20 lat temu zginęła Wanda Rutkiewicz

Wanda Rutkiewicz planowała powrót do domu w maju. Nie wróciła. Ostatni raz widział ją 12 maja 1992 r. meksykański alpinista Carlos Carsolio – 300 m przed szczytem Kanczendzongi /8586 m/. Miała 49 lat

„Kiedy nad nami jest już tylko niebo wszystko widać ostrzej. Nie ma półprawd, nie ma półtonów. Wszystko jest czarne albo białe, zimne albo gorące. Albo się przeżyje albo umiera” – mówiła Polakom na Litwie, gdzie w niedużej miejscowości Płungiany na Żmudzi urodziła się 4 lutego 1943 r.

Rutkiewicz studiowała na Politechnice Wrocławskiej; z dyplomem inżyniera-elektronika pracowała w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych. Później przeniosła się do Warszawy.

W czasach licealnych zapowiadała się na świetną siatkarkę, grała w I lidze, kandydowała do kadry narodowej. Poświęciła się jednak wspinaczce. Jej osiągnięcia stawiają ją w gronie najlepszych himalaistek w historii. Jako pierwsza z polskich alpinistów zdobyła Mount Everest /8850 m/ i K2 /8611/. Na K2 była pierwszą kobietą na świecie. W sumie wspięła się na osiem ośmiotysięczników.

12 maja 1992 r. wyruszyła o świcie z obozu IV na 7950 m z meksykańskim partnerem Carsolio, który po dwunastogodzinnej wspinaczce w głębokim śniegu stanął na wierzchołku Kanczendzongi. Schodząc napotkał Rutkiewicz na wysokości ponad 8200 m. Mimo braku sprzętu biwakowego zdecydowała się przeczekać noc i kontynuować wejście następnego dnia. Jej ciała nie odnaleziono.

Ogrom i skomplikowana budowa masywu Kanczendzongi wymagają od alpinistów znakomitej kondycji i orientacji w terenie. Górę zdobyło dotychczas blisko 230 osób, a na jej zboczach zginęło ponad 50.

„Wspinaczka wysokogórska niesie ze sobą cierpienia fizyczne i psychiczne. Równocześnie daje poczucie własnej wartości, jest próbą charakteru, spełnieniem potrzeby ryzyka którego nie lubię, ale bez którego nie potrafię się obejść. Kontakt z groźną przyrodą, bo góry nie lubią być deptane, niebywałe doznania intelektualne i estetyczne które przeżywa się tam wysoko. Wszystko to jest mi potrzebne do życia. Wspinaczka jest dla mnie rodzajem twórczości jaką uprawiam” – mówiła Rutkiewicz w jednym z wywiadów.

11-12 maja w Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie /Centrum Olimpijskie im. Jana Pawła II przy ul. Wybrzeże Gdyńskie/ odbył się XIX Przegląd Filmów Alpinistycznych im. Wandy Rutkiewicz.

amk/pap /12.V.2013/

***

Dwie Polki na Lhotse

25 maja Kinga Baranowska zdobyła swój ósmy ośmiotysięcznik – Lhotse /8516 m/, a 1 czerwca wylądowała na Okęciu. Z Warszawy nasza himalaistka udała się na ukochane Kaszuby, gdzie odpoczywa po trudach wyprawy

W Warszawie Kingę Baranowską przywitał deszcz, ale także gratulacje i ciepłe słowa. ‚Jestem po 25 godzinach lotu. Wczoraj, kiedy wylatywałam był 40 stopniowy upał. A tydzień wcześniej było -40, więc na polskie 13 stopni nie narzekam. Nie czytałam wszystkich wpisów i komentarzy, ale były mi przekazywane telefonicznie. Dziękuję bardzo za zagrzewanie do walki’

Okazało się m.in. że dzięki Lhotse Kinga inaczej spojrzała na… Everest.

Z Lhotse jest wspaniały widok na Mount Everest który jako taki nigdy mi się nie podobał, ponieważ ma bardzo niefajną legendę. Ale oglądając go z Lhotse pierwszy raz się zachwyciłam. Jest przepiękną piramidą, pod zupełnie innym kątem się na niego patrzy ze szczytu Lhotse. Pierwszy raz zaczęłam myśleć o Evereście.

Kinga powiedziała że jest tam obecnie ogromny tłok. Swój sukces zadedykowała Jerzemu Kukuczce, który w 1989 r. zginął podczas wspinaczki na południowej ścianie Lhotse. Ta wysoka na 3300 m ściana do dziś uważana jest za jedną z najtrudniejszych.

Dla przypomnienia – Kinga Baranowska i Paweł Michalski pierwszy atak szczytowy przeprowadzili 19 maja. Zamierzali wejść na Lhotse zachodnią ścianą, drogą klasyczną, jednak trudne warunki pogodowe nie pozwoliły wówczas Polakom na zdobycie wierzchołka. Musieli zawrócić ok. 300 m od niego, z wysokości 8200.

