietnia 1940 r. na których znajdują się polskie cmentarze wojskowe (Katyń, Charków, Miednoje), wkrótce dołączy kolejne, w podkijowskiej Bykowni. A do zakończenia tragicznych rozliczeń z bolszewickim ludobójstwem na polskim Narodzie jeszcze daleko. Z pewnością kolejne tysiące naszych rodaków spoczęły na Białorusi, nie odkryto też jeszcze wszystkich cmentarzy na terenie obecnej Ukrainy.

Enkawudziści do pochówku ofiar swoich zbrodni używali miejsc w różny sposób wcześniej wykorzystywanych przez sowieckie organa bezpieczeństwa lub przejmowali odpowiednie miejsca przez własny aparat. Wybierano lasy, wcale nie znajdujące się na jakichś zupełnych pustkowiach, jakie bez problemu można znaleźć w ogromnych przestrzeniach byłego Związku Sowieckiego. Wręcz przeciwnie: Katyń i Miednoje to spore wsie, w pobliżu dużych miast (odpowiednio Smoleńska i Tweru), położone przy ważnych drogach. Podobnie Charków jest wielkim miastem. Bykownia wpisuje się w ten schemat, cmentarz ofiar bezpieki leży w lasku niecały kilometr za pierwszymi zabudowaniami Kijowa, obok ruchliwej szosy w kierunku Czernichowa, miast wschodniej Białorusi, a także Moskwy.

W okresie stalinowskim teren był zamknięty i ogrodzony, potem ogrodzenie znikło, a od lat 70 XX wieku dochodzi do masowych zniszczeń grobów, zarówno dokonywanych celowo przez KGB jak i w celach rabunkowych przez miejscową ludność. Około jednej trzeciej znajdujących się tu ciał to Polacy rozstrzelani z rozkazu Stalina i sowieckiego Politbiura w 1940 r. Pozostali to miejscowe ofiary represji, jeszcze z lat 1937-38.

Mieszkańcy Kijowa i okolic od początku wiedzieli co znajduje się w lesie obok dzielnicy Bykownia, dowodem obok przetrwania pamięci o tym miejscu były wspomniane grabieże. Dlatego obecnie archeolodzy natrafiają na przemieszane kości i przedmioty związane z różnymi osobami, poza nielicznymi wyjątkami nie będzie można ciał ludzi tu zamordowanych zidentyfikować imiennie. Wiadomo że na tak zwanej liście ukraińskiej znajdują się więźniowie z miast południowo-wschodnich Kresów II Rzeczypospolitej: Lwowa, Łucka, Równego, Tarnopola, Stanisławowa, Drohobycza – razem 3 tysiące nazwisk. Część ich leży z pewnością w Bykowni.

Chociaż wydaje się że akurat Bykownia jest miejscem łączącym Polaków i Ukraińców we wspólnym opłakiwaniu ofiar bolszewickiego reżimu, to nie zawsze okazuje się prawda. Nacjonalistom ukraińskim cmentarz jest solą w oku. Uważają oni że miejsce to jest związane wyłącznie z kaźnią ich narodu, urządzają pikiety, dochodzi do złośliwych prowokacji. Polscy eksperci są nawet oskarżani o mistyfikację. W ten sposób oficjalnie antykomunistyczni i antyrosyjscy neobanderowcy stają w jednym szeregu z rosyjskimi rewizjonistami Katynia oraz wspierają dystansującą się od odpowiedzialności za dziedzictwo okresu stalinowskiego politykę historyczną Kremla.

Piotr Falkowski/nd /4.6.2011/

***

Odczytaliśmy dziewięć nazwisk

W Bykowni cztery nienaruszone szkielety znaleziono tylko w jednym grobie. W 1971 r. jamy wyczyszczono z przedmiotów które pozwoliłyby na identyfikację narodowościową. Skutek jest taki że poza wyjątkami nie będzie można żadnych szczątków zidentyfikować imiennie, jak w Katyniu czy Miednoje

Rozmowa z prof. Andrzejem Kolą, szefem Zakładu Archeologii Podwodnej w Katedrze Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, kierownikiem prac ekshumacyjnych w Bykowni

Panie profesorze co udało się zrobić pana ekipie tu pod Kijowem?

