Śmiecie robią z bohaterów szmaty

kież.znWywiad z prof. Witoldem Kieżunem

Kiedy pan się dowiedział?

Zadzwonił do mnie Piotr Woyciechowski i mówił że ma dokumenty z IPN

Przyszedł i co?

Dał mi te dokumenty i czytam: „Tajny współpracownik Tamiza”… Wyciągnąłem pistolet i mówię: „Pan mnie zabił!”. Wtedy córka, która akurat przyjechała z Francji, uderzyła mnie w rękę, pistolet wypadł. Zabiłbym si…ebie albo wcześniej zabiłbym jego, a potem siebie!

Panie profesorze…

Nie! Jesteście za młodzi! Wy sobie nie zdajecie sprawy! Do ciężkiej cholery, żyję 93 lata i czytam: „Witold Kieżun, tajny współpracownik”?! I oni to napisali w tygodniku, na okładce?

Proszę się nie denerwować…

Jak mam się nie denerwować?! Jak mam odpowiadać na takie łgarstwa? Na miłość boską, przecież to największy cios jaki mogłem dostać! Dziewięć lat, do 1948 roku, zajęła mi wojna, walka z Niemcami i komunistami, więzienia polskie i sowieckie, zsyłka, poniewierka, próby ucieczki z Polski, a teraz ktoś mówi że jestem agentem, zdrajcą?!

Kiedykolwiek zgodził się pan na współpracę z SB?

Nigdy! Nigdy! Absolutnie nigdy!

Ani z wywiadem, ani z kontrwywiadem, SB, ani ze służbami wojskowymi?

Powtarzam: nigdy nie zgodziłem się i nigdy nie współpracowałem z żadnymi służbami

I nie przyjął pan pseudonimu Tamiza?

O takim pseudonimie dowiedziałem się dopiero teraz

Ale kontaktował się pan w latach 70 z SB?

Dziewięć, może dziesięć razy spotkałem się z nimi, ale jawnie, nie tajnie! Byłem kierownikiem Zakładu Prakseologii PAN, założonego przez Kotarbińskiego, który też spotykał się z oficerami SB, a był niesłychanie prawym człowiekiem. I on powtarzał: – W sprawach zakładu możesz rozmawiać z władzami, zresztą w PAN byli przecież ludzie z SB zatrudnieni na etatach PAN. Więc rozmawiałem kiedy mnie wzywali

Pańskie kontakty z SB zaczynają się od 1973 r.

Nieprawda, dwa lata wcześniej. W 1971 r. przyjechała do nas, do PAN, delegacja z amerykańskiego uniwersytetu Seton Hall. Tuż po tym dostaję pismo że mam się stawić na milicji, w Pałacu Mostowskich. Tam przyjmuje mnie kapitan Szlubowski – notabene do teraz myślałem że on się nazywał Ślubowski, i napada że tego a tego dnia o tej godzinie byłem w ambasadzie USA i podpisałem zgodę na współpracę z CIA.

Przestraszył się pan?

Wsiadłem na niego, i to językiem jakiego się nie spodziewał: że oto ja, owszem, byłem, ale w ramach prowadzonej przez KC PZPR polityki otwarcia na świat, i że się natychmiast poskarżę ministrowi Ostapczukowi, a to z pewnością trafi do premiera Jaroszewicza i tow. Gierka. On się zmitygował, zaczął mnie uspokajać i w zasadzie na tym się skończyła rozmowa

Ale nie kontakty z nim

Po kilku dniach zadzwonił i wezwał na spotkanie, bo ma jeszcze kilka pytań. Chodziło o mój pobyt we Francji w 1969 r., o to co ja tam robiłem. I wtedy się przestraszyłem

Czego?

Bo ja tam spotkałem swoją koleżankę Marię Łamzaki, która pracowała w sekretariacie „Kultury” i zorganizowała mi spotkanie z Giedroyciem. Rozmawialiśmy długo, on poprosił mnie bym mu napisał analizę społeczno-ekonomiczną sytuacji w Polsce. Spodobała mu się i spytał czy nie mógłbym im wysyłać czegoś co jakiś czas, tak dla niego, nie do druku. I kiedy się nadarzała okazja, to pisałem i posyłałem im. Wiem że coś z tego się zachowało, bo pokazał mi to dyrektor archiwum „Kultury”.

Ale po tym dali panu spokój aż do 25 kwietnia 1973 r.

Zadzwonił do mnie kpt. Szlubowski i prosi o prywatne spotkanie, ma ważną sprawę…

Nie dostał pan wezwania, a szedł na spotkanie z oficerem SB na telefon? To właśnie nazywali współpracą. Dziwi się pan?

Skoro funkcjonariusz do mnie dzwoni, to nie ulega wątpliwości że mi wydaje polecenie. Wie pan, dziś to każdy jest mądry, i ja też. Dziś mnie pytają: „Czemuś poszedł? Trzeba było nie iść”. Ale to były czasy przed opozycją, wszyscy szli na przesłuchania, więc i ja poszedłem. On zaczyna od tego że bardzo się cieszy, a tak w ogóle to teraz oni odetchnęli, ale jaka to była tragiczna sytuacja, kiedy SB kierowali Żydzi…

Brał pana pod włos

Ewidentnie! I w końcu mówi że jego syn chciałby się dostać na studia doktoranckie na politologię do doc. Kukułki, ale to jest nie do załatwienia, a ponieważ żona docenta jest moją doktorantką, to może by się udało… I on powołuje się na to że to prywatna prośba, więc żebym podpisał zobowiązanie, że całą rozmowę zachowam w pełnej tajemnicy. I ja to podpisuję. A teraz widzę założoną mi teczkę tajnego współpracownika „Tamiza”, a w niej to zobowiązanie, moje zdjęcie, pseudonim…

Nigdy się pan tak nie podpisywał?

Nigdy

Cenckiewicz i Woyciechowski twierdzą że są takie dokumenty

O, tutaj jest dokument. Widzi pan? Na przesłuchaniu kpt. Szlubowski mówi że prof. Kurnel na wykładach w USA prezentował stanowisko antypaństwowe, antypartyjne. I on mnie pyta co ja na to? Napisałem mu to w jego obecności, proszę czytać: „W związku ze stawianymi prof. Kurnelowi zarzutami, itd.”. I dalej piszę że jest „on nastawiony wybitnie lojalistycznie i wydaje mi się nieprawdopodobne by wygłaszał takie opinie, nie mieści się to w jego konstrukcji psychicznej…”

Widzę tę laurkę. Po co pan to napisał?

Byłem na przesłuchaniu, a chciałem pomóc Kurnelowi! Ale pokazuję panu ten dokument nie dlatego. Ciekawy jest podpis. Moją ręką napisane jest „Witold Kieżun”, i to zostało przekreślone, a pod spodem napisano Tamiza.

To nie jest pańskie pismo?

Na pewno nie! Żaden podpis „Tamiza” nie wyszedł spod mojej ręki. Zresztą to są jedyne dokumenty podpisane przeze mnie, proszę. Żaden nie jest donosem, pochodzą z przesłuchań

Ale po co pan to pisał własnoręcznie, zamiast powiedzieć i ewentualnie podpisać protokół?

Na początku bałem się że zmanipulują, wolałem wiedzieć jakie zeznania podpisuję. Ale dla mnie to nie była taka różnica: gdybym wiedział że komuś przyjdzie do głowy czynić mi z tego powodu zarzuty, tobym mu nic nie pisał. Tylko co to by zmieniło?

Nie mówiono by że pan donosił

Bzdura kompletna! Chętnie bym takie donosy przeczytał, zobaczył. Proszę pokazać mi jakikolwiek donos podpisany przeze mnie!

To nie jest argument. Od ludzi wysoko postawionych, profesorów, biskupów, intelektualistów nie wymagano podpisu

Ja podpisałem o te, tutaj, dokumenty, żaden nie jest donosem!

Jest maj 1973 i zdaniem „Do Rzeczy” dostarczył pan Szlubowskiemu sześciostronicowe opracowanie dotyczące swoich kontaktów zagranicznych

Bujda! Chcę zobaczyć to opracowanie! Na pewno nie pisałem żadnego donosu czy opracowania na temat kontaktów zagranicznych, to jakieś bzdury

„17 maja 1973 w kawiarni ‚Warszawa’ doszło do spotkania kpt. Szlubowskiego z Kieżunem”. Zostało ono uznane za werbunkowe, bo zgodził się pan przekazywać im informacje, a oni odstąpili od zmuszania pana do podpisu

Czytam te łgarstwa Cenckiewicza i Woyciechowskiego i pytam: jakim cudem mogłem pisać takie donosy? Twierdzą że skarżyłem się SB na chłodne stosunki z Wiesławem Chrzanowskim ze względu na moją książkę, krytyczną wobec księży, którą mu podarowałem. Przecież ja nie mogłem nikomu tego powiedzieć i dać Chrzanowskiemu książkę, bo takiej książki nie ma! Nigdy jej nie napisałem! Dam 10 tys. zł nagrody każdemu kto znajdzie taką książkę

Mówił pan że Jadwiga Staniszkis jest Żydówką?

/śmiech/ Przecież Staniszkisowie to stara endecka rodzina! Ja to doskonale wiedziałem. Widocznie esbecy nie i tak tworzyli moje „donosy”. Jakbym chciał współpracować to przecież nie opowiadałbym im bzdur

Znalazły się dwie teczki pańskiej pracy i 900 stron dokumentów

Dokumentów to oni mogli mieć mnóstwo, bo mnie podsłuchiwali przez lata, dostawali wszystkie kopie moich listów, bo kontrolowali korespondencję, ale gdzie są te donosy?!

Kaczmarek, Doktór, Straszak, Nowak, Macieja – na tych ludzi miał pan donosić…

A pan wie co to za nazwiska? Macieja sam oskarżał innych profesorów, Doktór był partyjnym postrachem PAN, Kaczmarek…

…Ale co to za argument? Donosił pan na złych ludzi?

Mnie nikt nigdy nawet nie proponował współpracy czy pisania donosów. Skąd mogłyby się wziąć fragmenty moich opinii? Może z listów czy opracowań, z przesłuchań. Pisałem że kadra kierownicza jest zdegenerowana, więc mogłem przy okazji – w tekście choćby dla Giedroycia – podać przykład jednego czy drugiego działacza

Kontaktował się pan nie tylko ze Szlubowskim. Wiosną 1974 spotkał się z panem mjr Antoni Feliś. Gdzie to było?

Większość tych spotkań była w mieszkaniu Szlubowskiego na Jasnej – potem się okazało że był to lokal SB, chyba raz w kawiarni Na Rozdrożu. Zresztą unikałem tych spotkań jak mogłem

Chodził pan do mieszkania esbeka, bez wezwań, ale nie nazywa pan tego współpracą. Nie ma pan sobie nic do zarzucenia?

Absolutnie nic!

Nawet nieostrożności?

Ale jakiej? Chodziłem na spotkania, bo musiałem, ale przecież nie były one tajne! Owszem, współpracowałem, ale z Amerykanami, choć to też nie była działalność szpiegowska. A moje kontakty z SB wynikały także z tego że Amerykanie uznawali je za celowe

Kiedy zaczęły się pańskie kontakty z Amerykanami?

W 1971, po pierwszej konferencji polsko-amerykańskiej, na której skontaktowałem się z prof. Robertem Senkierem i Stanleyem Kosakowskim. Spotkaliśmy się też u mnie w domu, przegadaliśmy pół nocy, następnego dnia zaprosili mnie do ambasady. Tam poznałem Roberta Gosende’a, szefa US Information Agency, która nie była żadną służbą wywiadowczą, ale agendą która miała informować świat o osiągnięciach Ameryki, upowszechniać wiedzę o niej. I Gosende zaproponował mi bym co roku przygotowywał takie opracowanie na temat sytuacji społeczno-ekonomicznej w Polsce

To były informacje poufne?

Ależ skąd! Praca naukowa, zresztą wiele z tych rzeczy potem przeredagowałem i wydałem w książce „Management in Socialist Countries”, która jest do dziś do kupienia na Amazonie. Oczywiście na propozycję Gosende’a przystałem

Dlaczego „oczywiście”?

Proszę pana, mogę szczerze powiedzieć że ja ze wszystkich sił nienawidziłem Związku Radzieckiego i całą wiarę w zmianę sytuacji w Polsce pokładałem w Ameryce. Rosjanom zawsze pamiętałem że z nas, wywiezionych z Krakowa, zmarło 86 proc. Tam byli moi towarzysze broni, przyjaciele i zrobiłbym wszystko by Związkowi Radzieckiemu zaszkodzić, by ich zniszczyć

I nadarzyła się okazja?

Widziałem że wiedza Amerykanów na temat sytuacji społeczno-ekonomicznej w Polsce jest żadna, więc chciałem pomóc. Chętnie na to przystali, a Gosende ustalił ze mną skrzynkę kontaktową, sposób porozumiewania się i cały czas powtarzał: „Be careful, take care!”

To brzmi jak regularny instruktaż wywiadowczy

Współpracowałem z Amerykanami, tego się nie wypieram, ale nie jako ich agent. Środki ostrożności musiałem zachować, bo nawet taka forma kontaktów z Amerykanami jak pisanie dla nich analiz była zakazana i napytałbym sobie biedy

Przekazywał im pan coś więcej czy tylko analizy które potem znalazły się w książce?

Zaraz po tym jak spotkałem się ze Szlubowskim i podpisałem zobowiązanie o zachowaniu rozmowy w tajemnicy, nadałem tę informację w moim punkcie kontaktowym. Wkrótce po tym Amerykanie znów przyjechali do Polski. Spotkaliśmy się i oni całą tą sprawą się ucieszyli. Przekonywali mnie że mam go w garści, bo skoro prosi o protekcję, to popełnia przestępstwo

Strasznie to naiwne

Być może, ale Szlubowski rzeczywiście mi nie groził

Opisuje pan współpracę z Amerykanami, a tymczasem w archiwach zachowały się ponoć pańskie donosy na nich

/śmiech/ No jak mam się bronić, jeżeli słyszę że podobno gdzieś tam coś jest? To niech wreszcie pokażą te donosy, jeżeli są. A jeżeli nie ma to niech przestaną kłamać

Amerykanie panu płacili?

Nigdy, wszystkie analizy pisałem im bezpłatnie

Ale pomogli panu wyjechać z Polski w 1980?

To oni wszystko zorganizowali. Uprzedzili mnie że jestem zagrożony, bo wokół naszych kontaktów węszy SB i że powinienem wyjechać z całą rodziną. Mało tego, pokryli nawet koszty. To znaczy, do Frankfurtu lecieliśmy normalnie, a potem, już PanAmem na ich koszt, klasą business! Byłem ich gościem, złożyłem wizytę w Departamencie Stanu, więc miałem świadomość współpracy z nimi, ale to nie była działalność agenturalna

Podejmując grę z bezpieką chciał pan ich wykorzystać jako kanał komunikacyjny, żeby wpłynąć na rządzących by skorzystali z waszych pomysłów

A skąd, zawracanie głowy! Ja dość szybko pozbyłem się złudzeń i nie traktowałem ich jako swego narzędzia. Większe znaczenie miała współpraca z Amerykanami i namawianie ich by tworzyli stypendia dla Polaków. Rosati, Balcerowicz, całe to towarzystwo z SGPiS, mogło pojechać na stypendia do USA, gdzie miała miejsce regularna indoktrynacja. Po powrocie zmieniali myślenie partyjniaków

Skoro tak to po co była ta gra z SB?

Próbowałem jakoś oddziaływać na sytuację w Polsce, tak trudno to zrozumieć? Skończyła się moja walka zbrojna, nie udało mi się z Polski uciec, więc chciałem być potrzebny, nie komunistom na litość boską, ale krajowi! Jak się zorientowałem że to nic nie da zacząłem współpracować z Ameryką i wyjechałem z Polski

Kiedy się pan zorientował że to nic nie da?

Przygotowywałem w PAN wielką analizę i plan reformy administracji, pracowało nad tym przez rok 200 osób i co? Zignorowali to! Próbowałem tym zainteresować wielu ludzi i nic z tego. Na konferencji sekretarz PAN, Kaczmarek, wezwał mnie do odpowiedzi, więc powiedziałem że w „Weselu” jest taka scena kiedy poeta mówi: „A tak by się dusza rwała do wspaniałych, wielkich rzeczy, a tu pospolitość skrzeczy…”

To właśnie cały pan! Miał pan złudzenie że partia posłucha Kieżuna?

Nie mnie, to była olbrzymia analiza nad którą pracowało 200 naukowców! Planowaliśmy radykalną reformę administracji, likwidację zjednoczeń, niektórych ministerstw, a nawet wprowadzenie zasad rynkowych do mniejszych przedsiębiorstw

I pan miał nadzieję że oni to wprowadzą?

Myślałem że na tej fali gierkowskiej choć część z tego się uda

Panie profesorze kiedy wstąpił pan do SD?

W 1949 groziło mi ponowne aresztowanie i członkostwo w SD miało mnie przed nim uchronić. Zgodziłem się i przez lata po prostu płaciłem składki. Na początku lat 70 poszedłem na jakieś zebranie i nawet wybrali mnie do Centralnego Komitetu SD

Członkostwo w SD było dla wielu ludzi ucieczką przed PZPR

To było wygodne, ale ja myślałem że uda mi się namówić to SD do tego by walczyli w obronie drobnej przedsiębiorczości. Nic to nie dawało

Jednocześnie wykładał pan w kuźni kadr PZPR, czyli w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR

Tam w 1971 wprowadzili wykłady z administracji i zarządzania, a że to była teoria amerykańska, to zwrócili się do mnie bym je prowadził. Bardzo chętnie to wziąłem! Przecież to była szkoła przyszłych sekretarzy partii! Pan wie jak można było na nich wpływać?

Ten sam mechanizm: a to przez SB, a to przez szkołę partyjną, a to przez SD pan szuka możliwości trafienia ze swoimi reformatorskimi pomysłami do władz

Tak, ma pan rację, miałem ambicje wpływania na to co się dzieje. Wydawało mi się że skoro nie jestem głupi – maturę zdałem najlepiej, na Uniwersytecie Jagiellońskim na 18 egzaminów miałem same piątki – to przy mojej pracowitości mam jakieś kwalifikacje

Chciał pan zrobić karierę?

Jaką karierę? Jak już się okazało że nie mogę z kraju wyjechać, uciec od komuny, to chciałem najlepiej jak umiałem przysłużyć się Polsce. Wiedziałem że jej nie zbawię, ale to co mogę to oddam. Całą okupację walczyłem żeby Polska była Polską, to teraz chciałem pracować. Jeździłem, miałem dziesiątki spotkań, tysiące ludzi przyszło. I po co mi to? Przecież mam 93 lata, ja już żadnej kariery nie zrobię! Tylko nie mogę milczeć, kiedy uważam że jesteśmy w stanie ogromnego zagrożenia

Chodzi o Rosję?