Za pierwszym razem popełniliśmy kilka błędów. Za późno wyszliśmy. By uniknąć odmrożeń wyszliśmy rano, a nie w nocy i optymistycznie założyliśmy że to będzie bardzo krótko trwało, natomiast wcale tak nie było. Szliśmy długo i po południu byliśmy dopiero w połowie drogi.

Po zejściu do bazy Paweł podjął trudną decyzję o powrocie do Polski. Nie czuł się bowiem na siłach by raz jeszcze szturmować ośmiotysięcznik. Kinga zdecydowała się więc samotnie kontynuować akcję.

– Zostawiłam sobie plan B, a wszystkie rzeczy na górze. Cały czas wierzyłam że to niemożliwe by tak odpuścić od razu. Następne okno pogodowe miało być już za 5 dni. Kiedy powiedziałam o tym pomyśle Pawłowi to popukał się w głowę i powiedział: zapomnij. Ja nie mogłam się tak po prostu pożegnać.

Po zaledwie dwudniowym odpoczynku w bazie od razu wspięła się do obozu trzeciego na wysokości 7200 m. Następnego dnia kontynuowała wspinaczkę do obozu IV na 7800 m. Stamtąd mimo trudnych warunków: bardzo silnego wiatru i sporego zimna, 25 maja o pierwszej w nocy czasu nepalskiego przystąpiła do ataku szczytowego. Tego samego dnia o godz. 10 rano czasu nepalskiego (6 rano polskiego) jako trzecia Polka w historii weszła na szczyt Lhotse w czystym stylu, bez używania dodatkowego tlenu z butli i pomocy Szerpów.

Himalaistka nie ukrywa że to wejście kosztowało ją wiele wysiłku. Jej organizm nie zdążył się w pełni zregenerować po pierwszej, nieudanej próbie ataku i krótkim pobycie w bazie, jednakże czuła że ma wystarczający zapas rezerw i siły, by podjąć ponowny, bezpieczny atak. Tak też się stało i zaledwie po paru dniach Kinga ponownie znalazła się powyżej 8 tys. m stając na szczycie Lhotse bez użycia tlenu z butli. Pod szczytem spotkała też inną Polkę – Annę Lichotę, która tego samego dnia również zdobyła Lhotse. – Umówiłyśmy się na kawę. To bardzo pozytywna i miła osoba.

Lhotse (8516 m) to czwarty co do wysokości szczyt świata, wznoszący się w Himalajach Wysokich, na granicy Nepalu i Chin; zaliczany do tzw. wysokich ośmiotysięczników. Lhotse to po tybetańsku ‚Południowy Szczyt’, znajduje się bowiem na południe od Everestu i jest oddzielony od niego Przełęczą Południową (South Cool). Szczyt pierwszy raz został zdobyty w 1956 r. przez ekspedycję szwajcarską.

Pierwsze polskie wejście miało miejsce w 1979 r. (Jurek Kukuczka, Andrzej Czok, Andrzej Heinrich i Janusz Skorek), zaś pierwszego wejścia zimowego dokonał Krzysztof Wielicki w 1988 r.

/goryksiazek.pl/Himalaiści/ /1.VI.2012/

***

Kinga Baranowska zdobyła Lhotse

Kinga Baranowska weszła w piątek na czwarty szczyt świata Lhotse (8516 m) w Himalajach. To ósmy ośmiotysięcznik zdobyty przez 26-letnią Polkę. Teraz czeka ją trudne zejście do bazy

Prowadzona w ciężkich warunkach pogodowych wyprawa była dedykowała Jerzemu Kukuczce, który spoczywa w lodowej szczelinie na Lhotse. Wybitny himalaista zginął na wysokości 8300 m 24 października 1989 r. W wyniku pęknięcia liny spadł w dwukilometrową przepaść

Lhotse – z języka tybetańskiego Południowy Szczyt – pierwszy raz został zdobyty 56 lat temu – 18 maja 1956 r. przez Szwajcarów Fritza Luchsingera (zaginął na ośmiotysięczniku Sziszapangma w 1983 r.) i Ernsta Reissa (zmarł 3 sierpnia 2010 r.). Dotychczas na wierzchołku stanęło zaledwie nieco ponad stu alpinistów.

Pierwszego polskiego wejścia dokonali 4 października 1979 r. Kukuczka, Andrzej Czok, Andrzej Heinrich i Janusz Skorek.

