Chciałem zrobić film o człowieku

Rozmowa z Pawłem Piterą, reżyserem Świadectwa

W ostatnich latach robi pan filmy wyłącznie o Janie Pawle II i Watykanie. Świadectwo jest kolejnym. Dlaczego wybrał pan właśnie tę tematykę? To spłacanie długu wobec wielkiego Polaka i wielkiego papieża, spełnienie jakiegoś obowiązku?

Spłacenie długu na pewno tak. Moje pokolenie, pięćdziesięciolatków, rzeczywiście jest Janowi Pawłowi II coś winne. Nie myślę tu w kategoriach teologicznych, ale społeczno-politycznych. Znaczenie Jana Pawła II dla lat osiemdziesiątych jest w ogóle nie do zmierzenia. On podtrzymał Solidarność w 1983 r., która była wtedy w bardzo złym stanie. Czerwonym się prawie udało. I zjawił się on, potężny biały anioł, i zaczął znowu zmieniać oblicze ziemi. Sześć lat później komunę diabli wzięli i jeżeli ktoś uważa, że Jan Paweł II nie miał ogromnego wpływu na to, co się działo w Polsce, to nie ma o czym gadać. Bo to tak, jak z dyskusją, czy słońce wstaje na wschodzie, czy zachodzie… To jest na pewno spłacanie długu. Poza tym, Jan Paweł II jest postacią, która każdego człowieka w jakiś sposób fascynuje. Jeżeli jest więc szansa zrealizować film o postaci, która fascynuje, o takim kolosie naszej historii, to po prostu trzeba to robić.


Jakie są pana wrażenia z premierowego pokazu Świadectwa w Watykanie?

Na pewno mało polskich reżyserów, łącznie z wielkimi autorytetami kina, miało premierę w obecności sześciu tysięcy widzów. A w Auli Pawła VI było właśnie tyle osób. Sam ten fakt już wystarczy, żeby lekko zatykało… Poza tym byłem autentycznie wzruszony, ale jednocześnie straszliwie spokojny, aż się sam sobie dziwiłem. Trzęsły mi się nogi, kiedy podchodziłem do papieża, który mi zresztą osobiście podziękował w swoim przemówieniu, co jest ponoć rzadkie.

Gdzie poza Polską film jest albo będzie pokazywany?

Film od początku był robiony z myślą o rynku amerykańskim. Takie było założenie producenta. Stąd Michael York, stąd już przygotowana wersja angielska. I to jest kierunek pierwszy. Toczą się już poważne rozmowy o zrobieniu wersji dla krajów hiszpańskojęzycznych, portugalskojęzycznych, francuskojęzycznych i włoskiej. Wiem też, że są jakieś rozmowy z dystrybutorami z Rosji.

Na czym najbardziej panu zależało, kiedy postanowił pan zrealizować ten film?

Trudno jest robić film o człowieku, który jest takim kolosem historii, a jednocześnie duchownym. Miałem możliwość robienia filmu o pontyfikacie, ale świadomie tego nie chciałem. Zrobiłem film o człowieku. Człowieku, który był papieżem, wcześniej księdzem, biskupem, kardynałem i który był taki, a nie inny. Zaś osią przewodnią było to, co mówi w filmie kard. Satnisław Dziwisz, który genialnie podał klucz do pontyfikatu Jana Pawła II i do Jana Pawła II jako człowieka. Kardynał powiedział: ‚Papież wyzwalał z lęku. I to było zwycięstwo’. Choćby te pierwsze słowa Jana Pawła II: Nie lękajcie się… Brak lęku przywraca godność. Jak się przywraca godność, to wtedy można mówić, że się spełnia człowieczeństwo człowieka. Człowiek musi mieć godność. Nie może jej sobie dać odebrać. Dopiero po godności jest ekumenizm, miłość i wszystkie uczucia. Jan Paweł II trafił w dziesiątkę. On powiedział jedną z najważniejszych rzeczy, jakie można było w drugiej połowie XX wieku powiedzieć: Nie lękajcie się. Papież zwalczył
strach i to było zwycięstwo. Wyzwalał ludzi z lęku. Ludzie, słuchając go, mogli uwierzyć w siebie, mogli odzyskać swoją godność, mogli po prostu wstać z kolan. To jest w nim najbardziej fascynujące. To nie jest przekaz wyłącznie religijny, prawda? Tylko jakiś interhumanistyczny. Przekaz jak najbardziej związany z człowiekiem jako takim. Nie z religią, czy antyreligią. To wielki humanistyczny przekaz skierowany praktycznie do każdego. I ja z tego zrobiłem oś filmu. Bo zrobiłem film po prostu o człowieku. Nie o pontyfikacie. Ale o tym, jakie Jan Paweł II miał przyzwyczajenia, w co wierzył, jak oceniał świat, czy miał dystans do rzeczywistości, czy nie, na ile był krytyczny wobec tego, wobec samego siebie i tak dalej. To nie jest film, który można rozpatrywać w kategoriach eklezjastycznych, teologicznych. Kino nie jest do teologii, filozofii. Jest do czego innego, co już 100 lat temu odkryli amerykańscy producenci. Ponieważ wierzę tu bardziej amerykańskim producentom, dawno już nie żyjącym, niż rodzimym autorytetom od filmu, świadomie nie robiłem filmu teologicznego, filozoficznego, ale film o człowieku. I chyba się udało.