Tak. Ja, starzec, ze wszystkich sił walczę z hasłem, że „sorry, Polsko, nie oddam ci ani jednej kropli krwi”. Bo, niestety, przychodzą takie chwile że być może trzeba za Ojczyznę przelać krew. Nie chcę używać wielkich słów, ale ja tak zostałem wychowany. Po prostu jestem chory na to! Nie zrozumie mnie pan, ale ja naprawdę jestem chory…

Na Polskę?

Nie powiem tak o sobie, ale tak, ja dla swojego kraju, dla Polski zrobiłbym wszystko i oddał wszystko! Rozumie pan?! Dlatego wie pan jak to boli jak później jakaś gazeta pisze że Kieżun był agentem?!

Każdy, nawet bohater, powinien mieć jasną przeszłość

Ale przecież tym panom z „Do Rzeczy” nie chodzi wcale o moje kontakty z SB. To pretekst. Dr Gontarczyk napisał że to zemsta za moje zdanie na temat Powstania Warszawskiego. Jestem tego pewien. Ich boli moja pozycja, to że dla wielu ludzi stałem się autorytetem, że budzi się nowy, szczery patriotyzm, że ich myślenie przegrywa. Oni chcą na tym swoim nihilizmie zrobić karierę, ale bawią się historią Polski!

Nie idzie pan za daleko?

Przecież to właśnie tamci dziennikarze piszą o Powstaniu Warszawskim „obłęd”, piszą że trzeba było pójść na kolaborację z Niemcami, z bohaterów robią szmaty. Dożyłem czasów kiedy ktoś mówi takie rzeczy… Kiedyś ludzie napluliby im za to w twarz, a dziś to oni plują w twarz mnie

rozm. Robert Mazurek /27.IX.2014/

************

150 tysięcy Kieżunów

kież.znPoczta Polska z okazji 70 rocznicy Powstania Warszawskiego wydała znaczek przedstawiający prof. Witolda Kieżuna w dniu zdobycia przez powstańców kościoła Świętego Krzyża i komendy policji na Krakowskim Przedmieściu

Na okolicznościowym znaczku znajduje się kadr z filmu nakręconego 23 sierpnia 1944 r. „Drugiego dnia powstania osobiście wziąłem do niewoli 14 SS-manów i poważny zasób broni. Dowodzony przeze mnie oddział zdobył ‚księżówkę’ – budynek przy kościele św. Krzyża – i pierwszy wdarł się do budynku Komendy Policji, zdobywając dużo broni” – opowiadał Witold Kieżun ps. Wypad, obecnie 92-letni profesor nauk ekonomicznych

Kieżun jest jedną ze 130 osób których tożsamość odkryto na taśmach z Powstania w czasie akcji „Rozpoznaj”, zorganizowanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego

Rocznicowy znaczek, zaprojektowany przez artystę plastyk Agnieszkę Sancewicz, wszedł do obiegu 1 sierpnia 2014 r. i jest dostępny we wszystkich placówkach pocztowych oraz na stronie sklepu filatelistycznego
Znaczek o wartości 5.20 zł wydrukowano techniką offsetową na papierze fluorescencyjnym w nakładzie 150 tys. sztuk. Razem ze znaczkiem ukazała się kolekcjonerska koperta pierwszego obiegu FDC oraz datownik stosowany w placówce pocztowej nr 1 w Warszawie

pc/nd /2.VIII.2014/

*************

Powstanie wolnych Polaków

kieżun...70 lat to dużo czasu. To wystarczająca perspektywa by dokonać oceny ważnych dla Narodu wydarzeń, choćby najbardziej zawikłanych lub zanurzonych w wielką politykę, na którą Polacy mieli niewielki wpływ

70 lat po wybuchu Powstania Warszawskiego warto potrząsnąć workiem sowieckich kłamstw, które po wojnie rządzący komuniści ochoczo rozpowszechniali i które utrzymują się do dziś. Niestety, nie tylko w mediach postkomunistycznych

Pierwszym kłamstwem było rzekome „wydłużenie linii aprowizacyjnych” i dostaw amunicji dla sowieckiej armii. Bojcy nie mieli rzekomo co jeść i czym strzelać, więc stali pod Warszawą i czekali na swoje „linie”, a w tym czasie Niemcy zabijali niemal na ich oczach dziesiątki tysięcy kobiet i dzieci, wypędzili z miasta prawie całą ocaloną ludność /wcześniej ograbiwszy ją z resztek dobytku w obozie pruszkowskim i na trasie przemarszu/, wreszcie zamienili stolicę Polski w kupę gruzów.

Powstanie Warszawskie było ostatnim, choć niepisanym aktem współpracy Stalina z Hitlerem! Mimo morza przelanej już krwi w wojnie sowiecko-niemieckiej! Było faktycznie realizacją tajnych zapisów tzw. II paktu Ribbentrop-Mołotow z 28 września 1939 r., kiedy obaj wrogowie polskiej niepodległości obiecywali sobie że wolnej Polski już nigdy nie będzie. Poeta, żołnierz Powstania Józef Szczepański „Ziutek” nie miał złudzeń pisząc na powstańczej barykadzie: „Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci /…/. Legła twa armia zwycięska, czerwona u stóp łun jasnych płonącej Warszawy i ścierwią duszę syci bólem krwawym garstki szaleńców, co na gruzach kona /…/. Chcesz byśmy wszyscy legli tu pokotem, naszej zagłady pod Warszawą czekasz”…

Drugim kłamstwem było rzekome nieuzgodnienie przez dowództwo Powstania wspólnych działań z armią sowiecką i terminu wybuchu. Miesiąc wcześniej w Wilnie nie trzeba było jednak niczego „uzgadniać”, miasto zostało uwolnione od Niemców wspólnie – przez armię sowiecką i polskie brygady partyzanckie AK. Sowieci mieli doskonałe rozeznanie co się dzieje pod Warszawą i w Warszawie. Przez radio moskiewskie zachęcali usilnie do Powstania. Zbrodnię na Warszawie zaplanowali, zanim Powstanie wybuchło. Mieli już swoją kolaborancką „Polskę lubelską” i chcieli ją rozciągnąć na cały kraj. Warszawa była największą przeszkodą. Więc chcieli by umarła. Marian Hemar nie miał co do tego złudzeń nawet z dalekiej perspektywy polskiego Londynu:
„Gdy trupem padały kobiety i dzieci u miejskich barykad i szańców, za Wisłą spokojnie czekali sowieci, aż Hitler dobije powstańców. O, cześć wam, o cześć, w samej rzeczy! O, cześć wam, o cześć, ‚demokraci’! Za pomoc w Powstaniu, za pośpiech w odsieczy niech Bóg wam stokrotnie zapłaci!”.

Po wojnie Sowieci najpierw dyskredytowali Powstanie, potem zgodnie z zasadą „divide et impera” dzielili jego uczestników na „cynicznych dowódców”, „politykierów” – i „bohaterskich, zwykłych żołnierzy”. Zdecydowali się na obchody rocznicy wybuchu Powstania dopiero w roku 1954! Hemar pisał wtedy z obrzydzeniem:
„A dzisiaj ta ciżba moskiewskich zaprzańców, a dzisiaj te same psubraty, z butami się pchają na groby powstańców i wieńce im niosą i kwiaty. Dziś oni te groby chcą wziąć w swą arendę i ukraść im honor tej chwili. I zwołać umarłych pod swoją komendę, gdy żywych już sami dobili! Ach, precz stąd, sowieccy kamraci! Ach, precz stąd, zdradzieccy psubraci! Czekaliście wtedy, i dziś poczekajcie. Nie bójcie się, Bóg wam zapłaci!”.

Nie brakuje dziś „mędrców”, którzy dokonują „bezkompromisowych” obrachunków z Powstaniem, płacząc obłudnie nad tysiącami poległych, „których Polska potrzebowała po wojnie do przeciwstawienia się komunizmowi”. Piszą o „zagładzie Armii Krajowej”. Ale przecież gdyby ta powstańcza armia ocalała, to i tak czerwoni by ją dopadli. Trwało Powstanie, a oni zamiast pomóc powstańcom z AK, budowali dla nich obóz koncentracyjny w Rembertowie. Zabijali ich przez wiele lat po wojnie. Znieważali, nazywali „pomocnikami Hitlera”, „zaplutymi karłami reakcji”. Polskich bohaterów! Dziś szukamy ich śmiertelnych szczątków na różnych haniebnych Łączkach.

Prawdziwa tragedia Powstania Warszawskiego polegała nie na tym że zabrakło geniuszy którzy dziś nam mówią co należało robić. Że żołnierz był dobry ale dowództwo do niczego. Polegała na tym że cokolwiek byśmy wtedy zrobili, nie mogliśmy zwyciężyć militarnie. Na straży naszej przegranej stały tajne porozumienia sowiecko-alianckie. Dowództwo AK w Warszawie nie było tego świadome. Próbowało działać na zasadzie faktów dokonanych. Warszawa i cała Polska były w sowieckiej „strefie operacyjnej”. Już w sierpniu 1944 r. były obszarem sowieckiego dominium w Polsce.

By zrozumieć sens Powstania Warszawskiego trzeba rozumieć że bywają klęski które zamieniają się w zwycięstwo, często dopiero po latach. Opiewająca Powstanie Styczniowe Eliza Orzeszkowa ujęła to w dwóch łacińskich słowach: „Gloria victis!”. Chwała zwyciężonym! Bo oni moralnie zwyciężyli, pozostawiając nam – swoim dzieciom i wnukom – depozyt niepodległości. Bez Powstania Warszawskiego nie byłoby po wojnie Powstania Antykomunistycznego na taką skalę i konsekwentnej walki Polaków o niepodległy byt swojego państwa. I tej świadomości że walka o wolność jest obowiązkiem wobec dzieci, bo nie chcemy by żyły w zniewoleniu. Choćby była walką wbrew nadziei!

Nasze obowiązki wobec powstańców nie polegają na tym by się nad nimi użalać i ubolewać jak to „głupio” zrobili nie asekurując się, zatracając rzekomo „substancję narodową”. Owszem, oni ją zachowali najlepiej jak można było! Naszym obowiązkiem jest modlitwa w ich intencji i nieustanne powtarzanie: Chwała zwyciężonym! Niech żaden z nich nie będzie anonimowy. Wołajmy ich po imieniu. Każdego z osobna i wszystkich razem. Powstanie Warszawskie było czynem wolnych Polaków. My jesteśmy ich spadkobiercami.

Piotr Szubarczyk/nd/ /2.VIII.2014/
/zdj. – Witold Kieżun ps. „Wypad” uczestniczył 23 sierpnia 1944 r. w ataku na komendę policji i kościół Świętego Krzyża. W tej akcji wziął do niewoli 14 jeńców niemieckich, zdobywając ich broń i amunicję/

***

„Powstanie Warszawskie” bez fikcji

kieżun„Powstanie Warszawskie” to film silnie nasycony prawdą postaci, prawdą zdarzeń i prawdą uczuć. Przywołujący wartości narodowe, patriotyczne, za które młodzi ludzie są w stanie oddać życie. Pokazujący że polskość i katolickość są ze sobą nierozerwalnie związane

Na niejednej szyi powstańca widzimy krzyżyk, a w naprędce przygotowanych miejscach, na przykład w podwórkach kamienic, odprawiane są przez księży Msze Święte gromadzące wielu mieszkańców

W jednej ze scen filmu twórcy wykorzystali przepiękną „Litanię piwnic” pochodzącą z „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego.

Rzadko już dziś się zdarza by twórcy filmowi czy teatralni swoimi dziełami poruszali do głębi widzów. A film „Powstanie Warszawskie” silnie oddziałuje emocjonalnie na odbiorców.

To pierwszy i jedyny film fabularny na świecie, który został w całości zmontowany z prawdziwych, dokumentalnych zdjęć. Wszystko co widzimy na ekranie zdarzyło się naprawdę. Oglądając film zatapiamy się w prezentowanej rzeczywistości, współuczestniczymy w zdarzeniach i współodczuwamy z bohaterami to co oni przeżywali wówczas, a my teraz, patrząc na ekran. A świadomość że zarówno postaci jak i zdarzenia są autentyczne potęguje i tak już ogromne wzruszenie u widza.

Film jest przykładem najwyższej perfekcji zawodowej całego zespołu, który przyczynił się do jego stworzenia. A praca była ogromna. Choćby samo odszyfrowywanie z ruchu warg słów które wypowiadali bohaterowie na niemych zdjęciach dokumentalnych. Do tego odświeżenie taśm i kolorowanie klatka po klatce, weryfikowanie postaci występujących na zdjęciach i identyfikacja miejsc które pojawiają się na taśmach filmowych itd., itd. Są to sprawy techniczne, ale właśnie te detale znakomicie są tu skorelowane ze stricte artystycznymi.

Twórcy wykorzystali autentyczne kroniki filmowe kręcone przez cały okres trwania powstania przez żołnierzy – dziennikarzy Biura Informacji i Propagandy Armii Krajowej. I z sześciu godzin tych autentycznych kronik powstania, jakie zachowały się, zmontowano prawie półtoragodzinny film. Dodatkowa trudność polegała na tym że po wojnie, w PRL, kroniki te zaanektował UB i zostały one uznane za zaginione. Po odzyskaniu okazało się że taśmy filmowe zostały przetrzebione, dokładnie ocenzurowane politycznie i powycinano z nich wiele klatek.

Miasto walczy

Film jest tak pomyślany że widz ogląda powstańczą Warszawę z perspektywy dwóch braci, Witka i Karola. Oni są tu narratorami, nie widzimy ich twarzy ale słyszymy głosy spoza kadru. I teraz: co mi przeszkadza w tym filmie, to część dialogów które uważam za niepotrzebne. Są zbyt infantylne, banalne i niczego nie wnoszą. Czasem wręcz „zagadują” obraz, który już sam w sobie niesie tak wiele treści i dramatu że wolałabym w tym miejscu ciszę. Ponadto w większości nie spełniają funkcji informacyjnej, to znaczy – poza kilkoma wyjątkami – nie dowiadujemy się kim są postaci na ekranie. A wiadomo przecież że część osób znajdujących się na zdjęciach została już zidentyfikowana.

Główni bohaterowie – Witek i Karol – są wprawdzie postaciami wymyślonymi przez twórców filmu dla przejrzystej kompozycji obrazu i dramaturgii całości, ale takich jak oni było wielu i wielu z nich zginęło. I to właśnie dzięki takim bohaterom mamy w archiwach dokumentalne zdjęcia i dzięki nim mógł powstać ten film.

Witek i Karol jako przedstawiciele Biura Informacji i Propagandy AK z kamerą w ręku towarzyszą kolegom powstańcom, filmując każdy dzień powstania. Widzimy więc walczących w czasie akcji, ale też i podczas chwil wolnych, kiedy toczyło się w miarę „normalne” życie, był czas na ogolenie się, kąpiel w Wiśle czy zjedzenie zupy. Są też autentyczne sceny powstańczych ślubów i pogrzebów, a także kadry kręcone w szpitalach, gdzie lekarze i pielęgniarki z oddaniem opatrują i operują rannych. Widzimy nie tylko powstańców, ale też i cywilną ludność im pomagającą. Najwięcej wzruszeń budzą mali chłopcy, jeszcze dzieci przecież, ubrani w zbyt duże jak na nich mundury i roznoszący w biegu pocztę. Z dojmującym smutkiem oglądamy śmierć i niezwykłą ofiarność ludzi w obronie Warszawy, ale przecież i w obronie Polski.

Z wielkim przejęciem i bólem patrzymy na umieranie miasta, na bomby spadające na Warszawę, na palący się budynek Prudentialu i czerwono-brunatną łunę ognia unoszącą się nad stolicą, a potem gruzy i kikuty domów na Marszałkowskiej, które jeszcze gdzieniegdzie pozostały. Ale nawet na podstawie tych „kikutów” można sobie wyobrazić jak niezwykle piękna była przedwojenna Warszawa ze swoją zachwycającą architekturą. I jak wielkomiejski charakter miała nasza stolica…

Od euforii do smutku

Film ma czytelną i jasną kompozycję. Znakomicie pokazany jest dramat powstania. Na początku widzimy piękną, pełną euforii młodzież rwącą się do walki. Czyste mundury, wyraziste kolory biało-czerwonych opasek, uśmiechnięte twarze wyrażające nadzieję, niemal pewność zwycięstwa w tej walce i uwolnienia ojczyzny od okupanta niemieckiego /a w tle także i sowieckiego, który przecież w tym czasie stał za Wisłą i czekał na wykrwawienie się powstańców/. A pod koniec, po upadku powstania, na przybrudzonych, niemiłosiernie zmęczonych twarzach bohaterów miejsce euforii zajęły przejmujący smutek i beznadzieja. Mundury straciły świeżość, biało-czerwone opaski zszarzały.

Ten głęboko humanizujący naszą współczesną kulturę film jest dziś bardzo potrzebny. Skupia w sobie wartości które definiują naszą polską tożsamość w wielu wymiarach. Powinien obowiązkowo znaleźć się w programie szkolnym. Prócz wielu walorów ma także istotny dla młodzieży walor edukacyjny. Ponadto ukazuje wspaniałą solidarność ludzką przejawiającą się zarówno w walce, w sprawach wielkich, jak i zwykłych, małych, codziennych czynnościach. Obrazuje też autentyczny styl bycia, zachowania ówczesnych młodych ludzi. Wszystko to wskazuje na środowisko rodzinne, na wartości i ideały wśród których ci młodzi ludzie wzrastali. Dziś, w dobie medialnego kreowania sztucznych jednotygodniowych autorytetów, „Powstanie Warszawskie” w nienachalny sposób wskazuje na autentyczne wzorce. Takie którym można zawierzyć.

Skończył się film, wychodzę z kina i przez całą drogę do domu towarzyszą mi rozmaite refleksje. W pamięci mam przejmujące obrazy od których nie mogę się uwolnić. Przesuwają się jak na taśmie filmowej uśmiechnięte i pełne nadziei twarze młodych ludzi, na zmianę z obrazami chowania zabitych kolegów, odgrzebywania spod gruzu zbombardowanych domów ciał mieszkańców Warszawy. Mam także przed oczami warszawian opuszczających swoje miasto po upadku Powstania i twarze małych chłopców w za dużych hełmach. Widzę też piękne dziewczyny w błyskawicznym tempie opatrujące rannych kolegów i obraz płonącej Warszawy.