Urodzona w Wejherowie, ale mieszkająca w Warszawie, Baranowska pierwszy ośmiotysięcznik zdobyła w 2003 r. – Czo Oju na granicy Tybetu i Nepalu. Jako pierwsza Polka stanęła na Dhaulagiri, Manaslu i Kanczendzondze.

pap /25.V.2012/

***

Czternaście godzin szczęścia

Artur Hajzer, kierownik wyprawy na niezdobyty do niedawna zimą wierzchołek Gasherbrum I (8068 m) w Karakorum, na którym 9 marca stanęli mieszkający w Krakowie 28-letni Adam Bielecki z Tychów i 43-letni Janusz Gołąb z Gliwic, powiedział że na okno pogodowe trzeba było wtedy czekać ponad 40 dni

Ekspedycja założyła bazę na wysokości 5030 m (zajmowała się nią 33-letnia Agnieszka, siostra Bieleckiego), 21 stycznia. Szczyt został zdobyty 49 dnia. Bielecki i Gołąb finalny atak od strony północno-zachodniej, bez użycia butli z tlenem, rozpoczęli z obozu trzeciego na 7040 m

W tym samym czasie na wierzchołek wspinali się zupełnie nową drogą, od strony południowej, Austriak Gerfried Goeschl, Szwajcar Cedric Hahlen i Pakistańczyk Nisar Hussain. Ostatni raz kontakt z nimi nawiązano przez telefon satelitarny 9 marca, kiedy znajdowali się 450 m od szczytu. 19 marca pakistańskie służby zaprzestały poszukiwań tych trzech uczestników międzynarodowej wyprawy.

Artur Hajzer nie ukrywał że uczestnikom wyprawy sprzyjało pogodowe szczęście. ‘To szczęście było bardzo krótkie, trwało zaledwie 14 godzin. Tylko w takim czasie można było podjąć, bez większego ryzyka że zostanie się zdmuchniętym, wejście i zejście z góry. Patrzyliśmy również jakie panowały warunki wcześniej, kiedy zaczęła się kalendarzowa zima. Były zerowe, w sumie przez prawie trzy miesiące’ – powiedział mieszkający w Mikołowie 49-letni Hajzer, inicjator i animator projektu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015.

Przypomniał on że z 23 zimowych wypraw jakie w ogóle dotarły do Karakorum, tylko dwie zakończyły się sukcesem. W lutym ubiegłego roku Włoch Simone Moro z Kazachem Denisem Urubko i Amerykaninem Corym Richardsem stanęli na Gasherbrumie II (8035 m), a 9 marca Bielecki i Gołąb na Gasherbrumie I.

Na dziewięć z 14 ośmiotysięczników jako pierwsi wspięli się Polacy, w tym na jeden z Włochem Simone Moro. Niezdobyte pozostały jeszcze trzy góry: Broad Peak (8047 m), Nanga Parbat (8126 m) i K2 (8611 m). Wszystkie leżą na terenie Pakistanu.

Ministerstwo Sportu przeznaczyło na wyprawę 147 tys. zł, w tym 25 tys. na sprzęt.

W przyszłym roku pod uwagę brana jest próba zdobycia Broad Peak, a kierownikiem ekspedycji został 62-letni Krzysztof Wielicki. 17 lutego 1980 r. on z Leszkiem Cichym jako pierwsi zdobyli zimą Mount Everest (8850 m).

pap /2.IV.2012/

***

Gasherbrum I i jej ofiary

Pakistańskie służby zaprzestały w poniedziałek poszukiwań trzech himalaistów – Szwajcara, Austriaka i Pakistańczyka – którzy rywalizowali z polską wyprawą o to kto pierwszy wejdzie zimą na szczyt Gasherbrum I (8068 m) w Karakorum

9 marca górę zdobyli 28-letni Adam Bielecki z Tychów i 43-letni Janusz Gołąb z Gliwic. 15 marca ewakuował ich wojskowy helikopter, ponieważ z powodu odmrożeń sami nie byli w stanie zejść z bazy na wysokości 5 tys. metrów

Śmigłowce wiele dni poszukiwały również trzech zaginionych himalaistów międzynarodowej wyprawy: Austriaka Gerfrieda Goeschla (kierownik), Szwajcara Cedrica Hahlena oraz Pakistańczyka Nisara Hussaina.

Atakowali oni górę od strony południowej zupełnie nową drogą. Natomiast Bielecki i Gołąb, wspierani przez 49-letniego Artura Hajzera z Mikołowa, podążali tzw. drogą japońską od strony północno-zachodniej, którą miał schodzić ze szczytu zespół Goeschla.

Ostatni raz kontakt z Austriakiem, Szwajcarem i Pakistańczykiem nawiązano przez telefon satelitarny 9 marca, kiedy znajdowali sie 450 metrów poniżej szczytu. Prowadzoną w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych akcję ratowniczą przerwano w poniedziałek.