Wynik prac naszej ekspedycji prowadzonych wraz ze specjalistami ukraińskimi składa się z następujących części: pierwszy etap to było zlokalizowanie zasięgu cmentarza i naniesienie go na mapy po to by wszystkie nowe elementy do tej mapy sukcesywnie dodawać. Kiedy tu przyjechaliśmy i wskazano nam ten teren to jedynym punktem oparcia było upamiętnienie powstałe po 1987 r. z napisem: ‘Wieczna pamięć mieszkańcom Kijowa i okolic – pomordowanym bestialsko przez hitlerowskich najeźdźców’. Społeczeństwo zaczęło się buntować – to był już okres pierestrojki, głasnosti – więc w 1989 r. przeprowadzono jakąś doraźną ekshumację. W efekcie przyznano się że leżą tu jednak osoby zamordowane przez NKWD w latach 1937-38, znalazły się też jakieś dokumenty w archiwach. Na początku nie wiedzieliśmy jaki jest obszar tego cmentarza, ile jest grobów. W 2001 r. przyjechali z nami kartografowie i geodeci wojskowi i stworzyli mapę. Zlokalizowaliśmy wówczas drogę dookolną, wokół cmentarza. Wzdłuż tej drogi był szczelny, drewniany płot o wysokości 3 metrów. Istnieje dokument z 1937 r. w którym NKWD Kijowa zwraca się do ministerstwa odpowiedzialnego za lasy państwowe by wydzielić w lesie Bykownia we wskazanych kwartałach 4.5 ha dla ich potrzeb. Obszar zamknięty tą drogą to 5.3 ha więc nie trzymali się ściśle tego co zapisano we wniosku. Podzieliliśmy ten obszar następnie na małe kwadraty 10 na 10 metrów i rozpoczęliśmy poszukiwania metodą sondaży wiertniczych. Robiliśmy odwierty co 2 metry. Tam gdzie stwierdzaliśmy ziemię przemieszaną jest grób, a gdzie była warstwa naturalna grobu nie ma. Nanosiliśmy to na mapę, wyznaczając ponad 200 punktów do dalszych badań.

Co było później?

Zaczęliśmy ekshumację w tych miejscach, w niektórych jeszcze dowiercaliśmy by uszczegółowić zasięg grobu. W pierwszym roku byliśmy tu trzy tygodnie, potem dwa miesiące, potem znowu dwa miesiące – potem zawsze nas stąd spławiano ze względów politycznych bo współpraca z władzami doskonale się zawsze układała ale były naciski nacjonalistów ukraińskich. Tu są partie które twierdzą że Polacy przyjeżdżają i podrzucają polskie przedmioty. By udowodnić że w Bykowni spoczywają Polacy… Ostatnio taki piknik tu zrobili, rozwiesili hasła ‘Precz z Polską’, ‘Precz z Rosją’ itd. Ale wróćmy do naszych prac. Zakładaliśmy wykopy nieco szersze niż domniemany zasięg grobu. W pierwszym okresie natrafialiśmy wyłącznie na ofiary miejscowe. Nie było żadnych polskich śladów. Przenieśliśmy się wtedy w inne miejsce. Tu też były groby ukraińskie ale w jednej z jam, o rozmiarach 3 na 3 metry i głębokiej na 2.5 metra, były wyłącznie przedmioty polskie należące do wielu osób, np. butów wojskowych mieliśmy ponad 70 par. To był pierwszy ślad że tu spoczywają Polacy. W następnym roku znowu zmieniliśmy miejsce, były kolejne groby ukraińskie ale zaczęliśmy odnajdywać też polskie.

Jak ta statystyka wygląda dzisiaj?

Na ponad 200 grobów zlokalizowaliśmy 62 polskie. Przypuszczamy że może być jeszcze około 15 grobów polskich. Trudniej określić liczbę pochowanych. Wszystkie groby były kilkakrotnie ekshumowane. Pierwszy raz tajne ekshumacje odbyły się w 1971 r., o czym dowiedzieliśmy się dopiero w 2007 r., na podstawie dokumentów archiwalnych. Wtedy zlokalizowano 207 grobów. W opisach sowieckich tylko raz wspomina się o przedmiotach polskich, a my wydobyliśmy wówczas już z 53 grobów 4 tysiące ewidentnie polskich przedmiotów. Teraz doszło kolejnych 500 przedmiotów. Na podstawie szczątków kostnych obliczamy liczbę ofiar na 1688. Szacujemy że dojdzie około 100 w 45 grobach które mamy przebadać, ale jak powiedziałem spodziewamy się że jedynie około 15 z nich to groby polskie. Planujemy nasze prace ukończyć w wyznaczonym terminie do końca czerwca.