Podstawą scenariusza jest książka Świadectwo dziennikarza, watykanisty, Gian Franco Svidercoschiego?

Nie. Mój wywiad z kard. Dziwiszem, mój i Svidercoschiego. Po pierwsze wywiad z kardynałem. Jeżeli już szeregować, to książka była taką sferą niebieską nad tym wszystkim. Podstawą, gruntem, na którym się to wszystko odbywało, był wywiad z kard. Dziwiszem. Książka analizuje problemy teologiczne, filozoficzne, socjologiczne i tak dalej. Natomiast kard. Dziwisz opowiadał o człowieku, przy którym był 40 lat. Opowiadał o tym, co papież jadł na pierwszą kolację, kiedy on został jego sekretarzem. Po 40 latach pamiętał doskonale, że to była kasza gryczana i jajko. Opowiadał o tym, co papież lubił, czego nie lubił, jak spędzał wolny czas, co dla niego było najważniejsze. Kardynał bardzo mało mówi o sobie. Wydaje mi się, że ma on bardzo podobny do Wojtyły życiorys. Pochodzi z tego samego regionu, zdarzały mu się podobne przypadki, jak Wojtyle.

Podobno z kard. Dziwiszem współpracowało się panu znakomicie?

Tak. Kardynał jest znakomitym opowiadaczem, on świetnie opowiada, nie boi się opowiadać. I ma poczucie humoru. W filmie jest mnóstwo anegdotek, które nawet w Rzymie wśród tych 6 tys. ludzi na premierze, wywoływały śmiech, czy oklaski. Współpraca nam się niewątpliwie udała i miło ją wspominam, te kilkadziesiąt godzin rozmów z kardynałem.

Przyjemnością była też chyba współpraca z wybranym do roli narratora Yorkiem, człowiekiem bardzo dobrze wykształconym, absolwentem historii literatury na Oksfordzie?

Tak. Po miesiącu pracy z Yorkiem mogę z pewnym wesołym dystansem wspominać współpracę z różnymi polskimi gwiazdami. Spotkałem faceta, który ma coś do powiedzenia, który czyta i jest gruntownie wykształcony, na jednym z najlepszych uniwersytetów świata. Wytwarzała się więc dyskusja dwóch gości, którzy mieli pewne kwantum wiedzy. Poza tym York jest absolutnie profesjonalny. On jest o ósmej rano na planie, gotowy, wypoczęty, świeży i z tego planu schodzi o ósmej wieczorem. Był 12 godzin do dyspozycji. Nie narzekał, nie robił scen, hec, nie ma much w nosie, on tworzy film. Zastanawialiśmy się nad postacią dla niego i doszliśmy do wniosku, że on będzie po prostu sobą, Michaelem Yorkiem, narratorem w tym filmie. Jego teksty były chyba bardziej jego niż scenarzystów, ze znakomitym skutkiem dla filmu. York też ogromnie mi pomógł, bo potrafił znakomicie ocenić, co amerykański widz zrozumie, a czego nie, co trzeba dopowiedzieć i tak dalej.

W jednym z wywiadów mówi pan, że film nie jest ani dokumentem, ani jakąś formą fabularyzowaną. Czym więc jest?

Właśnie sam nie wiem. Jest sfabularyzowanym dokumentem, albo dokumentalizowaną fabułą. Nie wiem. Jest duża szansa dla licznych absolwentów wydziałów filmologii polskich uniwersytetów. Niech ktoś to zakwalifikuje. Nie jestem typem intelektualisty, więc dywagacje na temat przynależności gatunkowej dzieła zostawiam innym. Ja zajmuję się teraz robieniem filmów.