NIESTETY NIE MA JUŻ NADZIEI NA ODNALEZIENIE ICH ŻYWYCH – powiedział agencji AFP płk Ahmed Manzoor, szef pakistańskiego klubu wysokogórskiego.

pap /19.III.2012/

***

Helikopter uratował Polaków

Adama Bieleckiego i Janusza Gołąba, którzy 9 marca jako pierwsi zdobyli zimą Gasherbrum I (8068 m) w Karakorum, zabrał w czwartek z bazy do Skardu wojskowy helikopter. Zdaniem lekarza, z powodu odmrożeń jakich doznali, było niewskazane schodzenie po lodowcu

Na helikopter czekano od niedzieli, ale przylot uniemożliwiała pogoda. Dopiero dziś warunki poprawiły się na tyle że wylądowały dwa. Wcześniej odbyły lot na wysokości ok. 6700 m w poszukiwaniu trzech zaginionych alpinistów międzynarodowej wyprawy. Niestety, piloci nie dostrzegli żadnych śladów

9 marca górę od strony południowej atakowali zupełnie nową drogą: Austriak Gerfried Goeschl (kierownik), Szwajcar Cedric Hahlen oraz Pakistańczyk Nisar Hussain. Natomiast 28-letni Bielecki z Tychów i 43-letni Gołąb z Gliwic, wspierani przez 49-letniego Artura Hajzera z Mikołowa, wspinali się tzw. drogą japońską od strony północno-zachodniej, którą miał schodzić ze szczytu zespół Goeschla.

Piloci wpatrywali się zarówno w jedną, jak i drugą drogę. We wtorek do obozu I wyszło dwóch wspinających się tragarzy pakistańskich. Tam spędzili noc i zamierzali iść do ‘dwójki’ na 6700 m. Jednak bardzo trudne warunki – ograniczona widoczność i porywisty wiatr – zmusiły ich do odwrotu.

Oni również nie natknęli się na żaden ślad. W tej smutnej i przykrej sytuacji brat Goeschla, który ze Skardu koordynował akcją poszukiwawczą, podjął decyzję o jej zakończeniu – poinformowała zajmująca się bazą wyprawy u podnóża Gasherbrum I na lodowcu Abruzzi (5030 m) Agnieszka Bielecka, siostra Adama.

Uczestnicy narodowej ekspedycji dzielili bazę z alpinistami międzynarodowej wyprawy, w składzie której są także Polacy – operator filmowy, 52-letni Dariusz Załuski i 34-letnia Tamara Styś, która w 2006 r. zdobyła swój pierwszy ośmiotysięcznik – Gasherbrum II. Razem z Baskiem Aleksem Txikonem również podjęła próbę wejścia na wierzchołek Gasherbruma I. Oboje doznali odmrożeń i zawrócili z wysokości 7200 m z powodu pogarszających się warunków. W czwartek Styś zabrał helikopter, natomiast Txikon pozostał w bazie, poczuwając się w obowiązku włączenia się w misję ratowniczą.

W poniedziałek Załuski i Bielecka wyruszyli w stronę obozu I, dokąd ewentualnie mogła dotrzeć trójka zaginionych alpinistów. Jednak fatalna pogoda uniemożliwiła im dojście.

Wielka tragedia, znaliśmy się bardzo dobrze, można rzec że byli naszymi przyjaciółmi. Byli to mocni wspinacze, doświadczeni, z którymi nic złego nie mogło się wydarzyć. A jednak… – powiedział Załuski, mający w dorobku wiele międzynarodowych nagród i wyróżnień na festiwalach filmów górskich. Jest dziewiątym Polakiem w historii i pierwszym od 1996 r., któremu (w sierpniu ubiegłego roku) udało się stanąć na drugim co do wysokości szczycie Ziemi K2 (8611 m).

Zdobycie K2 okupiłem odmrożeniem palców w stopach. Na szczęście rany się zagoiły, ale – jak się tu okazało – organizm nie w pełni się zregenerował. Ogarnęło mnie totalne wyczerpanie, wycieńczenie i nie byłem w stanie wspinać się na Gasherbrum I tak, jak zamierzałem – dodał absolwent Politechniki Warszawskiej.

Bielecki, Gołąb oraz Styś w najbliższej większej miejscowości – Skardu na wysokości 2230 m – spędzili prawdopodobnie kilka dni. – Mieliśmy z nimi ograniczony kontakt, ale z pewnością trafili do miejscowego szpitala – powiedziała Bielecka.

Dr Robert Szymczak, specjalista medycyny górskiej, który jest konsultantem polskiej wyprawy, powiedział że w Skardu jest wojskowy szpital, ale – jego zdaniem – zdobywcy Gasherbruma I nie wymagają hospitalizacji. – Na pewno muszą kontynuować terapię i pilnować by nie doszło do zakażenia. Doradzę im by jak najszybciej wracali do Polski.

Hajzer poinformował że Gołąb ma odmrożenia nosa drugiego stopnia, na samym czubku dochodzą do trzeciego, zaś Bielecki ma odmrożony nos drugiego stopnia, w tym samym stopniu odmrożony jest paluch jego lewej nogi.