I nie opuszcza mnie wzruszająca piosenka której słowa mogą być komentarzem do całości: Tyle młodości, tyle miłości, ile Warszawy w ogniu i krwi. /Tyle nadziei, słów o wolności, ile w Powstaniu poległych dusz…/. Zginęło miasto…

**
Z niepokojem czekałam na ten film. Cieszę się że mnie nie zawiódł. Mój niepokój brał się stąd że moda na postmodernizm wykształciła rozmaite estetyki brzydoty, brudu i anomalii, które zdominowały dziś całą sztukę i życie kulturalne. Wykształciła też specjalny styl zachowania postaci filmowych i teatralnych, gdzie miejsce uczuć zajął cynizm i wulgaryzm słowa oraz obrazu. A zamiast patriotycznych postaw wstawia się dziś promocję degradowania naszej ojczyzny, Polski, przez szydzenie z wartości narodowych, religijnych, deprecjację i tzw. odbrązawianie wielkich Polaków, a nawet ośmieszanie Powstania Warszawskiego, co niejednokrotnie odbywało się w przedstawieniach teatralnych

**
„Powstanie Warszawskie”, producent Jan Ołdakowski – Muzeum Powstania Warszawskiego, scenariusz Joanna Pawluśkiewicz, Jan Ołdakowski, Piotr C. Śliwowski, dialogi Joanna Pawluśkiewicz i Michał Sufin, muz. Bartosz Chajdecki, pomysł na fabułę Jan Komasa

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny /14.V.2014/
/zdj. – prof. Witold Kieżun ps. „Wypad”, żołnierz batalionu „Gustaw”, jest jednym z bohaterów filmu „Powstanie Warszawskie”

***

Powstanie musiało wybuchnąć

Trzeba znaleźć prawdziwych historyków, którzy potwierdzą że największa w historii Polski walka o wolność i jedna z najcięższych bitew podczas II wojny światowej to Powstanie Warszawskie

Warszawa, 20-22 lipca 1944 r. W mieście panuje popłoch, Niemcy w panice uciekają przez miasto. Brudni, obszarpani, idą pieszo lub jadą na wózkach ciągniętych przez konie. Zupełny rozpad armii niemieckiej. Z radością patrzymy na ten exodus, który wyglądał na ich całkowitą klęskę

My, żołnierze Armii Krajowej, pięć lat przygotowywaliśmy się do powstania, przez pięć lat przechodziliśmy przeszkolenie wojskowe. Pytaliśmy wtedy: dlaczego nie reagujemy, dlaczego, kiedy Niemcy uciekają, my czekamy? Dlaczego nie rozpoczynamy powstania?

Mijały kolejne dni i raptem 25 lipca sytuacja zaczęła się zmieniać. Coraz mniej cofających się oddziałów niemieckich, pojawiały się za to nowe jednostki, jak np. 1 Dywizja Pancerno-Spadochronowa Hermann Goering, która przeszła przez most na Pragę. Radio Moskwa i sowiecka polskojęzyczna radiostacja Kościuszko nadają apel, który natychmiast rozchodzi się po całej Warszawie: „Warszawa słyszy bez wątpienia huk armat bitwy, który wkrótce przyniesie jej wyzwolenie. /…/ Dla Warszawy, która nigdy nie uległa wobec hitlerowskiego najeźdźcy, lecz walczyła dalej – godzina czynu już wybiła. Niemcy niewątpliwie zechcą się bronić w Warszawie, przysparzając nowych zniszczeń i nowe tysiące ofiar. /…/ przez bezpośrednią czynną walkę na ulicach Warszawy, w domach, fabrykach, magazynach – nie tylko przyspieszymy chwilę ostatecznego wyzwolenia, lecz ocalimy również majątek narodowy i życie naszych braci”. A następnego dnia znowu stacja Kościuszko: „Warszawa drży w posadach od huku dział. Wojska sowieckie nacierają gwałtownie i zbliżają się już do Pragi. Nadchodzą by przynieść wam wolność”. Jednocześnie z samolotu zrzucano ulotki PKWN z apelem: „Polacy, warszawiacy, do broni”.

26 lipca wrócił do Warszawy gubernator Ludwig Fischer i następnego dnia wydał wojenny rozkaz: 100 tys. warszawiaków ma się zgłosić do budowy fortyfikacji. Miasto miało być zamienione w fortecę, Festung Warschau, tak jak wcześniej Mińsk Litewski, i bronić się przed Armią Czerwoną.

Ale Warszawa powiedziała „nie”, do prac fortyfikacyjnych zgłosiło się zaledwie kilkanaście osób. Jaki mógł być efekt tej odmowy? Wymordowanie tych którzy stawiają opór. W związku z tym 28 lipca płk Antoni Chruściel „Monter” wydał rozkaz o mobilizacji wszystkich oddziałów AK w stolicy w punktach zbiórki z bronią.

Czekamy dwanaście godzin na ustalenie godziny rozpoczęcia powstania, ale rozkaz nie nadchodzi. Dlaczego? Nikt o tym nie napisał, żaden historyk. O godz. 8.00 przychodzi łączniczka z rozkazem: wracamy do domu, broń zostaje na miejscu koncentracji. Jesteśmy praktycznie zdekonspirowani, bo 40 tys. ludzi zgromadziło się w punktach zbiorczych i wróciło znowu do pracy, a przecież Niemcy mieli swoich donosicieli.

Warszawa miała być broniona przez armię niemiecką, ale to byłby z ich strony nonsens, kiedy wiedzieli że jest tu ukrytych 40 tys. ludzi z bronią. Wcześniej więc ich trzeba było zlikwidować. Gdyby powstanie nie wybuchło, w następnych dniach zdarzyłoby się to samo co na Woli w pierwszych dniach sierpnia: poszczególne dzielnice otoczone wojskiem, wyciąganie mężczyzn i ich mordowanie. Potem ewakuacja całej ludności cywilnej i obrona Warszawy przed wojskami sowieckimi. Miasto zostałoby całe zniszczone. To trzeba sobie bardzo dokładnie uświadomić. Nie było wyjścia, decyzja o rozpoczęciu powstania była konieczna. Gdyby nie wybuchło Warszawa również zostałaby zniszczona, a ludność wysiedlona.

Miasto od początku było przez Niemców przeznaczone do zniszczenia, już w 1942 r. istniał plan że po wojnie na miejscu stolicy powstanie „Die neue deutsche Stadt Warschau” z 200 tys. mieszkańców. Na wieść o wybuchu Powstania Hitler wydał rozkaz – jedyny taki przypadek w historii – wymordowania wszystkich mieszkańców i całkowitego zniszczenia miasta. Po kapitulacji, kiedy oddziały Armii Krajowej poddały się w myśl konwencji genewskiej, Niemcy burzyli dom po domu, obracając stolicę w perzynę. Kto więc dziś mówi że gdyby nie Powstanie Warszawa by ocalała, nie ma pojęcia o historii. Gdyby nawet Powstanie nie wybuchło Warszawa byłaby zniszczona, bo Warszawa jest bohaterskim miastem. Mało tego, Powstanie Warszawskie musi być przedmiotem naszej dumy. Kiedy mówiłem na spotkaniach publicznych w Kanadzie że jestem powstańcem warszawskim, to pytano mnie: „A dlaczego pan nie mówił że jest pan Żydem?”… Bo na Zachodzie „powstanie warszawskie” to jest powstanie w getcie…

Gdzie są historycy którzy o tym piszą? Trzeba wreszcie znaleźć prawdziwych polskich naukowców, którzy dokonają poważnej analizy i potwierdzą że największa w historii Polski walka o wolność i jedna z najcięższych bitew podczas II wojny światowej to Powstanie Warszawskie.

Himmler powiedział że walki w Warszawie można porównać tylko z oblężeniem Stalingradu. Z jednej strony wspaniale wyposażona armia, a z drugiej oddziały z minimalną ilością broni, które walczą 63 dni.

Dlatego Powstanie powinno być przedmiotem naszej dumy, bo to była zbiorowa decyzja nas, warszawiaków. To trzeba opisać, dokładnie przeanalizować, wydać książki w wielu językach, kręcić filmy.

A tymczasem nic się nie robi. Trzeba walczyć, bo w tej chwili Polacy uważani są na Zachodzie za morderców Żydów i za współpracowników Hitlera. Ci którzy piszą teraz niesłychane bzdury o Powstaniu, nie wiedzą czym była okupacja niemiecka, że za szklankę wody czy kawałek chleba podany Żydowi płaciło się życiem; a wychodząc na miasto nie wiedziało się czy człowiek wróci, czy nie zostanie zabrany z łapanki do Auschwitz. Moje pokolenie nie miało młodości, każdego dnia mogliśmy być zabici. Dlatego nie było innej możliwości – Powstanie musiało wybuchnąć.

prof. Witold Kieżun/nd/ /1.VIII.2013/
/autor walczył w Powstaniu Warszawskim w oddziale do zadań specjalnych „Harnaś” batalionu „Gustaw”, awansowany na podporucznika, 23 września 1944 r. odznaczony przez gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego Orderem Virtuti Militari/

 ***

Powstanie groźne nawet dziś

O tym jak przez 69 lat zohydza się Powstanie Warszawskie mówi Leszek Żebrowski, historyk, autor książki „Paszkwil Wyborczej”

Rozmowa z Leszkiem Żebrowskim

69 lat temu trwał drugi dzień bitwy o Polskę rozgrywającej się na ulicach stolicy. Jakby mało było klęski w wymiarze ludzkim i materialnym, komuniści, którzy instalowali się w Polsce, wydali wojnę ideałom patronującym Powstaniu Warszawskiemu i samej pamięci o nim. Kiedy ona się zaczęła i jak wyglądała?

Jeszcze jak Powstanie trwało – a istniała już wtedy tzw. Polska Lubelska, istniał PKWN i ruszał cały propagandowy aparat komunistów – przywódcom Polskiego Państwa Podziemnego i uczestnikom Powstania przypisywano jak najgorsze intencje. Przede wszystkim że zostało wywołane w porozumieniu z Niemcami przeciw ZSRS i że jego przebieg był uzgodniony – że chodziło o spowodowanie jak największych strat wśród ludności cywilnej, bo ta była za komunizmem. Bardzo szybko podjęto też próby wyeliminowania Powstania ze świadomości. Szybko pojawiły się publikacje w których heroiczny bój Warszawy został pominięty. Prześladowano ludzi którzy poszukiwali szczątków swoich bliskich, szczątków uczestników walk na barykadach, ofiar zasypanych w piwnicach. Takie akcje organizował powstaniec Jan Rodowicz, ps. Anoda, i między innymi za to został zamordowany przez UB. To było groźne dla komunistów, bo pokazywało że po stronie powstańców stał naród. A komuniści nie mieli się czym pochwalić. Twierdzili, wbrew faktom, że podstawowa masa sił powstańczych to Armia Ludowa.

Powstańców wsadzano do więzień, wielu do cel z niemieckimi zbrodniarzami z tych samych paragrafów. Ale system ewoluował, partia się zmieniała. Między rokiem 1944 a 1989 było kilka epok.

Po 1956 r. nastąpiło duże rozluźnienie. Na kilka miesięcy drastycznie zmniejsza się cenzura. Mimo braku formalnej amnestii zwolniono dużą część więźniów politycznych. Zaczęto dzielić członków Polskiego Państwa Podziemnego i powstańców na reakcyjną górę, która była wszystkiemu winna, i na postępowe doły które zostały otumanione – były przedstawiane jako ciemne masy sprowadzone na manowce. Z upływem czasu Powstanie nie było już dla komunistów groźne bezpośrednio, stało się głęboką historią.

Aż komunizm upadł…

Trzeba przypominać że jego wyznawcy i obrońcy w pewnym stopniu współrządzą do teraz.

Po 1989 r. na gruncie publicystyki Powstanie nadal miało wrogów.

Musimy oddzielić dwie sprawy: potrzebne spory o to czy Powstanie miało sens, od silnego propagandowego uderzenia w etos niepodległościowy. Czyli w etos tej Polski która stawiała opór komunizmowi. Okazało się że po 1989 r. są siły w Polsce, są wpływowe media, które atakują Powstanie nie dlatego że wybuchło w złym momencie albo że spowodowało wielkie straty, tylko w zupełnie inny sposób. To jest to co zrobiła Gazeta Wyborcza w 50 rocznicę jego wybuchu.

Czyli?

Zaczęto się doszukiwać mordów na Żydach, by oprzeć na tym tezę że Powstanie miało podtekst antysemicki. Tych przekazów jest dużo, wszystkie są jednostronne – źli Polacy, dobrzy Żydzi. Schemat jest taki: Żydzi, którzy chcą się przyłączyć do Powstania, nie są przyjmowani do AK, więc z konieczności muszą iść do komunistów. Komuniści zaś są nielubiani i w związku z tym Żydzi są jeszcze bardziej nielubiani, a do tego łatwiej jest niszczyć Żydów niż komunistów. I gotowe. W ten sposób rozpętało się propagandowe piekło. Podkreślam, w 50 rocznicę Powstania. Wtedy żyły jeszcze tysiące powstańców. Było to dla nich uderzenie pięścią między oczy. Z tego typu publikacji dowiadywali się: może po drodze jakąś pozytywną rolę spełnialiście, ale tak naprawdę to jesteście antysemitami i w tym Powstaniu daliście upust furii. W Polsce to była nowość, ale w nauce i publicystyce na Zachodzie to standard. Np. amerykański historyk Ruben Einstein napisał że w Powstaniu ludzie z podziemia niepodległościowego zabili więcej Żydów niż Niemców. Z powstańców zrobiono nazistów którzy wykonywali brudną robotę za Niemców. Do tego doszło przeciwstawianie dwóch Powstań. To z 1944 r. było jakby wtórne na zasadzie, skoro Żydzi coś takiego zrobili to i nam Polakom wypada zrobić, ale półtora roku później. Pierwsze było czyste i szlachetne, a drugie co najmniej dwuznaczne, jeżeli nie ohydne. Wydobywa się ze wszystkich relacji tylko rzeczy negatywne, bez żadnej weryfikacji. Kryterium jest proste: to, co jest złe, jest prawdziwe.

Jest pan autorem książki „Paszkwil Wyborczej”. Ile było prawdy w głośnym artykule Michała Cichego opublikowanym w GW?

Niewiele. Michał Cichy połączył fragmenty różnych dokumentów wytworzonych w różnym czasie. Kompilował je tak by pasowały pod tezę. Do tego źródła, które możemy uznać za historyczne, pomieszał z najgorszą stalinowską propagandą – czyli z publikacjami Bernarda Marka, który przed wojną nie skończył nawet gimnazjum. A Michał Cichy zrobił z niego poważnego naukowca. Poza tym znalazłem w tym tekście wypowiedzi ludzi, którzy w trakcie swojego życia w różny sposób opisywali te same wydarzenia – co samo w sobie jest niewiarygodne – a Cichy wybrał te które pasowały jemu. Inne przeinaczenia to nieścisłości topograficzne, błędne datowania i fałszywy kontekst poszczególnych wypowiedzi. Ta publikacja poszła w świat i stała się podstawą do rozważań o Polsce. Funkcjonowała jako nowy pokład nienawiści, z którego można czerpać, by szkalować nasz kraj. Bo przecież, myślano, skoro Polska jest już niepodległa, skoro komunizm się skończył, skoro jest demokracja i jest największa gazeta, a z nią jest związane środowisko opozycyjne – więc to musi być prawda… To musi być prawda, bo Polacy tak sami o sobie piszą… Gazeta Wyborcza miała wyjście, mogła przeprosić i wytłumaczyć że tekst powstał na podstawie sfałszowanych źródeł. Ale nie skorzystała z tego wyjścia. Odwrotnie, namawiała byśmy się z tym pogodzili. Ale tu nie chodzi o pogodzenie się, tylko o to że to nieprawda.

rozm. pl/se /2.VIII.2013/

 ************

 Czy Zdzisławski to Ścibor-Rylski?

W archiwum IPN-u zachowała się teczka tajnego współpracownika o pseudonimie Zdzisławski, którym miał być gen. Zbigniew Ścibor-Rylski, prezes Związku Powstańców Warszawskich. Środowisko Armii Krajowej jest zaskoczone takimi informacjami

Informacja o teczce personalnej TW Zdzisławski pojawiła się w wydanej w zeszłym roku książce Marka Lachowicza pt. „Wspomnienia cichociemnego”, do której wstęp i opracowanie naukowe przygotował historyk rzeszowskiego oddziału IPN-u Krzysztof A. Tochman

Lachowicz był żołnierzem 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, podobnie jak Zbigniew Ścibor-Rylski. I to właśnie w przypisie zawierającym biogram obecnego prezesa ZPW znajduje się informacja że został on „w 1947 r. zarejestrowany przez Wydział I WUBP Poznań jako TW Zdzisławski. Wykorzystywany do 1964 r., kiedy wyprowadził się z Poznania do Warszawy. Równocześnie, przynajmniej od 1956 r. współpracował z Departamentem I oraz Departamentem II MSW. Według zachowanych dokumentów inwigilował swoją żonę (…), jak również rozpracowywał Międzynarodowe Targi Poznańskie i środowiska polonijne w USA”.

Badałem teczkę personalną tajnego współpracownika, która znajduje się w archiwum IPN-u w Warszawie. Wynika z niej że gen. Ścibor-Rylski został zarejestrowany jako tajny współpracownik. W tej teczce nie znalazłem zobowiązania do współpracy, jak również informacji o pobieraniu pieniędzy, ale jest tam szereg, łącznie kilkadziesiąt innych dokumentów, z których wynika do jakich zadań był wykorzystywany. Są to m.in. informacje pracowników bezpieki dotyczące jego rodziny – powiedział Krzysztof A. Tochman.

– Fakt rejestracji został odnotowany także w ewidencji operacyjnej UB-SB. Są to zapisy ewidencyjne z okresu jego pobytu w Poznaniu, które urywają się w latach 60 – stwierdził historyk, zaznaczając że meldunki są sporządzane przez pracowników bezpieki w oparciu o domniemane wypowiedzi Ścibora-Rylskiego.

Żołnierze AK i WiN-u byli dla władz komunistycznych podstawową kategorią wrogów, stąd też podejmowanie wszelkich możliwych działań destrukcyjnych w walce z tym środowiskiem było w użyciu. Działania te dotyczyły zarówno represji fizycznych jak i działań operacyjnych mających na celu jego rozłożenie moralne – powiedział dr Tomasz Łabuszewski, naczelnik biura edukacji publicznej warszawskiego oddziału IPN-u.

Po drugiej amnestii w 1947 r. bezpieka typowała potencjalne źródła informacji tak by „dobić i rozłożyć to środowisko od wewnątrz”. Wielu żołnierzy podpisało wówczas zobowiązania o współpracy.

Ta skala była bardzo duża. Mimo że oficjalnie zakazano werbowania ludzi ujawniających się, to jednak istniały tajne okólniki wydane przez MBP, informujące że szczególnie z dowódców należy typować osoby do przyszłego werbunku, i na bieżąco takie działania podejmowano – poinformował Łabuszewski.