Czym Bykownia różni się od innych miejsc pochówku ofiar zbrodni katyńskiej?

Prowadziłem też prace w Charkowie. Tam, chociaż były wykopy rabunkowe i dochodzono do warstwy zwłok i wydobywano niektóre polskie przedmioty, nie było nigdy ekshumacji celowej która całkowicie by wywróciła porządek, zniszczyła układy anatomiczne szkieletów. A tu do tego niestety doszło. W Bykowni cztery szkielety nienaruszone znaleźliśmy tylko w jednym grobie. Tam były to normalne, czyste groby, w większości nie ruszone, tu natomiast jest odwrotnie. Przypuszczam że te ekshumacje z 1971 r. służyły wyczyszczeniu tych grobów z przedmiotów które pozwoliłyby na identyfikację narodowościową. To się nie udało – o czym świadczą znalezione przez nas przedmioty. Ale skutek jest taki że poza wyjątkami nie będzie można żadnych szczątków zidentyfikować imiennie, jak to mogło mieć miejsce w Katyniu czy Miednoje.

Kim były ofiary?

Jeżeli chodzi o antropologię to nasze badania idą w kierunku określenia liczby osób pochowanych w poszczególnych grobach, ich płci i wieku a także wzrostu i sposobu zadania śmierci. Jeżeli chodzi o to ostatnie – prawie wyłącznie jest to strzał w głowę. Leżą tu ofiary z tzw. listy ukraińskiej i udało nam się zidentyfikować dziewięć nazwisk.

Jak długo trzeba jeszcze czekać byśmy mogli doliczyć się wszystkich naszych pomordowanych w wyniku zbrodni katyńskiej rodaków?

To pytanie do polityków. Jesteśmy archeologami i staramy się wykonywać naszą pracę rutynowo. Nie ma czasu na emocje. A oczywiście wiadomo że jest jeszcze kilka cmentarzy katyńskich. Przede wszystkim na Białorusi, w Kuropatach. Z całą pewnością jest jeszcze jeden na Ukrainie albo w Chersonie, albo w Nikołajewie. Nawet w wolnych chwilach zbieramy materiały na ten temat by dowiedzieć się gdzie te cmentarze NKWD wtedy istniały.

Jak współpracuje się ze stroną ukraińską?

Bardzo dobrze. Mamy tu grupę specjalistów ukraińskich z Sewastopola, z firmy specjalizującej się w ekshumacjach, z ogromnym doświadczeniem. Robią to od wielu lat. Prowadzą poszukiwania na pobojowiskach wojennych od wojny krymskiej w połowie XIX wieku aż po czasy II wojny światowej. Prowadzą ekshumacje także dla Niemców, Włochów, Anglików, Amerykanów. Władze są nam przychylne. Problemem są wspomniani nacjonaliści ukraińscy, na szczęście oni są silniejsi bardziej na zachód, pod Lwowem. Oni twierdzą że tu pochowane są tylko ofiary ukraińskie z lat 1937-38 i nie chcą przyjąć do wiadomości, że także Polacy. Uznają wprawdzie istnienie i autentyczność listy ukraińskiej, przyjmują do wiadomości fakt więzienia polskich jeńców w dawnych miastach Polski na terenie obecnej Ukrainy Wschodniej, ale twierdzą że nie zatrzymano ich w Kijowie tylko skierowano dalej na wschód, w głąb Związku Sowieckiego. Nie wierzą w groby polskie. A wystarczy przecież tu przyjść i je zobaczyć…

rozm. pf/nd /4.6.2011/

***

Drugi Katyń

Zbrodnia katyńska z 1940 r. miała swoją kontynuację rok później, w pierwszych dniach inwazji Niemców na ZSRS, kiedy pod Smoleńskiem Sowieci rozstrzelali kolejne tysiące polskich wojskowych

Tak uważa historyk Tadeusz A. Kisielewski – autor wydanej właśnie książki ‘Zatajony Katyń 1941’

Historyk Tadeusz A. Kisielewski, opierając się na dokumentach znanych od dziesięcioleci, ale i niedawno odkrytych, pisze o wydarzeniach z pierwszych dni inwazji hitlerowskich Niemiec na ZSRR w 1941 r.