Pięciodniowe zejście z bazy zimą w długim na 80 km lodowcu Baltoro mogłoby doprowadzić do ponownych odmrożeń, co w efekcie skończyłoby się trwałym uszczerbkiem na zdrowiu. Ponadto, podczas pieszego przejścia mogłoby dojść do obtarć i infekcji. Dlatego tak bardzo zależało nam, by jak najszybciej mogli być zabrani przez helikopter – powiedział kierownik wyprawy.

Na dziewięć spośród 14 ośmiotysięczników jako pierwsi wspięli się zimą Polacy, w tym na jeden z Włochem Simone Moro. Niezdobyte o tej porze roku pozostają wciąż trzy góry: Broad Peak (8047 m), Nanga Parbat (8126 m) i K2 (8611 m). Wszystkie na terenie Pakistanu.

pap /15.III.2012/

***

Zdobyli Gasherbrum I zimą!

9 marca 2012 r. ok. godziny 8:30 czasu lokalnego Adam Bielecki i Janusz Gołąb dokonali pierwszego zimowego wejścia na Gasherbrum I (8068m n.p.m.) w Karakorum, w Pakistanie – poinformował serwis polskihimalaizmzimowy.pl

Wejście odbyło się tak zwaną drogą japońską od strony północno-zachodniej. Zdobywcy dokonali wejścia bez użycia aparatury tlenowej. Wyprawa założyła bazę 21 stycznia 2012 r., szczyt został zdobyty 49 dnia od rozpoczęcia akcji górskiej. Wejście jest drugim w historii zimowym wejściem na ośmiotysięcznik w Karakorum. Kierownikiem wyprawy był Artur Hajzer, a kierownikiem bazy alpinistka Agnieszka Bielecka. Ponadto wyprawa korzystała z pomocy dwóch wspinaczy pakistańskich (Ali Sadpara oraz Shaheen Baig).

Pierwsze zimowe wejścia na ośmiotysięczniki:

Mount Everest (8848 m) – 17 lutego 1980 r. – Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy. Narodową wyprawę poprowadził Andrzej Zawada
Manaslu (8156 m) – 12 stycznia 1984 r. – Maciej Berbeka i Ryszard Gajewski. Kierownikiem zakopiańskiej wyprawy był Lech Korniszewski
Dhaulagiri (8167 m) – 21 stycznia 1985 r. – Andrzej Czok i Jerzy Kukuczka. Wyprawą Gliwickiego Klubu Wysokogórskiego kierował Adam Bilczewski
Cho Oyo (8153 m) – 12 lutego 1985 r. – Maciej Berbeka i Maciej Pawlikowski. Kierownikiem polsko-kanadyjskiej wyprawy był Andrzej Zawada. Trzy dni później tą samą drogą weszli: Zygmunt Heinrich i Jerzy Kukuczka
Kangczendzonga – (8598 m) – 11 stycznia 1986 r. – Krzysztof Wielicki i Jerzy Kukuczka. Kierownikiem wyprawy Gliwickiego Klubu Wysokogórskiego był Andrzej Machnik
Annapurna (8091 m) – 3 lutego 1987 r. – Artur Hajzer i Jerzy Kukuczka (kierownik wyprawy)
Lhotse (8511 m) – 31 grudnia 1988 r. – w noc sylwestrową stanął na szczycie Krzysztof Wielicki. Kierownikiem polsko-belgijsko wyprawy był Andrzej Zawada
Shisha Pangma (8027 m) – 15 stycznia 2005 r. – Piotr Morawski i Simone Moro (Włochy). Kierownik wyprawy – Jan Szulc
Makalu (8463 m) – 9 lutego 2009 r. – Simone Moro (Włochy) i Denis Urubko (Kazachstan)
Gasherbrum II (8036 m) – 2 lutego 2011 r. – Simone Moro (Włochy), Denis Urubko (Kazachstan), Cory Richards (USA)
Gasherbrum I (8068 m) – 9 marca 2012 r. – Adam Bielecki, Janusz Gołąb

polskihimalaizmzimowy/wspinanie /9.III.2012/

***

Ludzie gór witają się stojąc

Jest czerwiec 1979 r. Ojciec Święty przyjechał do kraju. Na jego spotkanie wychodzą tysiące ludzi. Wśród nich jest ktoś kto pragnie mu wręczyć wyjątkowy upominek

Nosiła w sobie to marzenie od wielu miesięcy. Spotkać się z Papieżem, wręczyć mu kamyk z najwyższej góry świata

Czy to zbieg okoliczności że w dniu kiedy weszła na szczyt najwyższej góry świata – kardynałowie w Kaplicy Sykstyńskiej wskazali na polskiego kardynała z Krakowa?