Historyk zaznaczył jednak że każdy taki przypadek należy rozpatrywać oddzielnie. – Generał Ścibor-Rylski powinien sam się też wypowiedzieć na ten temat – powiedział z kolei Tochman.

Niestety, wypowiedzi gen. Ścibora-Rylskiego nie udało się zdobyć, a Związek Powstańców Warszawskich odmówił komentarza w tej sprawie.

Przyznaję że nasze środowisko takie informacje bulwersują, różne przypadki się zdarzają, ale na razie, póki nie ma bliższych danych, nie traktuję tego poważnie – stwierdził z kolei Tadeusz Filipkowski, rzecznik prasowy Światowego Związku Żołnierzy AK.

Jest pytanie na ile informacje o jakichś uwikłaniach we współpracę są oparte na faktach, a na ile nie. Trudno mi to ocenić, widziałem tylko wzmianki na portalu. Okaże się czy to fakt czy insynuacja – dodał Filipkowski.

zb/nd /14.VIII.2012/

**************

O idiotach i podłych ludziach

Czy można dziwić się buczeniu wobec łajdaka mówiącego o znieważaniu krzyża na Krakowskim Przedmieściu jako o „wesołym happeningu” i wobec jego partyjnej towarzyszki wysyłającej funkcjonariuszy straży miejskiej, by, tak jak niegdyś ZOMO, usuwali kwiaty i znicze czczące pamięć tego który przywrócił Powstaniu Warszawskiemu jego chwałę?

Cóż w tej sytuacji zrobiła rządowa propaganda? Tym razem w roli herolda urzędowego potępienia obsadzono dawnego bohatera, ale później beznadziejnego oportunistę od lat wysługującego się Jaruzelskiemu i jemu podobnym. Zbigniew Ścibor-Rylski przeżył szlachetniejszych od siebie i został nominowany symbolem Powstania Warszawskiego mocą przykomunistycznego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Żałosny były bohater, który poniżył się do wyprzedaży zasług swej młodości spadkobiercom katów własnych kolegów.

Ścibor nie wstąpił do PZPR-u, ale najął się do służby komunistom jako tzw. pożyteczny idiota. Sowietyzm potrzebował „konstruktywnych” bezpartyjnych i Ścibor tę rolę wypełniał skrzętniej od innych. Dlatego został wciągnięty do Obywatelskiego Komitetu Obchodów 40 Rocznicy Powstania Warszawskiego, który był dziełem takich zasłużonych w walce z pamięcią Powstania zdrajców i zbrodniarzy jak Jaruzelski i Kiszczak, a zorganizowany został jako akt propagandy stanu wojennego mającej dowodzić że powstańcy akceptują i popierają reżim zbudowany przez NKWD na trupach Katynia i Powstania. Wtedy, kiedy jego niezłomni towarzysze broni odmawiali wsparcia władzy chcącej odnowić stalinizm, Ścibor dawał propagandzie komunistycznej swe własne miedziane czoło.

W tym roku 1 sierpnia w obchodach brał udział mój syn. Nie krzyczał i nie buczał, ale może by to zrobił gdybym mu wcześniej powiedział że byłem w Warszawie 31 lipca 1984 r. i stałem przy ulicy Miodowej obok grupy Niezłomnych Powstańców, którzy odmówili udziału w uroczystości położenia kamienia węgielnego pod pomnik „Bohaterów Powstania Warszawskiego”. Niezłomni z daleka obserwowali tych upadłych, którzy stanęli wtedy przy Jaruzelskim. Tacy jak Ścibor zgodzili się nie tylko na zmianę projektu pomnika z wybranego w konkursie i wyrażającego ideę Powstania na socrealistyczną kalkę pomników partyzantów sowieckich, ale i na poniżenie pamięci ofiar przez zmianę nazwy z „Pomnika Powstania” ma „Pomnik Bohaterów”. Słyszałem wówczas gwizdy i okrzyki oburzenia, bo wtedy wszyscy wiedzieli że cała akcja jest zakłamaną komunistyczną propagandą, a ci którzy w niej uczestniczą są chronionymi przez ZOMO i SB kolaborantami komuny.

Następnego dnia łapsy z SB do późnego wieczora patrolowały Powązki, by niezłomni powstańcy nie utworzyli „nielegalnego zgromadzenia”. Szybko gasili znicze i usuwali umieszczone na krzyżach karteczki oddające cześć Powstaniu. Czy można powstrzymać się od poczucia że dzisiaj to samo robią strażnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz i cyngle z GW-TVN?

Tak, jest zmiana na lepsze, bo ja wówczas bałem się że wśród ciemnych grobów mogę zostać napadnięty przez esbeków, a teraz mój syn takiej obawy nie miał. Ale choć policje jawne, tajne i dwupłciowe obecnych władz już nie atakują wieczorem na Powązkach, to potrafią zrobić to w centrum Warszawy w biały dzień. A potem ich sądy potrafią skazać szlachetnego człowieka za to że „10 maja 2011 r. ok. godz. 9.45 na ul. Krakowskie Przedmieście w Warszawie zaśmiecił miejsce publiczne poprzez ustawienie podstawy w której umieszczono krzyż”.

To tych strażników miejskich, tę podłą kobietę która im wydaje podłe rozkazy i tego jej podłego szefa który o Powstaniu podle mówił jako polskiej nienormalności wybuczano kiedy stanęli na miejscu którego nie są godni.

Krzysztof Wyszkowski /4.VIII.2012/

***

Są rzeczy ważniejsze niż życie

Geneza Powstania Warszawskiego sięga 23 sierpnia 1939 r., kiedy na Kremlu w Moskwie został podpisany tajny układ między Niemcami zwanymi wówczas III Rzeszą, a Rosją nazywaną Związkiem Sowieckim. Celem układu był nie tylko IV rozbiór Polski i likwidacja „na zawsze państwa polskiego”, ale także eksterminacja polskich elit przywódczych

Spór o sens Powstania Warszawskiego ograniczony jedynie do samej decyzji o jego wybuchu jest bez sensu, bo przecież Powstanie było konsekwencją tego wszystkiego, co się wydarzyło od 23 sierpnia 1939 r. do 1 sierpnia 1944 r.

Równie dobrze można pytać o sens obrony Polski we wrześniu 1939 r. przed druzgocącą przecież przewagą naszych odwiecznych wrogów.

Ignoranci albo ludzie złej woli potępiali Powstanie, a jednocześnie zapominali o okolicznościach, zapominali że to Rosjanie i Niemcy byli agresorami, okupantami, zaborcami. A Polska i Polacy byli ich ewidentnymi ofiarami.

Niewątpliwie „winą” Polaków jako Narodu i społeczeństwa było niegodzenie się z utratą wolności. Ponadczasową odpowiedź na pytanie o sens walki z okrutnym i potężnym wrogiem dał niegdyś Marszałek Józef Piłsudski: „W życiu bywają rzeczy ważniejsze niż samo życie”.

Choć Powstanie w sensie militarnym ograniczało się do walk jedynie o lewobrzeżną część stolicy, to jednak w sensie geopolitycznym jego znaczenie było dużo większe. Dotyczyło mianowicie nie tylko przyszłych losów Polski jako takiej, ale w znaczącym stopniu losów Europy po II wojnie światowej.

Latem 1944 r. na całym ogromnym froncie wschodnim Niemcy cofają się pod naporem wielomilionowej Armii Czerwonej, której korpusy pancerne w ostatnich dniach lipca 1944 r. dochodzą na odległość 12-35 km od Warszawy, m.in. od strony Wołomina, Legionowa, Nieporętu. Zdemoralizowane i pobite oddziały niemieckie w popłochu przeciągają przez Warszawę. Na niebie panuje całkowicie lotnictwo sowieckie, a marszałkowie i generałowie Stalina (m.in. Żukow, Rokossowski, Czujkow, Koniew) z całą determinacją atakują Niemców, planując szybkie zakończenie wojny.

Sytuacja zmienia się natychmiast po rozpoczęciu Powstania w Warszawie. Na osobisty rozkaz Stalina gigantyczna ofensywa sowiecka zostaje całkowicie zatrzymana. Miara czasu ma szczególne znaczenie przy pytaniu o sens Powstania Warszawskiego!

Marszałek Wasyl Czujkow, słynny dowódca m.in. obrony Stalingradu, w swych odfałszowanych pamiętnikach wydanych już w latach 90, po upadku Związku Sowieckiego, pisze dosłownie: „Wojnę można było zakończyć pół roku wcześniej, nie w maju 1945, ale do grudnia 1944, gdyby nie decyzja Stalina wstrzymująca I Front Białoruski w sierpniu 1944. (…) Moglibyśmy dojść dalej na Zachód, nie do Berlina i nad Łabę, ale aż do Renu. Los wojny potoczyłby się inaczej. (…) Ile milionów istnień ludzkich udałoby się ocalić, ilu żołnierzy mniej by poległo”.

Latem 1944 r. wydawało się że z zasadniczych względów strategicznych Rosjanie nie mogą zrezygnować z okazji przekroczenia linii Wisły, co dawałoby im blisko sześciomiesięczne wyprzedzenie w ofensywie na Niemcy w porównaniu z aliantami. Stalin uznał jednak że skuteczne unicestwienie AK i polskich sił niepodległościowych jest więcej warte niż zajęcie Niemiec nawet po linię Renu.

Po zakończeniu wojny, w oficjalnym przemówieniu na Kremlu w czerwcu 1945 r., tuż przed udaniem się na konferencję Wielkiej Trójki do Poczdamu, Stalin chełpił się i powiedział dosłownie do swoich marszałków i generałów: „To nie Niemcy ale Polska jest naszą największą zdobyczą wojenną”. Być może to zdanie sowieckiego dyktatora, zbrodniarza i ludobójcy stanowi klucz do zrozumienia sprawy polskiej w latach 1939-45, w tym także sensu Powstania Warszawskiego.

Józef Szaniawski /1.VIII.2012/

 ***

Kpina z Powstania Warszawskiego

Teatr piórem Temidy

Gdyby Michał Zadara przed zrealizowaniem swojego spektaklu mającego ‘uświetnić’ obchody 67 rocznicy Powstania Warszawskiego przeczytał choć kilka tekstów prof. Witolda Kieżuna, akowca walczącego w Powstaniu i odznaczonego Krzyżem Virtuti Militari przez gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, to być może jego ‘Awantura warszawska’ nie byłaby pseudoteatralnym bełkotem

Ale jak widać nie przeczytał – więc mamy co mamy: chaos, wrzask, przekrzykiwanie się wykonawców, bieganinę i żałosne aktorstwo

Akcja – jeżeli tak to można nazwać – toczy się symultanicznie na pięciu podestach rozmieszczonych w różnych miejscach w Sali pod Liberatorem Muzeum Powstania Warszawskiego. Aktorzy biegają po całej sali przeskakując z jednego podestu na inny jako na miejsce gry i wykrzykują teksty depesz Franklina Roosevelta, Winstona Churchilla, Józefa Stalina i polskich dowódców które wymieniano między Waszyngtonem, Moskwą i Londynem podczas Powstania Warszawskiego.

Między głosy aktorów reprezentujących dyplomatów włożono wypowiedzi łączniczki relacjonującej wydarzenia kolejnych dni Powstania (w tej roli Barbara Wysocka). A ponieważ wszystko to dzieje się jednocześnie – krzyki aktorów nakładają się na siebie, wszyscy biegają, ogłupieni widzowie spieszą za aktorami do poszczególnych stanowisk gry, a nim dobiegną to ci już wykrzykują teksty z innego miejsca – tworzy się więc gigantyczny chaos. Trudno zrozumieć słowa.

Wszystko to sprawiło że część widzów nie dotrwała do końca spektaklu. A ci którzy wytrzymali w pewnym momencie zrezygnowali z części ‘teatralnej’ i zasiedli w kinowej części sali gdzie na wielkim ekranie wyświetlany był film pokazujący ten spektakl, który realnie toczył się parę metrów dalej. Zgodnie bowiem z modą panującą w dzisiejszym teatrze przedstawienia często są bezpośrednio transmitowane na zawieszonym nad sceną ekranie. Tutaj sytuacja jest podobna, tyle że ekran znajduje się w kinowej części muzeum. Ale ten filmowy zapis różni się od żywego planu przede wszystkim tym że widz ogląda zdarzenia okiem kamerzysty który dokonuje wyboru miejsca i osoby którą pokazuje. Nie mogę pojąć dlaczego w którymś momencie kamera niemal ‘weszła’ do otwartych ust aktora, bodaj Juliusza Chrząstowskiego (rola Winstona Churchilla), zatrzymując się na jego uzębieniu i na pierwszym planie pokazując noszony przez niego aparat ortodontyczny. Nie powiem by obraz należał do estetycznych. Jaki zatem był cel takiej operacji?

Ogólny bałagan spektaklu potęguje jeszcze rozpaczliwy poziom artystyczny całości, w tym fatalne aktorstwo, za co winę ponosi przede wszystkim reżyser. Wszak nie dał odtwórcom najmniejszej szansy choćby minimalnego budowania postaci. Aktorzy ‘grają’ (jeżeli to można nazwać grą) po kilka ról. Kto jest kim w danym momencie możemy przeczytać z tabliczek umieszczonych na kijach z którymi artyści biegają (co przypomina zabawę w przedszkolu). A zatem prócz Wielkiej Trójki są tu m.in. Stanisław Mikołajczyk, Edward Osóbka-Morawski, Kazimierz Sosnkowski, Andrzej Witos, Wanda Wasilewska, Wiaczesław Mołotow, Bolesław Bierut, który – nie wiedzieć czemu – siedzi na podłodze i dziurkaczem wycina dziurki w czerwonym papierze. Postaci jest wiele ale o czym mówią to znaczy co wykrzykują – proszę mnie nie pytać, bo nie wiem. Nie sposób zrozumieć owego bełkotu.

Pod koniec, kiedy zrezygnowałam już z próby ułożenia w jakąś całość owego spektaklu tak by zorientować się o co właściwie chodzi reżyserowi, przeszłam do części kinowej. I tu zobaczyłam świetną scenę będącą metaforą zagarniania połaci naszego kraju przez rychłego już nowego okupanta Stalina. Na podłodze zasypanej zapałkami aktor odwróconą tabliczką powoli zmiata zapałki, a przed widzem odsłania się kawałek podłogi która okazuje się mapą Polski ze zmieniającymi się granicami. Dokonuje się czwarty rozbiór Polski. I to jest niestety jedyna scena do uratowania. Ale tylko w wersji filmowej bo nie sądzę by te osoby które znajdowały się w przestrzeni realnej gry zauważyły ten mocny, znakomity niuans.

Spektakl miał pokazać zachowanie dyplomacji międzynarodowej w czasie trwania Powstania. Tytuł zaś wzięty jest z wypowiedzi Stalina. Pomysł by zrealizować spektakl podejmujący tematykę ukazującą stanowisko aliantów wobec Powstania jest dobry. Tyle tylko że jego realizacja stanowi zaprzeczenie owego tematu i jego jakże istotnej wagi.

Przedstawienie Zadary w warstwie tekstowej oparte na dokumentach historycznych miałoby szansę spełnić co najmniej kilka ważnych funkcji, prócz stricte artystycznej, także w najlepszym tego słowa znaczeniu edukacyjną oraz polityczną w sensie ukazania podwójnej gry i prawdziwego oblicza tzw. Wielkiej Trójki: Roosevelta (Edward Linde-Lubaszenko jako jedyny chyba gra tylko jedną, właśnie tę postać) Churchilla i Stalina. Ale tak się nie stało.

Reżyser postawił na formę. Temat zaś jest dlań tylko pretekstem do tzw. gry formalnej. Dlaczego tak zrobił? Niemoc intelektualna i artystyczna, brak dostatecznej wiedzy historycznej czy też dołączenie do politycznie poprawnościowego chóru krytykantów podważających słuszność decyzji wybuchu Powstania? Inaczej mówiąc: chodzi o tzw. demitologizację Powstania Warszawskiego a więc o umniejszenie jego wagi, heroizmu walczących Polaków którzy wciąż pozostają dla Narodu wzorem patriotyzmu i podstawowych wartości. Trudno darować reżyserowi który na bazie autentycznych dokumentów zabiera się do tematu mówiącego o jednym z najważniejszych wydarzeń w całej naszej historii i tworzy bezczelną kpinę z Powstania Warszawskiego.

Czy dyrekcja Muzeum Powstania Warszawskiego nie poczuwa się do odpowiedzialności za ten pseudoteatralny bełkot który co roku funduje Polakom – zapraszając do reżyserii czy to Klatę, czy Passiniego, czy Libera, czy Łysaka, czy – jak teraz – Zadarę?

Awantura warszawska’, scen., reż. Michał Zadara, scenog. Robert Rumas, kost. Julia Kornacka, muz. Dominik Strycharski, Muzeum Powstania Warszawskiego

Temida Stankiewicz-Podhorecka /12.8.2011/

***

O Powstaniu nadal wiemy mało

Prawie 60 proc. ankietowanych Polaków nie potrafi powiedzieć kiedy rozpoczęło się Powstanie Warszawskie – wynika z najnowszego sondażu TNS OBOP

Z  badania opinii przeprowadzonego na początku lipca wyłania się szokujący obraz wiedzy, a właściwie niewiedzy historycznej Polaków

Aż 59 proc. badanych data 1 sierpnia 1944 r. nie kojarzy się kompletnie z niczym i nie potrafią podać żadnych argumentów ‘za’ lub ‘przeciw’ Powstaniu. Tylko 3 proc. pytanych ma skojarzenia z II wojną światową. Pojedyncze osoby odpowiadały nawet że to… koniec II wojny.

O tym że był to dzień wybuchu Powstania Warszawskiego wie tylko co trzeci respondent. I to najczęściej mający powyżej 40 lat. Młodzież wykazuje się absolutną indolencją.

Badania rzeczywiście pokazują że w sprawie promowania wiedzy o Powstaniu wciąż jest jeszcze dużo do zrobienia – mówi jeden z urzędników stołecznego ratusza. – To dla nas impuls by wychodzić z informacją o uroczystościach powstańczych coraz szerzej, poza Warszawę.

Ankieterzy OBOP pytali też o sposób czczenia rocznicy wybuchu powstańczego zrywu przez osoby spoza stolicy.

Aż 71 proc. twierdzi że nie robi w tej sprawie nic, 18 proc. po prostu ogląda uroczystości w telewizji. A pozostali zapalają znicz, modlą się lub czytają książki o tej tematyce. Zaledwie 3 proc. Jest gotowa przystanąć na minutę ciszy w godzinę W. Tutaj też większą aktywność wykazują osoby starsze. Młodzież deklaruje obojętność.

Badania zostały przeprowadzone na zlecenie Warszawskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji który organizuje 30 lipca XXI Bieg Powstania.