Gdzie były kręcone zdjęcia?

Główne miejsca to Wadowice, Kraków i Rzym. Poza tym wiele innych miejsc, jak Berlin, cała Polska.

Praca nad filmem trwała około roku?

Tak. Od pisania scenariusza do momentu, w którym rozmawiamy, minął rok z kawałkiem. Może to się komuś wydać długo, ale powiedziałbym, że to w sam raz. A można by jeszcze dłużej nad nim pracować, by dokładniej obejrzeć wszystkie archiwa, ale to mogłoby trwać w nieskończoność. Kiedyś trzeba było sobie powiedzieć: stop.

Co było najtrudniejsze?

Zrównoważenie elementów dokumentalnych i fabularyzowanych. Znalezienie tego balansu, gdzie odtwarzamy, a gdzie idziemy w materiały archiwalne. To na etapie przygotowań. Po drugie, znalezienie ludzi, którzy fotografowani od tyłu, bo ja nie pokazuję twarzy papieża, przypominają postaci historyczne. Znaleźliśmy chłopaka, który tak przypominał młodego Dziwisza, że wszyscy mówili: O rany, młody Dziwisz. Bliźniaczo podobny. Kardynał Dziwisz był tym ubawiony. Po trzecie, zdjęcia w Rzymie z Yorkiem, w sensie produkcyjnym.

Z czego jest pan najbardziej zadowolony, czy dumny?

Z tego, że udało się zrobić film o człowieku. Po prostu o tym, jaki Wojtyła był, jaki był Jan Paweł II. Co było dla niego ważne, a co nie. Co lubił, czego nie. Co robił, czego nie. Z tego jestem dumny. Bo film posługuje się prostymi pojęciami. To było zamierzone. Nie chciałem robić intelektualnej, filozoficznej, teologicznej analizy postaci papieża, czy pontyfikatu. Kino nie służy do tego. Od tego są książki.

Świadectwo to najważniejszy pana film?

Nie lubię tego pytania, bo dla reżysera każdy film jest ważny. Do każdego trzeba się przyłożyć. Żeby go ludzie oglądali. Bo jeżeli filmu nikt nie chcę oglądać, to nie jest to film. Teatr w którym na widowni siedzi dziesięć osób nie jest teatrem. Sztuki i filmy robi się dla widzów.

Jeżeli chodzi o frekwencję w kinach, to docierają do pana jakieś informacje?

Opieram się na oficjalnych danych, informacjom z fachowych portali i opiniom ludzi, którzy się na tym znają. Wynika z nich, że frekwencja jest znakomita. W pierwszy weekend film obejrzało 150 tysięcy osób, a w następne cztery dni tygodnia było to między 25, a 30 tysięcy. Jak na film, gdzie nie ganiają się, nie strzelają, nie ma animacji 3D, to sądzę, że jest nieźle.

Jest pan rodowitym warszawiakiem. Jak pan wspomina pielgrzymki Jana Pawła II?

Wspominam je tak, jak jest w filmie. Skupiłem się na dwóch pierwszych. Pierwsza była po prostu szokiem. Oglądało się ją, jak coś, co się nie miało prawa zdarzyć… To było pierwsze wrażenie. A tę w 1983 r. postrzegałem w kategoriach przede wszystkim politycznych. Widziałem kogoś, kto ratuje kraj.

Pana żona jest znaną działaczką partyjną. Jak to jest mieć żonę działającą w polityce? Ma pan duży wpływ na karierę żony?

Nie działaczka partyjna, ale polityk, żona polityk. O moim wpływie na karierę żony dywagowała kiedyś dziennikarka Rzeczpospolitej. Ja nie mam wpływu na karierę mojej żony, mają go natomiast wyborcy…. Tak się dzieje w państwie demokratycznym. Jesteśmy normalnym małżeństwem, które dobrze się trzyma od trzydziestu paru lat. Nauczyliśmy się żyć w tych karierach, które dla siebie wybraliśmy. Ja muszę jeździć po Polsce, bo między poważnymi filmami robię w teatrach komedie. Taki płodozmian artystyczny jest bardzo dobry na myślenie. Robiłem to także wtedy, kiedy żona nie była politykiem. Teraz jest politykiem, ministrem, posłanką. Ale można sobie życie tak ułożyć, żeby to się uzupełniało, a także sprawiało frajdę.

Rozmawiał Cezary Dąbrowski

Kategoria Wiara

Comments