Autor stawia tezę że uciekający przed Niemcami funkcjonariusze NKWD rozstrzelali tysiące polskich wojskowych których ciała do dziś leżą w nieoznaczonych grobach na zachód od Smoleńska.

Kisielewski przywołuje wspomnienia sowieckiego wojskowego Ilii Kriwoja który w latach 1939-41 uczęszczał do szkoły kadetów w Smoleńsku. Jego wspomnienia pisane były po to by zdementować informacje o odpowiedzialności ZSRS za mord polskich oficerów w Katyniu.

Kriwoj pisze że od lata 1940 do lata 1941 wielokrotnie widział polskich jeńców wojennych przewożonych do pracy wojskowymi ciężarówkami. Dla Kriwoja jest to argument zdejmujący odpowiedzialność za mord z NKWD. Jeżeli jeszcze latem 1941 r. polscy wojskowi żyli, wyklucza to jego zdaniem dokonanie mordu wiosną 1940 r. Kisielewski wysnuwa jednak ze wspomnień Kriwoja inny wniosek – nie wszyscy polscy jeńcy z obozów w okolicach Smoleńska zginęli wiosną 1940 r. Kilka tysięcy z nich NKWD zachowało przy życiu i wykorzystywało do przeróżnych prac. Zostali oni zamordowani dopiero w pierwszych tygodniach wojny niemiecko-sowieckiej.

Tę tezę potwierdzają wspomnienia naocznego świadka – Icka Erlichsona – Żyda ze Starachowic który w 1939 r. szukał schronienia w ZSRS. W styczniu 1940 r. trafił on do obozu w Starobielsku i był świadkiem jak wiosną zaczęto wywozić stamtąd polskich oficerów na rozstrzelanie. Sam Erlichson został ze Starobielska wywieziony do łagru nr 9, zlokalizowanego w okolicach Katynia. Według niego był to jeden z kilku obozów pracy działających w tym lesie. W obozie nr 9 przebywało około 8 tys. więźniów, głównie polskich wojskowych. W innych obozach w lesie katyńskim przetrzymywani byli głównie obywatele sowieccy. Kisielewski stawia tezę że w tamtejszych łagrach wiosną 1941 r. przebywało jeszcze około 16 tys. Polaków, głównie szeregowców i podoficerów.

W obliczu niemieckiej inwazji Sowieci ewakuowali część polskich więźniów w regiony odległe od zachodniej granicy, większość pozostała w nadgranicznych obozach. Udokumentowany przez historyków jest fakt że w chaosie pierwszych dni wojny NKWD zamordowało 35 tys. z 40 tys. osób które w czerwcu 1941 r. znajdowało się w więzieniach i obozach sowieckiej strefy okupacyjnej. Tak też się działo w łagrach z okolic Smoleńska. Kisielewski powołuje się też na informacje zebrane przez Olega Zakirova – w 1990 r. dotarł on do wieśniaka z okolic Katynia który był naocznym świadkiem masowych egzekucji polskich więźniów w lecie 1941.

Pewne dane na temat liczby Polaków którzy do lata 1941 r. przetrzymywani byli w okolicach Smoleńska można też znaleźć w dokumentach sowieckich, a mianowicie w raporcie z prac przy budowie tamtejszego lotniska i dróg. W raporcie z czerwca 1941 r. napisano że na budowie pracowało 225 tys. obywateli sowieckich i 16 tys. polskich wojskowych, w tym oficerowie. Niewielka część z nich została przez NKWD ewakuowana za zachód, większość – zamordowana. Kisielewski stawia tezę że ich ciała zostały pochowane na zachód od Smoleńska ale poza lasem katyńskim.