16 października 1978 r. Wandę Rutkiewicz i Karola Wojtyłę dzieliły tysiące kilometrów, teraz, dziewięć miesięcy później, Papież był niemal w zasięgu ręki. Kilka dni temu zaczęła się jego pielgrzymka do Polski, przyleciał do Warszawy, gdzie i ona mieszkała. Nie wiedziała jednak jak mogłaby się do niego zbliżyć. W niedzielę 3 czerwca Jan Paweł II opuścił stolicę, poleciał do Gniezna, a stamtąd do Częstochowy. Wczoraj wieczorem wylądował w Krakowie. Pielgrzymka przekroczyła półmetek. Jeszcze trzy dni i Polska pożegna Ojca Świętego.

Zadzwonił telefon.

Halo? – zapytała.

Wanda?to był dziennikarz telewizji krakowskiej, Zbigniew Święch. – Pakuj kamyk w eleganckie etui, zakładaj tę swoją kremową sukienkę i przyjeżdżaj do Krakowa. Papież chce się z tobą spotkać.

Zdumienie to za mało, by opisać jej reakcję na tę wiadomość. Ledwo zdołała ochłonąć, telefon zadzwonił drugi raz. Tym razem usłyszała głos sekretarki prezesa Rady Państwa – Henryka Jabłońskiego, a zarazem znajomej obrotnego dziennikarza. Święch poprosił ją by załatwiła Wandzie przepustkę na wjazd do Krakowa.

Lada moment będzie u pani oficer BOR-u z potrzebnymi papierami – uprzedziła sekretarka.

Wanda Rutkiewicz, najsłynniejsza polska himalaistka, pierwsza w historii kobieta która weszła na szczyt Mount Everestu, zaczęła zbierać się do podróży z Warszawy do Krakowa.

Później Święch opowie jej jak wpadł na wariacki pomysł w wieczór przylotu Papieża do Krakowa, jak poprosił o pomoc dominikanina Konrada Hejmę i dostał od niego wiadomość że Ojciec Święty jest zachwycony możliwością spotkania z Wandą.

Dotarła do Krakowa w sobotę. Zbyszek powitał ją rozpromieniony.

Jutro – powiedział. – Przyjmie nas tuż przed odjazdem.

Wieczorem poszli pod kurię obleganą przez rzesze młodych ludzi. Papież był obok, w bazylice Franciszkanów, gdzie słuchał oratorium Henryka Mikołaja Góreckiego ‘Beatus vir’ (Błogosławiony mąż) o świętym Stanisławie. Potem wrócił do siebie. Około dziesiątej wieczorem w oknie nad bramą kurii zamajaczyła biała postać. Rozległ się ogromny aplauz.

Podczas jutrzejszego spotkania na Błoniach będziecie drzemać – ostrzegł żartobliwie Papież i pobłogosławił zgromadzonych. Za chwilę znikł.

Drugi raz znaleźli się w tym miejscu następnego dnia wczesnym popołudniem.

Ależ mam tremę – powiedziała Zbyszkowi, gdy dyrektor Radia Watykańskiego wprowadził ich do środka.

Daj spokój. Wchodząc na Everest, nie bałaś się, a teraz cię strach obleciał?

Zobaczyli schodzącego po schodach Prymasa Wyszyńskiego. Wyglądał dostojnie, ale powitał ich promiennym uśmiechem.

Ojciec Święty bardzo się cieszy na to spotkanie – powiedział. – Czy państwo oboje byli na Mount Evereście?

Skądże, tylko Wanda – odparł Święch.

Prymas pożegnał ich, zapewniając że Papież pojawi się lada chwila. Patrzyli z napięciem na schody. W pewnej chwili zobaczyli go. Schodził szybko w dół, trzymając sutannę w ręku by nie zaplątać się w jej fałdy. Na widok Wandy puścił suknię i rozpostarł szeroko ręce.

Zatrzymał się na chwilę obok krucyfiksu który z szacunkiem ucałował. Rutkiewicz padła na kolana. Jan Paweł II podszedł bliżej, schylił się lekko i chwytając ją pod łokcie, uniósł do góry.

– Pani Wando, ludzie gór witają się, stojąc – powiedział. – Dobry Bóg sprawił że nam obojgu tego samego dnia udało się wejść tak wysoko. Czy pani była sama na Mount Evereście?

Najwyższych szczytów nie zdobywa się samotnie – odpowiedziała.

Coś mi na ten temat wiadomo.

Otworzyła etui i podała je Papieżowi. Wewnątrz znajdował się oprawiony kamień z dedykacją. Jan Paweł II wziął pudełeczko i spojrzał na zawartość.

– Przecież wierzchołek Everestu okrągły rok pokryty jest śniegiem – zauważył. – Z którego miejsca go pani wyjęła?

– Widzę, że Wasza Świątobliwość doskonale zna realia himalajskie. Rzeczywiście tak jest. Ten kamień wzięłam z tzw. Dolnego Szczytu, gdzie jest owiewane wiatrami piarżysko.

Nadszedł ksiądz Stanisław Dziwisz.

– Staszku – powiedział Papież. – Przekaż dar od nas.