Ten bieg oprócz promocji sportu spełnia też funkcję edukacyjną. Chcieliśmy więc zorientować się w poziomie wiedzy – mówi urzędnik WOSiR. – Badania zaproponowała agencja Com Press, a finansował bank PKO BP.

Dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego Jan Ołdakowski żałuje że WOSiR przed zleceniem badań nie zgłosił się do nich. Dwa lata temu na zlecenie MPW właśnie o historię z 1944 r. pytał CBOS.

Teraz można było zadać analogiczne pytania i zorientować się czy jest postęp. Różnych sondaży nie da się porównać – zwraca uwagę Ołdakowski. Ocenia że dane o tak słabej wiedzy historycznej w kraju to policzek dla nauczycieli historii i impuls do opowiadania o niej w sposób ciekawszy, nowoczesny, językiem bardziej docierającym do młodych. – Staramy się by muzeum spełniało tę rolę. Dziś MPW jest drugim po Starówce miejscem w stolicy które turyści chcą odwiedzić – podaje wyniki ostatnich badań ruchu turystycznego.

Badania CBOS z 2009 r. wykazały natomiast że mieszkańcy stolicy są dobrze wyedukowani. 68 proc. z nas była wtedy w stanie podać poprawnie dokładną datę wybuchu Powstania.

ik/żw /23.7.2011/

***

Sikorski nie dorasta im do pięt

– Szef MSZ Radosław Sikorski nie stawał przed takim wyborem jak przywódcy Powstania Warszawskiego – powiedział historyk Jan Żaryn

Rozmowa z prof. Janem Żarynem

Szef MSZ Radosław Sikorski zabrał publicznie głos na temat Powstania Warszawskiego. Nazwał je ‘narodową katastrofą’…

To niezręczna wypowiedź. Ale jej ocena zależy od intencji ministra. Być może chciał się wpisać w wieloletnią dyskusję polskich elit na temat sensu Powstania. Nie mówię o dyskusji wywołanej przez komunistów w celach dyskredytacji powstańczych dowódców, ale o niepodległościowych strukturach II RP.

Na czym polegał ten spór?

Cała tradycja piłsudczykowska podtrzymywała opinię o tym że nie było alternatywy dla Tadeusza Bora-Komorowskiego jak tylko decyzja o powstaniu. Z drugiej strony jest tradycja obozu narodowego i piłsudczyka Kazimierza Sosnkowskiego że Powstanie nie powinno wybuchnąć bo nie ma szans powodzenia, a doprowadzi tylko do wykrwawienia najlepszych synów narodu. Jeżeli minister Sikorski chciał wziąć udział w tym sporze, nie można mu odmówić prawa do tego.

A jeżeli nie taka była jego intencja?

Wtedy jest obawa że była to intencja polityczna związana z kampanią wyborczą. I zapala mi się światełko że w związku z innymi decyzjami Platformy w polityce zagranicznej następuje kolejny akt rozmiękczania narodowej postawy wobec potencjalnych zagrożeń dla polskiej racji stanu. Racji która jest podstawowa wobec interesu Unii Europejskiej czy innej organizacji.

Minister mówi też o kompromitującym braku wyobraźni politycznej przywódców Powstania i zaplanowanej przez nich klęsce…

Te sformułowania świadczą o totalnej pysze pana ministra który szczęśliwie nie był nigdy w takiej sytuacji wyboru jak gen. Tadeusz Bór-Komorowski, Jan Stanisław Jankowski czy Kazimierz Pużak. Nie sądzę na podstawie dorobku pana ministra by w swych dokonaniach sięgał choćby do pięt tamtym wielkim Polakom. Mógł więc wykazać więcej pokory.

A dla pana Powstanie to bohaterski zryw czy narodowa katastrofa?

Przede wszystkim to ostatnia próba wywalczenia niepodległości przez Polskę. To nie była insurekcja tylko warszawska, ale całego państwa polskiego na terenie Warszawy. Natomiast decyzja o powstaniu była obliczona na zadziałanie kilku czynników naraz. Przede wszystkim liczono na skuteczny nacisk Polskiego Rządu na Uchodźstwie na Anglosasów, by wymusili na ZSRS szybką interwencję i wkroczenie po paru dniach do Warszawy. To że te czynniki nie zadziałały – doprowadziło do narodowej tragedii. Przez następne 50 lat byliśmy w niewoli rodzimych komunistów. Ale nie należy za to winić Bora-Komorowskiego tylko właśnie tych komunistów, a w drugim rzędzie Anglosasów.

Nie ma pan wrażenia że w oficjalnej wykładni o Powstaniu większy nacisk kładzie się na bohaterstwo i chwałę poległych niż na jego tragizm?

Myślę że jedno wiąże się z drugim. Bohaterstwo było udziałem wielu tysięcy Polaków, w tym młodego pokolenia, które wzięło na barki walkę o niepodległość. Tragizm wiąże się z tym że właśnie to pokolenie zostało tak dotkliwie oćwiczone przez historię. Ta wyrwa w narodzie spowodowała potem skuteczność pacyfikacyjną komunistów.

prof. Jan Żaryn – historyk Instytutu Pamięci Narodowej

rozm. su /2.8.2011/

*************

Sikorski mnie zawiódł

‘Szef MSZ nie rozumie istoty naszych postaw patriotycznych’

Rozmowa ze Stanisławem Oleksiakiem – prezesem Światowego Związku Żołnierzy AK

Tegoroczne obchody rocznicy Godziny W minęły pod znakiem wypowiedzi ministra Sikorskiego dla którego Powstanie Warszawskie było narodową katastrofą. Podziela pan dość powszechne oburzenie tymi słowami?

Pan Sikorski dopisał się tym stwierdzeniem do ostrzejszych wypowiedzi zupełnie nie mieszczących się w konwencji krytycznych debat na temat Powstania. Te słowa były całkowicie niepotrzebne, tym bardziej że padły z ust – zdawałoby się – doświadczonego polityka. Sam brał udział w walkach w Afganistanie i powinien rozumieć istotę walki o wolność.

Skąd zatem takie jednoznacznie krytyczne stwierdzenia?

W tym przypadku panu ministrowi zabrakło wyczucia. Wszyscy wiemy że każde z powstań narodowych było wydarzeniem pełnym tragizmu. 1 sierpnia powiedziałem w Muzeum Powstania Warszawskiego że gdyby nie te kolejne dramatyczne wystąpienie Polaków przeciw okupantom, to kto wie czy w ogóle mówilibyśmy dzisiaj po polsku.

Jak brzmią te słowa w uszach żołnierza Armii Krajowej?

Ja oraz moi koledzy którzy walczyli w czasie II wojny światowej o wolność naszego kraju – jesteśmy nimi zawiedzeni. Zdajemy sobie sprawę z ryzyka jakie często podejmowaliśmy ale uważaliśmy że Polska to wielka rzecz. Jako kombatant absolutnie stoję po stronie kolegów którzy w Powstaniu walczyli. Uważam że nie wolno stawiać tego czynu żołnierskiego, często młodych ludzi, w świetle bardzo wątpliwych ocen. Tymczasem swoim stwierdzeniem minister Sikorski opowiedział się po stronie ludzi którzy nie rozumieją istoty naszych postaw patriotycznych i trudu wybijania się na niepodległość na przestrzeni wieków.

Od lat słyszy się tu i ówdzie słowa krytyki na temat sensowności wybuchu Powstania Warszawskiego. Uważa pan że akurat minister spraw zagranicznych powinien w tej dyskusji brać udział i wygłaszać tak kategoryczne sądy?

Moim zdaniem nie powinien. Nie leży to w ogóle w zakresie jego zainteresowań i obowiązków jako członka rządu. A jeszcze uczynił to w rocznicę wybuchu Powstania.

Do tego wszystkiego na warszawskich Powązkach wygwizdano premiera Tuska, owacjami natomiast witając Jarosława Kaczyńskiego.

Cóż, przed rokiem było podobnie. Nie chciałbym jednak odnosić się do tych emocji. Ale po to mamy wolność i demokrację.

Po latach PRL-u możemy oficjalnie świętować rocznicę Powstania. Z roku na rok entuzjazm do tego świętowania, pana zdaniem, rośnie czy spada?

Jestem miło zaskoczony liczbą uczestników obchodów którzy tłumnie zjawiają się w każdym miejscu gdzie rocznica jest świętowana. Jest to wyraz tego że pamięć o tamtym czasie jest nadal żywa i że jest to niezbywalny element naszej tożsamości narodowej.

rozm. su /3.8.2011/

**************

Wygwizdany Tusk

Premier Donald Tusk i Władysław Bartoszewski zostali wygwizdani podczas składania kwiatów na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Prezesa PiS-u przywitały brawa

Uroczystość pod pomnikiem Gloria Victis na Wojskowych Powązkach stanowi co roku punkt kulminacyjny obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego

W tym roku, w 67 rocznicę godziny W, rozpoczynającą w Warszawie powstańcze walki, pod pomnikiem stawili się m.in.: premier Donald Tusk, przedstawiciele Kancelarii Prezydenta z jej szefem Jackiem Michałowskim, prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski, prezes Związku Powstańców Warszawskich gen. Zbigniew Ścibor-Rylski, prezes Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Stanisław Oleksiak i prezes Okręgu Warszawa Światowego Związku Żołnierzy AK Stanisław Krakowski. Licznie zgromadzili się kombatanci, harcerze i mieszkańcy miasta.

Po krótkiej modlitwie kompania reprezentacyjna Wojska Polskiego oddała hołd powstańcom trzykrotną salwą honorową. Na zakończenie uroczystości kwiaty i wieńce pod pomnikiem złożyli przedstawiciele m.in. władz państwowych i samorządowych oraz organizacji powstańczych.

/np/tvn/pap/ /1.8.2011/

*************

Alianci poświęcili nas dla Rosji

Rozmowa z prof. Witoldem Kieżunem, żołnierzem Armii Krajowej ps. Krak, Wypad, członkiem oddziału specjalnego Harnaś walczącego w Powstaniu Warszawskim, odznaczonym Krzyżem Virtuti Militari przez gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego

Powstanie Warszawskie trwało 63 dni ale przygotowywano się do niego od początku okupacji. Pana pokolenie nigdy nie złożyło broni.

Niemcy pozbawili nas młodości. Teraz młodzieży trudno jest wyobrazić sobie jak się wówczas żyło. Przez pięć lat godzina policyjna od godz. 21 do godz. 5, a nieraz nawet od godz. 19. Nie było telewizji, radia ani teatru czy kina. Jak wiadomo – w niemieckim kinie siedziały wtedy ‘tylko świnie’. Żadnych zawodów sportowych, czasem tylko graliśmy w piłkę w parku Żeromskiego na Żoliborzu, zawsze jednak towarzyszył nam strach przed tzw. łapanką. Gdy ktoś wychodził z domu to nie wiedział czy wróci. Kiedyś latem poszliśmy nad Wisłę i niemal cudem uniknęliśmy aresztowania. Niemcy organizowali łapanki nawet na plaży. Ktoś przechodzący ostrzegł nas, zdążyliśmy wskoczyć do Wisły i przepłynąć na drugą stronę. Nawet w drodze na mszę św. nie można było czuć się bezpiecznie. Pamiętaliśmy uroczysty ślub w kościele św. Aleksandra, gdy Niemcy otoczyli świątynię i wszystkich aresztowali. Dlatego idąc na mszę św. zawsze stawałem blisko ołtarza, licząc że w razie czego ucieknę przez zakrystię. Ale później ktoś  uświadomił mi że Niemcy na pewno obstawiliby również to wyjście.

Jak dla pana zaczęło się Powstanie?

Czekaliśmy na rozpoczęcie walk od 28 lipca 1944 r. kiedy zarządzono mobilizację. Przewieźliśmy broń do mieszkania w którym zorganizowano zbiórkę – wiedzieliśmy już że mamy zdobywać Komendę Miasta, naprzeciw Hotelu Europejskiego. Ale ostatecznie łącznik przyniósł rozkaz by zostawić broń i rozejść się do domów. Na zbiórkę przygotowującą do Powstania trzeba było poczekać do 1 sierpnia. W pierwszych dniach doświadczaliśmy niezwykłej solidarności i jedności, gdy milion ludzi czuło i myślało tak samo. Ludność cywilna z entuzjazmem odnosiła się do nas, chcąc pomagać w budowie barykad, oddając nam jedzenie itd. To było coś niesamowitego – zwycięstwo nad strachem i nad śmiercią, wyzwolenie z małości natury ludzkiej. Pamiętam atak na komendę policji. W noc poprzedzającą tę akcję, 23 sierpnia, przed zaśnięciem myślałem sobie że może to być ostatni dzień w moim życiu. Ale nie robiło to na mnie wielkiego wrażenia. Gdy próbuję oddać ówczesny stan mojej psychiki przypominają mi się słowa z ‘Wesela’: ‘Tak by się nam serce rwało do ogromnych… wielkich rzeczy’. Nie zważaliśmy na niebezpieczeństwo. Szliśmy do walki z przekonaniem: jeżeli zginę to trudno, ale przynajmniej jednego Niemca zabiję. Tak duża była w nas chęć odwetu za ukradzioną młodość, za morderstwa, łapanki i ciągły terror.

Która z pana akcji była najbardziej udana?

Atak na Pocztę Główną gdy udało mi się wziąć kilkunastu jeńców niemieckich do niewoli oraz sporo broni i amunicji. Ważne było opanowanie domu parafialnego kościoła Świętego Krzyża ze zdobytym ciężkim karabinem maszynowym, oraz komendy niemieckiej policji kiedy również udało mi się zdobyć karabin maszynowy.

Za te akcje został pan odznaczony przez samego generała Tadeusza Bora-Komorowskiego Orderem Virtuti Militari.

Byłem tym całkowicie zaskoczony. Kazano nam się stawić na ul. Kredytową 6, gdzie – jak nam powiedziano – miała się odbyć wizytacja komendanta głównego AK. Spotkaliśmy tam wiele oddziałów. Wywołano 14 żołnierzy, wśród nich niespodziewanie znalazłem się i ja. Dostałem też awans na podporucznika. Wcześniej zaś, 19 sierpnia, otrzymałem Krzyż Walecznych i awans na plutonowego podchorążego.

A który moment Powstania był najtrudniejszy?

Akcja na Woli – przebicie się przez ul. Wolską. Potem bardzo trudne były walki na ul. Żelaznej, gdzie mieliśmy przeciw sobie niemieckie czołgi. Wymyśliłem wtedy bombę własnej konstrukcji, zrobioną z niemieckiego granatu w dużej puszce po konserwach i otoczonego plastykiem [silny materiał wybuchowy – red.]. Udało się, ładunek uszkodził czołg. Ale zaraz potem pojazd odwrócił lufę w naszym kierunku i wystrzelił. Na szczęście trafił w przeciwległą część wyjazdowej bramy budynku. Wystrzał ogłuszył mnie do tego stopnia że sprawdzałem sprawną ręką czy wszystkie części ciała mam na swoim miejscu. Gorzej skończyło się to dla mojego kolegi, podchorążego o pseudonimie Łoś. Został ciężko ranny i trafił do szpitala. Następnego dnia Niemcy zbombardowali budynek… Później też miałem dużo szczęścia. Pamiętam jak ostrzeliwałem pozycje niemieckie na ul. Wolskiej zza beczek z piaskiem, przez małą lukę między nimi. Zdążyłem wystrzelić kilka magazynków gdy przyszedł kolega by mnie zmienić. Już po 10 minutach został trafiony… Na szczęście przeżył choć do końca Powstania leżał w szpitalu. Nieco mniej szczęścia miałem podczas walk na bazarze między Nowym Światem a ulicą Kopernika. Ostrzeliwaliśmy z kolegą Niemców przez dziurę w murze. Co pewien czas szybko wychylaliśmy się przez nią, strzelaliśmy i cofaliśmy się na swoje miejsca. Ale za którymś razem, gdy tylko wychyliłem się, kula niemal otarła się o moją głowę i wyrwała kawałek ucha. Nie zważałem jednak na to.

Pana rodzina też miała tyle szczęścia?

Na szczęście moja mama przeżyła. Zginęła natomiast, w trakcie walk w elektrowni na Powiślu, moja jedyna, ukochana stryjeczna siostra, Basia Kieżun. Po upadku Powstania nasze mieszkanie, tak jak cała kamienica, wyleciało w powietrze. Straciliśmy dorobek kilku pokoleń.

Od początku należał pan do Armii Krajowej?

Pierwszą naszą – byłych absolwentów Gimnazjum im. Księcia Poniatowskiego – organizacją konspiracyjną była wojskowa organizacja Bicz. Już w pierwszych dniach października 1939 r. starszy o jedną klasę gimnazjalną kolega, Adam Rzewuski, który przed wojną zdążył ukończyć roczny kurs Szkoły Podchorążych, zaproponował mi dobranie przeze mnie czwórki kolegów do działania podziemnego w strukturze piątkowej. Z każdej piątki tylko jej dowódca znał wyższego przełożonego.

Jakie były zadania tej konspiracji?

Naszym pierwszym zadaniem było odnajdywanie ukrytej broni we wrześniu 1939 r. i nauka sztuki wojskowej. Na początku udało się nam znaleźć skrzynkę granatów w Cytadeli. W 1940 r. Niemcy aresztowali dwóch naszych dowódców: Adama Rzewuskiego i Bogdana Grycnera. Grycner zginął w Palmirach, a Rzewuski w obozie koncentracyjnym. Mimo tych strat działalność konspiracyjna rozwijała się dynamicznie. Coraz częściej jednak ktoś z naszych kolegów, znajomych i członków rodzin ginął na Pawiaku czy w Auschwitz i innych obozach. Coraz bardziej narastała wrogość i chęć odwetu na Niemcach.

W ten sposób spontanicznie rodziło się pragnienie zrywu?

Taka była wtedy atmosfera. Dlatego analizowanie teraz sensu powstania przez ludzi którzy nie przeżyli okupacji Warszawy jest obciążone trudnością wczucia się w tę atmosferę chęci odwetu na Niemcach, narastającą w miarę przedłużania się okresu niemieckiego bestialstwa.

Do samego Powstania Niemcy nie dowiedzieli się o pana działalności?

Wiosną 1944 r. przeprowadzili aresztowania w naszej kompanii łączności pułku AK Baszta, nazywanej wówczas pseudonimem dowódcy Lucjan [Jerzy Stawiński, po wojnie znany pisarz, autor scenariuszy filmowych – przyp. red.]. Dostałem ostrzeżenie że również jestem zagrożony aresztowaniem. Przeniosłem się do opuszczonego mieszkania należącego do mojego stryja. Dostałem wtedy przydział do oddziału specjalnego do działań dywersyjnych batalionu Gustaw. W mieszkaniu urządziliśmy skład broni naszego oddziału. Przechowywałem: pistolety maszynowe, pistolety ręczne, granaty polskie i niemieckie, amunicję, zapasowe magazynki itd.