Książka ‘Zatajony Katyń 1941’ ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis.

kk/pap /6.4.2011/

Tadeusz Antoni Kisielewski (ur. 1950) – politolog i analityk stosunków międzynarodowych, pracował w Polskiej Akademii Nauk i na Uniwersytecie Jagiellońskim, autor m.in. książek Nowy konflikt globalny (1993), Średnioterminowe perspektywy rozwoju sytuacji geostrategicznej: Rosja – Chiny – NATO (2002), Zamach. Tropem zabójców generała Sikorskiego (2005), Katyń. Zbrodnia i kłamstwo (2008) i Zatajony Katyń 1941 (2011)

***

W sierpniu Włodzimierz Wołyński

W sierpniu polscy archeolodzy rozpoczną prace ekshumacyjne we Włodzimierzu Wołyńskim na Ukrainie gdzie spoczywają szczątki Polaków rozstrzeliwanych przez NKWD

Tylko szczegółowe badania na które brakuje pieniędzy mogą potwierdzić czy są to – jak wszystko wskazuje – ofiary z tzw. ukraińskiej listy katyńskiej. Konieczne będzie też godne upamiętnienie ofiar sowieckiej zbrodni

W trakcie prac ukraińskich archeologów badających nawarstwienia kulturowe we Włodzimierzu Wołyńskim od wczesnego średniowiecza do czasów współczesnych – na głębokości ok. 1 metra w trzech rzędach znaleziono pełne szkielety ok. 50 osób. W sumie może być tam pochowanych nawet więcej niż kilkuset naszych rodaków.

Jak mówi prof. Andrzej Kola z Instytutu Archeologii UMK w Toruniu który wraz z ukraińskimi archeologami oraz przedstawicielami Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa uczestniczył w oględzinach grodziska we Włodzimierzu, na podstawie wstępnych oględzin przedmiotów zalegających pomiędzy szczątkami można stwierdzić że są to głównie ofiary polskie. Prawdopodobnie z końca czerwca 1941 r., a więc okresu kiedy Niemcy uderzali na ZSRS.

Bez precyzyjnego datowania nie możemy z całą pewnością powiedzieć że są to ofiary z tzw. ukraińskiej listy katyńskiej. Mogą to tylko potwierdzić szczegółowe badania. Znamy przynajmniej częściowo lokalizację jamy grobowej, a szczątki są częściowo już odsłonięte. Teraz pozostaje określenie zasięgu grobu i przeprowadzenie metodycznej, pełnej ekshumacji – mówi Kola.

Na dalsze prace we Włodzimierzu Wołyńskim konieczne są pieniądze. Niewykluczone że obok już odkrytych jest tam znacznie więcej masowych grobów Polaków. Ich lokalizację i zasięg potwierdzą badania archeologiczne przeprowadzone polskimi metodami. To z kolei pozwoli na ustalenie programu dalszych prac ekshumacyjnych w tym miejscu.

Jak uważa prof. Kola – wstępne porozumienie z Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zakłada że rada częściowo sfinansuje eksplorację mogił we Włodzimierzu Wołyńskim z udziałem polskich ekspertów.

Ustaliliśmy wstępnie program współpracy. Zaproponowałem rozpoczęcie prac od połowy sierpnia do połowy września br., na co strona ukraińska przystała. Jeżeli ROPWiM wyrazi zgodę, wraz z grupą polskich archeologów która obecnie pracuje w Bykowni, w sierpniu będziemy mogli rozpocząć prace we Włodzimierzu Wołyńskim – zapowiada Kola.

Celem prac polskich archeologów i antropologów we współpracy z archeologami ukraińskimi będzie potwierdzenie ponad wszelką wątpliwość że są to szczątki polskich ofiar.

Na razie wszystko na to wskazuje ponieważ wśród wydobytych przedmiotów są polskie guziki wojskowe oraz polskie monety – mówi prof. Kola.

Według archeologów z Instytutu Archeologii Narodowej Akademii Nauk Ukrainy oględziny szczątków świadczą że ofiary zostały zabite strzałem w tył głowy, a ich ręce były skrępowane drutem kolczastym, co do złudzenia przypomina sposób mordu polskich oficerów w Katyniu.