Do rąk Wandy powędrował perłowy różaniec. Patrzyła na niego w zachwycie.

– Gwarantuję pani, te perły są prawdziwe – powiedział Jan Paweł II, uśmiechając się porozumiewawczo. I nachylając się, dodał półgłosem. – Proszę przyjechać do mnie na Watykan. Urwiemy się w góry…

Kilkuminutowa audiencja dobiegła końca. Papież pożegnał się i udał do papamobile. Wanda Rutkiewicz i Zbigniew Święch opuścili kurię.

Rozstało się dwoje Polaków, którzy 16 października 1978 roku ‘zaszli tak wysoko’. Każde z nich poszło swoją drogą.

Wanda Rutkiewicz
zdobyła jeszcze siedem himalajskich ośmiotysięczników (w sumie jest ich czternaście). W 1985 r. weszła na Nanga Parbat w towarzystwie dwóch koleżanek i było to pierwsze wejście czysto kobiece. W 1986 r. jako pierwsza kobieta i pierwszy Polak zdobyła K2. Pięć lat później poddała w wątpliwość własne twierdzenie, że ‘najwyższych szczytów nie zdobywa się samotnie’. Weszła sama na Czo Oju i Annapurnę. Na początku 1992 r. wyruszyła na podbój Kangczendzongi (8598 m). Ostatni raz widział ją 12 maja meksykański alpinista Carlos Carsolio – 300 metrów przed szczytem. Z tej wyprawy nie powróciła.

Jan Paweł II
szedł jeszcze trzynaście lat. Wspinał się aż do 2 kwietnia 2005 r.

W książce ‘Zdobycie Gasherbrumów’ Wanda Rutkiewicz napisała:
‘Łatwo zwykłemu człowiekowi zostać bohaterem, ale bardzo trudno bohaterowi zostać zwykłym człowiekiem…’

Paweł Zuchniewicz /Niedziela 14/2011/

***

Erhard Loretan zginął w Alpach

Zdobywca Korony Himalajów i przewodnik górski Erhard Loretan zginął podczas podejścia nad grań Grünhorn w dniu swoich 52 urodzin

Szwajcarska policja podała że Loretan zginał prowadząc turystę na grań Grünhorn (4.043 m) w Alpach Berneńskich. Wypadek miał miejsce w czwartek po południu

Po pokonaniu części podejścia wspinacze założyli kolejne stanowisko asekuracyjne lecz z nieznanych przyczyn odpadli od ściany na wysokości 3800 m

Loretan spadał 200 metrów i zginął na miejscu a turysta w stanie ciężkim został przewieziony helikopterem do szpitala. Policja bada przyczyny wypadku.

Loretan należał do ścisłej czołówki światowego himalaizmu, wymieniany był zaraz po Reinholdzie Messnerze i Jerzym Kukuczce. Szwajcar zaczął się wspinać w wieku 11 lat. W 1982 zdobył swój pierwszy ośmiotysięcznik, Nanga Parbat. Dwa lata później zadziwił świat: zdobył Mount Everest w nocy, w zaledwie 40 godzin. W wieku 36 lat został trzecim człowiekiem który zdobył Koronę Himalajów – wszystkie 14 ośmiotysięczników.

Na szczycie K-2 – góry gór – stanął dwukrotnie. Wszystkich podejść dokonał w stylu alpejskim. Wyznawał zasadę: ‘im krócej na górze, tym lepiej dla ciebie’, dlatego wspinał się bez zbiorników z tlenem, ograniczając do minimum sprzęt i czas wspinaczki.

Sławę himalaisty w 2003 r. przyćmił wyrok za nieumyślne spowodowanie śmierci swojego siedmiomiesięcznego syna. Loretan opowiadał że próbując uspokoić płaczące dziecko potrząsnął nim mocno kilka razy. Dopiero po chwili zorientował się że zrobił dziecku krzywdę. Został skazany na 4 miesiące w zawieszeniu.

off.sport /29.4.2011/

***

Zginął zdobywca Korony Himalajów

Erhard Loretan, słynny szwajcarski himalaista, zginął podczas wspinaczki w Alpach Berneńskich – podał serwis BBC News

Szwajcar był trzecim w historii, po Reinholdzie Messnerze i Jerzym Kukuczce, zdobywcą Korony Himalajów. Na ostatni z 14 ośmiotysięczników wspiął się w 1995 r.

W dniu swoich 52 urodzin Loretan jako przewodnik wspinał się z klientem na szczyt Gruenhorn (3800 m n.p.m.). Z niewiadomych przyczyn himalaista runął w przepaść i spadał ponad 200 metrów. Zginął na miejscu.