Wszystko było przygotowane do Powstania?

Do akcji dywersyjnych oczywiście i do Powstania. Dlatego gdy w lipcu 1944 r. zobaczyliśmy niemieckich maruderów w Warszawie, jadących nawet na chłopskich wozach, nie mogliśmy usiedzieć w miejscu. Podobnie było z resztą warszawiaków. W stolicy zaczęło pojawiać się coraz więcej niemieckich samochodów, uciekały całe rodziny. Widać już było totalny odwrót Niemców. Doszło do tego że zaczęliśmy kupować broń od niemieckich żołnierzy… Gdyby w takiej atmosferze jaka zapanowała Powstanie nie wybuchło i tak byłoby wiele ofiar. Niemcy bowiem nakazali by 100 tys. mężczyzn – mieszkańców Warszawy – zgłosiło się do kopania okopów. Stawiło się… kilkanaście osób. Niemcy musieli odebrać to jako otwarty bunt. Ich reakcja mogła być tylko jedna – doprowadzić ludzi przymusowo, np. poprzez masowe aresztowania. Inna rzecz że w moim środowisku nie wierzyliśmy iż chodzi tu o kopanie okopów, ale o zabezpieczenie się przed Powstaniem poprzez wywózkę, a może i masowe rozstrzeliwania. Niemcy dobrze wiedzieli że Warszawa jest największym punktem oporu w Europie. Wiadomo było w dodatku, już od 1942 r., że jeżeli Hitler wygra wojnę to ze stolicy Polski zrobi 200-tys. niemieckie miasto Warschau, bez Polaków… Poza tym coraz częściej nasze oddziały przenosiły broń do punktów zbiórek. A przecież niemieckie patrole też nie spały. Istniało duże ryzyko że jeżeli jakiś oddział wpadnie, rozpęta się strzelanina która łatwo mogła się w tak napiętych realiach przerodzić w niekontrolowany wybuch. Moi koledzy mieszkali na Żoliborzu. W takiej sytuacji natychmiast przybiegliby do mojego mieszkania po broń. Zresztą ja sam na pewno pospieszyłbym z pomocą kolegom z innych oddziałów.

Utrzymał pan broń w mieszkaniu do samego Powstania?

Gdy 28 lipca 1944 r. nadszedł rozkaz mobilizacji mieliśmy z dwoma kolegami przewieźć ją na miejsce zbiórki. Pamiętam niezwykłą sytuację. Przewoziliśmy dorożką nasz arsenał w walizkach gdy nagle na stopień wskoczył niemiecki podoficer… i zażądał by podwieźć go szybko na czoło maszerującej kolumny żołnierzy. Nieco uspokojeni zaczęliśmy go wypytywać co się dzieje. Potwierdził że to klęska Niemców w wojnie z Sowietami i że się ewakuują. Być może jednak dzięki niemu dojechaliśmy nie zatrzymywani z Żoliborza aż do ul. Bonifraterskiej.

Czy rzeczywiście realna była groźba niekontrolowanego wybuchu Powstania?

Niestety tak, z powodów o których wcześniej mówiłem. Trzeba też pamiętać że oprócz AK w Polsce i w Warszawie działała też Armia Ludowa. Możliwe było że to ona pierwsza rozpocznie Powstanie. Tym bardziej że właśnie wtedy nadająca z Moskwy Radiostacja im. Tadeusza Kościuszki zaczęła apele: ‘Rodacy – nawoływano – chwytajcie za broń. Przyszła chwila zemsty. Armia Czerwona jest blisko, pomożemy wam. Skończy się ten straszny czas okupacji!’. Sam to słyszałem. Mieliśmy możliwość słuchania radia bo matka jednego z moich kolegów była Niemką i mogła legalnie mieć radioodbiornik. Była przeciwniczką Hitlera a jej syn wraz z nami brał udział w powstaniu… Po wojnie stanęła przed sądem PRL ale proces skończył się owacją na jej cześć. Podsumowując, można powiedzieć że zapanowała wówczas sytuacja jak w greckiej tragedii – było to położenie bez wyjścia.

Dlaczego?

Ponieważ Powstanie nie zostało jeszcze wystarczająco dobrze przygotowane. Zły był sam moment wybuchu. Zryw stanowił akt dywersji. Powstanie organizuje się tuż nad ranem a nie o godz. 17. Nie pomyślano też o wykorzystaniu kanałów w celach dywersyjnych. Wykorzystywaliśmy je później, głównie do transportu rannych i przegrupowywania się. Poza tym Stany Zjednoczone Ameryki i Francja przyznały nam prawa kombatanckie, uznając AK za część Polskich Sił Zbrojnych… pod koniec Powstania. Tymczasem taka decyzja powinna być podjęta najpóźniej drugiego lub trzeciego dnia po jego wybuchu. Taka opieszałość w uznaniu nas za armię aliancką miała charakter wręcz zbrodniczy bo gdy Niemcy pochwycili naszych żołnierzy to ich mordowali, nawet tych rannych. W ten sposób wymordowali rannych powstańców ze szpitala na Starówce.

Dlaczego alianci tak późno uznali AK za armię sojuszniczą?

Myślę że z powodu zdecydowanie prosowieckiej polityki prezydenta USA Franklina D. Roosevelta. Swoje stanowisko wytłumaczył – z zastrzeżeniem zachowania tajemnicy przez 25 lat po swojej śmierci – ks. kard. Francisowi J. Spellmannowi [metropolita Nowego Jorku w latach 1939-67 – red.]. Hierarcha postanowił interweniować u Roosevelta gdy ten zdecydował się zawrzeć umowę o pomocy ze Stalinem. Kardynał zaniepokoił się że władze USA pomagają reżimowi który prześladuje chrześcijan. Na te uwagi Roosevelt odpowiedział że po pierwsze Stalin właśnie ponownie otworzył cerkwie prawosławne w ZSRS, a po drugie USA po wojnie muszą mieć sojusz ze Związkiem Sowieckim by zniszczyć imperializm brytyjski, francuski itd. Amerykański prezydent twierdził że to USA zaczęły w XVIII w. proces demontażu kolonializmu brytyjskiego ale nie został on dokończony. Roosevelt liczył że po zwycięskiej wojnie z Niemcami doprowadzi w sojuszu z ZSRS do likwidacji kolonializmu. Dlatego nie zgodził się po zwycięstwie w Afryce na propozycję Winstona Churchilla dotyczącą ataku poprzez Grecję, Jugosławię i dalej na północ, aż do Polski, ale zdecydował się uderzyć na Włochy. Nie chcąc psuć sobie relacji ze Stalinem nie zmusił go też do udostępnienia sowieckich lotnisk samolotom z pomocą dla Powstania. Dopiero w drugiej połowie września, po wielu naciskach z różnych stron, doprowadził do zgody Stalina na lądowanie samolotów amerykańskich z bezużytecznymi już dla upadającego Powstania zrzutami broni. Warto też pamiętać że Stalin groził Rooseveltowi że jeżeli będzie zbytnio na niego naciskać to zawrze rozejm z Niemcami. Działanie przeciw interesom Polski było więc na rękę Rooseveltowi… Nie chciał by alianci znaleźli się w Polsce jeszcze przed Sowietami którzy musieliby wtedy zadowolić się przedwojennymi granicami, co uderzało w ich interesy.

Na konferencji w Teheranie w 1943 r. dokonano podziału Europy na strefy wpływów. Dlatego armie alianckie celowo spowolniły front walk z Niemcami?

Rzeczywiście, kolejny element który pogorszył sytuację powstania to zatrzymanie ofensywy antyniemieckiej przez Stalina i to przed samą Warszawą. Miało to jeszcze jedną konsekwencję. Na wstrzymaniu działań na froncie wschodnim o pięć miesięcy skorzystali Niemcy którzy zaatakowali Amerykanów w Ardenach. Ponadto wyhamowanie dotychczasowego szaleńczego wręcz tempa ofensywy antyniemieckiej opóźniło cały wschodni front. Gdyby nie to – Sowieci byliby w Berlinie zapewne w styczniu 1945 r. a nie w maju. To oznacza że mogliby zakończyć wojnę dochodząc np. aż do Monachium. A wtedy już nie cofnęliby się. Kontrolowaliby Europę. Roosevelt przystałby na to bo miałby silnego sojusznika w walce z kolonializmem mocarstw europejskich. A wtedy zapewne do dziś żylibyśmy w PRL. Dlatego można powiedzieć paradoksalnie że Powstanie uratowało Europę przed komunizmem.

Wątpił pan w słuszność decyzji o rozpoczęciu walk?

Nie. Powstanie było mimo wszystko lepszym wyborem. Gdyby nie wybuchło prawdopodobnie bylibyśmy mordowani tak jak Żydzi w obozach i rozstrzeliwani na ulicach Warszawy. Powtarzam: była to tragedia grecka; każde rozwiązanie było tragiczne. Pamięć o Powstaniu jest bardzo ważna. Kształtuje tożsamość Narodu, tak jak pamięć o holokauście łączy i podtrzymuje tożsamość narodu żydowskiego. Ludzkość powinna jednak wyciągnąć jeszcze inną naukę. Trzeba zrobić wszystko by nie dopuszczać do wojen. Jest niepojęte dlaczego światowa historia jest nieustannie teatrem wojny. Przecież nasze życie jest takie krótkie…

/nd/ /1.8.2010/

*************

Tu Radio AK Jutrzenka!

Przy ulicy Dereniowej 4 na warszawskim Ursynowie mieści się siedziba Polskiego Radia Armii Krajowej Jutrzenka, prywatna rozgłośnia radiowa. Jej twórcą jest dr Andrzej Cielecki ps. Andrzejek II, żołnierz Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego

Jest jednym z tych ‘warszawskich dzieci’, które 1 sierpnia 1944 r. poszły w bój. Miał wtedy zaledwie 16 lat. Za sobą kawałek życia w konspiracji harcerskiej. W czasie Powstania Warszawskiego walczył w słynnym batalionie Zośka, w oddziale Broda 53. Pierwsze dni: Wola – ul. Okopowa, Gęsiówka, budynek Monopolu Tytoniowego. Radość i smak zwycięstwa, euforia wolności. Biało-czerwona opaska z dumą noszona na ramieniu. I własna broń. Tych dni nigdy nie zapomniał, tak jak uścisku dłoni komendanta głównego AK gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Potem epopeja walk na Starym Mieście. Franciszkańska 12, szpital św. Jana Bożego przy ul. Bonifraterskiej.

– Przez całe Powstanie Warszawskie byłem w stolicy. Przeżyłem najcięższe walki na Starym Mieście. Przed ewakuacją dostałem rozkaz przeprowadzenia ludzi kanałami. Część mojego oddziału przebiła się ze Starówki do Śródmieścia z bronią w ręku, pozostali do końca mieli bronić wejścia do kanału – podkreśla pan Andrzej. Widział dantejskie sceny – Niemców dobijających rannych powstańców, mordujących ludność cywilną, chorych. Ranny Andrzejek II po naprędce przeprowadzonej operacji przedostał się kanałami do skrzyżowania ul. Wareckiej i Nowego Światu. Udało mu się przeżyć Powstanie, ale do dziś nosi pamiątkę po tamtym czasie – resztki odłamków w nogach i w głowie.

W 1949 r. Andrzej Cielecki został aresztowany przez UB. W podziemiach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego był bity metalowym prętem, zdzierano mu paznokcie z rąk i nóg, stał w ‘studni’ z kapiącą na głowę wodą. Przesłuchiwała go osobiście Julia Brystygierowa. ‘Krwawa Luna’ chciała wyciągnąć od niego nazwiska kolegów z kompanii AK por. Jana Misiurewicza ‘Topolnickiego’ w Brygadzie Dywersyjnej Broda – 53, pod którego rozkazami służył pan Andrzej. Mimo tortur nic nie powiedział.

Po ukończeniu Politechniki Warszawskiej przez wiele lat pracował w Instytucie Fizyki PAN. Przełomowy w jego życiu okazał się dzień wprowadzenia stanu wojennego. Już 14 grudnia 1981 r. Andrzej Cielecki skonstruował nadajnik radiowy, by za pomocą alfabetu Morse’a przekazać
światu informacje o wojnie reżimu komunistycznego z własnym Narodem. Nadał z sukcesem kilkadziesiąt audycji, nie dając się namierzyć SB.

Kilka miesięcy później skonstruował kilkadziesiąt mikronadajników na potrzeby Radia Solidarność o zasięgu nieprzekraczającym kilkuset metrów, które nazwał Zazula. Umieszczone w szybach wentylacyjnych budynków były niewykrywalne przez esbecję. Siecią mikronadajników pokrył całą dzielnicę mieszkaniową Ursynów w Warszawie i wyemitował 40 audycji Radia Solidarność, które opowiadały o sytuacji Polaków w czasie II wojny światowej, przekazywały prawdę o Katyniu oraz o planach budowy Polski sowieckiej. Każdy, kto miał odbiornik dostosowany do odpowiedniej fali, mógł podłączyć do niego mikronadajnik i w ten sposób słuchać tajnych audycji, które Andrzej Cielecki nadawał ze swojego mieszkania. W ten sposób zaczęła się historia Jutrzenki, najdłużej istniejącej w Polsce prywatnej rozgłośni radiowej. Jej pełna nazwa brzmi: Polskie Radio Armii Krajowej Jutrzenka im. gen. Stefana Grota-Roweckiego.

Stałe audycje zaczął nadawać w 1989 roku. Wtedy sprowadził ze Stanów Zjednoczonych nadajnik o zasięgu 60 km. Zaczął starać się w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji o koncesję, którą otrzymał dopiero w 2001 r. Od tej pory nadaje na częstotliwości 99,5 MHz, codziennie przez 12 godz. można słuchać programu publicystyczno-informacyjnego o charakterze katolickim i narodowym. Jutrzenki można słuchać w promieniu 60 km.

Mimo że od zakończenia II wojny światowej minęło 65 lat, pan Andrzej Cielecki nadal jest wierny rozkazowi ostatniego dowódcy Armii Krajowej gen. Leopolda Okulickiego Niedźwiadka, który po rozwiązaniu AK nie zwolnił żołnierzy ze służby, ale nakazał im trwać i wypełnić testament Polski Podziemnej. – Dziś nie muszę działać w konspiracji, ale radio trwa nadal – podkreśla pan Andrzej. Nie wyobraża sobie, by było inaczej, choć jego marzeniem jest, by rozgłośnia dostała wreszcie własną siedzibę.

/PCS/ /1.8.2010/
**************

Antek Rozpylacz

Niektórzy żołnierze walczący w Powstaniu Warszawskim dorobili się miana chodzących legend jeszcze podczas trwania tragicznego zrywu. Ich dokonania opisywano na łamach powstańczej prasy, sławiła je w eterze radiostacja Błyskawica. Jedną z takich żywych legend był Antoni Godlewski /1923-44/, zwany Antkiem Rozpylaczem.

Kiedy wybuchło Powstanie miał 21 lat i ukończony drugi rok Politechniki, który zaliczył na tajnych kompletach. Działał też w konspiracji – należał do Korpusu Bezpieczeństwa AK.

W Powstaniu walczył w stopniu kaprala jako żołnierz kompanii szturmowej baonu Sokół działającego w Śródmieściu. Był jednym z najlepiej uzbrojonych ludzi w swoim oddziale. Jego pseudonim wziął się od posiadanego przez niego pistoletu maszynowego sten, pochodzącego z alianckich zrzutów i zwanego w powstańczym slangu rozpylaczem. Antek i jego pomalowany na zielono rozpylacz stanowili zabójczy duet. W ciągu pierwszego tygodnia Powstania Antek zastrzelił z niego 18 Niemców. Najchętniej polował na gołębiarzy – niemieckich snajperów strzelających z dachów.

Nie działał sam – jego wiernym towarzyszem był osierocony chłopiec Miki Bandyta. Kiedy Antek skakał po dachach likwidując snajperów Miki biegał z meldunkami do dowództwa i organizował mu amunicję.

Miki był jednym z najmłodszych żołnierzy Powstania – miał zaledwie 13 lat. Stracił rodziców podczas okupacji i ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem, jako Zenon Borkowski.

Słynął z niesamowitej odwagi. Często był wysyłany jako emisariusz do Niemców. Było to niebezpieczne zadanie, bowiem ci mieli zwyczaj strzelania do powstańczych posłańców. Wysyłano go w nadziei, że jako dziecko ma większe szanse przeżycia takiej misji. Niemcy zwracali się do niego per Ty mały bandyto. Wkrótce przylgnęło to do jego pseudonimu i tak Miki został Mikim Bandytą. Miki Bandyta przeżył Powstanie i po wojnie wyjechał z Polski. Zmarł w 1996 r.

Antek miał niesamowite powodzenie u dziewczyn. Zresztą wyglądał imponująco jak na powstańca – hełm z biało-czerwoną opaską, panterka, przepasany taśmą nabojów do rkm-u, w butach z cholewami… I ten słynny pistolet maszynowy… W trakcie Powstania związał się z Niną – łączniczką swojego oddziału.

Walczył w niezwykle brawurowy sposób. Był bardzo szybki i stanowił sól w oku gołębiarzy, wśród których dorobił się złowrogiej sławy. Mówiono, że kule się go nie imają. Na lufie swojego stena zaznaczał rysami każdego zabitego Niemca. Do 8 sierpnia tych rys było osiemnaście.

We wtorek 8 sierpnia 2 kompania szturmowa baonu Sokół otrzymała rozkaz zdobycia Cafe Cristal mieszczącego się na rogu Alei Jerozolimskich i Brackiej.

Powstańcy dotarli do kamienicy przy Alejach Jerozolimskich 23 i tam przygotowywali się do szturmu. Dochodziła godzina 16. Powstańców ogarniało coraz większe zdenerwowanie, ponieważ ostateczny rozkaz do szturmu nie nadchodził. Jak zwykle niecierpliwy Antek Rozpylacz wyskoczył na moment z bramy. W tej samej chwili z domu po przeciwnej stronie ulicy odezwał się ckm. Antek upadł na bruk wypuszczając broń z ręki. Za nim wyskoczył inny powstaniec. Kiedy schylał się po antkowego stena rozległa się kolejna seria. Padł tuż obok kolegi.

Antka pochowano dzień później w podwórku kamienicy przy Brackiej 5. Pogrzeb zgromadził tłum powstańców i cywilów. Miki Bandyta długo stał nad mogiłą przyjaciela i płakał jak bóbr.

Antek Rozpylacz stał się legendą Powstania. Jego słynny pistolet maszynowy otoczyła jednak bardzo ponura sława… Po śmierci Antka pistolet przypadł łączniczce Klarze. Zginęła dwa dni później. Po niej rozpylacz dostał podchorąży Ksiądz. Poległ tego samego dnia. Taki sam los spotykał każdego kolejnego użytkownika pechowego stena.