Pilnego dofinansowania prac archeologiczno-ekshumacyjnych we Włodzimierzu Wołyńskim z zasobów rządowych oraz godnego pochowania spoczywających tam szczątków domagała się od premiera opozycja. Posłowie PiS w interpelacji do szefa rządu stwierdzili m.in. że koszty prac archeologicznych szacowane na mniej więcej 150 tys. zł strona polska jest w stanie wyasygnować bez kłopotu.

Apelujemy by premier osobiście zainteresował się tą sprawą. Owszem, fajnie jest pograć w piłkę, zrobić szumne otwarcie kolejnego orlika, tymczasem tysiące Polaków oczekuje na odpowiedź, gdzie znajdują się szczątki ich bliskich. Na ten cel państwo polskie musi znaleźć pieniądze. W końcu ci ludzie ginęli za Ojczyznęargumentuje Dariusz Seliga, wiceszef sejmowej Komisji Obrony Narodowej.

Stawia też on tezę że nic nie stoi na przeszkodzie by to polska armia, resort obrony podjęły się poszukiwań grobów polskich żołnierzy. Prace mogłaby objąć mecenatem jedna ze spółek Skarbu Państwa.

Skoro na stadion PGE Arena w Gdańsku – ośrodek premiera Tuska – za sam szyld Polska Grupa Energetyczna wpłaca ok. 35 mln zł to czy nie można znaleźć spółki Skarbu Państwa która pomoże sfinansować tak szczytne cele i zorganizować godny pochówek naszym rodakom? – postuluje poseł Seliga.

mk/nd /4.6.2011/

***

Katyński Marsz Cieni

Warszawa 2011, niedzielne popołudnie: przed pomnikiem Poległych i Pomordowanych na Wschodzie grupa jeńców polskich ze związanymi rękoma wchodzi pod wagon kolejowy z krzyżami. Ktoś narzuca na nią czarny kir, w oddali słychać strzały

Blisko 150 członków grup rekonstrukcyjnych, którzy wcielili się w rolę polskich jeńców zamordowanych w 1940 r. przez NKWD, czwarty raz przeszło wczoraj ulicami Warszawy w Katyńskim Marszu Cieni

– To wyjątkowy sposób na uczczenie ich pamięci – powiedział Jarosław Wróblewski, współorganizator imprezy, członek Grupy Historycznej Zgrupowanie Radosław

W ubiegłym roku szli po kwiatach, którymi usłana była trasa przejazdu konduktu z trumną prezydenta Lecha Kaczyńskiego. – Ci, którzy zginęli pod Smoleńskiem, będą już zawsze maszerować razem z nami – powiedział Wróblewski.

Marsz ruszył o godz. 15 sprzed Muzeum Wojska Polskiego. Punktem finalnym był pomnik Poległych i Pomordowanych na Wschodzie. Wzięło w nim udział ponad 20 historycznych grup rekonstrukcyjnych z całego kraju.

Przebrani w mundury z międzywojnia młodzi ludzie przeszli w skupieniu Nowym Światem, Krakowskim Przedmieściem, pod Barbakanem, ulicą Długą do placu Krasińskich i stamtąd do pomnika zwanego Golgotą Wschodu.

Podczas trzech postojów: przed kościołem Św. Krzyża, na pl. Zamkowym i na pl. Krasińskich, odczytywano fragmenty korespondencji z obozów w Kozielsku, Starobielsku, Ostaszkowie i zapisków odnalezionych w katyńskich dołach śmierci. Przywołano też kilkadziesiąt nazwisk osób z tzw. listy katyńskiej zamordowanych strzałem w potylicę i pogrzebanych w zbiorowych mogiłach w Katyniu, Charkowie i Miednoje. W trakcie wyczytywania kolejnych nazwisk przy tzw. kamieniu katyńskim na pl. Zamkowym spośród grupy jeńców wstawała kolejna osoba identyfikująca się z osobą z listy i stawiała przy kamieniu zapalony znicz. Obok idących żołnierzy szły też dzieci z sekcji Zawisza grupy Radosław, które rozdawały przechodniom repliki guzików katyńskich. Z kolumną polskich oficerów szli mieszkańcy stolicy, całymi rodzinami, z dziećmi.