Jego partner w ciężkim stanie został przewieziony do szpitala.

rmf /29.4.2011/

***

Góry kocha i je zdobywa

Kinga Baranowska wspina się na najwyższe góry świata bo po prostu to kocha. Właśnie zdobyła Manaslu (8156 m) – swój piąty ośmiotysięcznik. Na ten szczyt w Nepalu weszła jako pierwsza Polka

Dlaczego to robię? Robi się to co się kocha. Trudno powiedzieć coś więcej. Nie potrafię tego opisać. To wielka pasja i tyle. Nie ma jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia – mówi Kinga Baranowska.

Urodziła się nad morzem, jest Kaszubką, ale zakochaną w górach gdzie czuje się jak w domu. Mieszka natomiast w Warszawie bo tu kilka lat temu dostała pracę. Czuje się w stolicy dobrze, ma w niej przyjaciół. Na marginesie, najwięcej osób uprawiających wspinaczkę zamieszkuje właśnie w Warszawie. W stolicy działa też największy w Polsce Klub Wysokogórski, zrzeszający najwięcej członków, a Kinga Baranowska jest w jego zarządzie.

Górami zainteresowała się późno, jak sama mówi. Zaczęło się od tego że studiowała geografię i wyjeżdżała na zajęcia w Tatry. Pojechała tam w trakcie pierwszego roku studiów i góry ją zafascynowały. Fascynacja nie mija.

– W trakcie wyprawy na Manaslu nie było na szczęście jakichś poważnych niebezpieczeństw, zagrożeń. Unikam ich za wszelką cenę. Gdyby się nie było dostatecznie skoncentrowanym i uważnym – groźnych chwil i sytuacji by nie brakowało. Podczas wcześniejszych wypraw bywało różnie i niebezpiecznie. Zdarzały się problemy pogodowe, lawiny, ale zagrożenia życia nie było – mówi himalaistka.

Ma 33 lata. To młody wiek jak na himalaistkę. – Organizm jest silniejszy w moim wieku, a nie kiedy ma się na przykład 50 lat. A doświadczenie zyskuje się zawsze. Najlepiej być i młodym i doświadczonym – żartuje.

Uczestnicy wyprawy na Manaslu musieli wstawać o godz. 3-7 rano. Bo o tej porze, wcześnie, śnieg jest związany zimnem, mrozem. Temperatura jest wtedy minusowa.

To dla mnie duża satysfakcja że weszłam na Manaslu jako pierwsza Polka. Ale tak samo było także w przypadku wcześniejszego, ubiegłorocznego, wejścia na Dhaulagiri (8167 m). Każde wejście na ośmiotysięcznik to wielka satysfakcja. Dwa wejścia na takie góry w ciągu roku to dużo. Czasem zdarza się że ktoś organizuje wyprawę na ośmiotysięczniki trzy razy w ciągu 12 miesięcy, ale to ogromny wysiłek. A jeżeli udaje się za każdym razem wejść na szczyt to już jest wielkie szczęście – wyjaśnia Kinga.

Manaslu jest dość trudną górą do zdobycia, choć nie najtrudniejszą. Dla Kingi największym wyzwaniem byłby słynny K-2 (8611 m). Poza tym chyba jeszcze Kanczendzenga (8598 m).

W drodze na Manaslu, na wysokości 5000 m, trzeba było dwa tygodnie czekać na okno pogodowe.

Co się robi w tym czasie? Cokolwiek, byle nie stracić motywacji. Ja dużo piszę więc najczęściej to właśnie robiłam. Piszę teksty dla prasy, dziennik, mam bloga. Tym razem miałam ze sobą nawet notebooka – opowiada.

Na Manaslu poszła z siódemką Hiszpanów. Cała ósemka weszła na szczyt.

Wspinaczka górska dochodów nie przynosi. Odwrotnie, sporo kosztuje. Kinga musi oszczędzać i zbierać pieniądze na każdą wyprawę. Poza tym bez sponsorów nie byłoby żadnych wypraw w najwyższe góry.

Celem himalaistki rodem z Kaszub jest Korona Himalajów, czyli zdobycie 14 najwyższych szczytów świata.

Trudno powiedzieć czy mi się to uda. To projekt na wiele lat. Do tej pory nie udało się żadnej kobiecie – mówi.

Kinga Baranowska ma trudności z odpowiedzią na pytanie: kto może być dobrą himalaistką.

Bo co to w ogóle znaczy – być dobrym himalaistą? Trudno powiedzieć. Trzeba być przede wszystkim bardzo dobrze zmotywowanym, pozytywnie nastawionym. Nie można poddawać się po jakiejś porażce których jest mnóstwo. Trzeba oczywiście umieć się dobrze wspinać i umieć pracować w zespole. Konieczna jest jednak chyba jakaś odpowiednia konstrukcja psychofizyczna – zastanawia się.

Cezary Dąbrowski /16.10.2008/

Kategoria Sport

Comments

Notice: ob_end_flush(): failed to send buffer of zlib output compression (0) in /home/czarkod/public_html/zp/wordpress/wp-includes/functions.php on line 4615