Zupełnie jakby broń nie mogła pogodzić się z utratą właściciela i ściągała śmierć na każdego, kto po nią sięgał…

Jej ostatnim posiadaczem był Cybuch. Zginął pod gruzami zbombardowanego domu. Razem z nim przysypany został pechowy sten.

W 1945 r. ekshumowano Antka Rozpylacza i przeniesiono na Powązki. Do dzisiaj na ścianie domu w podwórzu przy Brackiej 5 widnieje napis wykonany ręką matki Antka – ‘Antek Rozpylacz pochowany został na cmentarzu Powązki Wojskowe’.

Imię Antka nosi jedna z ulic na warszawskiej Woli.

/16.8.2010/

***********

Powstańcza lekcja na dachu PASTY

Oryginalną lekcję historii zorganizowano 2 października na dachu budynku PASTY (11 piętro). Spotkanie zbiegło się z 64 rocznicą Powstania Warszawskiego

O losach Powstania Warszawskiego i walkach o budynek PASTY uczniom z 2 Społecznego Liceum Ogólnokształcącego w Warszawie opowiadał m.in. prof. Wiesław Jan Wysocki, dziekan Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych UKSW im. kard. S. Wyszyńskiego w Warszawie

Celem spotkania była popularyzacja historii. Wśród prelegentów, poza prof. Wysockim, byli też prof. Janusz Odziemkowski, dr Grzegorz Jasiński, Andrzej Krzanowski, Czesław Cywiński, Stanisław Brzosko i Andrzej Szamotulski (powstańcy).

Powstanie Warszawskie było ostatnim krzykiem rozpaczy w ówczesnej sytuacji politycznej i militarnej w jakiej się znalazła Rzeczpospolita. Była to próba wymuszenia na naszym sojuszniku, to znaczy na Związku Sowieckim, traktowania Polski jako partnera lub przynajmniej państwo niezależne. Powstanie wręcz przesądziło że Polska nie stała się kolejną republiką Związku Sowieckiego, a takie plany niewątpliwie istniały i były dość długo podtrzymywane – powiedział prof. Wysocki.

Dziś, kiedy patrzymy z perspektywy 64 lat na powstanie, musimy docenić tę determinację. Musimy też z szacunkiem pamiętać o tych wyborach, niezależnie od tego ile będzie uwag krytycznych, które miały miejsce także w trakcie Powstania. I to także w kręgu polskich polityków i dowódców. Musimy z szacunkiem patrzeć na ten wybuch przede wszystkim poprzez uczestników walk, powstańców, ale i dzisiejszych warszawian którzy głosują nogami, przychodząc 1 sierpnia na Powązki, stając na głos syreny o godz. 17. To jest już pewien symbol i legenda która wpisuje się w naszą świadomość narodową – dodał prof. Wysocki.

Ocena Powstania ze strony historyków jest różna. Jedni uważają że ten wybuch spowodował nieodwracalne straty, olbrzymią zagładę miasta i dużej grupy inteligencji, młodych ludzi. Ale prawda jest również taka że gdyby nie Powstanie, prawdopodobnie podzielilibyśmy los takich krajów jak Litwa, Łotwa, Estonia i Ukraina, czyli bylibyśmy siedemnastą republiką Związku Sowieckiego. Powstanie uzmysłowiło i światu, i Rosjanom że z Polską trzeba się liczyć – powiedział Andrzej Krzanowski, prezes Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego.

Tę wyjątkową lekcję historii zorganizował historyczny program telewizyjny VIASAT History pod patronatem Miasta Stołecznego Warszawy.

Cezary Dąbrowski /3.10.2008/

*************

Oni czegoś bronili

Zdecydowanie protestuje kiedy krytykuje się ideę wielkiego zrywu jakim było Powstanie Warszawskie. Uważa że jeżeli ktoś jest czegoś winny, to ci którzy mogli i powinni stolicy pomóc. Twierdzi że powstańcy nie szli walczyć by z fanfaronadą ginąć ale oni po prostu czegoś bronili

Rozmowa z Zygmuntem Walkowskim – znawcą powstańczej Warszawy, laureatem nagrody Kustosz Pamięci Narodowej, przyznawanej przez IPN

Co pan myśli o Powstaniu bo przecież niektórzy kwestionują ideę i znaczenie tego zrywu?

Myślę że gdyby Powstania nie było, wtedy można by ganić bierność. Poza tym, gdyby ktoś mi dokuczył, bardzo mnie skrzywdził, to może nieładnie, ale w odruchu niemalże samoobrony, czy rozpaczy, człowiek chciałby choć na odlew coś zrobić. Myślę że winą nie jest wybuch Powstania i jego trwanie. Powinniśmy wiedzieć że winni są gdzie indziej. Ci co mogli i powinni pomóc – nie pomogli… Jest to więc jakieś odwrócenie kolei rzeczy. Dlatego nie mogę się zgodzić kiedy ktoś gani samą ideę wybuchu Powstania, choć wiem że przyniosło to ogrom strat, nieszczęść. Ale za to odpowiadają i ci którzy winni byli nam pomóc. Powinno to było wyglądać zupełnie inaczej.

Czy bohaterstwo, ofiarność, zawziętość powstańców, to największy w naszych dziejach przejaw walki o wolność jako wartość wyższą niż życie ludzkie, kalectwo, dobra materialne?

Myślę że są takie chwile w życiu kiedy trudno jest kierować się tylko i wyłącznie wyliczonym rozsądkiem. Postawa tych ludzi którzy uczestniczyli wtedy w Powstaniu, to nie był tylko moment rozpoczęcia strzelaniny ale na to złożyło się ich wychowanie, cały proces kształtowania człowieka i to wszystko co się działo w czasie okupacji. O tym musimy pamiętać. O tym okrucieństwie, draństwie. Wtedy ta kalkulacja, czy będę bohaterem i pójdę strzelać, nawet jeżeli zginę, zupełnie inaczej wygląda niż z pozycji takiej kiedy siedzimy sobie w pokoju i rozważamy. Ci ludzie szli do walki nie po to by z fanfaronadą ginąć. Nie taki był ich zamiar. Oni przecież nie tyle atakowali – co czegoś bronili.

Co pan powie o postawie Armii Czerwonej?

Ponieważ grzebię się w różnych dokumentach, chyba coraz bardziej powinniśmy sobie zdawać sprawę z perfidności zachowania armii która winna nam pomóc. Ile istnień, ile miasta można było jeszcze ocalić…

Co pan pamięta z Powstania? Miał pan wtedy niecałe osiem lat.

Przed Powstaniem zostałem wywieziony do rodzeństwa i rodziców którzy wtedy przebywali pod Warszawą. Wychowywałem się przez okres okupacji u mojej ciotki bo w naszym domu była ogromna bieda. Dla ciotki byłem też takim swoistym dowodem aryjskości bo odgrywałem rolę jej syna. Ona miała rysy bardziej południowe co mogło być zagrożeniem w różnych sytuacjach. Wywieziono mnie do Kuklówki ostatniego dnia lipca 1944 r. Sądzę że to był przypadek a nie przemyślany plan. Pamiętam ten czas tylko w strzępach, oglądanych wieczorami łunach na horyzoncie, nawet spopielonych papierach które dolatywały z Warszawy. Tyle pamiętam, plus codzienność czyli niesłychaną nędzę, głód, zimno i wiele innych dokuczliwości.

Pana rodzina walczyła w Powstaniu?

Tak. W Powstaniu walczył brat mamy który po skończonych działaniach powstańczych uciekł z Pruszkowa i przedostał się do Kuklówki. Był z nami koło tygodnia. Kiedy wyruszył do Grodziska został tam aresztowany i rozstrzelany. Zginęła także siostra mamy, najprawdopodobniej przy eksplozji czołgu pułapki na ul. Kilińskiego. Zginął też jej młodszy brat.

Został pan wyróżniony przez IPN tytułem Kustosz Pamięci Narodowej za upamiętnianie historii Narodu Polskiego w latach 1939-89. Czym jest dla pana to wyróżnienie i czym pan na nie zasłużył?

Trudne pytanie, przynajmniej po części, bo nie bardzo wiem jak się zasługuje na taką nagrodę. Oczywiście, mogę tylko we własnym zadufaniu niejako spojrzeć wstecz i stwierdzić że najprawdopodobniej zasługuje się tym co się zrobiło. Ponieważ ja to robiłem na co dzień i robię. Trudno więc powiedzieć że ja się starałem o jakąś nagrodę. Robiłem to bo chciałem robić. I będę to robić. Sama nagroda jest dla mnie satysfakcją. Przyjmuję ją z radością, nawet jestem z niej dumny, ale też z pewnym zażenowaniem bo wiem że są ludzie którzy też wiele uczynili, którym też by się może należało. Odczuwam tę nagrodę jako naprawdę wielkie dla mnie wyróżnienie.

Jak pan siebie sam określa, badaczem historii Powstania Warszawskiego, historykiem?

Nie wiem… Nie usiłuję nawet tego w jakiś sposób definiować bo tak na dobrą sprawę trudno mi powiedzieć kiedy mnie ktoś pyta, czym ja się w ogóle zajmuję. A zajmuje się tyloma sprawami. W zależności od potrzeb, okoliczności. Dlatego nie chciałbym siebie opisywać bo historykiem nie jestem, badaczem, z punktu widzenia naukowego, też nie sądzę, a robię i jedno, i drugie. Zostawmy to bez określania.

Dlaczego pan zajął się badaniem tej tematyki?

Bo po pierwsze jestem z Warszawy, po drugie mimo że w samo Powstanie przebywałem poza miastem jednak przeżywałem to, na sposób dziecka oczywiście, ale później wróciliśmy do Warszawy i biegałem po tych gruzach. Pamiętam to dokładnie. Ale takim impulsem do precyzyjnego zajęcia się tą tematyką w sposób dość wyjątkowy było podjęcie pracy, w połowie lat 80, w Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Wtedy podjęto próbę rekonstrukcji kronik Powstania Warszawskiego. Jako pracownik archiwum miałem pomagać prof. Jewsiewickiemu i jednemu z operatorów powstania Stefanowi Bagińskiemu w przygotowywaniu materiałów do tejże rekonstrukcji. Najpierw była to rola zupełnie bierna, polegająca powiedzmy na obsłudze archiwalno-montażowej, z rejestracją uwag i wiedzy o tym materiale pana profesora i pana Bagińskiego. Moim zadaniem było by ten materiał, zachowany z Powstania, czyli ponad sześciu tysięcy metrów taśmy, zidentyfikować z odtworzonym scenariuszem tych powstańczych kronik i zrobić układ materiałów który by odpowiadał treści scenariusza. Ale nie miałem dostatecznej wiedzy o tym materiale i musiałem niejako wejść w to, nauczyć się go, rozpoznać. Szukałem sposobów jak sobie z tym poradzić. Nie było to dla mnie proste bo startowałem z punktu zerowego. Z dnia na dzień w to wsiąkałem i doszedłem do dzisiaj.

Z zawodu jest pan fotografem czy archiwistą?

Robiłem bardzo różne rzeczy. Robiłem właściwie wszystko co dawało mi szansę przeżycia. Całe życie pracowałem w Wytwórni Filmów Dokumentalnych, w różnych działach. Długo byłem dysponentem do spraw produkcji filmów, i fabularnych i dokumentalnych, do 1982 roku kiedy miałem honor być wyrzuconym z pracy. Po pewnym okresie kłopotów przyjęto mnie z powrotem ale na zupełnie zdegradowane stanowisko i dopiero po dwóch latach swoistej reedukacji przeszedłem do archiwum filmowego. Zawody wykonywałem więc różne. Ale to wszystko pozwoliło mi tak dokładnie rozpoznać sposób organizacji i technologii tworzenia filmów że aż sam zacząłem w nim uczestniczyć jako twórca.

Tysiące zdjęć powstańczej Warszawy odnalazł pan aż pod Waszyngtonem w USA? Wiele z nich pan zeskanował i sfotografował.

Dotarcie do tych zdjęć w USA jest znakomitym przykładem że jeden człowiek niewiele może, natomiast jeżeli są ludzie którzy służą serdeczną pomocą, jeżeli się ich do czegoś przekona, to są skłonni z determinacją do każdej pomocy. I wysiłek zespołu ludzi złożył się na to że było możliwe dotarcie do nieprawdopodobnego zbioru w archiwum narodowym w College Park. To jest można powiedzieć archiwum Luftwaffe z okresu wojny. Jest tam ogromna liczba zdjęć. Miałem możliwość zobaczyć kilkadziesiąt tysięcy fotografii lotniczych, choć nie tylko, z czego udało mi się przywieźć w sumie około trzech tysięcy zeskanowanych na dobrym sprzęcie zdjęć. Mam też i fotografie większości tych zdjęć.

Ma pan to wszystko u siebie czy przekazał je pan jakimś instytucjom?

Na razie mam je u siebie. Choć już po części, w zależności od potrzeb, docierają do chociażby IPN. Bo zdjęcia te dają możliwość dokładniejszego spojrzenia na to co się w Warszawie działo. A bywają ciągi rejestrujące poszczególne dni, więc można dobrze zaobserwować te wydarzenia. Ale ogólnie rzecz biorąc te zdjęcia są u mnie. Opracowuję je stopniowo. A docelowo chciałbym je przekazać Muzeum Historycznemu m.st. Warszawy.

Jakie wnioski się nasuwały kiedy pan poznawał te wszystkie zdjęcia z USA? Co tam widać?

Zdjęcia lotnicze są niesłychanym kondensatem informacji. Jest tam tyle rzeczy które można zaobserwować że mnóstwo ludzi z różnych dziedzin to zainteresuje. Są bardzo ciekawe. Choćby nieznana w ogóle do tej pory rzecz w faktografii Powstania. Widać to dopiero z samolotu. Niemcy w niektórych miejscach stacjonowania, w ochronie jakby przed własnymi kolegami, znakowali dachy wielkimi swastykami, najprawdopodobniej z wapna, białymi wielkimi swastykami na przestrzeni całych dachów. Jest kilka takich miejsc w mieście. Do tej pory nikt o tym nie wiedział. Inna ciekawa rzecz – Warszawa była punktem na pierwszej linii frontu. Czy jest znany jakiś inny przypadek w działaniach wojennych by jednostki stacjonujące na pierwszej linii frontu w tak demonstracyjny sposób oznaczały miejsca swego postoju? I w dodatku miejsca te nigdy w żaden sposób nie zostały naruszone. A przecież lotnictwo sowieckie było tuż, tuż, za Wisłą.

W tym znakowaniu chodziło o to by?…

Bliskość stacjonowania wojsk niemieckich przy pozycjach powstańczych mogła narażać na zrzucenie bomby czy ostrzał. Widoczna swastyka chroniła więc te miejsca. Do tej pory mówi się że przykładowo katedra i kościół Jezuitów zostały zniszczone w czasie walk powstańczych. One bardzo mocno ucierpiały ale jako bryły budynku jeszcze pod koniec listopada stały. Jeszcze z wieżą kościoła Jezuitów. A wysadzone zostały dopiero później. I poprzez te zdjęcia można prześledzić też losy Pałacu Saskiego i wielu innych budowli. W ten sposób mogę potwierdzić słuszność ustaleń jakie poczyniłem co do daty zburzenia Zamku Królewskiego. To wszystko wynika właśnie z tych zdjęć lotniczych. Widać na nich na przykład że Niemcy odcięli Ochotę od Śródmieścia zasiekami przy pl. Zawiszy. O tym nie wiedziano, a to na tych zdjęciach widać. Widać też barykady, nie tylko w trakcie Powstania, jakie budowali sami Niemcy.

Spotyka się pan z warszawiakami i zapoznaje ich z tajemnicami które odkrywa dzięki tym zdjęciom?

22 lipca miałem trzecie spotkanie które są comiesięczne. Odbywają się w Domu Spotkań z Historią przy Karowej. Prezentuję na nich to co znalazłem w USA. Na pierwszym spotkaniu mówiłem o zdjęciach lotniczych, później o naziemnych z walk o Warszawę w 1939 r., a na trzecim spotkaniu o zdjęciach naziemnych niemieckich sprawozdawców wojennych z 1939 r. z terenu Polski. Następne spotkanie będzie bodajże 14 sierpnia i poświęcone będzie zdjęciom lotniczym z Powstania Warszawskiego. Poza Karową miałem wcześniej wiele spotkań, także z młodzieżą w szkołach. To wieloletnia tradycja.

Ma pan wydać album z tymi zdjęciami?

Ze zdjęciami lotniczymi, ale to może potrwać do roku, a może i dłużej, bo żyję tylko z emerytury.

Z emerytury czy z renty?

Byłem na rencie ale obecnie jestem na emeryturze.

A renta dlaczego? Miał pan kłopoty ze zdrowiem?

Zasadnicze. Jestem już po by-pasach. Mam trzy szlachetne by-pasy. Zainstalowane były już w momencie bardzo krytycznym i dzięki temu funkcjonuję. Pod koniec mojego życia zawodowego to mnie wykluczyło z czynnej pracy.

Uważa pan że ‘Warszawa się bardzo zmieniła, a nawet że jest dobijana’. Co to znaczy?

Oto najdawniejszy przykład. Ponieważ mieszkałem przez jakiś czas z rodzicami przy Chałubińskiego, blisko była filharmonia. Przed głównym wejściem do filharmonii był taki piękny portal, ponadnaturalnej wielkości rzeźby, postać legionisty i jak ja go nazywałem wtedy Wernyhora który trzymał kaganek oświaty w takim geście przekazując żołnierzowi. Piękna rzeźba. W 1949 r. kiedy po wojnie pierwszy Konkurs Chopinowski odbywał się właśnie w filharmonii Romy, przy Nowogrodzkiej, pamiętam że zwieziono wtedy ogromny stos desek. I te rzeźby obito taką skrzynią z desek, następnie ochlapano jakimś betonem który miał imitować stałość muru. Zasłonięto w ten sposób te bardzo piękne rzeźby. To było główne wejście konkursowiczów do filharmonii Romy. Tak było do czasu kiedy operetka przeniosła się z ul. Puławskiej na Nowogrodzką. Wtedy rozwalono tę starą skrzynię i na tym miejscu wybudowano obrzydliwe do dziś istniejące wielkie gabloty na jakieś plakaty, fotosy. Myślałem że te rzeźby są gdzieś pod tymi gablotami. Zacząłem szukać tych rzeźb. Proszę sobie wyobrazić że w latach 60 je skuto, po prostu. Dla mnie to ewidentny przykład dobijania miasta. Takich przykładów jest dużo, dużo więcej. Warszawa jest pokaleczona. W wielu miejscach miasta widzimy domy odarte z tynku. To nie jest wynik działania wojennego. W latach 60 z premedytacją skuwano te wszystkie detale architektoniczne, szpecąc miasto. Ta zgniła czerwień cegieł świecąca na domach to nie są ruiny wojenne. To działania powojenne. Chociażby Pałac Kronenberga albo Królewska 16, gdzie był do ocalenia wspaniały dom i w latach 60 został rozebrany. Bez sensu i potrzeby. Teraz dzieje się to z innej motywacji, gdzie w miejsce budynków nadwątlonych, ale które stanowiły o tym mieście, o jego charakterze, doprowadza się je do ruiny by wstawić jakiś metal i szkło. To nazywam dobijaniem miasta.