Wszyscy na chwilę zatrzymali się przy tzw. Kanonii, domu w którym mieszkał śp. ks. prałat Zdzisław Jastrzębiec Peszkowski, kapelan Rodzin Katyńskich, rotmistrz, który cudem uniknął losu swoich kolegów w Katyniu i całe życie walczył o prawdę i zachowanie pamięci o ludobójstwie katyńskim.

Ulicami stolicy przejechał też oryginalny czarnyj woron (ros. czarny kruk, ptak zwiastujący nieszczęście). Tak nazywano charakterystyczny samochód, którym NKWD transportowało jeńców. Jego pojawienie się oznaczało areszt, wywózkę i śmierć w nieznanych okolicznościach i miejscu.

Strzały przed pomnikiem

Był taki szczególny moment wczorajszego marszu: po dojściu do pomnika Poległych i Pomordowanych na Wschodzie grupa ‘jeńców polskich’ ze związanymi rękoma weszła pod wagon kolejowy z krzyżami. Narzucono na nią czarny kir. W oddali słychać było rozlegające się strzały. Symbol śmierci polskich jeńców.

Patronat honorowy nad imprezą sprawowały Komitet Katyński oraz Fundacja Golgota Wschodu. – Ten marsz wtopił się w obchody katyńskie, jest ich częścią. To nasz drugi marsz. W roku ubiegłym Katyński Marsz Cieni był bardzo szczególny, nieśliśmy w sobie ból po tych, którzy zginęli w katastrofie pod Smoleńskiem oraz tych polskich oficerów, którzy zostali zamordowani przed 70 laty strzałem w tył głowy. W tym roku jest tak samo. Idąc w tym marszu pragniemy oddać hołd Polakom pomordowanym w Katyniu przez NKWD. Poległo tam wielu policjantów, także z województwa śląskiego. Nasza grupa odtwarza właśnie tę grupę. Oczywiście niesiemy w sobie także ból i pamięć o ofiarach katastrofy smoleńskiej – powiedział Michał Cieślik, współzałożyciel Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznej ‘Policja Województwa Śląskiego 1922-39’ z Gliwic.

– Od dawna interesuję się historią naszego kraju, dlatego założyliśmy z kolegą to stowarzyszenie, którego jestem współzałożycielem. Jest nas teraz ośmiu członków – dodał.

Przyszłam tu z mężem i z dziećmi: Martą i Stasiem. Mam nadzieję, że dzieci coś zapamiętają, że słowo Katyń nie będzie im potem obce – powiedziała pani Maria z Warszawy.

Niedzielną inscenizację zorganizowała Grupa Historyczna Zgrupowanie Radosław, przy współpracy IPN.

Instytut Pamięci Narodowej stara się angażować w imprezy edukacyjne. Taki cel ma bez wątpienia to przedsięwzięcie – Katyński Marsz Cieni. Dzięki zrealizowaniu idei tego marszu nie tylko warszawiacy, ale wszyscy Polacy będą pamiętać o rocznicy mordu na polskich oficerach, akurat w kwietniu, który jest miesiącem pamięci narodowej i w którym obchodzimy 71 rocznicę zbrodni katyńskiej – wyjaśnił Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN.

Ideą marszu jest przypomnienie i uczczenie polskich żołnierzy, policjantów, duchownych, wszystkich jeńców wojennych, zamordowanych w 1940 r. w Katyniu, Charkowie i Miednoje na polecenie najwyższych władz ZSRS – powiedział Jarosław Wróblewski, współorganizator Katyńskiego Marszu Cieni i członek Grupy Historycznej Zgrupowanie Radosław.

To milczący, pełen szacunku hołd, jaki oddajemy pomordowanym polskim oficerom. Emocje są wielkie. Wszyscy bardzo to przeżywamy i sporo nas kosztuje iść w kolumnie oficerów skazanych na śmierć. Dotyczy to zresztą nie tylko nas, idących we wrześniowych wojskowych mundurach i szynelach czy mundurach Polskiej Policji Państwowej, ale również tych kolegów, którzy wcielają się w rolę funkcjonariuszy NKWD. To wielkie emocje, widzimy jak wielu warszawiaków wzrusza się na widok idącej w ciszy kolumny polskich jeńców – dodał Wróblewski. Jak wspominał, ubiegłoroczny Katyński Marsz Cieni wyruszył 11 kwietnia, dzień po katastrofie smoleńskiej. Trasa marszu skrzyżowała się wówczas z trasą przejazdu z Okęcia do Pałacu Prezydenckiego konduktu z ciałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Szliśmy wtedy po kwiatach, które mieszkańcy stolicy rzucali na trasie konduktu. Ci którzy zginęli pod Smoleńskiem będą już zawsze iść razem z nami – dodał Wróblewski.

aa/nd /4.4.2011/

***

Nieśli pamięć o 20 tysiącach

Rozmowa z Tomaszem Karasińskim, komendantem Grupy Historycznej Zgrupowanie Radosław

Dlaczego organizuje i bierze pan udział w imprezie reaktywującej pamięć o zbrodni katyńskiej?

Każda tego typu inicjatywa jest potrzebna, szczególnie teraz, kiedy w mediach pojawiają się sugestie, że dużo osób nic wcześniej o Katyniu nie wiedziało. Moje pokolenie było faszerowane kłamstwem o zbrodni katyńskiej, wmawiano nam, że zrobili to hitlerowcy. Zresztą dziś jest podobnie – w Rosji cały czas podnoszą się głosy, że zrobili to Niemcy, że nie była to zbrodnia wobec ludzkości. Dlatego wydaje mi się, że każda inicjatywa która mówi o wielkiej eksterminacji Narodu Polskiego, która miała miejsce na Wschodzie, a o której wciąż mówi się za mało lub po prostu się ją fałszuje, jest potrzebna. Dziś mówi się że Katyń to nie było ludobójstwo, tak samo jak zamordowanie tysięcy Polaków deportowanych przez Sowietów na Wschód.

Marsz przebiega w całkowitym skupieniu i ciszy. To robi przejmujące wrażenie.

To symbolizuje ból, cierpienie, ale i dumę z tego, że się jest Polakiem. To ból za ponad 20 tysiącami przedstawicieli polskiej elity, która została nam zabrana w 1940 r. przez Sowietów. Marsz Cieni ma być wyrażeniem naszego szacunku dla ich pamięci. Niesiemy w nim pamięć ponad 20 tysięcy oficerów zamordowanych przez sowieckie NKWD, nie tylko w Katyniu, Charkowie, Miednoje, ale też w Twerze, Bykowni i wielu innych miejscach o których do dziś nie wiemy.

Rok temu marsz odbywał się dzień po katastrofie smoleńskiej. Szliście państwo po kwiatach rzucanych przed trumnę z ciałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Tamten marsz był bardzo szczególny. Zmieniliśmy wtedy jego formułę. Nikt z chłopców, którzy odtwarzają formację NKWD, nie odważył się ubrać w ten mundur. Szła tylko grupa identyfikująca się z polskimi jeńcami.

Dlaczego?

Żadnych argumentów ze strony tych chłopaków nie było. Katastrofa, jaka wydarzyła się 10 kwietnia, była jednak zbyt świeża, wiele rzeczy było niejasnych, było zbyt dużo niewiadomych, które zresztą powtarzają się do dziś i pewnie będą powtarzać się przez kolejnych 50-60 lat. Być może nigdy prawdy o 10 kwietnia się nie dowiemy. Chciałbym też przypomnieć że patronem ubiegłorocznego marszu był pan Czesław Cywiński, prezes Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, który zginął w tej katastrofie. Bardzo chciały być z nami także inne ofiary: pan Stefan Melak, przewodniczący Komitetu Katyńskiego i pani Katarzyna Piskorska, której ojciec zginął w Charkowie. Zapewniali nas że na pewno na Marsz Cieni zdążą wrócić. Nie wrócili. Właśnie ze względu na nich zdecydowaliśmy, że jednak ten marsz w roku ubiegłym powinien się odbyć.

Jakie macie przesłanie dla ludzi, którzy tego dnia mijają was na ulicy?

By zachowali pamięć o przedstawicielach polskiej elity, która zginęła od strzału w tył głowy. By pamiętali, że ta zbrodnia dokonana na Rzeczypospolitej, jaka została dokonana w 1940 r., nie została jeszcze rozliczona.

rozm. aa/nd /4.4.2011/

Kategoria Polska

Comments