Uważa pan też że oblicze Warszawy zmieniają ludzie zupełnie z nią nie związani?

Tak. Nie będę operować nazwiskami bo może za mało tych ludzi znam, choć niektórych owszem. Ale są to ogólnie mówiąc ci którzy z wielką zachłannością polują na jakikolwiek teren miasta by coś wybudować. I ta niesłychana zachłanność zdobycia terenu i burzenia tego co jest, nie wchodząc w żaden sentyment z tym miejscem, z tą budowlą, to w dużej części przypadków chodzi o ludzi nie tkwiących tu, nie osadzonych rodzinnie w mieście. Może wtedy by lepiej rozumowali. Choć nie chcę jednoznacznie tu mówić że ci to dbają a ci nie, bo bywa z tym bardzo różnie. Ale tym którzy nie czują tego miasta, wydaje się że to są rzeczy nieważne, że to rudery, ruiny. Jest mnóstwo przykładów. Choćby na ul. Żelaznej, czy gdziekolwiek gdzie się tak lekko podchodzi do rzeczy które tyle przetrwały, a nie mogą przetrwać tego podobno pokojowego czasu.

rozm. Cezary Dąbrowski /20.6.2008/

*************

Pod sztandarami Rzeczypospolitej

Prawdziwym bohaterem Powstania Warszawskiego była ludność cywilna, pełna wiary i nadziei, organizująca się od pierwszych godzin tego zrywu. Bez jej zaangażowania i wsparcia walki nie trwałyby tak długo

Wybuch Powstania Warszawskiego oznaczał nie tylko możliwość otwartej walki zbrojnej z okupantem lecz także – po niemalże pięciu latach konspiracji – wyjście z podziemia legalnych struktur państwa polskiego

Przez ponad dwa miesiące w powstańczej Warszawie działały instytucje wolnej i demokratycznej Rzeczypospolitej, wychodziła prasa, funkcjonowała administracja cywilna

POWSTANIE WYWOŁAŁO EUFORIĘ WŚRÓD MIESZKAŃCÓW STOLICY. Po blisko pięciu latach okrutnej okupacji 1 sierpnia 1944 r. miasto tętniło długo oczekiwaną wolnością. ‘Entuzjazm szalony, ludzie padają sobie w objęcia ze łzami w oczach, gromkimi oklaskami witają wywieszone właśnie w tym momencie na domach flagi narodowe. W tej chwili na Chmielnej pierwszy raz po blisko pięciu latach niewoli na wszystkich domach ukazały się sztandary Rzeczypospolitej. Ludzie wychodzą po prostu z siebie, radość nie da się opisać. Kobiety podchodzą do żołnierzy AK, całują ich biało-amarantowe opaski, wpychają im przemocą słodycze, papierosy’ – relacjonował Biuletyn Informacyjny.

Ludność stolicy, bez względu na wiek i płeć, czynnie włączyła się w życie powstańczej Warszawy. Pracowała przy budowie barykad; pomagała rannym; gasiła pożary; tworzyła samorządy obywatelskie; organizowała kuchnie i stołówki dla powstańców, uchodźców i pogorzelców.

Wyczuwało się niebywałą jedność całego społeczeństwa w walce o wolność. Każdy pomagał wspólnej sprawie, jak mógł najlepiej. ‘(…) większość warszawiaków wyszła na ulice budować barykady i świętować ‘pierwszy dzień wolności’ – bez Niemców, bez strachu przed gestapo, nareszcie po pięciu latach u siebie. (…) Było już ciemno, nie widać było twarzy, ale we wspólnej gorączkowej pracy, w urywanych słowach radości, w udzielanych sobie wzajemnie informacjach, gdzie są nasi, i że Londyn nam pomoże – czuło się że wszyscy przeżywają to samo uniesienie, chcą walczyć i że w tym momencie są zdolni do wielkich poświęceń i bohaterstwa niezależnie od różnic politycznych, społecznych, religijnych i wszelkich innych’ – wspominała pierwsze chwile wolności studentka ze Starego Miasta.

Administracja cywilna

Od pierwszych dni Powstania Warszawskiego organizowała się administracja cywilna. Na jej czele stanął okręgowy delegat rządu RP na m.st. Warszawę Marceli Porowski Sowa który 5 sierpnia 1944 r. przejął pełnię władzy cywilnej w mieście.

Walki powstańcze podzieliły Warszawę na odseparowane obszary, co spowodowało konieczność powołania delegatów rejonowych. Przedsięwzięcie to powiodło się jedynie w Śródmieściu, w którym działały cztery delegatury: I Powiśle, II Śródmieście Północ (pomiędzy Nowym Światem a Marszałkowską), III Śródmieście Północ (na zachód od Marszałkowskiej), IV Śródmieście Południe. Na terenie Starego Miasta zorganizowano starostwo grodzkie, na Żoliborzu – ekspozyturę starostwa Warszawa Północ, a na Mokotowie powołano komisarza do spraw ludności cywilnej. W wielu częściach Warszawy nie działała jednak żadna forma administracji, np. na Woli, Pradze czy Ochocie, ze względu na szybkie zajęcie tych dzielnic przez nieprzyjaciela.

Delegaci rejonowi działali za pośrednictwem domowych i blokowych komitetów, gdzie poszczególny dom, blok czy kamienica stanowiły samodzielną jednostkę administracyjną, na której czele stał znany wszystkim mieszkańcom komendant OPL (obrony przeciwlotniczej). Do zadań komitetów należało: organizowanie obrony przeciwpożarowej i przeciwlotniczej, zapewnienie ładu, bezpieczeństwa i porządku na terenie domu, opieka społeczna nad mieszkańcami i uchodźcami oraz prowadzenie akcji propagandowych.

W ramach struktur cywilnych powstawały wydziały i referaty odpowiedzialne za zachowanie bezpieczeństwa i porządku publicznego oraz opiekę nad ludnością cywilną. Z władzami cywilnymi i samorządami obywatelskimi współpracowali: Kościół, organizacje wojskowe oraz instytucje społeczne działające jawnie pod okupacją niemiecką: Rada Główna Opiekuńcza i Polski Czerwony Krzyż. Ich zadaniem było zorganizowanie życia ludności cywilnej, wyszukanie schronienia dla bezdomnych, zbiórka żywności i odzieży, tworzenie punktów zbornych dla osób zagubionych, organizowanie kuchni i ich zaopatrywanie, zapewnienie podstawowych warunków higieny, organizowanie pralni, łaźni, szpitali cywilnych i punktów opatrunkowych.

Aprowizacja

Jednym z najważniejszych problemów jaki stanął przed powstańczą Warszawą było zaopatrzenie stolicy w żywność i wodę. Wybuch Powstania gwałtownie zahamował system aprowizacji walczącego miasta.

Zapewnienie kilkusettysięcznej oblężonej stolicy dostaw żywności stało się praktycznie niemożliwe. Mieszkańcy musieli przystosować się do frontowych warunków i ograniczyć do własnych zapasów. Walcząca Warszawa korzystała również z rezerw zgromadzonych przez instytucje społeczne i charytatywne przed wybuchem Powstania oraz z produktów pochodzących z niemieckich magazynów zdobytych w trakcie walk.

Największym spichlerzem głodującej stolicy stały się magazyny Browaru Haberbusch i Schiele mieszczące się przy ul. Ceglanej, z dużymi zapasami zbóż – głównie jęczmienia, po który zgłaszały się zorganizowane drużyny cywilne i wojskowe, nazywane szturmowymi kolumnami powstańczej Warszawy. Do transportu żywności i wody werbowano ochotników za obietnicę przydziału artykułów spożywczych. Z czasem problem zorganizowania ludzi do prac narastał. Władze cywilne wydały specjalne zarządzenia o powszechnym obowiązku pracy. Podlegali mu wszyscy mężczyźni w wieku od 17 do 50 lat i kobiety od 17 do 40 lat.

Trudną sytuację żywieniową ratował nieco system kuchni społecznych, nazywanych publicznymi, oparty na sieci stołówek prywatnych, miejskich oraz organizowanych przez różnego rodzaju instytucje: RGO, Kościół, komitety blokowe i domowe. Jedna z kuchni RGO mieszcząca się przy ul. Złotej wydawała dziennie 300 porcji zupy, a w ciągu zaledwie czterech dni zwiększyła wydawanie do 6 tysięcy. Zdarzało się że na podwórze wynoszono ogromne kotły wypełnione zupą by nakarmić wszystkich głodnych. W samym tylko Śródmieściu Południe zorganizowano 178 kuchni społecznych i punktów dożywiania ludności.

Innym ważnym problemem do rozwiązania było zaopatrzenie w wodę. Nieustanne bombardowania lotnicze i ostrzał artyleryjski powodowały ciągłe uszkodzenia sieci wodociągowej. W połowie sierpnia podjęto akcję uruchamiania studni zastępczych, wyłączonych z eksploatacji oraz budowy nowych. W samym tylko Śródmieściu Południe pod koniec sierpnia czynnych było 25 studni, a około 30 pozostawało w budowie.

Na pomoc uchodźcom i pogorzelcom

W miarę opanowywania kolejnych dzielnic i rejonów przez nieprzyjaciela, a także nieustannych bombardowań i ostrzału artyleryjskiego przybywało bezdomnych. ‘Przez zasypane gruzem i szkłem, przegrodzone barykadami ulice ciągną korowody tych najnieszczęśliwszych. Worek na plecach zawiera całe ich mienie. Nie posiadają już nic. Nie wiedzą gdzie spędzą noc, czym nakarmią dzieci. Popędzani kulami, smagani pożarem, idą w szczęśliwsze dzielnice. Z oczu ich wygląda rozpacz’ – pisał w jednym z sierpniowych numerów Biuletyn Informacyjny. Najgorzej sytuacja wyglądała na Starym Mieście i w Śródmieściu. Pod koniec sierpnia Śródmieście łącznie z mieszkańcami Powiśla zamieszkiwało 260 tys. ludzi, w tym 125 tys. uchodźców z innych dzielnic. Bez dachu nad głową pozostawało 55 tys. osób wymagających stałej opieki społecznej.

Marceli Porowski, pełniący obowiązki prezydenta Warszawy, apelował do mieszkańców stolicy o solidaryzm z bezdomnymi: ‘Wskutek ostatnich barbarzyńskich bombardowań Warszawy są już nowi bezdomni w Stolicy. Muszą się nimi zająć mieszkańcy, którzy nie stracili dachu nad głową, a przede wszystkim najbliżsi sąsiedzi. Potrzebna jest natychmiastowa pomoc dla rannych i chorych, starców, kalek i dzieci w pierwszym rzędzie, poza tym dla wszystkich bez wyjątku zbombardowanych. Znając solidarność ludności Warszawy w walce i niedoli, nie wątpię że otoczy ona zbombardowanych opieką, da im do dyspozycji bodaj kąt w każdym mieszkaniu, podzieli się jedzeniem, zaopiekuje się rzeczami, pomoże odgrzebać spod gruzów resztki mienia, zabitych i rannych. Do tego zbiorowego wysiłku który musi być podjęty niezwłocznie, wzywam obywateli Warszawy całkowicie przekonany że nie pozostanie on bez skutku’.

Zgłaszający się bezdomni uchodźcy i pogorzelcy byli rejestrowani, a następnie umieszczani w schroniskach, niektórych kwaterowano w prywatnych mieszkaniach, w porozumieniu z komendantami OPL i komitetami obywatelskimi. Każda kamienica żywiła po kilkanaście a nawet kilkadziesiąt osób. Jeden z patroli Wojskowej Służby Informacyjno-Społecznej meldował: ‘Marszałkowska 36 – stałych mieszkańców 47, przybyłych 34. Stali – przeważnie inteligencja. Przybysze w większości rzemieślnicy – biedni. Są na utrzymaniu stałych lokatorów. Zapasy na 5 dni. Tłuszczów już od kilku dni nie ma. Dzieci: jedno 5-letnie, jedno dwudniowe. Nastrój dobry. Chętnie pracują – obecnie kopią studnie. Potrzebują świdra i pompy. Proszą o to. Komendant skarży się na biurokrację urzędów. Żądają ciągłych wykazów. Nadmiar papierków. Załatwianiem tych spraw jest przeciążony’.

Ratujcie dzieci, nasze, wasze, polskie, warszawskie…

W ogarniętym walkami mieście w szczególnie trudnej sytuacji znalazły się dzieci i kobiety w stanie błogosławionym. Codzienne bombardowania, konieczność życia w piwnicach i schronach wywoływały strach i przerażenie wśród najmłodszych. Z każdym dniem przybywało osieroconych i zagubionych najmłodszych warszawiaków. Wszyscy jednoczyli się w wysiłku by chronić dzieci przed wszechobecnym okrucieństwem wojny. Organizowano schroniska i zbiórki żywności, otwierano kuchnie mleczne gromadzące mleko oraz odżywki dla niemowląt i małych dzieci. Dla kobiet w stanie błogosławionym otwierano przychodnie ginekologiczne i położnicze. Prasa powstańcza wzywała wszystkich do opieki nad najmłodszymi: ‘Ratujcie dzieci, nasze, wasze, polskie, warszawskie Dzieci…’.

Epilog

W ciągu kolejnych tygodni walk początkowy entuzjazm i euforia zaczęły ustępować miejsca zwątpieniu i rozgoryczeniu. Coraz trudniej było znaleźć ochotników do budowy barykad, gaszenia pożarów, transportu żywności i wody czy budowy studni. W drugiej połowie września sytuacja stała się katastrofalna – Warszawa głodowała. W momencie upadku i kapitulacji kolejnych dzielnic następne grupy warszawiaków opuszczały miasto. 2 października 1944 r. przedstawiciele Komendy Głównej AK podpisali w kwaterze gen. Ericha von dem Bacha w Ożarowie ‘Układ o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie’. Zgodnie z jego postanowieniami oddziały Armii Krajowej miały złożyć broń i wyjść do niewoli. Warszawę opuścić musiała również ludność cywilna. W ciągu kolejnych dni kolumny ludzi z resztkami dobytku na plecach opuszczały zrujnowane miasto. Szacuje się że przez obozy przejściowe przeszło około pół miliona warszawiaków, z czego 60 tys. trafiło do obozów koncentracyjnych, 90 tys. do obozów pracy przymusowej, a pozostałych ok. 350 tys. warszawiaków wywieziono w głąb Generalnego Gubernatorstwa. Szacuje się że w Powstaniu Warszawskim zginęło od 130 do 180 tys. ludności cywilnej.

Katarzyna Utracka /z-ca kier. Pracowni Historycznej Muzeum PW/ /1.8.2010/

***********

Powstańczy teledysk Sabatonu

Zafascynowana polską historią grupa Sabaton nakręciła teledysk do opowiadającego o Powstaniu Warszawskim nagrania Uprising. W klipie który właśnie doczekał się premiery zagrali hollywoodzki aktor Peter Stormare, Mateusz Damięcki i Monika Buchowiec

Wideo kręcone było w Warszawie. W zdjęciach poza pochodzącym ze Szwecji Stormarem (w roli gen. SS Ericha Von Dem Bacha-Zelewskiego) udział wzięli m.in. polscy aktorzy Mateusz Damięcki i Monika Buchowiec, członkowie grupy Sabaton oraz gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych (w roli dowódcy polskich oddziałów powstańczych Antoniego Chruściela, pseudonim Monter).

Uprising pochodzi z płyty Coat Of Arms która miała premierę w maju 2010 r.

Stormare znany jest z takich filmów jak Fargo, Big Lebowski, Armageddon, Tańcząc w ciemnościach, Raport mniejszości czy Constantine, jak również z serialu Skazany na śmierć.

/as/ /3.8.2010/

SABATON
Szwedzka grupa muzyczna

Powstała w 1999 r. w Falun. Tematyka utworów jest powiązana z wojną, w szczególności z II wojną światową, ale o wymowie antywojennej. Do 2010 r. zespół wydał 5 albumów studyjnych pozytywnie ocenianych przez krytyków muzycznych. W 2006 i 2007 r. uznana za najlepszy zespół hardrockowy w Szwecji. Grupa wielokrotnie występowała w Polsce.
Na czwartym albumie wydanym 30.5.2008 zatytułowanym The Art of War znalazła się m.in. kompozycja 40:1, opisująca bitwę pod Wizną. Z kolei utwór Ghost Division nawiązuje do niemieckiej 7 Dywizji Pancernej, dowodzonej przez Rommla w czasie kampanii we Francji w 1940 r.

Od marca 2008 do listopada 2009 r. muzycy dali 72 koncerty w ramach trasy koncertowej Art of Live Tour. 21 maja 2010 r. ukazał się piąty album Sabatonu zatytułowany Coat of Arms z m.in. kompozycją Uprising, opowiadającą o Powstaniu Warszawskim.

/wik/ /4.8.2010/

*************

Płomień zgasł

Płomień na Kopcu Powstania Warszawskiego zgasł. Ogień który płonął tam od 1 sierpnia – został przez harcerzy i straż miejską przeniesiony do Grobu Nieznanego Żołnierza

W ten sposób – tradycyjnie już – upamiętniony został dzień zakończenia zrywu stolicy z 1944 r.

Dwumetrowy, granitowy pomnik Poległych, Zamordowanych oraz Wypędzonych Mieszkańców Warszawy odsłonięto w Parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego.

Prezes Związku Powstańców Warszawskich gen. Zbigniew Ścibor-Rylski przypomniał gehennę ludności stolicy podczas Powstania: ludzie mieszkali w piwnicach w strasznych warunkach, ale mimo to pomagali powstańcom.
Myślę że my, żołnierze walczącej stolicy, powinniśmy złożyć najwyższy hołd i ja – osobiście bym powiedział – przeprosić ludność cywilną, że poniosła tak straszne upokorzenia, tak straszne cierpienia. Niech ten obelisk świadczy obecnym i przyszłym pokoleniom przez setki lat że największe cierpienia, największa tragedia ma swoje ukoronowanie. Oto ta zniszczona straszliwie Warszawa powstała – mówił generał.

Pomnik zdobi inskrypcja w czterech językach: polskim, niemieckim, angielskim i rosyjskim.

/ikr/żw/nd/ /3.10.2010/

Kategoria Polska

Comments